Tak, tak, tak... Sporo minęło odkąd ostatni raz napisałam coś z tej historii, więc przypomnę tylko, że ostatnio Sookie poznała Nialla. Króciutko tym razem, ale przynajmniej następny rozdział powinien być w miarę szybko. Dalej się zobaczy.

Nie roszczę sobie żadnych praw, choć czasem miewam pretensje.


Wyszłam z budynku leniwym krokiem, zostawiając za sobą Nialla. Podmuch wiatru uderzył mnie w twarz. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. Kiedy je otworzyłam, odszukałam wzrokiem czerwoną Corvettę. Mogłam zobaczyć przez szybę niewyraźny profil Erica. Miał pochyloną głowę i chyba coś czytał. Uśmiechnęłam się i lekko pokonałam kilka stopni w dół wiodących na parking. Eric zauważył mnie zanim zdążyłam przebyć krótki dystans dzielący mnie od samochodu i otworzył mi drzwi od środka.

- Hej – powiedziałam gramoląc się na siedzenie pasażera.

Wychyliłam się, żeby pocałować Erica. Chciałam dać mu tylko krótkiego całusa na przywitanie, ale kiedy próbowałam się odsunąć Eric położył mi dłoń na karku i przytrzymał mnie w miejscu. Usłyszałam szelest kartek kiedy odłożył gdzieś na oślep papiery, które czytał zanim przyszłam, ale nie wypuścił mnie ani na chwilę. Jego pocałunek był głodny i natarczywy. Napierał na mnie powoli, ale stanowczo, aż w końcu cofając się oparłam się plecami z powrotem o siedzenie. Więź uderzyła mnie znienacka z siłą szkwału. Złapałam gwałtownie oddech i Eric nie tracąc czasu przerzucił się na całowanie skóry w okolicach mojej żuchwy. Jego wolna ręka wybrała się na rekonesans po powierzchni mojej bluzki. Wiedziałam, że jego dłonie są zimne, ale w tej chwili wydawały się gorące. Chciał więcej. Znacznie więcej.

- Eric – powiedziałam bez tchu. - Nie tutaj.

Jęknął żałośnie w moją szyję zanim znieruchomiał.

Odsunęłam się na tyle, by móc na niego spojrzeć. Jego kły opierały się o dolną wargę, a źrenice były tak wielkie, że niemal pochłonęły tęczówki. Widywałam go już w podobnym stanie, ale nie rozumiałam, dlaczego akurat teraz, znienacka, bez żadnej krwi, na parkingu pod restauracją. Eric nie należał do wampirów, które łatwo tracą kontrolę.

- Co się dzieje, kochany? - zapytałam głaszcząc go po głowie.

- Pachniesz wróżką – przyznał.

Wyglądało na to, że Niall potrafił maskować swój zapach tylko na sobie, ale nie miał żadnej kontroli nad tym, co działo się, kiedy znikł z horyzontu.

To oznaczało, że w razie czego dałoby się go wytropić – poczyniła spostrzeżenie jakaś dopiero niedawno wyrobiona część mojego mózgu. Postanowiłam odłożyć tę obserwację na później.

- Otwórz okna – powiedziałam przytomnie.

Eric rzucił ostatnie tęskne spojrzenie w głąb mojego dekoltu zanim wyprostował się i posłuchał. Kiedy znów się odezwał, jego głos był niski i z lekka zachrypnięty. Moje ciało miało swój własny pomysł co do tego do której jego części skierowane były jego słowa. I nie było to ucho.

- Kiedy tak pachniesz – powiedział, - chciałbym się o ciebie ocierać i gryźć, i...

Udało mi się poruszyć wystarczająco szybko, by zatkać mu usta dłonią, zanim zdążył dokończyć to zdanie. Poczułam, jak uderza mnie fala gorąca i byłam pewna, że jestem czerwona aż po same uszy. Miałam dość dobre pojęcie, co zamierzał powiedzieć.

Eric spojrzał na mnie z ukosa, ale czułam, jak jego usta zwijają się pod moją dłonią w uśmiechu.

- Dlaczego mi przerwałaś? - zapytał, kiedy w końcu uznałam, że mogę bezpiecznie odsunąć rękę.

- Bo miałam wrażenie, że masz zamiar powiedzieć coś nieprzyzwoitego.

- Chciałem powiedzieć, że chcę się z tobą kochać.

Byłam prawie pewna, że pierwotnie planował to ująć odrobinę inaczej, ale nawet to podejrzenie nie powstrzymało mnie przed lekkimi wyrzutami sumienia.

- Wracajmy do domu – powiedziałam po prostu.

- Ustalmy jedną rzecz z góry – odparł przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Co takiego? - zapytałam zaskoczona.

- Jeśli mnie wpuścisz za próg, to ostrzegam, że idziemy prosto do łóżka. W przeciwnym razie lepiej, żebym po prostu podrzucił cię do domu i nie wchodził do środka.

Patrzyłam na niego, jak sprawnie wyprowadza samochód z parkingu. Trochę oszołomił mnie jego racjonalny wywód w sprawie własnej niepoczytalności. Wiedziałam, że pod powierzchnią opanowania gotuje się lawa. Nie miałam sumienia zatrzasnąć mu drzwi przed nosem i kazać mu jechać samemu do Shreveport.

- Przed wejściem do łóżka ściągasz buty – zastrzegłam.

I tak nie miałam złudzeń co do tego, że prędzej czy później skończylibyśmy dziś w łóżku, nawet bez wróżkowej woni w roli afrodyzjaku. Wyglądało na to, że teraz mogę liczyć raczej na prędzej.

Eric wydał jeden z tych głębokich, pościelowych pomruków, które miały katastrofalny wpływ na moją bieliznę i docisnął mocniej pedał gazu.

- Może jednak dałabyś się namówić, żeby przenocować dziś w Shreveport? - zapytał ze zwodniczą uprzejmością.

Poprzednio planowaliśmy, że Eric odwiezie mnie dziś do Bon Temps i zostanie na dzień.

- Dlaczego? - zapytałam naiwnie.

- Krótsza trasa – rzucił nie tłumacząc nic więcej.

- Muszę być jutro w pracy – powiedziałam, chociaż krew Erica krążąca w moich żyłach robiła wszystko, co w jej mocy, żeby odwieść mnie od dalszych prób oporu. A w każdym razie będę się upierać, że to ona odcięła cyrkulację w moim mózgu uciekając niżej.

- Dam ci samochód – nie poddawał się Eric.

Ten konkretnie argument świadczył, że jego desperacja sięgała zenitu. Prawdopodobnie miałabym dla niego mniej wyrozumiałości, gdyby nie to, że dosłownie czułam, co się z nim dzieje.

- Zgoda.

Eric skręcił ostro na skrzyżowaniu w stronę swojego domu i serce podskoczyło mi do gardła, kiedy zorientowałam się, z jaką prędkością jedzie przez miasto.

- Eric! - krzyknęłam łapiąc kurczowo za rączkę u drzwi.

Zaśmiał się i kłóciliśmy się o to do końca drogi. Na szczęście trochę zwolnił. Eric mógł wierzyć, że nas nie rozbije, ale to nie znaczyło, że może ręczyć za refleks innych kierowców, kiedy wyjeżdżał na nich nagle zza zakrętu.

Dotarliśmy pod dom Erica w rekordowym czasie. Eric był na zewnątrz i przy moich drzwiach zanim jeszcze brama od garażu zamknęła się za nami do końca. Zachichotałam kiedy niecierpliwie zaczął wyciągać mnie z samochodu. Eric miał w garażu przejście prowadzące bezpośrednio do domu, więc kiedy wyplątał mnie z pasa bezpieczeństwa, po prostu wziął mnie na ręce i zaniósł mnie do środka nie pozwalając mi nawet stanąć na ziemi. Usłyszałam jak zatrzaskuje za nami drzwi, ale nie mogłam już śledzić jego poczynań wzrokiem, bo przyparł mnie do ściany i zaczął mnie całować.

- Mówiłeś coś o łóżku – powiedziałam bez tchu, kiedy udało mi się na chwilę od niego oderwać.

- Przeliczyłem się – wymamrotał gdzieś w okolicach mojej szyi.

Śmiech zamarł mi w gardle kiedy doszedł mnie charakterystyczny dźwięk prucia ubrań.