ROZDZIAŁ 51
Poprawiam ilustracje
Solem
– Co ona tam trzyma w ręku? – Severus podszedł bliżej dziewczynki i dokładnie ją zlustrował. – To … czy ona jest … no spójrz, ta sukienka i to na głowie, czy …
– Słowo królewna nie może ci przejść przez gardło? – zaśmiałam się, przypominając sobie, jak mój mąż czytał bajki dziewczynkom. Zawsze używał sformułowania córka króla i z krzywą miną zmieniał kolor sukienki jeśli ta była różowa. Ilustrując, pamiętałam o jego fobii i zwykle ulegałam jego, a nie małych dziewczynek, gustom. – Nie bój się – szepnęłam mu do ucha. – Ma błękitną sukienkę.
– Dziwne to wszystko. – Nie odrywał wzroku od dłoni królewny. – Jakiś czas temu czytałem Asterii – zaczął niepewnie. – Selene się wtedy obraziła, bo chciała co innego i poszła do ciebie, pamiętasz? – Zamyśliłam się, analizując słowa męża. – „Dziś na zamku chrzciny maleńkiej córki króla! Przybyli z daleka jej najbliżsi krewni, wujkowie i ciocie, babcie i kuzynki, każdy jakiś prezent przywiózł dla dziewczynki." – zacytował. – „(...) Kiedyś była w parku, zbierała tam kwiaty i odkryła drzwiczki do małej komnaty. Stało w niej coś, czego nigdy nie widziała. – Jaka dziwna szpulka, na niej przędza biała! – Wzięła motek w ręce. – Aj, ta szpulka kłuje! – Ciemno przed oczami, cały świat wiruje."*
– Śpiąca królewna? – zdziwiłam się. – Ale dlaczego nie śpi? Wszyscy tylko nie ona. – Spojrzałam z zamyśleniem na męża. – Nie wiedziałam, że znasz je na pamięć – dodałam zaskoczona.
– Asteria wciąż o nie marudzi – wyjaśnił. – Są w niej twoje ruchome ilustracje.
– Mój największy sukces. – Uśmiechnęłam się pod nosem. – I chyba wydawnictwa. Mugolskie baśnie. Wtedy tak często traciłam wzrok i malowałam dniami i nocami do nich.
– Pamiętam – szepnął. – Ta … ona – wskazał głową na królewnę – wygląda dokładnie, jak ta twoja – zauważył.
– Dawno nie sięgałam po te bajki, Selene woli bardziej realistyczne opowieści. – Powiodłam wzrokiem po komnacie i po chwili wyciągnęłam swój szkicownik. – Pamiętam, jak malowałam do tej bajki. Twój tata uparł się, żeby ilustracje były ruchome, ale jak robiłam tę scenkę, to nie mogłam się przemóc, żeby ukłuć tę królewnę zbyt mocno – tłumaczyłam jednocześnie, rzucając zaklęcia do malowania ruchomych obrazów na pergamin. – Może za lekko się zraniła i dlatego nie zasnęła. Jeśli za sto lat zjawi się książę, ona … Merlinie, co ja narobiłam – jęknęłam i pospiesznie malowałam postać siedzącą przed nami.
Severus wpatrywał się w tę scenę jak osłupiały. Płacząca dziewczynka w jednej chwili zaczęła przybierać wyraz twarzy, jaki jej nadałam, a po kolejnych szkicach z całą mocą ukłuła się wrzecionem i zasnęła. Odetchnęliśmy, widząc wpadającą przez okno wróżkę. Chwyciła dziewczynkę na ręce i zaniosła do sypialni.
– Co dalej? – Severus popatrzył na mnie z uśmiechem. – Co jeszcze zepsułaś, zbyt łagodna kobieto? – zażartował.
– Zaraz ciebie zepsuję. – Dałam mu kuksańca w bok i zebrałam swoje przybory. Chwyciłam męża za rękę i pociągnęłam do wyjścia.
Jednak po otwarciu drzwi nie znaleźliśmy korytarza, jakim się tam dostaliśmy, ale staromodną kuchnię. Za dużym drewnianym stołem siedziała umorusana dziewczynka i ze zrozpaczoną miną odliczała kolejne ziarnka pszenicy. Obok niej siedziała starsza kobieta o niezwykle przyjemnej twarzy. Przyjrzeliśmy się dokładnie pomieszczeniu. Zmarszczyłam brwi, widząc zawieszoną na drzwiach śliczną, balową suknię, a pod nią szklane pantofelki.
– „W tej bajce poznacie uroczą dziewuszkę … Jak miała na imię? Zwano ją Kopciuszkiem …"* – wyszeptał mi do ucha rozbawiony Severus. – Co tym razem przeskrobałaś? – Spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
– Nie pamiętam – jęknęłam z rozpaczą. – Zaraz, te ziarenka. Zdaje mi się miała tam pomoc, prawda?
– Myszy? – Severus zamyślił się chwilę.
– Na to wygląda – wymamrotałam, wskazując jednego gryzonia na końcu stołu. – Ta dziewczyna tak dokładnie sprzątała, że żadna mysz się tu nie zalęgła. Jedna przylazła, jak jej drzwi otworzyła.
– Co dalej? – spytał z krzywą miną.
– To było tak dawno. – Odetchnęłam, przymykając powieki i ponownie sięgnęłam po swoje narzędzie pracy. – Przy opracowywaniu tych baśni staraliśmy się uczynić je, jak najbardziej pasujące do naszego świata, a jednocześnie na tyle absurdalne, że bajeczne. Stąd te myszy – Severus przytaknął, obserwując wyłaniający się spod mojej ręki obrazek. – Jest za czysto na więcej myszek. Dobry czarodziej przywołałby ich tutaj więcej, ale ta kobieta … jest tylko dobrą wróżką i robi co nakazał jej autor, mugolski autor. Potrzebujemy stworzeń, które jej pomogą i nie skrzywdzą, a jednocześnie są w stanie dostać się tutaj dość szybko.
– Ptaki? – podpowiedział mi mąż.
– Dokładnie. – Uśmiechnęłam się, na swojej ilustracji domalowałam otwarte okiennice, a w nich nadlatujące gołębie, które po chwili ochoczo zabrały się do liczenia ziarna.
– Zobacz – Severus szturchnął mnie, gdy pakowałam przyrządy.
Uśmiechnęłam się promiennie, gdy Kopciuszek w pięknej sukni zaczęła obracać się wokół własnej osi. Wcisnęła na stopy pantofelki i wybiegła przed dom.
– Malujesz najpiękniej na świecie – szepnął mi do ucha i pocałował z czułością. – Jeszcze jakieś pomyłki, pani Snape? – Spojrzał z wysoko uniesioną brwią.
– Bogowie, tych bajek było chyba …
– Czterdzieści – dokończył, wzdychając. – Nie sądzę jednak, by w każdej czegoś brakowało. Zawsze, gdy je czytam brzmią dość spójnie. Lubię je czytać – wyznał.
– Dlaczego Selene ich nie lubi? – Spojrzałam na męża z zamyśleniem.
– Miałem ci nie mówić – odparł cichym głosem. – Kiedyś, gdy Asteria chorowała, zabrałem Selene na spacer i doszliśmy do chatki Hagrida. Akurat szedł karmić hipogryfy, a że jeden z nich opiekował się właśnie małym źrebakiem wabił swoim zapachem najgorsze stworzenia z lasu, a wśród nich wilki. Hagrid się zagapił, gdy brał Selene na rękę i jeden z nich zranił małego.
– Och, maleństwo moje …
– Nic jej nie było, ale raczej unika słuchania o wilkach – wyjaśnił.
– Dlaczego mi nic nie powiedziałeś?
– Nie chcieliśmy cię martwić – odpowiedział. – Właściwie to ona nie chciała i proszę, żebyś się nie zdradziła, że wiesz.
– Oczywiście – przytaknęłam. – Moja mała córunia.
– Moja – warknął żartobliwie. – Severusia – zaśmiał się, widząc moje gromiące spojrzenie. – Sprawdzimy co dalej, słonko? – Przytaknęłam i chwytając męża za dłoń, podążyłam do wyjścia z kuchni.
– Las – mruknęłam. – To się nie spodoba naszej najmłodszej córce.
– To zdumiewające, że wydałaś na świat dwie tak urocze istoty w odstępie ledwie dwóch minut. – Przytulił mnie i lekko pogładził po plecach.
– Podejrzewam, że Selene uczepiła się za nogi Asterii – zaśmiałam się, a po chwili w moich oczach zaszkliły się łzy. – Co one teraz robią?
– Pewnie cała czwórka wykorzystuje naszą nieobecność i lata na miotłach w ogrodzie – odparł i mocniej mnie do siebie przycisnął. – Łącznie z tymi dwoma. Jak tylko zabrały nasze duże miotły …
– Severus – uspokoiłam go. – Tata by im nie pozwolił. Są bezpieczni, cała czwórka.
– Solem, jeśli nam się uda, nie chcę zwlekać – wyznał poważnym głosem i spojrzał mi twardo w oczy.
– Chcesz go … wskrzesić? – spytałam niepewnie, a Severus tylko przytaknął i odsunął mnie pospiesznie, gdy w naszym kierunku skoczył bury wilk.
– Wskrzeszę, zabiję i zamierzam cieszyć się wolnością – krzyknął. – Ale teraz mamy chyba inny problem. Czy ten wilk goni … „Za lasem, za górą wdowa córkę miała, Czerwoną Czapeczką ją kiedyś nazwała.
– Babciu wilk mnie goni! Pomocy! Ratunku! – Tuż obok nas przebiegła dziewczynka w czerwonej czapeczce, a za nią starsza kobieta.
– Ty paskudny zbóju! Zostaw moją wnuczkę! – krzyczała. – Zobaczysz, łajdaku, ja ci dam … nauczkę!"
– „Ta trójka obiegła chatkę razy kilka, wilk śladem Czapeczki, babcia tropem wilka" – kontynuował bajkę Severus. – „Jaki będzie koniec tej dziwnej pogoni? Kto kogo dopadnie, kto kogo dogoni? Babunia już sapie, a wilk? W czepku śmiga! Już trudno odgadnąć, kto tu kogo ściga. Wtedy na polanie zjawił się myśliwy. – Drętwota – wykrzyknął. Wilk upadł nieżywy."* – Spojrzałam na męża z podziwem.
– Dlaczego nie czytasz dzieciom w naszej księgarni? – spytałam oczarowana jego opowieścią. – Robisz to naprawdę cudownie.
– Opowiadam bajki jedynie naszym dzieciom, a ty lepiej zacznij się zastanawiać co tu jest nie tak – mruknął. – Wilk już ponownie goni te biedne kobiety, a jak dopadnie myśliwego …
– Drętwota? Ten facet rzucił na niego Drętwotę? – zdziwiłam się. – Merlinie, jak się dowiem, kto pracował nad tekstem tych bajek to po premii pojadę. – Westchnęłam i pospiesznie zaczęłam poprawiać ilustrację. – Drętwota na dzikie, niemagiczne zwierzęta działa tylko krótką chwilę. Musi zabić tego wilka, tak jak było w mugolskiej wersji – tłumaczyłam.
– Serio? Nie wiedziałem. – Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Nie polowałeś nigdy na wilki? – sarknęłam i zawahałam się rysując myśliwego. – Jak ja mam narysować zaklęcie i na bogów, przecież nie może użyć niewybaczalnego w książeczce dla dzieci.
– Daj mu to mugolskie od strzelania, nie wiem jak się nazywa, ale wiem jak wygląda – odparł.
– Pistolet? Taki długi pistolet masz na myśli? – upewniłam się i szybko dorysowałam strzelbę wycelowaną w zwierzaka.
Obydwoje odetchnęliśmy, gdy wilk padł nieżywy i zmęczeni oparliśmy się o drzewo.
– Mam nadzieję, że w następnej będziemy mogli coś zjeść – jęknął i pociągnął mnie do chatki babci. Spojrzał łakomie na koszyk pełen jedzenia zgubiony przez Czerwoną Czapeczkę, ale został natychmiast zganiony i robiąc kwaśną minę, wszedł do domku.
.: :.
Eileen
– Skup się, Snape – warknął ze złością profesor Davis, gdy Teo rozglądał się po jego gabinecie.
– Skupiam, profesorze – zrobił niewinną minę, a ja wybuchłam śmiechem.
– Mówiłam, że mu się nie uda za pierwszym razem – prychnęłam do starszego czarodzieja. – Za dużo ma pan tutaj tego i połowa nie działa. – Wskazałam na półki uginające się pod różnymi magicznymi przedmiotami.
– A skąd ty o tym wiesz, gówniaro? – wysyczał groźnie.
– Jak to skąd? – Wzruszyłam ramionami. – Ciągle mnie pan tu samą zostawiał. Co miałam niby robić?
– Siedzieć spokojnie na kanapie? – odparł nieco urażony. – Czego żeś dotykała?
– Tego i tego – wymieniałam, wskazując palcem. – No dobra, lepiej było spytać czego nie dotykałam. – Uśmiechnęłam się niewinnie do brata, który z trudem starał się zachować powagę. – Tamta kulka jest fajna, ta kolorowa, widzisz Teo? – Wspięłam się na palce i zdjęłam przedmiot z jednej z wyższych półek.
– Ty bezczelna, mała pannico. – Davis wyrwał mi magiczny przedmiot z dłoni.
– Co to robi? – spytał z zainteresowaniem Teodor.
– Przenosi do innego pomieszczenia albo raczej czyni to pomieszczenie, w którym się znajdujesz takim, jakie akurat potrzebujesz – wyjaśniłam mu pospiesznie.
– Skąd o tym wiesz? – wrzasnął podenerwowany mężczyzna. – Jesteś gorsza niż … niż … Widzisz co narobiłaś? Nawet nie znam nikogo tak okropnego, jak ty.
– Profesorciu, przecież pan sam zawsze powtarza, że trzeba być ciekawym świata – odparłam z rozbrajającym uśmiechem. – Ja się kieruję jedynie pana naukami w życiu – dodałam wyniosłym tonem i mrugnęłam do brata. – Lepiej pan zrobi, jak się pan rozluźni i opowie nam dokładnie o tej kuleczce.
– Wstrętne dziewuszysko, jakim cudem zgodziłem się ciebie uczyć? – burknął i rozsiadł się wygodnie na kanapie, wciąż obracając kulkę w dłoni.
– Sam pan namawiał rodziców – odpowiedziałam, wzruszając ramionami. – Mama nie chciała się zgodzić – zwróciłam się do Teodora. – Na początku oboje przychodzili ze mną na zajęcia. Mama nawet, gdy nie widziała. Chyba się bali, bo profesorek, jak uczył mamusię to rzucał na nią zaklęcia niewybaczalne, ale ja się nie umiem tak bronić jak mama – westchnęłam. – Mam nadzieję, że nic jej nie jest.
– Nie jęcz. Śpią, lenie jedne. – Owidiusz wywrócił oczami i po chwili z łagodnym uśmiechem zachęcił nas, byśmy usiedli obok niego.
– Dlaczego pan rzucał na mamę niewybaczalne? – Teo spojrzał niepewnie na profesora.
– Bo jest głupia – mruknął pod nosem. – Nie docierało do niej, że jest uzdolniona w magii bezróżdżkowej. Wiedziałem, że potrafi się obronić, ale mogłem to dokładnie sprawdzić jedynie z zaskoczenia. Poza tym lepiej jej szło, jak miała przed sobą wizję dotkliwego bólu. Nigdy jej nie zraniłem – podkreślił. – Nawet ciężko powiedzieć, że ryzykowałem. Znałem jej możliwości lepiej niż ona.
– Mama potrafi się bronić bezróżdżkowo? – zdziwił się Teodor.
– No, a jak walczy – odpowiedziałam mu. – Szkoda, że tak rzadko daje się namówić. Tata to co innego. Też jest świetny. W czarach ofensywnych dużo lepszy od mamy, ale czasem udaje się złamać jego obronę.
– Widziałaś jak walczą? – Chłopiec był zaciekawiony.
– Pewnie, ale to wiesz taka ustawiana walka z profesorem – jęknęłam, wzruszając ramionami. – Tobie pewnie też tata wszystko pokaże. Mnie za bardzo nie chciał jeszcze uczyć walki. Powiedział, że dopiero, jak pójdę do szkoły, ale ciebie pewnie zaczną teraz uczyć.
– Chciałbym – westchnął Teodor.
– No, to profesorciu pokazuj do czego dokładnie ta kulka – zwróciłam się do starszego mężczyzny.
– Przecież wiesz – odburknął, udając obrażonego.
– Oj, tylko raz mi się udało to zrobić – westchnęłam ciężko. – Przypadkiem. Niech pan nam opowie o tym.
– Ta kulka, jak to nazwałaś, robi dokładnie to o czym powiedziałaś – parsknął śmiechem, widząc nasze głupie miny. – Taka przenośna Komnata Życzeń z Hogwartu, ale w przeciwieństwie do tamtej nie da się już dołożyć niczego o czym zapomniało się na początku pomyśleć. Trzeba wrócić do podstaw i próbować jeszcze raz. Wciąż nad tym pracuję.
– Komnata Życzeń? – zdziwił się Teodor i zerknął na mnie porozumiewawczo.
– Starzy wam nie powiedzieli? – zdziwił się Davis. – Mhm – prychnął pod nosem – ciekawe dlaczego? – udał zastanowienie.
– Co to jest ta Komnata Życzeń? – dopytywał Teo.
– Nie jestem pewien, czy wasi starzy chcą bym wam o tym mówił – wymruczał pod nosem profesor.
– Ale już pan powiedział – upierałam się.
– O czym? – Davis udał zdziwienie.
– Za głupich pan nas ma? – Wywróciłam oczami. – Niby udaje, że zna się na ludziach, niby inteligentnego struga przed wszystkimi i te dziwne selekcje studentów robi, żeby sobie ważności dodać, a taki … naiwny. Myśli pan, profesorciu, że się panu uda?
– Nie – odparł, wzruszając ramionami – ale uda mi się was pozbyć na kolejnych kilka godzin. Pójdziecie do biblioteki i sami będziecie szukali czegoś o tej komnacie. Jeśli nic do wieczora nie znajdziecie, poszukacie czegoś w domu. Które dowie się więcej dostanie nagrodę. – Mężczyzna uśmiechnął się przekornie.
– A co? – dopytywałam.
– Jajco – odpyskował profesor z rozbrajającym uśmieszkiem.
– Asteria i Selene są mądrzejsze – marudziłam.
– Nagroda to nagroda, nie interesuj się – przekomarzał się mężczyzna.
– Nie wiem czy warto się ruszać w ogóle do biblioteki … zaraz, zaraz, pozwoli mi pan do wieczora siedzieć w bibliotece uniwersyteckiej? – W moich oczach pojawiły się iskierki, a Teo uśmiechnął się pod nosem.
– Nie, zamierzałem zabrać cię do aleksandryjskiej, głupia dziewucho – sarknął Davis. – Oczywiście, że do uniwersyteckiej.
– Jest pan najukochańszym profesorciem na całym świeciuniu – wykrzyknęłam i rzuciłam się mężczyźnie na szyję. – Może pan sobie darować te czekoladki, nie są za dobre. Chyba są trochę stare, a z żab dawno wyrosłam.
– Skąd … ty mała wścibska dziewucho – warknął ze złością. – Grzebałaś w biurku?
– No przecież musiałam jakoś sprawdzić te zaklęcia łamiące, prawda? – Teodor gorliwie mi przytaknął, gdy spojrzałam na niego. – Mama i tata pourywaliby mi wszystkie kończyny jakbym znowu ich zaklęcia próbowała złamać. Zresztą, powiem ci Teo, że od jakiegoś czasu nie da się ich złamać.
– Skąd wiesz? – Teodor spojrzał na mnie, marszcząc brwi, a ja uśmiechnęłam się do niego niewinnie w odpowiedzi. – Kiedyś narobisz sobie kłopotów. – Chłopiec pokiwał głową ze współczuciem.
– Teodorze, poczęstujesz się czekoladową żabą zrobioną specjalnie dla mnie, z nadzieniem kardamonowym?
Spojrzałam na niego, głośno przełykając ślinę.
– Bardzo chętnie, profesorze. – Teodor przyjął słodycze i ku mojej złości wepchnął sobie jedną z żab całą do buzi.
– Ciebie nie częstuję, bo przecież wyrosłaś – mruknął, jakby do siebie. – Co tu jeszcze mam; żaba z nugatem, żaba z białą czekoladą, z migdałami, z o … ananasek, uwielbiam nadzienie ananasowe – dodał z błogim uśmieszkiem.
– To co z tą nagrodą? – syknęłam ze złością.
– W nagrodę, to które z was znajdzie więcej będzie mogło wybrać kolejny przedmiot z mojego gabinetu do omówienia, a jeśli będzie miał lub miała szczęście wybierze taki, który będę mógł powielić dla niego … lub dla niej – odpowiedział, rozglądając się z zamyśleniem po swoim gabinecie. – A teraz do biblioteki, ale już.
– Ale nie wpuszczą nas – jęknęłam, a Owidiusz machnął różdżką i wyczarował dla nas wejściówki. – Nie powinno być tam teraz nikogo.
– A jak dowiemy się tyle samo? – Teodor zatrzymał się w progu.
– Wówczas opowiem o dwóch kolejnych przedmiotach i zrobię po jednym, o ile się da, dla każdego z was. Uciekajcie. – Profesor uśmiechnął się i po chwili z westchnieniem opadł na kanapę. – Wasi starzy mnie zabiją – wyszeptał już do siebie.
– Leen, czy on jest taki naiwny, czy to jakiś podstęp? – Teodor podszedł do jednej z półek, którą przeszukiwałam.
– Profesorek? Chodzi ci o tę nagrodę? – Spojrzałam na niego z miłym uśmiechem.
– No, przecież możemy zdobyć wszystko, pracując razem. – Chłopiec wzruszył ramionami.
– Jest fajny, to wszystko – odparłam, obejmując brata ramieniem. – Pewnie już ma jakieś przedmioty upatrzone dla nas i chce nas zmusić, żebyśmy na koniec sami je stworzyli, a przy okazji wytężyli nieco mózgownice.
– Wiesz już co chciałabyś z jego gabinetu? – spytał, przygryzając wargę.
– Wszystko – zaśmiałam się. – Ale nie można być zachłannym, bo się nie uda. Trzeba wybrać coś, co da się powielić, co będziemy w stanie sami zrobić.
– Ta kulka chyba odpada, nie? – Teodor zrobił krzywą minę.
– Raczej – westchnęłam. – Sam słyszałeś, że dopiero nad nią pracuje. Ale jak już znajdziemy tę Komnatę Życzeń … – Uśmiechnęłam się z rozmarzeniem i wyciągnęłam dwie grube książki o Hogwarcie.
– Zwracam oboje w całości, jak mi się zdaje. – Owidiusz Davis z uśmiechem wkroczył do salonu, w którym babcia bawiła się z bliźniaczkami.
– O bożkowie, co one ci zrobiły, babuniu? – Spojrzałam z przerażeniem na siedzącą na dywanie kobietę z zielonymi włosami i co gorsza w koronkowej sukience.
– Babusia jest królewną, która była żabą, ale książę dziadziusiek ją pięknie pocałował i teraz żabusia jest królewną – odpowiedziała Selene.
– Książę dziadziusiek szykuje się właśnie do ślubu – dodała Asteria i wróciła do rozczesywania zielonych pukli babci.
– A my babusię szykujemy. – Druga z bliźniaczek uśmiechnęła się promiennie.
– No, nie siedźcie tak, tylko wesele szykujcie – nakazała starsza pani z rozbawieniem.
– To ja sobie usiądę i poczekam, aż skończysz te brednie. – Profesor postukał się w czoło i chciał usiąść na fotelu, ale Asteria pociągnęła go za rękę na dywan.
– Nie, nie, nie, wujaszek będzie moim konikiem – zakomunikowała i z wymowną miną czekała, aż starszy mężczyzna uklęknie. – Bo powiem mamusi, jak wróci, że nas pan zaniedbywał. – Tupnęła nóżką, marszcząc brwi.
– Już się boję, smarkulo. – Davis wyszczerzył się do niej, udając niewzruszonego, ale po chwili jego uśmiech zniknął z twarzy, gdy obydwie dziewczynki powaliły go na podłogę.
– Za smarkule będzie jeden konik na dwie – wykrzyknęły i rzuciły się na ramiona czarodzieja.
Pociągnęłam Teodora do kuchni, kręcąc głową z niedowierzaniem.
– Rodzina wariatów – jęknęłam. – Chodź zrobimy kolację, bo chyba babcia nie miała zbyt wiele czasu. – Teodor otworzył lodówkę i zaczął wyjmować z niej potrzebne produkty, a po chwili zamarł, widząc w progu dziadka.
– Co … co … co się stało, dziadku? – spytał z przerażeniem.
– Cicho i pomóż mi lepiej to zdjąć – mruknął z niezadowoleniem Tobias, gdy parsknęłam gromkim śmiechem. – Chciałem zrobić przyjemność dziewczynkom i wyglądać, jak śliczny książę, więc … pożyczyłem magiczne bransoletki waszej mamy – wyznał. – Ale zapomniałem, która do czego służy i nałożyłem wszystkie. – Nie mogłam powstrzymać śmiechu, widząc swojego nobliwego dziadka z długimi blond włosami, malutkim zadartym noskiem, wydętymi usteczkami i o, zgrozo pomalowanymi powiekami.
– Nie da się ich zdjąć tak szybko – zaśmiewałam się wniebogłosy, gdy mężczyzna chciał zrobić przerażoną minę, ale wyszła mu naburmuszona królewna.
– Jedną co piętnaście minut – wyjaśnił mu Teodor, który starał się zachować powagę. – Sam je kilka razy musiałem założyć – dodał. – Zanim się zdejmie kolejną musi się cofnąć transformacja.
– O, nie – jęknął dziadek i opadł ciężko na jedno z krzeseł.
– Niech się dziadziuś nie martwi – pocieszyłam go. – Te potwory bawią się teraz konikiem profesorciem. Pomoże nam dziadzio z kolacją, to my pomożemy z ozdóbkami.
– I nikomu ani słowa. – Tobias pogroził nam palcem i smukłą, wypielęgnowaną dłonią zaczął kroić ser.
– Babuniu? – Spojrzałam na brata z ukosa i obydwoje posłaliśmy babci niewinne uśmieszki.
– Słucham, skarbeńku. – Eileen przyjrzała się nam z uwagą, kiedy zbyt ochoczo zgłosiliśmy się do pomocy przy sprzątaniu, podczas gdy dziadek usypiał młodsze rodzeństwo.
– Stęskniłam się za naszym mieszkaniem w Hogwarcie – jęknęłam z rozpaczą.
– Po dwóch dniach? – Babcia nie kryła zdumienia.
– Wiesz, teraz jest tam spokój – wyjaśniałam. – Tylko wujek Hagrid i ciocia Minerwa. Nawet woźnego nie ma i pomyślałam, że Teo nie miał w sumie okazji poznać zamku tak dobrze, jak ja. Mama mi dużo pokazywała i ja chciałam pokazać Teodorowi, żeby nie był pokrzywdzony.
– Teo, po co chcecie iść do zamku? – Babcia założyła ręce na piersi i spojrzała z powagą na chłopca.
– No powiedziałam ci, babuniu – wtrąciłam. – Pojutrze Teo ma iść z ciocią Minerwą do Terry'ego, pomyślałam, że moglibyśmy zostać u niej na noc.
– Zgodzę się, jeśli powiecie mi prawdę – zakomunikowała. – Teo? – zwróciła się ponownie do wnuka.
– Chcieliśmy poszukać Komnaty Życzeń – wyznał cichym głosem.
– Czego? – Eileen spojrzała na nas z przerażeniem. – Nie ma mowy. Nie zgadzam się. Za nic. Możecie sobie jej szukać, jeśli wasi rodzice się zgodzą. I skąd u licha o niej wiecie?
– Profesorek nam powiedział – oznajmiłam.
– Już ja mu powiem, co o nim myślę – warknęła ze złością. – Później wszystko będzie na mnie i znowu się na mnie obrażą, oboje.
– Dlaczego, babciu, ktoś miałby się na ciebie obrażać? – spytałam zaskoczona wybuchem kobiety. – Przecież nie chcemy nic złego.
– Czytaliśmy o niej i chcielibyśmy ją znaleźć – dodał Teodor.
– Rodzice … Severus i … och – jęknęła z rozpaczą babcia i opadła ciężko na krzesło. – Wasza mama mnie zabije.
– Rodzice wiedzą, gdzie jest ta komnata – wykrzyknęłam z triumfem. – I nic nie pisnęli, ani słówkiem – dodałam ze złością. – Wiedzą, prawda, babuniu?
– Wiedzą – przyznała.
– I ty też wiesz. – Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
– Wiem – westchnęła z rezygnacją. – Ale wam nie powiem.
– Chcielibyśmy jej sami poszukać – poprosił Teodor.
– Co rodzice tam robili? – dociekałam.
– Nie twój interes – prychnęła babcia. – Tata warzył tam eliksiry – dodała, widząc, że nie odpuszczę.
– Yhy. – Uśmiechnęłam się ze zrozumieniem. – Tata warzył eliksirek zapobiegający ciąży, żeby nie było za szybko małego Teodorka? – zaśmiałam się z triumfem, a babci pobladła.
– Nie wolno mi rozmawiać z wami na TE tematy – odparła z błaganiem w oczach. – Wasz tata mnie o to poprosił i ja zamierzam dotrzymać słowa.
– Nie martw się babciu. – Wskoczyłam jej na kolana. – O nic nie będziemy pytać, już wszystko wiemy – zapewniłam, a Teo z trudem powstrzymał parsknięcie. – Teodorowi to nawet tata powiedział co i jak.
– My tylko chcielibyśmy ją znaleźć, babciu. – Chłopiec usiadł na krześle obok, a kobieta z łagodnym uśmiechem pogładziła go po włosach. – Obiecujemy, że nie wykorzystamy tego pokoju do czegoś na co jesteśmy za młodzi.
– I sami opowiecie rodzicom o tym, jak na niego wpadliście, dobrze? – poprosiła.
– Pewnie, babuniu. – Zarzuciłam jej ręce na szyję, a starsza czarownica wyciągnęła rękę i przygarnęła też Teosia.
– Chciałabym, żeby już wrócili – westchnęła zmęczonym głosem.
– Martwisz się, babciu? – Spojrzałam smutno na kobietę.
– Troszkę – odparła. – Profesor mówił, że nic im nie będzie, ale …
– Poradzą sobie – pocieszyłam ją, a Teo przytaknął gorliwie. – Mama i tata? Zawsze sobie radzą ze wszystkim.
– Chyba masz rację – odetchnęła i przycisnęła nas mocniej. – Po prostu … tęsknię za nimi.
– Babciu. – Troskliwie objęłam twarz kobiety. – Nie ma ich od wczoraj.
– A ja mam wrażenie, że całą wieczność – jęknęła.
– Dały ci popalić, co? Te dwie jak krople wody? – Spojrzałam na babcię ze zrozumieniem.
– Nie, dziecinko. Były grzeczne, cały dzień. Te głupie zabawy to pomysł dziadka i mój. Wcale nie chciały się bawić, ale tak bardzo tęsknią …
– Martwią się – westchnął Teodor z rezygnacją. – Nie wiedzą co z rodzicami, tak jak my, ale my wiemy, że wrócą bezpieczni, a dziewczynki … są zagubione.
– Pewnie masz rację, synku. – Eileen uśmiechnęła się i po chwili z westchnieniem popędziła nas do łóżek.
– To my sobie sami jutro rano zafiuukamy do Hogwartu, babciu – oznajmiłam na odchodne, ale kobieta zatrzymała mnie jeszcze groźnym spojrzeniem.
– Sama was zaprowadzę do profesor McGonagall i zostaniecie tam tylko pod warunkiem, że ona nie ma innych planów – odparła, mrużąc oczy.
.: :.
Solem
Pełna obaw wsunęłam głowę do domku babci i z zaskoczeniem spojrzałam w oczy uśmiechniętego mężczyzny o czarnej, bujnej czuprynie. Przyglądając się uważnie jego ubraniu, pomyślałam, w pierwszej chwili, że to jakiś mój pradziad i już chciałam skomentować jego włosy, ale wyprzedził mnie mąż.
– Spotkanie z przodkami? – sarknął mi do ucha.
– Rozczaruję cię, młody człowieku – odparł z uśmiechem mężczyzna.
– Młody? Sądzę, że niewiele młodszy od pana. – Severus po kuksańcu wysilił się na uprzejmość.
– Urodziłem się w tysiąc sześćset dwudziestym ósmym. – Tajemniczy pan uniósł z rozbawieniem brwi.
– W istocie, masz przewagę w temacie wieku – odparł Snape, rozglądając się po chatce.
– Pan Charles Perrault? – wykrzyknęłam olśniona. – Sev, to pan Perrault.
– A wy zadziwiającą znajomością moich bajek się wykazaliście – przyznał, kołysząc się w bujanym fotelu. – Źle się w nich ostatni działo, ale jak widzę udało się nad nimi zapanować. Zdobyliście, czego szukacie, a część kolejną, tam gdzie poprzednie znajdziecie, ale mam jeszcze jedno pytanie – mężczyzna zwrócił się do Severusa – rozumiem awersję na kolor różowy, rozumiem dlaczego mała dziewczynka boi się wilka, ona sama niedługo swoimi opowieściami zachwyci, ale powiedz mi skąd ta niechęć do królewny?
– Są małe, płaczliwe, rozwydrzone i zawsze mówią piskliwym głosem – odburknął z odrazą. – I zawsze, ale to zawsze mają blond włosy.
– Masz rację – westchnął pisarz. – Czas zerwać ze stereotypem. Pani, moja droga, czy w dalszą podróż udać się chcecie, czy do domu wrócić? – Wymieniłam z Severusem porozumiewawcze spojrzenia.
– Jeśli nie masz pozostałych sześciu części, których potrzebujemy, musimy chyba iść dalej – odparłam ze smutnym uśmiechem. – Selene będzie pisała?
– Stworzona do snucia opowieści jest twa córka – odpowiedział pisarz z rozmarzoną miną. – A teraz jeszcze jedną ilustrację zrobić musisz. – Machnął rękę i na stole pojawiła się kolacja. Severus nie czekając na zaproszenie, zasiadł na jednym z krzeseł i zaczął się częstować. – Do snu ułożyć was muszę – dokończył, spoglądając na mnie i gestem zaprosił i mnie na posiłek.
– Najadłeś się? – spytałam z rozbawieniem. – Nie wiem czy już mogę dokończyć ten rysunek.
– Nie mam takiego dużego nosa – mruknął z pełną buzią, spoglądając na obrazek.
– Nie kłóć się – westchnęłam i złożyłam sygnaturę pod ilustracją.
– Dobranoc moja droga rysowniczko, dobranoc warzycielu. – Charles Perrault ukłonił się nam i po chwili zniknął.
Severus
– To nie była przyjemna podróż – jęknęła, trzymając się za brzuch.
– To co tam stoi jest jeszcze mniej przyjemne. – Nie mogłem oderwać wzroku od wielkiego, siedmiogłowego potwora. Solem wytrzeszczyła oczy z przerażenia i po chwili energicznym ruchem pociągnęła mnie w pobliskie krzaki.
– Super – burknęła. – Co to u licha jest? Smok?
– Jakoś nie mam ochoty się temu bliżej przyglądać – odparłem z odrazą, ale po chwili niepewnie wysunąłem głowę nieco wyżej. – Nie uwierzysz. – Posłałem żonie sceptyczne spojrzenie. – Tych głów nie da się odciąć.
– Skąd wiesz? – zdziwiła się.
– Widzisz tego małego facecika? – Odgarnąłem lekko krzaki, a Solem przytaknęła. – Uciął jedną, a po chwili wyrosła nowa i wyglądała na jeszcze bardziej rozwścieczoną.
– Ej, znowu mitologia? – Spojrzała niepewnie. – To już nudne.
– Myślisz, że to … hydra? – Ponownie wychyliłem się zza krzaka.
– No, raczej – odparła, wydymając usta. – Załatwmy ją i spływajmy stąd – zaproponowała dość pewnym tonem.
– Ok, masz jakiś pomysł na zaklęcie? – spytałem, obracając różdżkę między palcami.
– Poczekaj. – Chwyciła mnie za rękę, gdy próbowałem rzucić zaklęcie. – Nie możemy użyć różdżki do walki. Pamiętasz?
– To co mam zrobić? – spytałem, wpatrując się w malutką postać Heraklesa. – Jasna cholera, on za chwilę padnie. Poparzyła go swoim jadem, a on nie uporał się nawet z jedną głową. Idio...
– Cicho, to syn Zeusa – przerwała mi.
– No i? – Wywróciłem oczami i rozejrzałem się, analizując najbezpieczniejszą drogę do herosa.
– Zobacz czym on próbuje ją okładać – jęknęła Solem.
– Patykiem? – Wytężyłem wzrok.
– Zobacz co dzieje się z tym patykiem, jak nim tak macha – poleciła kobieta.
– O, na Salazara! – wykrzyknąłem. – Myślisz, że to jedna z części, których szukamy? – Przytaknęła. – No to idę. – Odetchnąłem głęboko i chciałem ruszyć do Heraklesa, ale ponownie zostałem zatrzymany przez żonę.
– Nie możesz mu jej po prostu wyrwać z ręki – zaoponowała. – Ktoś musi nas później przenieść dalej – dodała, uspokajając mnie. – Podejrzewam, że musimy mu pomóc z tą gadziną.
– Zafiuukaj do Hagrida, ja tu sobie poczekam – sarknąłem. – Nie wiem co zabija te stwory.
– To jeden stwór, a nie stwory i nie muszę nigdzie fiuukać – prychnęła. – Trzeba uciąć głowę i przypiec miejsce, z którego odpadła. Wówczas nowa nie wyrośnie.
– Och, zgubiłem toporek – ironizowałem. – Pozwól mi rzucić Avadę i po sprawie.
– Sev, nie wiemy jak działa magia na to stworzenie – westchnęła. – Musimy najpierw pomóc Heraklesowi. Trochę go podleczyć, inaczej zostaniemy tutaj sami.
– Dobra – mruknąłem z niezadowoleniem. – Postaram się podejść bliżej i go jakoś odciągnąć. Ty, poszukaj tutaj ziela Cannabis – poleciłem.
– Cannabis? Dlaczego? – zdziwiła się, rozglądając na boki.
– Z tego co pamiętam, Herakles wyleczył się zielem w kształcie hydry – wyjaśniłem. – Nigdy nic innego nie przychodziło mi do głowy, choć zastanawiałem się nad tym niejeden raz. – Spojrzałem na nią z troską, przytuliłem i z czułością pocałowałem.
– Uważaj na siebie – poprosiła i w następnej chwili ze zdenerwowaniem odprowadzała mnie wzrokiem.
– Masz? – Oparłem zakrwawionego herosa o pień drzewa i uśmiechnąłem się do żony, która już roztarła część ziela, a drugą część posiekała w cieniutkie paseczki. – Zawsze można na ciebie liczyć. – Nie zwlekając, zabrałem się za warzenie eliksiru na jad hydry.
– Jak się czujesz, Heraklesie? – spytała z troską.
– Mówi jedynie po starogrecku – wykrzywiłem się. – Albo w jakimś innym dziwnym języku, ale na szczęście zrozumiał o co mi chodzi, gdy go odciągałem. – Przerwałem przygotowywanie reszty składników i ze zdumieniem spojrzałem na żonę, która bez większego trudu dogadywała się z mityczną postacią.
– Mówi po lepontyjsku – wyjaśniła, widząc moje zaskoczenie.
– Jasne – prychnąłem i wróciłem do pracy.
Solem wywróciła oczami i zajęła się mniejszymi ranami mężczyzny.
– Powiedział, że odda nam ten patyk, jak tylko hydra padnie trupem – odezwała się po chwili. – Zapewnił też, że wyśle nas w dalszą podróż. Nie mam pojęcia jakim sposobem, ale wspomniał coś o ojcu.
– Gotowe – obwieściłem, zdejmując kociołek z ognia. – I … mam pomysł. – Wstałem i spojrzałem na miecz Heraklesa. – To spiżowa stal? – wskazałem gestem na broń.
– Mówi, że to podarek od jego ojca, Zeusa. Podobno jest niezniszczalny – przetłumaczyła Solem.
– Nie możemy walczyć przy pomocy różdżek, ale możemy ich używać – zacząłem z zarozumiałym uśmieszkiem. – Możemy zakląć ostrze …
– Zaklęcie ognia – dokończyła i pospiesznie wyjaśniła herosowi co chcemy zrobić. Ten jedynie wzruszył ramionami i wręczył mi miecz.
– Ja warzyłem – burknąłem do żony, gdy ta oczekiwała na moje zaklęcie.
– Jeju, Severus to proste zaklęcie. – Machnęła różdżką i po chwili ostrze zapłonęło czerwonymi płomieniami.
Herakles przeciął kilkakrotnie powietrze i delikatnie skinął do nas z podziękowaniem. Skryliśmy się w krzakach i w napięciu obserwowaliśmy walkę. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy po kolejno odpadających głowach nie pojawiła się w ich miejsce żadna inna.
– Co ty robisz? – zdziwiła się, dostrzegając, jak przy pomocy zaklęć powielałem szklane fiolki.
– A jak ci się wydaje, kobieto? – Spojrzałem się nią z lekceważącym uśmieszkiem. – Namęczyłem się z tą hydrą, coś mi się należy.
– Ty, się namęczyłeś? – parsknęła z rozbawieniem.
– Mogłaś sama uwarzyć ten przeklęty eliksir – mruknąłem pod nosem i ruszyłem w stronę martwego już stworzenia.
Herakles z uśmiechem przekazał część laski Merlina Solem, ale ta lekko, wzdychając nakazała oddać ją mnie.
– Męska część dla mężczyzny – wyjaśniła swoje postępowanie i po chwili pomogła napełniać fiolki trującą żółcią hydry.
– Nie głupi pomysł – odezwał się Herakles i zaczął zatruwać swoje strzały.
– Gadasz po angielsku? – Spojrzałem na niego zniesmaczony.
– Szybko się uczę – zakpił półbóg. – Patyk ci przekazuję do ręki, ale gdy stąd odejdziecie, patyk dołączy do reszty w miejscu o magii niezwykłej. Tam będzie na was czekał. Gotowi, przyjaciele? – Solem chwyciła mnie za rękę i delikatnie skinęła. – Ojcze – krzyknął. – Zeusie, jesteś tu potrzebny.
W tym samym momencie niebo pociemniało i przecięły je błyskawice. Przyciągnąłem mocno żonę i po chwili upadliśmy na śliską, mokrą podłogę.
– Co tak trzęsie? – przeraziła się Solem i mocno chwyciła rękaw mojej szaty. – Co ty masz na sobie? – zdziwiła się, lustrując mój kolorowy surdut.
– Mnie się pytasz? – warknąłem. – Nie mam pojęcia kto mi zabrał ubranie i spójrz lepiej na siebie – prychnąłem.
– Spodnie i kozaki? Co to jest? – Zrobiła skwaszoną minę.
– Dobrze, że nie widzisz tego co masz na głowie – wybuchnąłem gromkim śmiechem.
– Nie podoba mi się tutaj – zakomunikowała z zawziętą miną. – Zróbmy co mamy zrobić i znikajmy stąd. Chcę moją szatę, natychmiast.
– No co ty nie powiesz? – sarknąłem i z obrzydzeniem zlustrowałem swoje ubranie.
– To statek? – Solem niepewnie podeszła do okrągłego okienka. – Jesteśmy na morzu, Sev – oznajmiła. – O nie, Posejdon mnie dopadł – wykrzyknęła z przerażeniem.
– Posejdon na statku? – Posłałem jej kpiące spojrzenie. – Mówię ci spójrz na swoją czapkę.
Solem niepewnie sięgnęła po wielki kapelusz i zamarła, obracając go w dłoniach.
– Jestem … piratem – jęknęła. – O, nie. Posejdon wydał mnie piratom.
– Jesteś piratem, a nie w niewoli pirackiej. – Wywróciłem oczami nad niedomyślnością żony.
– Spokojnie, tylko spokojnie. – Solem usiadła i próbowała zebrać myśli. – Jesteśmy pod pokładem, w którym … ukryty jest skarb. – Uśmiechnęła się, dostrzegając wypełnione po brzegi skrzynie.
– Myślisz, że tam jest kawałek, którego szukamy? – Zbliżyłem się do okratowanego pomieszczenia i potrząsnąłem metalowe kraty.
– Pewnie tylko kapitan może tam wejść – westchnęła, próbując otworzyć wrota zaklęciem.
– Masz jakiś pomysł, kto jest kapitanem? – spytałem z nadzieją.
– Tam – Solem zamiast odpowiedzieć, wskazała palcem szkatułkę, w której złożony był cenny kawałek różdżki. – Nie wiem, Sev, do kogo należy ten statek, ale … Kapitan Hook – jęknęła z rezygnacją. – Nie dogadamy się z nim.
– Skąd wiesz? – zdziwiłem się i powiodłem wzrokiem za dłonią żony, która wskazywała mu protezy w kształcie haków. – Nigdy nie przepadałem za pirackimi opowieściami – odrzekłem z lekkim zrezygnowaniem. – Jak byłem mały to ojciec wciąż opowiadał mi o Czarnobrodym. Jakoś mnie zniechęcił do tej profesji. Nie znam zbyt dobrze Piotrusia Pana. Ilustrowałaś to i znowu coś zawaliłaś? – spytałem po chwili z krzywym uśmiechem.
– Wyobraź sobie, że nie ilustrowałam tego – prychnęła gniewnie. – Pan Mendez robił do tego obrazki – wyjaśniła. – Ale znam tę opowieść, bo w przeciwieństwie do ciebie, nie boję się piratów. – Wykrzywiła się i pokazała mi język. – Idziemy z nim pogadać. Może mu coś wyczarujemy, albo nie wiem … zobaczymy czego chce.
– Jasne, na pewno chce pokazu magii – sarknąłem, ale posłusznie podreptałem za żoną. – Nie machaj tak głową, bo oko mi wybijesz tym czymś na głowie. Idź trzy kroki przede mną.
– Boisz się. – Solem odwróciła się raptownie z uśmiechem na twarzy. – Boisz się kalekiego pirata – zakpiła.
– Nikogo się nie boję, nieznośna kobieto – syknąłem ze złością. – Nie znam tej bajki. To dobre dla dzieci.
– No tak, zapomniałam, że ty wolisz te o KRÓLEWNACH – zakpiła i po chwili z łagodnym uśmiechem podeszła bliżej. Ściągnęła kapelusz z głowy i mocno się przytuliła. – Jeśli chcesz to poczekaj tutaj – zaproponowała.
– Mam cię zostawić samą? Nigdy – odparłem, spoglądając na nią twardym wzrokiem. – Przepraszam, nie wiem dlaczego tak bardzo się zirytowałem.
– Widać dobrzy z nas piraci. Zrzędliwi, kłótliwi i wyglądamy śmiesznie – odpowiedziała i po chwili oboje wybuchnęliśmy śmiechem. – Idziemy, kochanie. I bez czułości, pamiętaj jesteś złym piratem – dodała, udając groźną minę.
Solem
– Jakie wieści, kapitanie? – Podeszłam pewnym krokiem do najbarwniej ubranego pirata z hakiem zamiast dłoni. Severus z trudem pohamował śmiech, słysząc moją nieudolną próbę naśladowania męskiego głosu. Na wszelki wypadek czekał ukryty w pobliżu, ale obiecał, że nie będzie nikogo avadował bez potrzeby.
– Jakim prawem śmiesz mnie niepokoić, ty … ty … – Hook zerknął z odrazą na moje pagony i dopiero teraz uświadomiłam sobie, że sama w ogóle nie pomyślałam, żeby sprawdzić swoją funkcję na statku. – Medyku? – Kapitan potrząsnął głową z niedowierzaniem.
– Tak długo już tutaj krążymy, kapitanie, pomyślałem, że może się przydam na coś? – Wykrzywiłam się w służalczym uśmiechu.
– Powiedz mi, jak zabić tego przeklętego gówniarza, który odbił mi córkę wodza. – Hook wręczył mi lunetę. Dziękowałam bogom za wskazówkę, w której części opowieści się znaleźliśmy i nawet nie musiałam spoglądać w dal, by znaleźć lekarstwo na problemy pirata. Musiałam tylko wymyślić sposób, by wydostać się ze statku zanim kapitan i jego załoga dowiedzą się, że nasz plan nie wypalił.
– Kapitanie, to proste – zaczęłam. – Truciznę trzeba mu zaaplikować. A najprościej zatruć lekarstwo, które ta przeklęta Wendy mu pić nakazała. Możesz wraz z kamratami zastawić pułapkę. – Przedstawiłam szczegółowy plan, a mężczyzna z każdym kolejnym słowem wyglądał na coraz bardziej przekonanego.
– Skąd ja ci truciznę wezmę? Mała luka w planie? – Pirat spojrzał na mnie spod zmrużonych powiek.
– Moja już w tym głowa, kapitanie. Jednak … – Wyprostowałam się dumnie i uniosłam nieco głowę – oczekuję wynagrodzenia za mój plan i truciznę.
– Wynagrodzę cię sowicie, jak tylko ten młokos padnie martwy – obiecał Hook.
– Jedyne czego mi trzeba w nagrodę kapitanie, to wygodna kajuta z dużym łożem, te koje …
– Daj mi truciznę, a pozwolę ci zająć jedną z moich kajut – przerwał mi kapitan.
– Czegoś mi jednak brak do skończenia trucizny. – Przygryzłam wargę. – Na dole widziałem coś, co mogłoby truciznę wzmocnić. Kawałek patyka w przepięknej szkatule.
– To przeklęte drewno? – zdziwił się Hook. Przytaknęłam, domyślając się, że żaden z mężczyzn nie mógł dotknąć żeńskiej części różdżki.
– Dokładnie chodzi o jego przekleństwo – przytaknęłam ochoczo.
– Weź je, jeśli zdołasz utrzymać w dłoni – oznajmił.
Wywrócił oczami, widząc, że wciąż czekałam, zarzucił swoim obszernym surdutem i z wyniosłą miną pomaszerował do skarbca.
– Na co czekasz, idioto? – warknął po przekręceniu klucza. Nie czekając na dalsze obelgi, zginając się w służalczym ukłonie ruszyłam po różdżkę. – Za piętnaście minut w swojej kajucie chcę cię zobaczyć z trucizną – nakazał i zniknął w ciemnym korytarzu.
– Skąd u licha weźmiesz truciznę? – Severus spojrzał na mnie z ironicznym uśmieszkiem.
– Z twojej torby – odparłam i z rozbrajającą miną sięgnęłam po fiolki z żółcią hydry.
– Są moje – mruknął pod nosem i po chwili uśmiechnął się szeroko. – Będzie chciał wypróbować.
– Yhy, trzeba złapać szczura – odparłam z odrazą.
– Drętwota – szepnął Severus i po chwili jeden z gryzoni leżał u naszych stóp. – O to tutaj nietrudno.
Włożyłam zwierzaka do kosza, zakończyłam zaklęcie i ciężko wzdychając, ruszyłam korytarzem, w którym zniknął kapitan.
– Zaczekaj tutaj – poprosiłam męża i delikatnie zapukałam.
Kapitan Hook był pod wielkim wrażeniem działania trucizny. Oprócz szczura podał do otrucia jeszcze barwnego ptaka, którego schwytał jakiś czas temu i nawet z rozpędu chciał poświęcić jednego ze swoich ludzi, ale powstrzymałam go, wmawiając, że każdy jeden jest teraz niezbędny, by wykonać plan.
– Zabaw się z jedną z branek w jednej z moich gościnnych kajut. – Wręczył mi duży klucz, a sam zaczął przyglądać się fiolce z trucizną
– Mam nadzieję, że wystarczy zasnąć – szepnęłam do męża, gdy otwieraliśmy gościnną kajutę.
– Dobra robota, słonko. – Mąż chwycił mnie w ramiona i delikatnie ucałował w usta.
– Znikajmy stąd, Severus, czym prędzej – poprosiłam i pociągnęłam go na duże łóżko.
Obydwoje zasnęli bez większego trudu i obojgu śnił się ten sam sen.
* Cytaty pochodzą z bajek Ch. Perraulta w opracowaniu W. Drabika.
Kolejny rozdział: „Napalony szeryf i Komnata Życzeń"
