Zbierająca sie burza zmieniła i tak zawsze ponury las w jeszcze bardziej mroczny, naznaczony cierpieniem i nieodpartymi horrorami krajobraz. Silne i nieustępliwe kaskady deszczu odbijały w swych ścianach wyładowania elektryczne, co chwilę rozświetlające gęste chmury. Ziemia przemokła, zmieniając się w błotnistą papkę, przykrywającą wszelkie źdźbła nielicznej w tym świecie trawy. Podłoże było na tyle przemoczone, że gdy Ari podnosiła nogę z głuchym pluśnięciem, po chwili nie było w nim już śladu.

Nie wiedząc dokładnie ile czasu już szła, nie odzywała się ani słowem. Ostatnie czego chciała, to spotkać swego wewnętrznego pasożyta. W dodatku, po tym jak użyła go jako gryzak dla Kiyomi. Wolała nie myśleć o reperkusjach jakie dla niej przygotował. Zmarszczyła czoło i spojrzała w górę. Przez to, że nie pozostała na niej nawet jedna sucha cząsteczka nie zauważyła, że przestało padać. Chociaż nie. Wciąż było słychać wodospady spadające z nieboskłonu, które po drodze rozbijały się o gałęzie splecione z sobą tak silnie, że tworzyły majestatyczne, nieprzepuszczalne sklepienie. Wszystko to wyglądało jakby weszła do katedry kryjącej w swym wnętrzu święte mokradła osnute kłębami mgły. Katedry, która od tysiącleci pozostawała nienaruszona.

Poważne myśli urwały się, kiedy rozglądając się na boki wlazła na znak i o mało nie wydłubała sobie przy tym oka. Przypominacie sobie może jedną z pierwszych scen Shreka, nie tą z księciem i zamkniętą w wieży księżniczką, ale tę na bagnie? Tak? To dobrze. Otóż przed Ari stał bardzo podobny znak jak ten na ogrowym bagnie z czarnym kleksem, mającym być chyba podobizną Samaela, zabraniającym dalszego wstępu. Poskutkowało to wpłynięciem jej samopoczucia na morze niezachwianej czujności i buntowniczych działań odwetowych.

„Drań, dopiero ma tupet!" pomyślała i z zaciśniętą szczęką ruszyła przed siebie. Minęła wiele podobnych znaków, na których twarz Samaela stawała się coraz bardziej wykrzywiona. Imbecyl jeden, to było w końcu wnętrze jej głowy i prócz niego nie było tu nic niebezpiecznego. Ari zatrzymała się widząc przed sobą jezioro, choć ktoś, kto bardziej zna się na melioracji i architekturze przestrzeni nazwałby to pewnie większym stawem. Wszędzie wokół pełno było najróżniejszych zbiorników wodnych, ale ten był inny. Nie wyglądał jak coś ponurego w czym czai się pradawne zło. Była to zwykła sadzawka, idealnie okrągła o niezmąconej tafli czystej, acz chyba głębokiej wody, nad którą unosiła się mgła przeciskająca się pomiędzy przybrzeżnymi trzcinami, jakby chcąca ochronić niezakłóconą, niby szklaną powierzchnię.

Dziewczyna przygryzła usta. Ukitake mówił jej, że każdy Shinigami ma w swej duszy coś na kształt rdzenia, siły pierwotnej definiującej resztę ich jestestwa, takie spirytystyczne DNA. Czyżby było możliwe, że to właśnie to? Ari stanęła na brzegu wpatrując się w ciemne odmęty. To miejsce było jej, a nie demonicznego psychola, który władał wszystkim wokół. Nie wiedziała skąd, ale wiedziała to. Pewnie dlatego starał się ją trzymać z dala od tego miejsca, choć z drugiej strony, gdyby naprawdę chciał mógł zmusić ją siłą, aby tu nie dotarła. Ostrożnie dotknęła stopą wody, ale nie wywołała żadnego skutku, nie licząc rozchodzących się po powierzchni kręgów. Nie wiedząc co ma zrobić postanowiła obejść zbiornik wokół. Może pod innym kątem uda jej się zauważyć coś nowego. W istocie zauważyła. Znak z przekreślonym czarnym kleksem z rozdziawioną paszczą pełną białych trójkącików i gigantycznym czerwonym napisem: „ZACHOWAĆ CISZĘ" .

- Ja ci dam ciszę, ćwoku jeden - wymamrotała i wzięła głęboki wdech. To było głupie, ale jak inaczej miała dać mu do zrozumienia, że nie miała zamiaru się go słuchać? Zaczęła więc śpiewać bez rytmu, melodii i najmniejszego talentu. - Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie. Świat, w którym koszmar ten dzieje się. Malutki stworek mieszka w nim, ·co wieść chce wśród diabełków prym. Tego demona, którego tu widzicie, zowią Sami, wszyscy się go boją i zmykają. Sami budzi popłoch tu i tam, kły swe pokazując nam. Dziś spotka Was walnięty, zidiociały psychopata Sami, Krwiożerczy, śnięty i pogięty Saami. Mały psychopata Sami. Sami, Saami, Saamiiii!

- Nie robiłbym tego na twoim miejscu - tuż za jej uchem zabrzmiało ostrzeżenie, jednocześnie spokojne jaki i nakazujące.

Ostatnie dźwięki kakofonii rozchodziły się echem wśród drzew, gdy Ariel zastanawiała się jakim cudem znalazł się tu tak szybko. Chyba że był tu przez cały czas? Odwróciła się do niego z duszą na ramieniu i sercem w gardle, a żołądkiem wywróconym do środka. Gdyby ktoś zrobił jej teraz prześwietlenie wyglądałoby jakby wyszło spod pędzla doktora Picasso. Obiekt opiewany w jej darciu pyska stał w całej swej zabójczej, męskiej glorii z rękoma skrzyżowanymi na piersi i niepokojąco zadowolonym uśmiechem.

- Ale nie jesteś - wysyczała, wściekała na sam jego widok.

- Nie lubią jak się im przeszkadza - zapewnił wydymając kształtne, czarne usta w geście nadąsania.

Nonszalancko wskazał za siebie na znak, którego wcześniej nie zauważyła. Znak ukazujący przekreśloną rozdziawioną twarz, której ktoś wylał na głowę cappuccino, pod którym stał napis: „NIE ŚPIEWAĆ". Szczęka Ari opadła z niedowierzania po czym zatrzasnęła się z dzikim, stężałym szczękiem.

- Miałeś na myśli, że ty nie lubisz, gdy ci się przeszkadza - rzuciła, odwróciwszy się od niego, chcąc oddalić się najszybciej jak to tylko możliwe.

- Też prawda, ale w tej okolicy można znaleźć rzeczy dużo gorsze niż ja.

- Ciekawe co? Wiem, że robisz wszystko, by uprzykrzyć mi życie. A wiesz co ja na to? Wypchaj się! - warknęła.

Z jego twarzy nie można było wyczytać obrazy ani rozbawienia. Wzruszył jedynie ramionami.

- Nie mów, że cię nie ostrzegałem, dziewczynko.

Ari chciał mu uprzejmie zasugerować, żeby poszedł się pieprzyć, ale zniknął nim otworzyła usta. Zamiast tego zaczęła od nowa śpiewać wcześniejszą pieśń, wyrywając przy tym znaki ostrzegawcze. Nie mogła się na niego patrzeć, nawet gdy był tylko rozmytym kleksem. Tak zaangażowała się w wandalizm, że nie zauważyła cienia przemykającego tuż pod powierzchnią wody.

- No chodź, ty frajfusowata strato przestrzeni - wysyczała, szamocząc się z zakazem śpiewu. - No jeszcze, kurwa, pięknie.

Zaklęła. Brzeg obsunął się pod jej stopą, która z pluskiem wpadła do cholernie zimnej sadzawki. Nie zwróciła uwagi, że jej brak gracji wywołał na tafli znacznie więcej kręgów niż powinien. Coraz więcej cieni zbiegało się pod powierzchnią, czysta woda spieniła się i zawirowała wzbudzając coraz większe fale. Ari straciła równowagę i o mało co cała nie wpadła do wody. Zaczęła już pomstować na swój wdzięk słonicy, kiedy poczuła jak coś mokrego i zimnego pełznie i oplata się wokół jej kostki.

Ariel wyskoczyła z coraz ciemniejszej wody. Panika rosła boleśnie w ściskających się do granic wytrzymałości wnętrznościach. Ledwo zdołała się złapać znaku, którego wcześniej tak usilnie próbowała się pozbyć, kiedy jej nogi zostały z powrotem wciągnięte do wody, która nagle zrobiła się dużo głębsza i pochłonęła ją całą.

Na ślepo udało jej się chwycić łodygę tataraku, dzięki której mogła wyciągnąć się ponad powierzchnię i nabrać powietrza. Starała zorientować się co się dzieje. Z wodą cieknącą jej po oczach i unieruchomionymi nogami obracała się we wszystkie strony, ale nic tam nie było. Jedynie niepozorny cień oraz uczucie wilgoci i chłodu pełznące coraz wyżej jej nóg, ściskając je ze sobą. Starała się podnieść, ale straciła czucie od pasa w dół. Niewidzialna siła ponownie pociągnęła. Tym razem uścisk kobiety nie wystarczył. Powietrze rozdarł krzyk, kiedy trzcina rozdarła jej skórę. Był jednak krótki, bo jego źródło zniknęło w głębinach.

Mgła zgęstniała jakby chciała ukryć straszliwy czyn, którego światkami był jedynie szumiący tatarak, pobliskie drzewa i wtopione w sklepienie martwe oczy.

Hałasy ustały. Pozostał jedynie szum ponurej, majestatycznej roślinności, która niczym armia z wciąż niewykonanym zadaniem okrążała wodę, by kiedyś w końcu złapać i zabić kryjącego się w niej potwora. Wiatr ucichł, pogrążając mokradła w wzbudzającej ciarki ciszy. Nic nawet nie drgnęło. Tafla ciemnego jeziora znowu lśniła niczym wypolerowane lustro, odbijając otaczającą je scenerię z niewyobrażalną perfekcją.

Czarne niczym smoła oczy pomału zamknęły się. W tym samym momencie bezszelestnie pojawiła się na brzegu nieruchoma figura Zanpakuto. Spokój jeziora ukoił jego nerwy, co wywołało głęboki wdech satysfakcji, gdy ponownie otworzył powieki. Tylko że nie było w nim spokoju ani spełnienia. Jedynie mroczne strzępki, pozostałości po minionych czasach. Strzępki okrucieństwa i niewymownego strachu, które niegdyś zatruły jego jestestwo, ale teraz odmawiał poddania się im powtórnie. Powinny pozostać ciche, zakopane w woluminach historii, gdzie było ich miejsce.

W źrenicach Samaela pojawił się szkarłatny odcień. Zacisnął kły oglądając cienie tańczące tuż pod powierzchnią w drwiącym świętowaniu swego zwycięstwa nad panującą duszą. Duszą, która była jego i nikogo więcej. Ale czemu właśnie on, spośród wszystkich diabłów, miał się przejmować? Sama zgotowała sobie taki los. On nie przyłożył do tego nawet małego palca u lewej nogi i choć jego natura domagała się by odebrał to, co słusznie mu się należało nie zamierzał tego robić. Nie przejmował się tym, że jeśli dziewczyna zginie on także rozpłynie się w niepamięci świata. Pewna jego część łaknęła tego, tak jak jego wieczny głód łaknie pokarmu. Wybór nie należał jednak do niego. Jezioro nie było jego domeną. Tak jak Izanami zbudowała dla niego szklany kamień wiążący go do duszy dziewczyny, tak Ariel stworzyła to. Miejsce wiążące jej duszę.

Oczy ją swędziały, ale nie od okalającej ją ciemności, a od tego co w niej widziała. Starała się walczyć z oplatającymi ją szponami zgniłego śluzu otaczającego ją ze wszystkich stron i ciągnącymi nieustannie w dół. Ale nie to było ważne. Liczyły się jedynie porozrzucane, połamane ciała osób, które znała. Sui-Feng, Kisuke, Ukitake, Shunsui, Byakuya, Gin i wielu innych, wszyscy opadali bezwładnie wraz z nią w nieprzebytą otchłań. W przeciwieństwie do niej nie widzieli jednak niczego. Wszyscy byli martwi. Spoglądali na nią różnokolorowymi oczami, w których nigdy już nie zabłyśnie rozbawienie, zniechęcenie, czy irytacja. Wszyscy byli martwi i to przez nią. To ją bolało. Bolało ją jak nic przedtem. Nie powinno ją to jednak dziwić. Wiedziała, że tak się to skończy, że zawiedzie ich wszystkich razem i każdego z osobna. Ból… ból, który uśmierzał jedynie opanowujący ją chłód. Chłód, cisza i spokój…

Wystarczy, że położysz się, tylko na chwilę i pozwolisz memu całunowi pokryć twój rozum. Nie walcz z tym. Puść, a pozbędziesz się tych niedorzecznych oczekiwań, pochłaniającego cię szaleństwa…

Ten głos w jej głowie, ostatnio wciąż ją nękający, wiecznie obecny, wyrastający z najgłębszych ostępów jej duszy, znający każdą najbardziej skrywaną tajemnicę, każdy lęk, najmniejszą nawet obawę. Głos tak trudny do zignorowania. Niepokój, gniew, rozpacz, nieustannie, dokuczliwe głosy zmętniające jej umysł. Czy w ogóle była jeszcze sobą, czy też już kompletnie postradała zmysły? Jak mogła zaplanować strategię wojenną? Jak mogła rozpoznać zamiary Aizena? Jak mogła łudzić się, że zdoła utrzymać ich wszystkich przy życiu? Uratować kogokolwiek? Ułożyć życie sobie i Vizardom? Ułożyć sobie życie z Shinjim? Co zabawne dopiero teraz zdała sobie sprawę, że łudziła sie o to wszystko przez ten cały czas. Gdyby było inaczej czemu świadomość porażki była tak gorzka do przełknięcia? Czy naprawdę choćby przez chwilę myślała, że może jej się udać?

Czemu nie skończysz tego teraz?

Macki ścisnęły ją mocniej, unieruchamiając ramiona i nogi, zgniatając klatkę piersiową. Było niemożliwie zimno. Naczynia w całym ciele pękały pod naporem rosnącego ciśnienia, ale ból pozostawał tępy. To było iście miłosierne otępienie. Nie mogła dłużej utrzymać głowy w pionie. Zamknęła powieki. Stróżka krwi z nosa stworzyła czerwony szlaczek chmur w zatęchłej wodzie.

O to chodzi, przestań walczyć, już tylko chwila i będzie po wszystkim… i może nawet znów go zobaczysz… w piekle…

Ari prawie nie zrozumiała ostatnich słów, ich drwiącego tonu, lekko zaakcentowanego w słodkim głosie, tak niepokojąco podobnym do jej własnego. Kogo miała spotkać? Kogo niby, do wszystkich diabłów, miała zobaczyć i to, do cholery jasnej, w piekle?

Dostrzegła go. Z wyrazem poddania i doszczętnego terroru na twarzy tak często wykrzywionej w dziecięcych grymasach, z włosami bezwładnie unoszącymi się wkoło niczym ścięte zboże w gęstej, mętnej wodzie, z prośbą o pomoc wciąż widoczną na rozchylonych ustach. Małe pęcherzyki powietrza uciekły z niedziałających już płuc. Jego serce nie biło. Było ciche, całkowicie i nieodwracalnie.

Chciała modlić się do anioła śmierci, by przestał, by zostawił jej choć jego, ale był jeden problem. Ariel nigdy nie wierzyła w anioły.

Otworzyła oczy, w których tliło się złote światło.

- Łżesz! Łżesz jak pies! Niby dlaczego miałabym się ciebie słuchać?! - krzyknęła w wodnistą pustkę doszczętnie opanowana wściekłością i wbiła paznokcie w falujące cieniste macki.

- Nigdy nie zobaczę go w piekle - jej głos był przesiąknięty złością, pod wodą brzmiał jeszcze groźniej i bardziej złowieszczo, pełen buntu. - W przypadku gdybyś był niedoinformowany, to przyjmij do wiadomości, że nie dam im zginąć choćbym osobiście miała ukatrupić Aizena tępą obieraczką do kartofli! Użyję każdego zakazanego kido, niehumanitarnego wynalazku, ba, nawet mego psychopatycznego scyzoryka, ale nie pozwolę mu wygrać! Nie ma takiej pieprzonej opcji!

Dostał prztyczka w czoło.

Ari usiadła łapiąc w płuca upragnione powietrze. Siedziała po pas w wodzie, ale nie w okrągłej sadzawce niewidzialnego potwora, a tuż przed osobliwym głazem w dolinie Samaela, który stał pochylony nad nią z dziwną miną. Mieszanką rozbawienia i zrezygnowania.

- Co to, kurwa, było? - wrzasnęła, zrywając się na równe nogi. - Znów ci się odwidziało i stwierdziłeś, że dzisiaj to może i byś mnie ukatrupił?

Demoniczny Zanpakuto uniósł jedną brew.

- Nie miałem z tym nic wspólnego. Próbowałem cię nawet ostrzec - pomachał jej przed nosem znakiem zakazu śpiewu, który z nikąd zmaterializował się w jego ręku. - To nie moja wina, że za wszelką cenę nie chcesz mnie słuchać. Ale wracając do ważniejszych tematów: podobały ci się twoje rybki?

Widząc jego niewinną minkę nie mogła się powstrzymać i parsknęła śmiechem. Co prawda nie było jej wcale do śmiechu, ale taka mina na twarzy tego monstra była zbyt niedorzeczna.

- Są przepiękne. Czym ty to karmisz?

- Ja, niczym - przyznał, wzruszywszy ramionami. - Ludzkie lęki nadają im charakterku. Brzydota to nieszkodliwy skutek uboczny.

Ari zjeżyły się włosy na głowie. Jego wielobarwny głos nabrał niespodziewanie spokojnego, melodyjnego wywarzenia delikatności i odrobiny ostrości na końcach słów.

- Nie wydawały mi się takie nieszkodliwe. Dlatego mnie tam wrzuciłeś? Jako pokarm dla rybek?

- Nie było potrzeby - twarz Samaela była sztywna i nieczytelna, gdy mówił w ten nowy, nieśpieszny sposób. Znudzony wyrzucił znak w pobliskie krzaki i od niechcenia przyjrzał się swym szponom. - Ryby są wrażliwe na nadmierny hałas, śpiew w szczególności. To włącza w nich tryb morderczej mangusty.

- Ty…. - Ariel nie mogła dokończyć. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Właśnie dostała duchowej hipotermii.

- Wygląda na to, że przydałoby ci się nieco ciepełka, dziewczynko - przedrzeźniał ją sugestywnie oblizując usta. - Uwierz, mi. Jestem w stanie rozgrzać cię lepiej niż ta namiastka Shinigami.

- Znam kogoś innego, kto poradziłby sobie jeszcze lepiej. Nazywa się Brandy. Więc jeśli nie masz pod ręką butelki, to przestań rzucać durna aluzje. Nie mam amnezji. Pamiętam, że chciałeś mnie ukatrupić.

Zanpakuto pokazał jej język i ostentacyjnie na nim zagrał.

- Ale żeś uparty babsztyl. Mówiłem, że…

- Ale też mi nie pomogłeś - żachnęła się. - A może też nie mogłeś?

Wyszczerzył się do niej półgębkiem, pokazując w całości kilka swoich zębów, przez co zrobiło jej się słabo.

- Pewnie że mogłem, ale stwierdziłem, że a nóż, widelec uda ci się nieco poprawić wystrój. Zgniła kora strasznie śmierdzi.

- Że co? - przez irytację zapomniała o trzęsącym ją zimnie.

Duch zrobił obrót, o który zazdrosny byłby sam Barysznikow, i teatralnie ukłonił się wskazując rękoma otoczenie.

- Rozejrzyj się.

Ari wcześniej nie zauważyła, ale jej wewnętrzny świat zmienił się. Nie nabrał ani trochę kolorów, ale stał się jakby mniej złowieszczy i ponury. Drzewa, które wcześniej zdawały się być jedynie skamielinami nienadającymi się nawet na opał, teraz wyglądały jakby czekały na wiosnę, by znów ożyć. Woda również dużo bardziej przypominała wodę niż muł. Największa różnica była jednak w zapachu. Nie było czuć już woni śmierci, a coś świeżego, czego nie potrafiła nazwać.

- To mech - wtrącił Zanpakuto.

- Ale jak…?

Nie dokończyła, bo przerwał jej rozdzierający ciszę ryk z gardła morderczego miecza, który złapał ją za szyję.

- Kurwa, nie mów mi, że będę musiał ci jeszcze wszystko wyjaśniać. I tak nie zrozumiesz. Chociaż…

Dziewczynie zrobiło się niedobrze, gdy przez moment zdawało jej się, że znajduje się w dwóch miejscach na raz. Po chwili znalazła się już tylko w jednym. Sto metrów nad ziemią, wisząc głową w dół, trzymana od niechcenia za kostkę przez siedzącego po turecku w powietrzu jej osobistego psychola.

- Może potrzebna ci tylko odrobina odpowiedniej motywacji? - było to pytanie retoryczne, bo od razu przeszedł dalej. - Tak czy siak, lepiej słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać. Wszystko wokół, co teraz tak doskonale widzisz dzięki memu geniuszowi, to ty. Szczerze, to nie jesteś zbyt ładna od środka. To co czujesz wpływa na ten świat, na moje, pożalcie się wszystkie czorty, więzienie. Sadzawka z rybkami stanowiła kajdany, które zarzuca na ciebie strach, brak wiary w siebie i tym podobne dyrdymały. Twoje lęki, nie moje. Ja jestem władcą koszmarów i żaden przerośnięty plankton mi nie straszny. KPW?

Ari naprawdę starała się go słuchać, ale wizja rozpłaszczenia się o ziemię i wyglądania jak kanapka z dżemem, po której przejechał walec drogowy skutecznie jej to utrudniała. Chciała zapytać go jeszcze co takiego zrobiła, że wszystko wygląda inaczej, ale nie zdążyła. Całkiem zapomniała, że zasraniec umiał czytać jej w myślach.

- Ach tak, cóż… - postukał palcem w brodę. - Przypuszczam, że wszystko odżyło, bo przyznałaś, że w ogóle istnieję. Pamiętasz? „W przypadku gdybyś był niedoinformowany, to przyjmij do wiadomości, że nie dam im zginąć choćbym osobiście miała ukatrupić Aizena tępą obieraczką do kartofli! Użyję każdego zakazanego kido, niehumanitarnego wynalazku, ba, nawet mego psychopatycznego scyzoryka, ale nie pozwolę mu wygrać! Nie ma takiej pieprzonej opcji!"

Ari zacisnęła pięści słysząc jak piszczącym, niczym nienaoliwiony rower głosem, próbuje ją naśladować.

- Mój głos wcale tak nie brzmiiieeeEEE!

Ten pojeb ją puścił! Leciała głową w dół wprost do jego bagienka, które z takiej wysokości wydawało się być naparstkiem z wodą. Zanim przebiła taflę jeziora usłyszała jeszcze jedynie przerywane salwami śmiechu „właśnie, że tak".

Podskoczyła chcąc zniwelować upadek, szkoda tylko, że jej mózg nie zarejestrował, że już się obudziła i robiąc to zawinie się w kołdrę i epicko wyłoży. Co prawda wyrżnięcie w podłogę zębami było lepsze niż upadek ze stu metrów do bajorka, ale byłaby zadowolona gdyby oszczędzono jej obydwu tych atrakcji.

- Co do…?

Jeszcze bardziej zadowolona byłaby, gdyby ktoś raczył jej objaśnić czemu była cała mokra. Oczywiście jej posłanie także wyglądało jakby się na nim zmoczyła. Przejechała dłonią po twarzy. Czy choć raz nie mogła spokojnie się przespać? Otworzyła szafę kapitana i wyciągnęła z niej pierwszą lepszą yukatę, w której i tak wyglądała jak liliput w namiocie. Przerwała litanię przekleństw nad swym losem, słysząc kaszel dobiegający z pokoju Ukitake. Mężczyzna miał jeden ze swoich ataków, akurat kiedy nieautoryzowanie u niego nocowała, oczywiście… jak mogłoby być inaczej?

Zadzwoniła dzwonkiem alarmującym dwóch trzecich oficerów trzynastego oddziału i wymknęła się przez okno. Jushiro wymagał specjalistycznej opieki, a ona dawki spokojnego snu. Szkoda tylko, że musiała lecieć przez całą Seireitei prawie na golasa. Chyba że…


Mała walka została wygrana w odwiecznej wojnie dnia i nocy kiedy drobna, niepozorna żółta kulka wzniosła się ponad horyzont i przedarła swym baskiem przez szczelinę w zasłoniętych ciężkimi kotarami oknach. Para palców wystających spod jedwabnej pościeli powierzgała nieco z niezadowoleniem przez światło bijące w oczy ich właściciela. Zmysły powoli wyostrzały się, budząc się z głębokiego snu. Wysoka, smukła postać zawinięta w fałdy kołdry chciała odgarnąć z twarzy wodospad kruczoczarnych włosów wpadających w oczy, ale trajektoria ramienia została zakłócona przez coś, czego nie powinno tam być. Przez coś ciepłego w dotyku, wydychającego obłoczki wilgotnego powietrza głaszczącego jego palce. Palce, które natychmiast wyciągnęły się i oplotły wokół szyi intruza, z której uciekało owo powietrze.

- Byakuya.. czy to… konieczne? - świszczące słowa oczyściły zamglony umysł. Stalowe oczy otworzyły sie z szybkością błyskawicy, ledwo widząc cokolwiek przez kurtynę włosów, które wciąż tak upierdliwie zasłaniały mu twarz.

- Ty - Kuchiki nawet nie starał się powstrzymać dzikiego warknięcia wyrywającego mu się z gardła, zaciskając palce jeszcze mocniej i dodając do tego widoczny szczękościsk.

Ciepłe ręce chwyciły go za nadgarstek i z niemałym wysiłkiem odsunęły od siebie tak idealnie wypielęgnowane, ale i zabójcze dłonie.

- A niby kogo się spodziewałeś? Renjiego? - Ari pomasowała lekko zaczerwienioną skórę na szyi, którą strzyknęła kilka razy by być pewnym, że wróciło do niej krążenie, po czym uśmiechnęła się.

Byakuya przeciągnął ręką po twarzy chcąc jak najszybciej się obudzić.

- Nikogo się nie spodziewałem. Śpię sam - powolny, wciąż zmęczony bełkot prześlizgnął mu się przez usta, a w oczach zapłonęło niezadowolenie, przez które jego porucznik uciekałby już na Kamczatkę.

- No i widzisz! Nic dziwnego, skoro każdego, kto się do ciebie zbliży chcesz zadusić na śmierć - zażartowała i wyciągnęła rękę ku niemu chcąc zwrócić przysługę, ta jednak została momentalnie odtrącona.

- Właśnie dlatego śpię sam! - warknął, ale widząc, że przez to uśmiech dziewczyny przekształcił się w zdumienie sprowadził swój ton z powrotem z kategorii warczącej do pouczającej. - Dlaczego tak uparcie trwasz w tej swojej dziecinnej manierze, która do tej pory działała ci jedynie na szkodę? Nie ma bardziej odpowiednich zajęć, którymi mogłabyś się zainteresować, niż bycie uciążliwą w jak najbardziej ekscentryczny sposób?

Brunet zyskał sobie debilne spojrzenie.

- Wiem, że na co dzień nadajemy na tych samych falach, ale mógłbyś dziś przestawić mózg na resztę świata? Miałam ciężką noc i translator jeszcze mi się nie załączył.

Byakuya westchnął, głęboko.

- Możesz łaskawie wyjaśnić, co robisz w moim łóżku?

- Spałam u Jushiro, ale gorzej się poczuł, a że nie powinnam tam być, to ulotniłam się jak tylko wezwałam pomoc. Wolałbyś, żebym latała po całym Dworze Dusz niemal w stroju Ewy?

- Co? Czemu miałabyś przebierać się za jakąś Ewę? - Shinigami pokręcił głową i zamknął oczy mając nadzieję, że chwilowa ciemność uporządkuje mu myśli. - Zechciałabyś mówić z jakimkolwiek sensem?

- Zapomnij o tym i tak wasza znajomość kultury zachodu ogranicza się do tego co podyktowałam Akonowi do „ Świata żywych dla opornych", a znając ciebie, to w życiu nie wziąłbyś takiej książki do ręki - Ariel oparła się na łokciu i pomachała ręką przez co wystawiła na widok więcej ciała niż było nwłaściwe. Jeśli w tej sytuacji można mówić o czymkolwiek właściwym.

- Na twoim miejscu nie byłbym taką hipokrytką, co do nie pojmowania faktów. Wystarczy, że wspomnę, iż wbrew przyjętym normom, to ty leżysz teraz w moim łóżku! Jedynie w yukacie! - powiedział arogancko i podciągnął pościel pod samą brodę, jako że ostatnio weszło mu w nawyk spanie jedynie w spodniach od piżamy. Inaczej było mu zbyt gorąco, a odkrył, że chłód jedwabiu bezpośrednio na skórze ułatwia zasypianie.

- Pewnie, ale ja robię to głównie po to, aby cię wkurzyć. To duża różnica - jej wyszczerz urósł do nieprzyzwoitych rozmiarów. - I mylisz się jeszcze w jednej sprawie. Nie mam na sobie piżamy. Ta od Ukitake była strasznie swędząca. Jestem naga… no, nie licząc bielizny.

Sugestywnie pofalowała brwiami, z szybkością błyskawicy złapała okrycie i pociągnęła za nie, odsłaniając ich oboje jednym ruchem. Byakuya wziął odwet w przeciągu milisekundy.

Ari zbyt późno zauważyła lecącą poduszkę i dostała prosto w roześmianą twarz, która idealnie przyległa do puszystego pocisku, podczas gdy reszta ciała wylądowała ramionami na dębowej podłodze z nogami dyndającymi w powietrzu.

- Wynoś się i… - Kuchiki uniósł się i pochylił do przodu, aby sprawdzić stan Shihoin, która zniknęła mu z oczu, ale nie zdołał. Poduszka powróciła niczym bumerang przytłumiając resztę zdania w niezrozumiały bełkot, po czym niemal ze złośliwą powolnością ześlizgnęła się z nachmurzonej twarzy. - Teraz zginiesz!

Zabrzmiało to bardziej jak grom niż ludzki głos. Byakuya złapał w każdą rękę poduchę z zamiarem przygwożdżenia szatynki do podłogi. Jednak ta w między czasie skoczyła na nogi i sama uzbroiła się w parę pierzastych pocisków.

- Nie bądź taki pewien - przyodziała twarz w iście bitewny uśmieszek, trzymając poduszki jak masywne kastety. - Pokarz mi na co cię st…

Nigdy nie dokończyła drwić, bo napakowany gęsim pierzem materiał zmiażdżył ją z obu stron z niewyobrażalną siłą, co raz obijając jej skronie. Nie widząc nic prócz malutkich złotych gwiazdek mieniących się jej przed oczami, Ari rozpoczęła kontratak na ślepo wiosłując uzbrojonymi dłońmi, w nadziei na trafienie zaciekłego, a jednocześnie delikatnego napastnika.

W ciągu minuty zawsze utrzymane w idealnym porządku łóżko przypominało raczej starożytne, zimowe pole bitwy. Opanowane przez dzikie szamotanie, ruch spoconych ciał i latającą artylerię przy akompaniamencie okrzyków bojowych i stłumionym warczeniu. Wszystko to pośród morza powoli opadającego śniegu z gęsich piór.

- Nareszcie! Czasami… zastanawiałam się… pfff… czy nie jesteś jakimś zombie! - wykrzyczała pomiędzy precyzyjnie wymierzonymi ciosami w jej głowę, wypluwając małe, ale szczególnie upierdliwe piórko.

- Irytujesz mnie… dlatego też… istnieję - odpowiedziało jej kąśliwe warknięcie, zdające się dobiegać jednocześnie ze wszystkich stron, kiedy Byakuya z łatwością unikał niedbałych , nieprzemyślanych ataków księżniczki Shihoin.

- Zatem wystarczy, że będę… cię wkurzać, a nic cię nie ruszy? - Ari natychmiast pożałowała durnego nawyku otwierania gęby i szczerzenia się zaczerpniętego od Shinjiego, gdy poduszka walnęła ją w twarz posyłając całą flotyllę małych białych piórek wprost do jej buzi.

Będąc zajętą wypluwaniem totalnie nieapetycznego upierzenia Ariel zapomniała o obronie i została bezlitośnie znokautowana i posłana twarzą wprost w jedwabne prześcieradło dokładnie między uda Byakuyi, podczas gdy jej siedzenie, okryte jedynie zielonymi figami w żółte kwiatki, bezwstydnie wyglądało ku niebu, a raczej rzeźbionemu sufitowi. Wspomniana już część anatomii miała zostać poddana tej samej nieludzkiej torturze, kiedy to oczy arystokraty skierowały się ku drzwiom przez niepokojące przeczucie.

Ciężko i nierówno oddychając Byakuya trzymał prawie pustą poduszkę wysoko w powietrzu z drugą ręką unoszącą się nieco ponad pośladkami Shihoin, kiedy jego wzrok zogniskował się na dwóch figurach stojących w osłupieniu przy drzwiach.

Rukia zasłoniła twarz nie chcąc się na to patrzeć, podczas gdy Renji z nieukrywaną fascynacją przyglądał się jak głowa pokryta karmelowymi włosami zaczęła szamotać się między nogami jego kapitana. Ari wyczuwszy chwilowe zawieszenie broni powoli wydobyła twarz z pościeli i spojrzała na bruneta z oszołomionym i lekko zirytowanym wyrazem twarzy odpowiadającemu tonowi jej głosu.

- Do cholery jasnej, przez ciebie to połknęłam… - kiedy Byakuya nie odpowiadał, a jego twarz przybrała niepokojący kolor fioletu, Ari również spojrzała się na to, co tak go zafascynowało.

- Nii-sama, nie chcieliśmy…

- Kapitanie, przepraszamy za najście, nie mieliśmy pojęcia, że…

Oboje zamilkli widząc niemal monumentalne zidiocienie na twarzach przywódców dwóch najważniejszych rodzin w Gotei.

- Chyba muszę do łazienki, przepraszam - rudzielec chciał uciec, ale uścisk niziutkiej Kuchiki zatrzymał go w miejscu.

Rukia nie wiedziała co ma powiedzieć, ale na pewno nie chciała zostać sama.

Ari otworzyła już usta, by zapewnić o ich niewinności w jakiejkolwiek sprawie, która przeszła im przez myśl. Zamknęła je jednak, gdy zobaczyła, która jest godzina. Do spotkania z Yamamoto zostało jej niecałe pięć minut.

- KURWA MAĆ!

Zupełnie nie przeszkadzało jej to, że prawie naga wpadła jak głupia do szafy Byakuyi wyrzucając prawie całą jej zawartość na podłogę, czy też to, że skakała na jednej nodze chcąc jak najszybciej wcisnąć się w jedno z jego kimon. Całkowicie też nie słyszała słów kapitana szóstego oddziału.

- Shihoin hime, Shinoin, Shihoin…

Nie zobaczyła też jak drga mu powieka, bo już jej nie było.

W takich chwilach Kuchiki Byakuya naprawdę nie chciał wiedzieć co siedzi jej w głowie.