Autor: Bartek

Był to kolejny mroźny wieczór. Od paru godzin nasilała się zamieć śnieżna grzebiąc pod świeżym puchem ślady wyniszczającej wojny z maszynami. Widoczność z każdą chwilą stawała się coraz mniejsza, lecz można jeszcze było dostrzec majaczące w oddali ruiny domów oraz centrum handlowego, które kiedyś były częścią sympatycznego miasteczka. Teraz dało się tam słyszeć jedynie pogwizdywanie wiatru przelatującego między paroma filarami i szczątkami ścian. Siedzący nieopodal w wartowni Answer przyglądał się uważnie całej okolicy, która przykryta śniegiem nie wydawała się już tak groźna. Wspominając jak tu niegdyś było nalał do niewielkiego, metalowego garnuszka, ognistego napoju.

- Ehh... niewiele nam już z tego zostało... – westchnął, po czym drżącą od zimna ręką, zbliżył do ust naczynie wypijając rozgrzewający płyn do dna.

- Cholerne blaszaki. – powiedział, opierając się nieco wygodniej o ścianę i chowając skostniałe dłonie w rękawach grubego kożucha.

W bazie polskiego ruchu oporu nie było dużo cieplej ale przynajmniej było sucho i nie wiało. Ściany podziemnych korytarzy iskrzyły się wspaniale w świetle żarówki odbitym od kryształków szronu. Wszędzie tego dnia było jednak pusto i nie dało się słyszeć zwyczajnego o tej porze gwaru rozmów. Większość mieszkańców bunkra pewnie starała się trochę ogrzać przykryci kocami w pomieszczeniach, które teraz stały się ich nowym domami. Nieliczna część załogi postanowiła jednak spędzić wspólnie czas w niewielkiej jadalni, w której to w kominku wesoło trzaskał mały ogień. Wprawdzie nie był to prawdziwy kominek lecz wybita w ścianie dziura, za którą znajdował się szyb wentylacyjny ale sprawdzał się doskonale w swojej nowej funkcji. Przebywający w tym pomieszczeniu mieli na sobie grube lecz nieco zniszczone swetry lub płaszcze. Jedynie Sharon ubrana była tylko w granatowy kombinezon, pod którym człowiekowi w tych warunkach byłoby raczej ciężko się ogrzać.

- Nie zimno ci? – spytał siedzący przy niej Rapecqx.

- Odbieram różne informacje z receptorów w mojej skórze. Można je uznać jako poczucie zimna.

- Weź to. Okryj się. – Rapecqx już chciał zdjąć swoją kurtkę lecz Sharon szybko go powstrzymała.

- Nie. Tobie jest bardziej potrzebna. Nie martw się o mnie. Dam sobie radę. – powiedziała posyłając mu rozgrzewający uśmiech.

- Ja mam już tak zmarzniętą twarz, że nawet ciężko mówić, a co dopiero uśmiechać się – zareagowała na ten widok Dai tuląca się razem z Aniką i Estrellą przy kominku. Estrella próbowała rozgrzać sobie dłonie od ognia przez parę kolorowych rękawiczek.

- Nie narzekaj. Przynajmniej maszyny dają nam spokój. – powiedziała Anika. – Już będzie ze trzy tygodnie.

- I bardzo dobrze. Może też nie mogą funkcjonować w takich warunkach. A niech im zamarzną te metalowe tyłki! Nie mam nic przeciwko. – Estrella nie mogła pohamować złości.

- Ciekawe co się dzieje z Peesemem. – zastanawiała się Dai – Już tyle czasu minęło jak nas opuścił. Mam nadzieję, że chociaż jemu jest teraz cieplej.

Siedzący w kącie Hostile pogwizdywał z cicha jakąś melodię. Z jego ust wydobywał się nieustannie obłok pary. Przyglądał się jednak uważnie emocjonującej partii szachów, w które postanowili zagrać Cybermirror i M_GmbH.

- Eee tam. Pewnie siedzi teraz gdzieś w ciepłych krajach ze swoją Riley. Ciekawe jak tam sobie radzą ze złomami. A gdzie się podziewa Trzynastek? Od rana go chyba nie widziałem? – Cybermirror oderwał się na chwilę od gry.

- Zaszył się chyba u siebie ze swoją Allis. Lepiej ich nie wołajmy – puściła mu oko Anika.

- Trzeba będzie zmienić Answera. Siedzi w wartowni już prawie cztery godziny. Jakiś ochotnik? – spytał, spoglądając po wszystkich Kamil. Ochotników jednak nie było. – Ehh... las rąk...

- Będziemy ciągnąć słomki. – wpadł na genialny pomysł Hostile – Ten kto wylosuje najkrótszą, idzie.

Nie czekając jednak na zgodę kompanów podniósł z ziemi starą słomkę i odpowiednio ją podzielił. Po chwili wyciągnął w kierunku reszty rękę, w której trzymał w garści czyjś wyrok. Wszyscy powoli wstali i niechętnie podeszli wyciągając swój los.

- A niech to! Wygląda na to, że teraz moja kolej – powiedział Hostile ze smutkiem spoglądając na ostatnią słomkę, która została w jego dłoni.

W tej samej chwili do stołówki wszedł John mając na sobie tylko podkoszulek i szorty. Na ten widok wszystkim mimo woli otworzyły się szeroko oczy i każdego przeszył dreszcz zimna. Nawet na twarzy Sharon wymalował się wyraz zdziwienia. Terminatorka tylko patrzyła na Johna z lekko otwartymi ustami.

- Spocznij! – rozkazał stanowczo John widząc wszystkich stojących nieruchomo i patrzących na niego. – Kto idzie popływać?

- Eee... tego. To ja może już pójdę zmienić tego Answera zanim tam zamarznie – stwierdził Hostile pośpiesznie wychodząc ze stołówki.

- Z całym szacunkiem szefie ale to chyba nie jest zbyt dobry pomysł. O ile wejście do tak ciepłej wody będzie stosunkowo łatwe to późniejsze wyjście z niej na taki chłód będzie raczej niemożliwe – zauważył Rapecqx.

- Ciepła woda?! Ja nie mam na myśli gorących źródeł! Za naszą bazą płynie rzeka. Tam chcę popływać ale... Czyżbym tutaj tylko ja był morsem?

Wszyscy ponownie zamarli. Na samą myśl o zanurzeniu się w lodowatej wodzie każdemu zrobiło się jeszcze zimniej.

- Nie potrafię pływać – powiedziała Sharon. W jej głosie dało się wyczuć nutę radości i ulgi.

W tej chwili z głębi korytarza dobiegł wszystkich głos Hostile'a.

- Chodźcie tu! Szybko!

Wszyscy co sił w nogach popędzili ku wejściu do bazy. Po wyjściu na zewnątrz zobaczyli Hostile'a drwiącego z drapiącego się po głowie i wpatrzonego ze zdziwieniem gdzieś w zamieć śnieżną Answera.

- Stary! Powiedz no po kiego grzyba zbudowałeś tego bałwana? – mówił z dziką satysfakcją Hostile.

Wtedy, w odległości paru metrów, wszyscy go dostrzegli. Był to około metrowego wzrostu bałwan ze śmieszną czapką z pomponem na głowie i ciepłym szalikiem na szyi. Jego nos tworzyła dorodna marchewka, zaś lewą rękę wetknięty w kulę śniegu patyk. Oczy i usta natomiast zrobione były z kilku kamyków.

- Eee... eee... noo... – szukał odpowiedzi Answer widocznie sam nie dowierzając temu co widzi.

Wszyscy przez chwilę stali w milczeniu przyglądając się bałwanowi jakby to było co najmniej jakieś dzieło sztuki.

- Ładniutki. Fajna czapeczka. I ten nos... – zachichotała Anika.

- Noo... prawie jak Bouli – zauważył Hostile.

- Cholera jasna! Przestańcie! To nie ja go ulepiłem. Przysnąłem na jakieś 10 – 15 minut, gdy obudził mnie Hostile. Ktoś tu musiał być przez ten czas. Na pewno Hostile! Poza tym, czy wyglądam na gościa, który lepi jakieś bałwany?!

- Ooo... wypraszam sobie. Ja bym takiego brzydkiego bałwana nie ulepił. Co to, to nie. Tylko jedna osoba jest w kręgu podejrzanych, a mianowicie...

- Dosyć! – przerwał Hostile'owi John. – To na pewno nie był nikt z nas. Wszyscy byliśmy przecież razem przez cały czas, a Answer mówi prawdę. Wierzę mu. Ktoś tu był. Ktoś obcy. Tylko czego chce? To może być jakiś znak albo... pułapka. Niech wszyscy się cofną!

John powoli podszedł do bałwana uważnie przyglądając mu się. Okrążając go parę razy nie zauważył nic podejrzanego. Jednocześnie co jakiś czas rozglądał się wokół jakby próbując kogoś wypatrzyć w oddali. Niestety gęsta i nieprzenikliwa zamieć skutecznie ograniczała jego pole widzenia do zaledwie kilku metrów.

- Sharon. Przełącz się na podczerwień i sprawdź czy gdzieś w pobliżu nie ma jakichś śladów ciepła.

Terminatorka bez wahania podeszła kilka metrów stając zaraz za bałwanem. Powolnym ruchem głowy rozejrzała się kilka razy po okolicy.

- Nic nie widzę. W takich warunkach nic nie znajdziemy. Musimy się tego pozbyć – powiedziała spoglądając na bałwana.

- No, chociaż ona gada rozsądnie. Odsuńcie się! – Krzyknął Answer celując z działka plazmowego w śniegowego przybysza.

- Czekaj! Może wy widzicie tu tylko bałwana. Ja za to widzę ciepłą czapkę, szalik, trochę chrustu na opał i coś do jedzenia – mówił John kolejno zabierając bałwanowi jego czapkę, szal, rękę z gałęzi i marchewkowy nos.

W tej chwili usłyszał ciche piknięcie. Serce podskoczyło mu do gardła lecz miał nadzieję, że się tylko przesłyszał. Zanim zdążył jednak cokolwiek zrobić rozległo się kolejne, które pochodziło gdzieś z wnętrza głowy bałwana. John schylił się i zaglądnął z lekką obawą w otwór, w którym przed chwilą była jeszcze umieszczona marchew. Wszyscy zamarli oczekując w napięciu dalszego rozwoju zdarzeń. Piknięcia zdawały się rozlegać w coraz krótszych odstępach czasu. John ostrożnie wbił palce w śniegową głowę i rozłupił kulę obsuwając niemal jej połowę na ziemię. Piknięcia w tej chwili rozlegały się już co sekundę, a ze śniegu, który tworzył głowę bałwana wystawał kawałek czerwonego kabla przypiętego do czarnego przedmiotu z wyświetlaczem, na którym pojawiały się kolejno cyfry: 5...4...3...2...

- Get down!!! – krzyknął odruchowo zachrypłym głosem Bale'a John nie zwlekając ani chwili dłużej.

Zanim jednak ktokolwiek zdążył podjąć jakąkolwiek reakcję bałwan eksplodował, a fala uderzeniowa odrzuciła wszystkich stojących przy wejściu do bunkra uderzając nimi o ścianę, po czym opadli na ziemię. W miejscu, w którym jeszcze moment temu stała niewielka, drewniana wartownia leżała teraz sterta desek, pod którą zniknął Answer. Po chwili jednak coś zaczęło się pod nią gramolić. Pewnym ruchem ręki Answer odrzucił leżące na nim drewno. Również reszta załogi powoli zaczynała podnosić się z ziemi.

- Ajj... ludzie. Z wami nie można narzekać na nudę. – powiedział Answer otrzepując się z drzazg i śniegu. – wszyscy cali?

Pięć metrów dalej Sharon powoli wygrzebywała się z zaspy, w którą wpadła. Stała po przeciwnej stronie bałwana i wybuch odrzucił ją w głęboki śnieg. Wyglądało jednak na to, że poza drobnymi zadrapaniami chyba nikomu nic się stało. W tej chwili z bunkra wybiegł przerażony Trzynastek ubierając na siebie w biegu pośpiesznie koszulę. Za nim stała już Allison obwieszona kompletem niezbędnej na polu walki broni dla co najmniej dwóch żołnierzy i przygotowana na najgorsze.

- Co się dzieje?! Bombardują nas? W bunkrze aż światła przygasły! – wzrok Trzynastka utknął jednak na niewielkiej dziurze w ziemi pozostawionej przez eksplozję. Obok niej zobaczył leżącego na brzuchu, twarzą w śniegu Johna. Wokół niego widoczna była czerwona, powoli poszerzająca się plama nasiąkającego krwią śniegu.

- O nie!!! – krzyknęła Anika zrywając się z ziemi i podbiegając do Johna. – Pomóżcie mi!

Trzynastek i M_GmbH podbiegli również od razu w miejsce, w którym leżał John i obrócili go na plecy. W brzuch i klatkę piersiową miał wbitych głęboko sporo odłamków. Anika przyłożyła szybko palce do szyi w nadziei wyczucia tętna. Poczuła wielką ulgę czując pod nimi puls.

- Szybko! Zanieśmy go do ambulatorium! Trzeba szybko operować i odkazić rany. – Stanowczo powiedziała Anika.

......................

Parę chwil później Anika z długimi szczypcami w rękach była już gotowa do wykonania zabiegu. Cała reszta stała wokół i przyglądała się temu co się za chwilę wydarzy.

- Niech stąd wszyscy natychmiast wyjdą oprócz Dai! Będę potrzebowała jej pomocy. Cała reszta tylko przeszkadza. To delikatny zabieg, a mamy mało czasu!

- No jazda! Wychodzić! Chyba mamy co do roboty. Trzeba zbadać i zabezpieczyć teren. Być może będziemy mieć towarzystwo! – powiedział Cybermirror.

Wszyscy drgnęli na stwierdzenie „będziemy mieć towarzystwo" po czym natychmiast wycofali się pośpiesznie z sali operacyjnej. Na korytarzu już wrzało. Każdy szykował się jakby miała nadejść wielka bitwa.

- Trzynastek z Allison. Skoro jesteście już gotowi i uzbrojeni po zęby idźcie na zewnątrz działać. My zaraz do was dołączymy.

Po słowach Cybermirrora wszyscy rozbiegli się po niezbędny ekwipunek, a w niedługim czasie każdy był już ustawiony na pozycjach obronnych wokół bunkra. Była już czwarta nad ranem, a zamieć śnieżna zdawała się powoli słabnąć. Wszyscy w skupieniu oczekiwali lada chwila ataku maszyn lecz mijały minuty, a nic się nie wydarzyło. Słychać było tylko huczenie wiatru. Ludzie byli już doskonale przygotowani, a agresor musiałby być bardzo zdesperowany by teraz uderzyć albo bezgranicznie głupi, żeby nie wykorzystać elementu zaskoczenia. Po 2 godzinach oczekiwania zaczęło już świtać i zdecydowano się obniżyć stopień gotowości, a żołnierze mogli opuści już swoje stanowiska. Hostile, Answer, Cybermirror, Trzynastek, Rapecqx i Kamil postanowili udać się do skrzydła szpitalnego, żeby sprawdzić jak powiodła się operacja Johna. Gdy doszli, była już tam cała reszta kompanów. John nadal leżał nieprzytomny na łóżku obwinięty bandażem.

- I co z nim? – spytał Answer

- Będzie żył. Jak na niego to nic poważnego. Usunęłam wszystkie odłamki i opatrzyłam rany. Niestety skończył się bandaż, a będzie potrzebny do zmiany opatrunku. Brakuje też kilku innych potrzebnych nam środków. Przydałoby się, żeby ktoś je skądś zdobył i sprowadził do bazy. – zwróciła się w stronę tłumu Anika.

- Załatwimy to z Kamilem. – powiedział Hostile – Dwa kilometry stąd, podczas ostatniego zwiadu, odkryliśmy, że w podziemiach ruin byłego centrum handlowego jest jeszcze sporo nietkniętych pomieszczeń z mnóstwem towaru.

- Tak! Zdaje się, że powinno być tam też coś w stylu apteki. O bandaże będzie nietrudno. – dokończył Kamil.

- Świetnie! W takim razie weźcie to. Przygotowałam tą listę już wcześniej. Są na niej wszystkie rzeczy, których potrzebujemy na co dzień. Zabierzcie tyle ile możecie i ile znajdziecie. Każda ilość jest na wagę złota.

- Hmm... Będziemy musieli zabrać duże plecaki. Sporo tego. – stwierdził, czytając listę Hostile.

- No ba! Ostatnio dość często obrywaliśmy po tyłkach, a czymś trzeba leczyć ludzi. – Anika w tej chwili szczególnie spojrzała na Cybermirrora.

- Spoko! Damy radę. Zorganizujcie nam tylko jakieś wsparcie na wszelki wypadek. My idziemy się przygotować.

M_GmbH z lekko zamyśloną twarzą obserwował wychodzących z sali Hostile'a i Kamila. Po chwili jednak zwrócił się do Dai.

- Szykuj BlackHawka. Maszyny na pewno zorganizują swoje własne patrole jak tylko się przejaśni. Musimy być na to gotowi. Answer, idź na wzgórze i zajmij stanowisko snajperskie. Jest stamtąd dobry widok.

- Chcesz żebym strzelał z 2000 metrów?! OK. Spoko. Strzelić sobie mogę ale trafienie w cel to już inna historia nie wspominając o zniszczeniu blaszaka.

- Dodaj jeszcze z jakieś 200 metrów. O tyle na oko oddalone jest wzgórze. Wiesz co robić. Dasz sobie radę. Nie masz zresztą innego wyjścia. Reszta z nas myślę, że też wie co ma robić, a więc... do dzieła!

Po chwili namysłu Answer wyszedł pospiesznie z sali. Wyglądał jakby właśnie wpadł na genialny pomysł. Dai również udała się w stronę hangaru szykować maszynę natomiast pozostali rozeszli się w swoje strony.

Pół godziny później Hostile z Kamilem czekali już przed wejściem do bazy. Uzbrojeni byli w pokaźnych rozmiarów plecaki, a w ręku trzymając karabiny plazmowe, które okazały się bardzo dobrą bronią przeciwko wszelakiej maści terminatorom w bezpośrednim starciu. Pogoda uległa już znacznej poprawie, a na niebie dominował błękit. Okolica przykryta grubą warstwą śniegu wyglądała zupełnie inaczej niż przed zimą. Po chwili w drzwiach ukazał się Answer z przewieszonym przez ramię karabinem snajperskim Barrett M107. Na jego twarzy widoczny był lekki wyraz zadowolenia.

- No to co? Let's rock! – powiedział tryumfalnie Answer po czym odwrócił się i powędrował ku wzgórzu, z którego miał obserwować teren.

- Miejmy nadzieję, że tym razem nie będziemy zmuszeni tego użyć – powiedział Kamil przyglądając się swojemu karabinowi.

- Proste zadanie niemal na własnym terenie. Pójdzie jak po maśle. Gdyby jednak coś było nie tak to cóż. No pain no gain! – powiedział z uśmiechem Hostile.

Po tych słowach ruszyli w kierunku centrum handlowego. Głęboki śnieg nie ułatwiał tego zadania lecz po około trzydziestu minutach udało im się dotrzeć do pierwszych ruin zabudowań. Answer zdążył się już wygodnie usadowić na wzgórzu. Leżąc za karabinem obserwował przez lunetę poczynania swoich kompanów, którzy znajdowali sie już w wielkiej odległości.

- I jak rozwija się sytuacja? – usłyszał w słuchawkach radia głos Dai.

- Teren czysty. Właśnie wkraczają do miasta. Bądź gotowa w razie czego.

Tymczasem Hostile z Kamilem, lekko przykucnięci i w gotowości bojowej, przebiegali zwinnie zbliżając się do centrum handlowego kryjąc się co chwila za ścianami budynków. Gdy znaleźli się już po drugiej stronie ulicy, naprzeciw byłych drzwi wejściowych, zatrzymali się na chwilę by uzgodnić plan.

- Ktoś musi osłaniać wejście. Tutaj będzie idealna pozycja. Ciasna uliczka ze ścianami z obu stron. Proponuję, żebyś wziął też mój plecak i poszedł tam po towar, a ja przyczaję się tutaj. Gdybyś usłyszał strzały od razu uciekaj i za wszelką cenę staraj się ocalić i dostarczyć do bazy medykamenty.

Kamil skinął głową, wziął plecak Hostile'a i po rozglądnięciu się wzdłuż ulicy w celu upewnienia się, że nie czyha tam żaden terminator, przebiegł szybko na drugą stronę, wchodząc na parter zniszczonego centrum. Kiedyś był to jednopiętrowy budynek. Teraz jednak z ziemi wystawało tu tylko kilka filarów, a jako, że sufit już nie istniał, wszystko było zasypane śniegiem. Oczom Kamila ukazała się jednak dziura w ziemi, w której znajdowały się niedziałające już, ruchome schody. Prowadziły one na niższą, podziemną kondygnację, gdzie znajdował się niewielki pasaż handlowy. Celując z karabinu zszedł powoli na dół wypatrując ewentualnych zagrożeń. Wewnątrz panował półmrok, a na końcu korytarza widoczne były drugie schody, przez które docierał snop światła. Nie dostrzegł ani nie usłyszał jednak nic podejrzanego. Postanowił zapalić więc latarkę i idąc powoli przed siebie rozglądał się po tym opuszczonym miejscu. W gruncie rzeczy wszystko wyglądało niemal na nietknięte. Towar nadal leżał na półkach, a jedynymi śladami zniszczenia były te dokonane przez czas. Szyby wystaw były jednak porozbijane, a na ziemi leżało mnóstwo mieniących się w świetle latarki i chrzęszczących pod butami odłamków szkła. Po parunastu metrach Kamil zauważył po prawej stronie tabliczkę z napisem „Apteka". Wszedł więc do wnętrza ciemnego pomieszczenia, a następnie ostrożnie za ladę. Przyświecając zauważył, że już niewiele leków pozostało lecz gdy zaczął szukać tych najbardziej potrzebnych z listy zauważył drzwi. Musiał je mocno kopnąć by się otworzyły. Były bowiem zamknięte na klucz. Po zaglądnięciu do środka okazało się, że jest to zaplecze, w którym ustawione były jeden na drugim niewielkie kartony. Każdy z nich podpisany był nazwą leku, a sądząc po ciężarze zawartość była nietknięta. Nie chcąc jednak tracić czasu, nie rozpakowywał ich, tylko pośpiesznie wypełnił nimi duży plecak, który teraz zdawał się być jeszcze większy. Pozostał tylko jeden nieznaleziony element z listy, który był chyba jednym z najważniejszych – bandaże. Bez nich przecież nie uda się wykonać żadnego dobrego opatrunku. Wychodząc w zamyśleniu z apteki zauważył, że po drugiej stronie korytarza znajduje się supermarket. Pomyślał, że może tam go znajdzie. W końcu w tych sklepach mieli już niemal wszystko. Wszedł więc przez bramki do środka rozglądając się dookoła. W suficie były niewielkie dziury, z których sypały się pojedyncze płatki śniegu i zaglądały do środka promienie słońca. Dzięki nim, w połączeniu z przyzwyczajonym już do ciemności wzrokiem wydawało się, że jest tu stosunkowo jasno. Początkowo nie wiedząc gdzie zacząć szukać Kamil popatrzył w górę, gdzie wisiały jeszcze, chociaż częściowo pourywane, tablice z nazwami działów w sklepie i reklamami produktów. Na jednej z nich widniał napis „Mięsa, wędliny. Teraz 50% taniej!".

- Tam się lepiej nie zbliżać. Pewnie widok nie jest zbyt przyjemny... – pomyślał, śledząc nadal kolejne tabliczki. W końcu na kolejnej zauważył napis „Artykuły chemiczne i kosmetyczne".

- Jeśli tam tego nie ma to chyba nigdzie indziej. – po czym ruszył w jej kierunku.

Przechodząc między rzędem kas, a półkami zauważył, że sporo drobniejszych artykułów leżało jednak rozrzuconych na ziemi, a wszystko pokryte było dość grubą warstwą kurzu. Pomyślał, że to pewnie przez wstrząsy wywołane eksplozjami bomb. To co leżało na ziemi odpowiadało temu co znajdowało się na półkach więc na pewno nie było tu od dawna żadnego człowieka. Gdy dotarł w końcu do upragnionego miejsca, zaczął się rozglądać w nadziei znalezienia czegoś co mogłoby być bandażem. W zasięgu wzroku widniały jednak tylko różnorakie proszki do prania, szampony i szereg kolorowych płynów. Na kolejnych rzędach półek znajdowały się natomiast fikuśne flakoniki z perfumami, szminki, tusze i inne tego typu artykuły.

- Szkoda, że nie ma tu Johna. Pewnie znalazłby coś dla siebie – pomyślał Kamil.

W tej chwili jego oczom rzucił się szereg czerwonych pudełek, a na każdym z nich widniał biały znak „+" oraz napis „Apteczka pierwszej pomocy". Od razu podbiegł do półki i szybkimi ruchami zaczął nimi wypełniać drugi z wielkich plecaków. Wiedział, że znajduje się w nich ostatni element z listy. Gdy już skończył i starannie zapiął plecak, coś usłyszał. Głośne stuknięcie i coś w rodzaju zgrzytu rozniosło się echem po korytarzu. Dreszcz strachu przeszył jego ciało. Odruchowo zgasił latarkę i chwycił za broń. Nasłuchiwał uważnie kolejnych dźwięków lecz przez dłuższą chwilę jednak nie działo się zupełnie nic. Kamil sięgnął ręką po drugi z plecaków chcąc założyć go na ramię i spróbować wyjść z nim z tych podziemi. Miał teraz na plecach dwa wielkie plecaki, których ciężar dawał mu się lekko we znaki. Uszedł parę korków, a wtedy głośny odgłos tłuczonego szkła rozległ się za jego plecami. To jedna z butelek z jakimś płynem została strącona z półki przez plecak. Wtedy na korytarzu rozległ się ponownie znany już, przeraźliwy, mechaniczny dźwięk lecz tym razem nie ustawał. Kamil już wiedział, że to odgłos kroków zbliżającego się teraz w jego stronę terminatora. Cofnął się natychmiast i zrzucił wiszący na jego ramieniu plecak. Drugi ubrał na dwoje ramion lecz w rosnącym stresie nie myślał teraz o nim. Przykucnął za regałem uważnie nasłuchując dźwięków maszyny, która musiała być już gdzieś blisko przy kasach. Znowu wszystko ucichło.

- Cholera. Pewnie szuka źródeł ciepła! – pomyślał w pierwszej chwili.

Wiedząc, że jego ukrywanie się pewnie i tak nic nie da, wychylił się ostrożnie znad górnej krawędzi regału, żeby zobaczyć z czym ma do czynienia.

- T-600! Pewnie wszedł tu od tyłu. Inaczej słyszałbym strzelaninę.

Przykucnął znowu trzymając kurczowo w rękach karabin plazmowy. Wiedział, że za chwilę maszyna go znajdzie, a on miał tylko to.

Terminator znowu zaczął kroczyć. Przechodził teraz pewnie przez znajdujące się parę metrów dalej bramki. Mechaniczny dźwięk stawał się coraz głośniejszy, a od kroków ciężkiej maszyny drżała lekko podłoga. Kamil poczuł na swoim karku i czole ściekające krople potu.

- 4 metry, 3... 2... 1 – liczył w myślach.

Wtedy potężny, przerażający z takiego bliska i uzbrojony w dwa miniguny terminator wyszedł zza regału lecz zanim zdołał się obrócić w stronę Kamila, ten rzucił w niego z całej siły plecakiem z apteczkami i strzelił w nogę po czym w mgnieniu oka odskoczył w bok i zaczął biec przed siebie drogą mijając kolejne rzędy półek. Usłyszał tylko głuchy łomot przewracającego się na ścianę z butelkami terminatora. Nie zatrzymywał się jednak i w przykucnięciu, niemalże na czworakach szybko przebiegł i ukrył się znowu kilka regałów dalej. Nie myślał w ogóle co robi i co zrobi za chwilę. Wszystko co nim kierowało to był tylko instynkt. Wiedział tylko, że nie może stąd wyjść. Maszyna na pewno ciągle działała i by go zabiła. Słyszał jak terminator wstaje i szybkimi krokami zaczyna znowu zdążać w jego stronę. Zebrał w sobie ponownie odwagę i już miał się wychylić by oddać kolejny strzał lecz terminator zrobił to pierwszy zaczynając ostrzeliwać regały. Deszcz iskier, szkła i szczątków towaru zaczął fruwać w powietrzu. Kamilowi wydawało się jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Nie tracąc czasu, schylony zaczął co sił w nogach uciekać w bok by znaleźć się dalej od maszyny, a kule tylko świszczały nad jego głową. Gdy znalazł się w kolejnej alei międzypółkowej tym razem już nie miał zamiaru się zatrzymywać. Popędził znowu co sił w nogach w stronę bramek, gdy ostrzał terminatora na chwilę ucichł. Nie mogąc już dłużej wytrzymać w schylonej pozycji pod ciężarem plecaka, wyprostował się dzięki czemu mógł jeszcze bardziej przyspieszyć. Wtedy rozpoczęła się kolejna salwa ostrzału lecz był już na tyle daleko, że rozrzut pocisków skutecznie utrudniał trafienie w niego. Zbliżał się już do bramek wejściowych, a deszcz iskier i sypiący się tynk od odbitych rykoszetem pocisków zasypywał posadzkę. Był już jednak tylko parę metrów od bramek. Jeszcze tylko parę kroków i byłby bezpieczny za grubą ścianą korytarza. Wtedy zza ściany wyszedł kolejny T-600. Kamil rozpaczliwym gestem rzucił się w ostatniej chwili w bok nawet nie próbując hamować. Na swoim policzku poczuł ciepło przelatującego na milimetry od jego głowy pocisku wystrzelonego przez nowego terminatora. Upadł na ziemię lecz siła rozpędu pozwoliła mu ślizgiem dotrzeć do metalowych kas, które były na tyle solidne by zatrzymać ostrzał. Kamil wiedział, że od terminatora dzieli go tylko zaledwie 5 metrów. Wtem ogień ponownie ucichł. Działając znowu pod instynktownym impulsem przełączył karabin na pełną moc, po czym wstał i nawet nie próbując celować wystrzelił po prostu przed siebie. Rażące, bladoniebieskie światło jak przy błyskawicy rozświetliło wszystkie pomieszczenia. Słychać było tylko ogłuszający huk, a w miejscu, gdzie przed chwilą stał nowy T-600 wznosiły się tylko tumany kurzu. Maszyna przeleciała całą szerokość korytarza, wpadając przez wystawę i znikając z łoskotem w ciemności jednego ze sklepików po drugiej stronie.

- Hasta la vista, baby! – krzyknął tryumfalnie Kamil.

Na jego karabinie zapalił się na niewielkim wyświetlaczu napis „LOW BATTERY". Pozostało mu zaledwie kilka strzałów. Odwrócił się by zobaczyć gdzie znajduje sie pierwszy z przybyłych terminatorów. Maszyna szła pewnym krokiem jedną z alejek regałowych, a ruch ręki wskazywał, że szykuje się do kolejnego ostrzału. Kątem oka Kamil zobaczył jednak coś czarnego leżącego około 20 metrów od niego na ziemi.

- Bandaże! Muszę je wziąć!

Ignorując terminatora, który był już za nim i znowu zaczął strzelać, Kamil dokonał kolejnego sprintu. Czuł, że jeszcze nigdy tak szybko nie biegał, a plecak na jego plecach wydawał się dużo lżejszy. Był już w połowie drogi, gdy nagle poczuł silne popchnięcie, od którego omal się nie przewrócił. W pierwszej chwili pomyślał, że to cios zadany przez maszynę ale przecież ten model nie potrafi się tak szybko przemieszczać. Nie zastanawiając się dalej dotarł do drugiego plecaka, chwycił go w biegu i wykonując niemal piruet przeskoczył przez kasy. Będąc w powietrzu poczuł ponowne, tym razem silniejsze pchnięcie gdzieś w okolicach pleców. Upadł na ziemię. Kiedy się odwrócił, spoglądnął po raz ostatni wzdłuż ciemnego korytarza, na którego końcu widoczne było jasne światło. Zaczęło z niego coś wychodzić, a Kamil próbując dojrzeć co to przymknął lekko oczy. Wtedy dostrzegł kolejne dwie maszyny typu T-600.

- O kurde! – ocknął się z lekkiego szoku.

Wstał szybko, chwycił ponownie drugi plecak i zaczął wbiegać po schodach, którymi niedawno jeszcze tutaj wchodził. Równocześnie wyciągnął z kieszeni dwa granaty. Zębami wyjął zawleczki i nawet nie patrząc gdzie spadną, wypuścił je z ręki. Był już na samym szczycie, gdy granaty eksplodowały. Rzucił się wprzód by nie spaść na dół razem z zawalającymi się schodami. Poczuł lekką ulgę, bo wiedział, że maszyny tak szybko się stamtąd nie wydostaną, lecz nie trwało to długo. Przed sobą zobaczył leżącego na środku drogi w śniegu na plecach Hostile'a trzymającego w dłoni pistolet i strzelającego do czegoś. Kamil podbiegł szybko do ściany przy drzwiach wejściowych, gdy zauważył kolejnego T-600 kroczącego ku Hostile'owi. Ukrył się więc za ścianą i po przestaniu karabinu ponownie na normalną moc, wychylił się zza winkla celując w maszynę. Zauważył, że nie ma ona jednej ręki, a druga zwisa bezwładnie obijając sie o tułów. Nie zastanawiać się jednak dłużej nad tym już miał nacisnąć spust, gdy w tej chwili w głowę terminatora trafił bardzo silny pocisk, który po chwili wybuchł, a maszyna przewróciła się w śniegu obok Hostile'a. Kamil chciał wybiec by pomóc Hostile'owi wstać lecz zaraz, gdy wybiegł zza kolumny przed jego stopami coś eksplodowało w śniegu. Był to niewielki wybuch, który przed momentem załatwił terminatora. Kamil przypomniał sobie wtedy o Answerze przyczajonym na wzgórzu i pomachał w jego stronę pięścią.

- Cholera stary! Nie strasz mnie tak. O mało cię nie zabiłem! – powiedział do siebie Answer – Myślałem, że to kolejny blaszak. – Po czym pomachał przepraszającym gestem w stronę kompanów chociaż wiedział, że z takiej odległości i tak go nie widzą.

Spoglądnął ponownie w lunetę karabinu snajperskiego. Kamil wraz z ogromnymi plecakami już pomagał wstać Hostile'owi. Kątem oka zauważył jednak ruch. Skierował tam szybko lunetę i zaczął celować.

- Dai! Będzie dziś to wsparcie? Nadchodzą kolejne trzy! – krzyknął w mikrofon radia.

- Właśnie startuję! Musieliśmy rozgrzać silnik. Coś chyba zamarzło. Zatrzymaj ich jeszcze! – odpowiedziała Dai.

- OK. – powiedział znowu sam do siebie Answer. – Poprawka na wiatr z północy i na grawitację i...

W tej chwili wcisnął spust, a z lufy wyleciał kolejny pocisk rozdmuchując puszysty śnieg przy jej końcu. Dało się słyszeć głośny odgłos wystrzału lecz nie było to ważne. Pocisk dotrze do celu przed falą dźwiękową. Answer spoglądał bez przerwy przez lunetę i po około trzech sekundach zauważył przewracającego się jednego z terminatorów.

- Prosto w nogę! Chyba opanowałem już to cacko – ucieszył się Answer.

Nad jego głową przeleciał właśnie BlackHawk i skierował się w stronę Kamila i Hostile'a, którzy w tej chwili kryli się za potężnym ciałem zniszczonego już terminatora przed ostrzałem dwóch kolejnych.

Śmigłowiec doleciał na miejsce i zawisł tuż nad drogą oddzielając teraz ludzi od maszyn. Z kabiny pasażerów machał już Rapecqx krzycząc do swoich kompanów, żeby wsiadali.

- Niech się pośpieszą! Nie wytrzymamy tu długo! – krzyknęła Dai zza sterów Blackhawka. – Sharon! Nie przestawaj strzelać!

Terminatorka za plecami Rapecqx'a trzymała w rękach przymocowanego do śmigłowca miniguna, którym oddawała w równych odstępach kolejne, lecz bardzo celne serie strzałów. Terminatorzy nie pozostawali jednak dłużni ciągle zbliżając sie uparcie do śmigłowca i również strzelając.

- Uparciuchy! Wy nigdy się nie nauczycie. Skynet powinien was już zezłomować! – Mówiła do siebie Sharon.

Co jakiś czas pod nogami złych terminatorów dochodziło do małych wybuchów. Były to pociski Answera, które pudłowały na milimetry. W końcu jednak jedna z maszyn oberwała ponownie w głowę i padła bezwładnie na ziemię. W tej chwili również Kamil i Hostile wgramolili się ze swoimi plecakami na pokład samolotu. Za nimi jednak pojawiły się kolejne 3 maszyny, które zdołały już wydostać się z podziemi centrum handlowego. Dai już uniosła wyżej Blackhawka, gdy rozpoczął się kolejny ostrzał. Dai wykonała jednak śmigłowcem zgrabny unik ratując go przed trafieniem.

- Załatwicie ich szybko! Nie mogą zobaczyć, gdzie lecimy. – Zasugerowała Dai.

Hostile strzelił trzykrotnie z karabinu plazmowego Kamila po czym przestał on już działać. Kamil wziął już jednak kolejny z w pełni naładowanymi bateriami, który znajdował się w śmigłowcu. Przełączył go ponownie na pełną moc.

- Zwariowałeś?! Możesz zabić nas wszystkich! – krzyknął Rapecqx widząc to.

- Spokojnie. Raz się udało, uda się i drugi. Musi! – odpowiedział Kamil, a w tym samym czasie Answer zdołał trafić kolejną maszynę. Pozostały jeszcze trzy, które wyszły z podziemi.

Kamil oparł się mocno o kadłub śmigłowca by zyskać na celności. Dai zataczała okręgi nad grupką terminatorów, które ciągle strzelały. Nie wpadły jednak na szczęście na to by strzelać z wyprzedzeniem. Kamil skupił się jak mógł najbardziej by trafić w cel po czym strzelił. Świetlisty błysk rozświetlił okolicę, a po ułamku sekundy dało się słyszeć głośny huk. W ziemi pozostała tylko czarna dziura, na której dnie spoczywały rozwalone ciała maszyn.

- Jeeeest! Juuuhuuuu! Jesteśmy najlepsi! – ucieszyli się wszyscy. Dai skierowała śmigłowiec z powrotem do bazy.

...................................

Po parunastu minutach odważni żołnierze byli już obdarowywani w bazie wiwatami . Wszystkim dopisywał wyjątkowo dobry humor i nikt nie pamiętał już o zimnie, które jeszcze niedawno dręczyło ludzi. W drzwiach hangaru stanął John trzymając się ręką za brzuch. Obok niego stała też Anika. Na ten widok Hostile z Kamilem wraz z plecakami podeszli do nich. Kamil właściwie zapomniał już o swoim balaście, który miał przez cały czas na plecach. Gdy go ściągnął poczuł niesamowitą ulgę. Czuł się jakby mógł skakać na parę metrów wzwyż. Anika zaczęła otwierać plecaki i badać ich zawartość.

- Świetnie! To co udało wam się zdobyć jest na wagę złota. Takie zapasy powinny wystarczyć nam na bardzo długo. Ale zaraz... – Anika zmarszczyła brwi zaglądając nadal do plecaka, który miał Kamil. – Co to takiego?

Na ręce Aniki zalśniły trzy pokaźnych rozmiarów pociski. Kamil spoglądając na nie przypomniał sobie silne popchnięcia, gdy uciekał przed terminatorami z supermarketu. Widoczne były to pociski, które w niego trafiły lecz potężny plecak zadziałał jak kamizelka kuloodporna.

- No cóż. Nie poszło aż tak gładko jak nam się wydawało – zaśmiał się Kamil.

- Mamy w bazie gościa. – powiedział po chwili John – To on podłożył w nocy bombę w bałwanie. To chyba jeden z szarych chociaż się tego wypiera.

Nikt z przybyłych nie miał już jednak siły na kolejne wrażenia. Wszyscy marzyli tylko o tym by się chociaż chwilę zdrzemnąć.