- Musisz mi wybaczyć, Stiles.

Stiles zerknął na Laurę ze zmarszczonymi brwiami, nie bardzo rozumiejąc, co ma na myśli.

- Moja rodzina przysporzyła ci naprawdę wiele kłopotów i obawiam się, że część z nich jest moją winą.

- Nie rozumiem.

Kobieta westchnęła cicho, spoglądając w górę na zielone korony drzew, które przysłaniały wyjątkowo niebieskie niebo.

Kiedy Stiles zgodził się z nią wyjść, Laura zażyczyła sobie, żeby spędzili trochę czasu w rezerwacie. Tylko we dwójkę. Zgodził się, w zasadzie nie czując, że pakuje się w coś niebezpiecznego, ale miał wątpliwości co do wyboru miejsca. Hale jednak powiedziała, że w lesie czuje się najlepiej, jakby to był jej prawdziwy dom, więc Stiles wymiękł. Sam uwielbiał tutaj przychodzić, a chociaż nie spotkał Luny od wtedy, kiedy widział ją na cmentarzu, czasami wciąż wybierał się do lasu, żeby po prostu odetchnąć.

Pod rezerwat podjechali autem Dereka – Laury? Ich wspólnym? – tym samym czarnym Camaro, którym mężczyzna jeździł ulicami Beacon Hills kilka lat temu.

Stiles musiał przyznać, że pierwsze, co przyszło mu do głowy, kiedy ją ujrzał, gdy usłyszał jej nazwisko, kiedy najzwyczajniej w świecie wsiadła w auto Dereka, jakby to było coś normalnego, stałego w ich życiu, to że Derek wziął ślub. Co nie było znowu taką bez sensu myślą, jasne? Ale potem przypomniało mu się od czego to wszystko w ogóle się zaczęło, po co Derek zawitał do miasta po raz pierwszy, dokładnie przyjrzał się Laurze i przypomniał sobie, co Hale mu kiedyś opowiadał, i wiedział, że był w błędzie.

Laura to siostra Dereka. Zaginiona siostra, której kilka lat temu tak zawzięcie szukał.

Ta myśl nieco go uspokoiła, chociaż wciąż nie był niczego pewien. Dlaczego ze wszystkich ludzi to akurat Laura chciała mu wszystko wyjaśnić?

- Domyślam się, że wiesz, czemu Derek przyjechał do Beacon Hills ostatnim razem.

- Żeby znaleźć ciebie.

Laura uśmiechnęła się do niego, jakby była dumna z jego dedukcji.

- Derek od zawsze… wiele dla mnie poświęcał. Widzisz, kiedy oboje byliśmy młodzi, ktoś podłożył ogień pod nasz dom. Zginęła większość naszej rodziny, a przy życiu zostaliśmy tylko Derek i ja oraz nasz wujek, który do pewnego czasu leżał w szpitalu w naprawdę złym stanie. Derek od zawsze obwiniał się o to, co się wydarzyło i odkąd odziedziczył po mamie… Powiedzmy, że objął sobie za punkt honoru, żeby zawsze być godnym tego, co dostał. A to oznaczało wieloletnie wyrzekanie się dosłownie wszystkiego, nawet szczęścia. Potem… potem pojawiły się dzieciaki i…

Dzieciaki. Stiles zmarszczył lekko brwi, ale nic nie powiedział na ten dobór słów.

- I Derek uznał, że już czas się pozbierać, że dla nich warto, więc znowu poświęcił wiele czasu i sił na to, byśmy stali się rodziną. A ja… stałam obok i przez długi czas patrzyłam na to wszystko jak na coś… prawidłowego. Nie zrozum mnie źle, przyjęcie ich do naszej rodziny było najlepszą decyzją, jaką Derek podjął w całym swoim życiu, po prostu… Wiem, że to i tak nie było… to.

Laura westchnęła ciężko, zatrzymując się na małej polanie. Usiadła na jednym z pieńków i poklepała miejsce obok siebie, ale Stiles potrafił tylko rozglądać się dookoła. To było to samo miejsce, w którym… To samo, gdzie…

Kiedy spojrzał w końcu na Laurę, był pełen podejrzeń. To nie mógł być przypadek, prawda? Ale skąd ona mogła wiedzieć, gdzie spotykał Lunę? Nie mogła. Nie było jej tutaj, kiedy poznał wilczycę. Nie było ich tutaj, kiedy ją poznawał.

- Za moment wszystko się wyjaśni, Stiles. Proszę, daj mi jeszcze chwilkę.

Jej głos… Jej zapewnienie był wszystkim, czego w tym momencie potrzebował, bo nagle poczuł się naprawdę bezpiecznie, więc usiadł obok, zastanawiając się przez krótką chwilę, czym dokładnie jest jego życie.

- Potem dowiedziałam się, że z naszym wujem jest coś nie tak, więc przyjechałam tutaj, zapewniając Dereka, że sama sobie z tym poradzę, że musi zostać z dzieciakami. Ale Peter…

Peter. Głos Dereka był wyraźny w jego głowie, zupełnie jakby ta scena rozgrywała się teraz, nie cztery lata temu.

- Peter wybudził się ze snu i nagle okazało się, że jest cały i zdrowy. Wyobraź sobie, co dzieje się z osobą, która budzi się po tylu latach leżenia w bezruchu, to… To zmienia człowieka, wszystkie jego fundamenty, wszystkie… Peter zwyczajnie oszalał, a ja… ja dałam się złapać w jego zasadzkę i naraziłam moją rodzinę na niebezpieczeństwo. Dlatego, Stiles, przepraszam najmocniej. Gdyby nie ja… Gdybym się tutaj nie pojawiła…

- Nie, Laura, to nie twoja wina, że wasz wuj postradał zmysły i…

- Nie, Stiles. Nie rozumiesz. Gdyby nie to, że tu przyjechałam, wszystko potoczyłoby się inaczej. Derek znalazłby cię… - Laura westchnęła ponownie. – To moja wina, że Derek stąd wyjechał. Kiedy mnie znalazł, byłam w złym stanie. Naraził siebie i dzieciaki, i sam prawie zginął, ratując mnie, i gdyby nie to… Nigdy by stąd nie wyjechał. Stiles… On… Boże, to takie trudne, kiedy nie mogę powiedzieć ci dosłownie wszystkiego.

- Nie możesz?

- To…

Laura warknęła cicho, dosłownie warknęła, podnosząc nagle głowę w górę.

- Nie.

Powiedziała, rozszerzając szeroko oczy.

- Stiles, musisz… Musisz obiecać, że nie zaczniesz uciekać, kiedy…

- Laura?

- Stiles, obiecaj mi, że poczekasz, aż wszystko ci wytłumaczę… pokażę. Obiecaj.

- Obiecuję, ale…

- Zaraz wszystko zrozumiesz, Stiles. Obiecuję.

Laura wtedy podniosła się z pieńka i zaczęła rozbierać, matko boska, co się do jasnej cholery działo?!

- Larua, wo, wo, co ty

- Laura, NIE!

Stiles nie wiedział na czym się skupić.

Na tym, że Derek nagle pojawił się znikąd?

Czy na tym, że Laura właśnie zmieniła się przed nim w ogromnego czarnego wilka ze złotymi ślepiami i…

- Luna?