Mam nadzieję, że lubicie paskudne niespodzianki!

Bo jeszcze nie skończyliśmy.

Rozdział czterdziesty drugi: Zwycięży lub polegnie

Harry zamarł, kiedy dotarli do końca tunelu pod Bijącą Wierzbą. Usłyszał, jak za nim Connor wydał z siebie zaciekawiony dźwięk, ale nie poruszył się, zamiast tego tylko sięgnął przed siebie i spróbował coś wyczuć swoimi przytłumionymi zmysłami. Przytłaczało go już wycieńczenie magiczne, więc nie miał żadnej pewności co do tego, co się mogło czaić za tymi drzwiami.

– Coś nie tak, Harry? – zapytał Peter, wyglądając zza Connora.

Harry powoli pokręcił głową.

– Nie wiem – szepnął.

Ja wiem, powiedział głos w jego głowie, wracając nagle. Coś złego.

Skąd wiesz?, zapytał go w myślach Harry, dalej nadwyrężając zmysły. Nic nie słyszał, ale wrogowie nie musieli wydawać z siebie dźwięku, żeby być niebezpieczni. To była jedna z pierwszych zasad, jakich nauczył się od swojej matki.

Znam ból, powiedział prosto z mostu głos. A poza tym drzewem czeka nas ból. W jego głosie pojawił się jęk. Zawsze ból. Czemu to zawsze musi być ból. Nie lubię go. Nie mogę przed nim uciec. I ty też nie możesz. Czemu nie może tak po prostu zniknąć?

Harry westchnął i przegonił głos z powrotem na tył swojej głowy, bo w tej chwili na nic nie mógł mu się przydać. Nasłuchiwał dalej, ale świat wydawał się całkowicie normalny, nie słyszał niczego poza szumem wiatru, szelestem trawy, powietrze nie pachniało niczym nadzwyczajnym.

– O kurwa – powiedział nagle Peter.

Harry obrócił się i spojrzał na niego.

– Co się dzieje? – W tej chwili ufał zmysłom Petera bardziej niż swoim, w dodatku Peter był lepiej wytrenowany niż Connor, potrafił wyczuć mroczną magię, jeśli ta się gdzieś kryła.

– Powietrze – szepnął Peter. – Nie wydaje ci się jakieś ciężkie?

Harry pokręcił głową.

– Sam nie wiem. – Oparł się o ścianę tunelu, żeby nie powstrzymać się od osunięcia na kolana. Miał nadzieję, że Connor i Peter tego nie zauważyli, inaczej zaczną naciskać, że powinien się położyć, co gorsza, pewnie nawet zaniosą go do szkoły. Harry nie sądził, żeby to było rozsądne. Jeśli gdzieś tu czaiło się coś złego, to powinien być gotów stawić mu czoła.

Peter uśmiechnął się z wysiłkiem.

– Tylko raz czułem coś takiego w powietrzu – powiedział, wciąż szeptem. – Kiedy wszedłem za V–Voldemortem do Doliny Godryka. To przepowiednia, gotowa by się spełnić, Harry. Cholera by to.

Harry zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu. Teraz, jak się skoncentrował, wydawało mu się, że faktycznie coś czuje, ciężar powietrza, które zdawało się ściekać po jego twarzy niczym stopiona marmolada. Wzdrygnął się i otworzył z powrotem oczy.

– No nic – powiedział ochrypłym głosem, który miał nadzieję, że wezmą za złość, nie zmęczenie. – Tak czy inaczej musimy wyjść spod tego drzewa. Powiedziałeś, że aurorzy nie dadzą ci się wyjaśnić, Peter, a wpadnięcie na dementorów skończy się jeszcze gorzej. – Zadrżał na myśl o tym, co Dumbledore by powiedział o wiedzy, którą teraz dzielił z Connorem.

– Właśnie, musimy stąd wyjść – zgodził się Connor. – Harry musi trafić do skrzydła szpitalnego.

Harry obejrzał się na niego surowo. Jego brat spojrzał na niego z irytacją.

– No co? – zapytał. – Każdy widzi, że musisz odpocząć, Harry. Nie kryjesz się z tym najlepiej.

Harry przestąpił z nogi na nogę, burknął pod nosem, po czym spojrzał na wyjście. Nic się za nim nie ruszało, a Harry nie słyszał żadnych dźwięków, nawet głosów podniesionych w śmiechu czy groźbie. Uważał, że powinni być w stanie wrócić do Hogwartu mniej więcej niezauważeni; większość ludzi wciąż będzie na obiedzie i miał nadzieję, że Snape wciąż będzie oszołomiony bólem, czy czymkolwiek, czym podzielił się z nim głos.

Próbował skupić się na drugiej części przepowiedni, ale słowa mu uciekały. Jedyne, czego teraz Harry chciał, to położyć się na czymś miękkim i zamknąć oczy.

Wziął głęboki oddech.

– No to chodźmy – powiedział i odsunął się z drogi, żeby Connor mógł go minąć i nacisnąć na wiąz na korze drzewa, by je uspokoić. Peter złapał Harry'ego za ramię i pomógł mu wejść po małej stromiźnie prowadzącej do wyjścia. Harry niechętnie i ponuro pozwolił sobie pomóc, bo wyglądało na to, że Peter nie miał zamiaru inaczej do stamtąd wypuścić.

Do tego, cholera jasna, był zmęczony, nawet jeśli nie mógł sobie na to pozwolić. Skupił się na stawianiu jednej nogi za drugą i powiedział sobie, że poczuje się lepiej jak tylko dotrze do Hogwartu i wypije kilka eliksirów leczniczych.

Nagle, zachodzące słońce pociemniało, powietrze zrobiło się lodowate i wszędzie zaroiło się od dementorów, od których świat zrobił się szary.

Peter wydał z siebie słaby krzyk, przytłoczony ich ilością, po czym opadł na ziemię i zwinął się w kłębek. Harry zawołał go, ale to był przytłumiony i spięty dźwięk. Connor w ogóle się nie odezwał, jego twarz tylko coraz bardziej bladła, a jego oczy otwierały się tylko szerzej z szoku.

Ciemna postać podpłynęła do Petera, odsuwając swój kaptur z twarzy. Harry zobaczył otwarte, bezzębne usta i wiedział, że stworzenie zaraz spróbuje wyssać z Petera duszę pocałunkiem.

– Nie, do cholery! – wydusił z siebie. – Gdzie wasz przywódca? Ten szary! – Pozwolił, by jego magia podniosła się wokół niego, zwracając na siebie uwagę dementorów. – Już z nim kiedyś rozmawiałem. Uwolnił moją magię. Chcę z nim teraz porozmawiać!

Tu jestem, vatesie.

Harry zadrżał, czując jak głos wwierca mu się w głowę, niczym lodowate kolce wkręcające mu się prosto do uszu. Bolało to jednak mniej, niż ostatnim razem. Zastanowiło go, czemu.

Trzymam go z daleka, poinformował go głos z tyłu jego głowy. To moje terytorium. Nie będę go dzielił z jeszcze większą ilością bólu, jeśli ci to nie przeszkadza.

Harry zamrugał i kiwnął lekko głową, po czym zmusił się do wstania, kiedy dementorzy odsunęli się przed nim kotary i przepuścili w powstałej tak alejce szarego. Harry poczuł jego lodowate nie–spojrzenie i wzdrygnął się. Jego myśli i oczy próbowały się ześlizgnąć w bok. Powiedział sobie stanowczo, że potem będzie miał czas na spanie. Teraz nie miał czasu być zmęczony.

Zdawało to się jednak nie działać. Jego ciało szanowało te błagalne myśli tak długo, jak Harry biegał po szkole, a potem poleciał uratować Connora. Teraz, już zrobił swoje, uratował Connora, pokonał Voldemorta, poznał prawdę i postanowił walczyć w przyszłości. Teraz potrzebował odpocząć.

Jeszcze nie, pomyślał Harry i użył trochę magii, którą ukradł od Voldemorta, żeby wzmocnić swoje nogi i kręgosłup. Skrzywił się. To było uczucie, jakby tłoczył sobie surowe gówno prosto w żyły, ale przynajmniej zrobiło, co należy i nie pozwoliło mu upaść, kiedy szary dementor zatrzymał się tuż przed nim. Ten unoszący się nad Peterem się nie ruszył, ale Harry z ulgą zauważył, że też się nie pochylił i nie wyssał duszy Petera.

Znowu jesteś pośród nas, vatesie. Głos szarego dementora był gęsty w jego głowie, jak mgła, która zaraz zacznie się skraplać – a może był tak zmęczony, że tak mu się po prostu wydawało. A twoja magia jest wolna, tak samo jak twoje myśli. Dowiedziałeś się o swoich obowiązkach i o swojej wybranej ścieżce. Czy chcesz nas teraz uwolnić?

Harry zamrugał. To nie brzmiało jak taka zła propozycja. Czemu w takim razie dementorzy w ogóle ich zaatakowali?

Pewnie dlatego, że chcieli dorwać Petera, pomyślał, zerkając na skulonego w bezruchu czarodzieja. Ci czarni nie wydają się być tak rozgarnięci jak ich przywódca.

Spojrzał znowu na szarego dementora.

– Jesteście spętani tak, jak wszystkie magiczne stworzenia, prawda? – zapytał.

Szary dementor pochylił głowę.

Chcemy być wolni, vatesie.

Nagle, w sposób, w jaki Harry podejrzewał, że dementorzy wlewają desperację w głowy więźniów Azkabanu, szary przywódca wlał w niego swoje pragnienie. Harry poczuł szczękające łańcuchy sieci, pod którą musieli pracować dementorzy, to, jak bardzo pragnęli odpocząć, reprodukować się, żywić i żyć tak, jak wszystkie normalne stworzenia, ale czego nie mogli zrobić tak długo jak mieli na sobie ten łańcuch.

Zniewolili nas, powiedział szary dementor, którego głos sprawił, że w powietrzu pojawiły się kosmyki szronu. Nie możemy się mnożyć, vatesie. Nie będzie nas więcej póki ten łańcuch nad nami ciąży. Od stuleci nie było nas więcej. Nie możemy jeść, nie tak naprawdę i nie możemy spać. Nie możemy śnić. Czy potrafisz sobie wyobrazić, vatesie, nie być w stanie śnić?

Pierwszą myślą Harry'ego było To byłby raj, przez co nabrał ochoty, żeby się rozchichotać, jakby był pijany. Ale się powstrzymał. Tylko dlatego, że zwykle jego sny zamieniały się w spowodowane przez Voldemorta koszmary wcale nie znaczyło, że sny wszystkich stworzeń muszą takie być.

Z pewnością mógł zrozumieć, o co go proszą. Chcieli uwolnić się od ich męczącego, trudnego, niekończącego się obowiązku, do którego zostali przywiązani. Wszyscy dementorzy byli przywiązani do Azkabanu już od stuleci, zmuszeni do pilnowania ludzkich więźniów. Żadne stworzenie nie powinno tak żyć.

To, co wam zrobili czarodzieje, jest po prostu okrutne, pomyślał cicho, ale szary dementor i tak to usłyszał i pochylił głowę.

Pomogliśmy ci, vatesie. Uwolniliśmy cię, bo mieliśmy nadzieję, że pewnego dnia doprowadzi to do uwolnienia nas. I teraz ten czas nadszedł.

Harry rozważył to na tyle, na ile był w stanie w swoim obecnym stanie. To naprawdę brzmiało mu rozsądnie. Czemu nie? Dementorzy naprawdę go uwolnili i z całą pewnością zasługiwali na to, żeby sami mogli być wolni. Byli też dobrymi kandydatami do spełnienia przepowiedni, równie dobrymi co każdy inny gatunek. Szary wisiał tuż przed nim. Harry'emu już wcześniej przyszło do głowy, że mogło chodzić o szarego dementora, jeszcze kiedy podróżował z Hermioną w czasie. I potem było coś jeszcze o tym, że wszystkie decyzje będą zależne od tej pierwszej? Czyli chodziło, że jego pierwsza decyzja jako vatesa, którą uwolni dementorów, ustawi precedens, na podstawie którego będzie potem uwalniał wszystkie inne magiczne stworzenia. Harry przypomniał sobie, jakie to było wspaniałe uczucie, pozbyć się sieci feniksa. Przecież to nie może być zła decyzja, pozwolić innym poczuć to samo?

Czy możecie pokazać mi swoją sieć? zapytał szarego dementora, nie kryjąc się ze swoim zawstydzeniem. Nie czuję się teraz najlepiej i obawiam się, że sam jej nie zauważę.

Dementor wykonał gest i w powietrzu pojawiła się lśniąca, lodowato–niebieska sieć, oplatająca dementorów i biegnąca gdzieś za horyzont. Harry przyjrzał się jej przez chwilę.

W Azkabanie zostali jeszcze jacyś dementorzy?

Szary pochylił głowę.

Harry zamrugał. No, to wyglądało na trudne, ale nie jakieś koszmarnie skomplikowane. Sieć była wielka, tak, ale też antyczna i strasznie niezgrabnie zapleciona. Czarodzieje, którzy to zrobili, nie zrobili niczego poza rzuceniem lodowato–zimnych splotów inkantacji, które zacisnęły się wokół rdzeni dementorów, pulsującej, czarnej mgły w samym środku każdego z nich. Dementorzy nie byli w stanie sami jej z siebie zdjąć, oczywiście, bo ryzykowali rozerwanie samych siebie na strzępy, a większość czarodziejów nie miałoby ani ochoty, ani dość mocy, by się do nich zbliżyć, ale do rozerwania sieci wystarczyło tylko samej, surowej siły, która zniszczy sieć i zostawi wszystko, co nią nie jest, nietknięte.

Harry sięgnął w jej kierunku, koncentrując się na zebraniu w sobie dość skradzionej siły, nawet tej obrzydliwej, mrocznej. Mógł ją użyć w dobrej sprawie.

Zawahał się. Coś mu umknęło, o czymś zapomniał. O czym?

Przepowiednia? Nie, na tyle, na ile ją rozumiał, Harry był pewien, że działo się dokładnie to, co miało się stać.

Peter? Nie, czarny dementor wciąż go nie ruszył i choć Connor wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć, to jego też nie ruszyli. Czekali cierpliwie na swoją wolność, wbijając w niego bez–oczny wzrok.

Część swoich obowiązków jako vatesa?

Tak.

Harry zadrżał nagle i opuścił swoją magię i rękę. Przełknął kilka razy ślinę, próbując ułożyć w słowa przerażającą myśl, która się uformowała w jego umyśle. Czuł na sobie zimne zainteresowanie dementora, a z tyłu głowy usłyszał szept głosu.

Jesteś pewien, że powinieneś to robić akurat wtedy, kiedy są tuż przed tobą?

Szok już po chwili opuścił głowę Harry'ego, wreszcie ustępując normalnym myślom i pozwalając mu zrobić co należy.

Spojrzał w górę i przyjrzał się szaremu dementorowi.

– Powiedziałeś – wydusił z siebie i zamilkł. Na Merlina, ależ chce mi się spać. Powiedział sobie, że ma się w tej chwili przestać zachowywać jak dziecko i zacząć jak vates. – Powiedziałeś, że chcecie być wolni, że chcecie śnić, mnożyć się i żywić. Co masz na myśli, żywić się? Kogo będziecie jeść?

Dementorzy zamarli. Harry zdawał sobie sprawę z tego, że nie mogli tego zrobić, nie tak naprawdę, kiedy ich szaty dalej unosiły się w powietrzu, a niektórzy z nich starali się przejść z tyłu trochę bliżej, żeby lepiej widzieć, ale i tak odniósł takie wrażenie. Serce obijało mu się mocno o żebra, a adrenalina zaczęła szaleć mu w organizmie, odganiając zmęczenie. Wyprostował się nieco.

– Jak już będą wolni – szepnął Connor – to co ich będzie powstrzymywać przed całowaniem każdego, nie tylko więźniów Azkabanu?

– Tego się właśnie próbuję dowiedzieć – szepnął do niego Harry. – Cicho.

Szary dementor milczał przez dłuższy czas, zanim odpowiedział. Harry zastanawiał się, czy to dlatego, że musiał ostrożnie dobrać słowa, czy też może miał nadzieję, że ta pauza mu zaimponuje, albo próbował zaczekać, aż zmęczenie go dogoni. Jeśli chodziło o to ostatnie, to nie działało. Z każdą mijającą chwilę Harry czuł się tylko coraz bardziej spięty. Czuł, jak głowa mu się podnosi, nozdrza buchają, a oczy mrużą. Był wytrenowany do walki i wiedział, że oto szykuje się przed nim kolejna bitwa.

Jego dziecięca strona próbowała jęczeć i protestować. Harry uciszył ją bez trudu. W czasie swojego treningu wiedział, że pewnego dnia dojdzie do takiej sytuacji, że czasem w czasie wojny będzie więcej jak jedna bitwa w trakcie dnia – właściwie to spodziewał się ich nieustannego ciągu, dzień za dniem, a nie jednej, wielkiej walki i potem niczego. Musiał się utrzymać w pionie, musiał być w stanie przywołać swoją magię wiele razy i stawić czoła wszystkiemu, co mu los ciśnie w twarz.

Będziemy się żywić tak, jak to zawsze robiliśmy, powiedział szary dementor, na szczęśliwych wspomnieniach i czasami na duszach. Pocałunek jest niezbędny do naszej reprodukcji.

– Ale będziecie się żywić na kimkolwiek tylko zechcecie? – zapytał Harry. – Nie tylko na skazanych do Azkabanu kryminalistach?

Nie będziemy już dłużej spętani moralnością czarodziejów.

– Czyli macie zamiar żywić się na kimkolwiek tylko zechcecie?

Ograniczymy nasze łowy do mugolskiego świata. Oni nie są w stanie nas zobaczyć. Nie będą na nas polować. Nie będą wiedzieli, co ich zabiło. Zostawimy twoją rodzinę i przyjaciół w spokoju, vatesie.

Harry zamknął oczy. Tak, kompletnie zapomniał o tej części bycia vatesem. Był odpowiedzialny za swoje decyzje, za wszystkie, te dobre i te złe. Jeśli jakąś podjął, to musiał wiedzieć, czemu ją podjął i jak to będzie oddziaływało na jego przyszłe decyzje – i jakie to będzie ze sobą niosło konsekwencje dla innych.

– Jak mogę was wypuścić, jeśli zniszczycie innych i zostawicie po sobie bezduszne ciała? – szepnął.

Pomyśl o tym jak o sprawiedliwości, vatesie, zaproponował szary dementor. Wasz gatunek więził nas od stuleci. Wywołamy dokładnie taki sam terror i frustrację, jaką oni sprawili nam.

– To jest zemsta, nie sprawiedliwość – powiedział Harry.

Dementorzy zadrżeli wokół nich, niczym ogień gasnącej świeczki.

A czy sprawiedliwością będzie pozostawienie nas w ograniczeniach sieci? zapytał szary dementor. Prawdziwy vates nie jest w stanie znieść przymuszenia, ani nałożonego na siebie, ani na kimkolwiek innym. Jeśli nie jesteś prawdziwym vatesem, to wygląda na to, że popełniliśmy błąd i nie jesteśmy ci nic winni, ani posłuszeństwa, ani bezpieczeństwa.

– I tak nie bylibyście mi winni posłuszeństwa – wymamrotał Harry, ostro kombinując. Czy było w tym jakieś wyjście, które pozwoliłoby mu uwolnić dementorów i upewnić się, że nie będą się na nikim żywić? Pojmował już, czemu antyczni czarodzieje postanowili w ramach kompromisu przywiązać dementorów do Azkabanu. Tam mogli się żywić na tych, którzy już i tak zostali uznani za winnych, niewartych ochrony przed dementorami, w przeciwieństwie do niewinnych, którzy przebywali poza murami więzienia.

Nie mogę ich zniszczyć. To byłoby wbrew ich woli. Nie mogę ich transmutować ich w coś, co nie potrzebuje się żywić na duszach i wspomnieniach. To byłoby niemoralne, bo są inteligentni i zdają sobie sprawę z tego, jak funkcjonuje świat wokół nich.

Harry zacisnął pięści, czując pierwsze ukłucie tej ciernistej ścieżki i nienawidząc tego bólu.

I nie mogę pozostawić ich spętanych.

Co gorsza, przepowiednia powiedziała, że ta pierwsza decyzja ułoży podwaliny pod wszystkie jego kolejne. Był tak zmęczony, że ledwie był w stanie myśleć, a w tyle jego umysłu stale rosła potrzeba, by wreszcie zabrać Connora i Petera z dala od dementorów.

Ale bez presji.

Harry przełknął ślinę. No, skoro ma wątpliwości, to czas zwrócić się do źródła. Być może sami dementorzy mogli mu podpowiedzieć, co można zrobić w tej sytuacji, co są gotowi poświęcić w zamian za swoją wolność, tak żeby zdjęcie z nich sieci nie musiało już mu tak ciążyć na sumieniu. Ich oferta, że będą polować tylko na mugoli i rodzinę i przyjaciół Harry'ego zostawią w spokoju, była nie do przyjęcia.

Podniósł głowę i spojrzał na szarego dementora.

– Nie mogę was uwolnić, bo wtedy inni będą cierpieć – powiedział. – Czy potrafisz wymyślić jakiś sposób, w który będziecie mogli być wolni, nikogo przy tym nie krzywdząc?

Szary dementor nie odzywał się przez dłuższą chwilę, ale chwiał się lekko z boku na bok. Harry obserwował go, wstrzymując oddech i czekał.

Czy masz zamiar pytać o to wszystkie magiczne stworzenia, vatesie? zapytał szary dementor.

– Prawdopodobnie nie – powiedział Harry. – Niektóre z magicznych stworzeń, jak jednorożce, prawdopodobnie nie skrzywdzą innych tylko dlatego, że będą na wolności. Ale inne… – Wzruszył ramionami. – Tak.

To jest ograniczenie naszej wolności.

– Nie, nie jest – zauważył Harry. – Zapytałem cię, co jesteście gotowi zrobić. Jeśli uzgodnicie ze mną coś, to zrobicie to z własnej woli, nic was nie będzie ograniczać. To będzie wasz wybór.

Nawet wybór jest ograniczeniem.

Harry założył ręce na piersi.

– Nie jesteście całym czarodziejskim światem – powiedział, zaskoczony irytacją w swoim głosie. Potem przypomniał sobie, że brzmiał dokładnie tak samo, kiedy miał sześć lat i za długo czytał po zmroku. Niemal się uśmiechnął na to wspomnienie, ale szary dementor na niego patrzył, a Harry nie był pewien, jak zinterpretuje ten gest. Pozostawił swoją twarz bez wyrazu. – Nie jesteście ważniejsi od kogokolwiek. Jesteście równie ważni co czarodzieje, skrzaty domowe i jednorożce, ale nie jesteście od nich ważniejsi. – Pokręcił głową lekko i nagle zdał sobie sprawę, że się powtórzył. Zmęczenie wpływało na jego elokwencję. – Nie mogę was uwolnić, jeśli skrzywdzicie innych.

Szary dementor milczał przez dłuższą chwilę.

Przybyliśmy z koszmarów, dawno temu, z cieni, które się czają w kącie każdej ludzkiej duszy. Właśnie dlatego potrafimy się żywić na szczęśliwych wspomnieniach i na samych duszach. Zostaliśmy jednak przywołani tutaj, kazano nam żyć w świetle dnia, nie pozwolono nam wrócić do koszmarów. Jeśli jednak trzeba, to możemy tam wrócić. Możemy żyć w tym pół–świecie, tym świecie snów, pobierając nasze jedzenie z ludzkich umysłów tak samo, jak robi to każdy inny gatunek koszmarów.

Harry zmarszczył brwi, czując się nieswojo.

– Ale to przecież będzie znaczyło, że dalej będziecie krzywdzić ludzi, prawda?

A powstrzymałbyś każdy zły sen na świecie, vatesie? Po raz pierwszy szary dementor wydawał się być rozbawiony.

– Gdybym mógł, to tak.

Nastała cisza, a potem odezwał się szary dementor, tonem przepełnionym podziwem.

Tak, wierzę, że byś spróbował. Ciągnął dalej, zanim jeszcze Harry zdążył przetrawić swoje zaskoczenie faktem, że dementorzy są w stanie czuć podziw. Pomyśl o tym w ten sposób, jeśli nas odeślesz z powrotem, przywrócisz balans w naturze i magii. Zostaliśmy wyciągnięci z koszmarów przez czarodzieja, który chciał nasłać nas na swoich wrogów i zaadaptowaliśmy się do nocy. Tylko ja wciąż pamiętam półmrok, tylko ja wciąż pamiętam świat snów, z którego przybyliśmy. Tak, vatesie, odeślij nas z powrotem. Odeślij nas do domu.

– A dostanę twoje słowo, że jak zdejmę waszą sieć, to udacie się prosto do świata snów i nigdzie indziej? – zażądał Harry.

Masz moje słowo, a inni odpowiedzą przede mną, vatesie.

Harry odetchnął głęboko.

– Niech i tak będzie – powiedział, po czym sięgnął przed siebie i jednym skrętem mocy zniszczył sieć.

W sumie nawet dobrze, że był wtedy tak zmęczony, inaczej mógł tego nie zrobić jak należy. Sieć była za gruba, żeby ją przeciąć, zbyt lepka, żeby uwolnić jednego dementora na raz. Harry po prostu ją złapał i odciągnął ją od szarego dementora, przepuszczając przez nią potok swojej skradzionej, splugawionej magii, a sieć rozpuściła się i rozpadła na kawałki. W chwili, w której zniknęła z szarego dementora, zniknęła również ze wszystkich innych dementorów w zasięgu wzroku.

Harry zdał sobie nagle sprawę, że przytłaczająca aura dementorów zaczęła gwałtownie rosnąć. Nie było już żadnej bariery między nim a strachem. Ale wciąż stał pod nią prosto i patrzył na szarego.

Dotrzymał swojej części umowy. Teraz była ich kolej.

Szary dementor podniósł wysoko swoje ręce i zaczął wirować. Pozostali dali się temu porwać, niczym liście w czasie tornada. Szary dementor uplótł z nich gnijącą, mroczną sieć, a potem podniósł ich ponad siebie i stworzył z nich tunel chmur. Harry zobaczył, jak leci coraz wyżej. Kiedy znalazł się mniej więcej w środku tunelu, niebo się nad nimi rozdarło. Harry nie widział żadnych pokrytych półmrokiem chmur, ani gwiazd. Zamiast tego zobaczył niebo o barwie gnijącego mięsa, niebo, które czasem widział w niektórych swoich koszmarach.

Żegnaj, vatesie.

Niebo zamknęło się za nimi z grzmotem i Harry i Connor zostali sami na błoniach, tuż obok Petera, który dopiero zaczynał się rozluźniać mięśnie.

Peter usiadł i zagapił się na Harry'ego.

– Przynajmniej oni nie będą cię już dłużej męczyć – wymamrotał Harry, chwiejąc się na nogach. Zamrugał. – Chyba powinieneś już iść, zanim ktoś cię z nami zobaczy i Dumbledore nie wezwie aurorów.

Peter nie ruszył się przez dłuższą chwilę, mimo, że wcześniej naprawdę zdawało mu się śpieszyć. Przyglądał się Harry'emu uważnie, po czym kiwnął głową, a jego zęby błysnęły krótko w agresywnym uśmiechu.

– Kilka następnych lat będzie zdecydowanie interesujące – wymamrotał, wstając.

Harry uśmiechnął się do niego słabo. Miał nadzieję, że Peter zrozumie, że słabość uśmiechu pochodziła ze zmęczenia, a nie z braku szczerych emocji.

– Żegnaj, Peter. Mam nadzieję, że czeka cię bezpieczna podróż. Napisz do mnie, jak tylko znajdziesz się gdzieś, gdzie będziesz bezpieczny.

Peter kiwnął głową.

– Na pewno to zrobię, Harry. Nie chcę stracić z tobą kontaktu. Tak wiele dla mnie zrobiłeś.

Zmęczony czy nie, Harry nie potrafił tego przeoczyć.

– Ty też wiele dla mnie zrobiłeś – zaprotestował.

– Obawiam się, że nie tak wiele jak ty dla mnie. – Peter tylko pokręcił głową, kiedy Harry miał ochotę się dalej z nim o to kłócić, po czym wyciągnął rękę. Harry ją przyjął.

Peter odwróci się i spojrzał z wahaniem na Connora. Connor spojrzał mu w oczy. Harry nie był w stanie niczego wyczytać z twarzy swojego brata.

– Żegnaj, Connor – powiedział Peter. – Przykro mi z powodu Syriusza. Był kiedyś moim przyjacielem.

– Wiem – powiedział cicho Connor. – To nie była twoja wina. – Zawahał się, po czym dodał: – Żegnaj.

Peter kiwnął głową i sprawił, że to skinienie stało się częścią ruchu, który transformował go do jego formy animagicznej. Podreptał szybko do Zakazanego Lasu, ledwie widoczny pośród traw i szybko zniknął. Harry miał tylko cichą nadzieję, że w Zakazanym Lesie nie pojawiło się dzisiaj żadne szczurojedzące stworzenie.

– Co teraz? – zapytał Connor, kiedy minęło kilka chwil ciszy.

Harry zamrugał i wrócił do siebie. Naprawdę musiał być wycieńczony, skoro tak stał tylko, oderwany od rzeczywistości.

– Wejdziemy do środka. Znajdziemy Snape'a. Każemy mu… no, zająć się ciałem Syriusza, myślodsiewnią Vodemorta i tym cholernym nożem. – Peter zabrał swoją różdżkę ze sobą, kiedy wychodzili z Wrzeszczącej Chaty, za co Harry był teraz niezmiernie wdzięczny. – A potem pójdziemy do Madam Pomfrey i pozwolimy jej się nami zająć. – Zerknął na swojego brata, po raz pierwszy wypatrując jakichś śladów krwi. – Czy Voldemort coś ci zrobił?

– Tylko trochę ponacinał, nic wielkiego – powiedział Connor. – Tobie się znacznie gorzej oberwało. – Wydawał się jakiś rozkojarzony, rozglądał się wokół. – Harry – powiedział powoli. – Powietrze wciąż jest jakieś ciężkie.

Harry potarł swój policzek.

– Co masz na myśli? – Merlinie, ależ mu się mozolnie myślało. W jakimś sensie wiedział, że uwalniając dementorów zmienił świat, ale naprawdę go to w tej chwili nie obchodziło.

– Przepowiednia wciąż wisi w powietrzu – powiedział Connor. – Nie zniknęła. – Odwrócił się do Harry'ego, jakby miał nadzieję na jakieś odpowiedzi. – Wydawało mi się, że już po wszystkim? Że uwolnienie dementorów wypełniło ten fragment o szarym i o decyzji?

– A co z drugą połową drugiej połowy? – Harry odkrył, że opadł jednym kolanem na trawę. Ziemia była dość miękka, żeby na niej odpocząć, prawda? Connor mógł znaleźć Snape'a sam, prawda? Snape mógłby odczytać informacje z głowy Connora za pomocą legilimencji, jeśli Connor nie będzie w stanie mu powiedzieć. Ten plan brzmiał wspaniale, bo pozwalał Harry'emu wreszcie odpocząć.

Connor wciągnął powietrze, żeby odpowiedzieć, ale jego słowa utonęły we wściekłym tonie.

Harry!

Harry podniósł głowę i zamrugał sennie, patrząc jak biegnie ku nim postać w czarnych szatach.

– O, fajnie – powiedział. – Snape tu jest. Nie musimy go szukać.

Connor wydał z siebie cichy pisk zaniepokojenia, ale nie zdążył odskoczyć z drogi, zanim Snape nad nimi nie stanął. Snape zerknął przelotnie na Connora, po czym odwrócił się w stronę Harry'ego.

– Wygląda na to, że po raz kolejny wracasz wykończony i półżywy z misji ratowania twojego brata, którą powinieneś był zostawić starszym i bardziej doświadczonym czarodziejom.

– Zamknij się, Snape – wymamrotał Harry, ledwie rejestrując to, co mówi. – Syriusz nie żyje, to nie był Peter, a my znowu pokonaliśmy Voldemorta. Naprawdę mi się wydaje, że zasłużyłem sobie na to, żeby się chociaż zdrzemnąć, zanim znowu zaczniesz na mnie krzyczeć. – Położył się na boku, zwinął w kłębek i zamknął oczy.

Oczywiście, nie było mu dane nawet porządnie zasnąć, zanim przed oczami nie pojawiła mu się wizja kręgu postaci zacieśniających wokół niego kręgu i drgnął, rozbudzając się. Jęknął, czując w boku ostry ból. Snape klęczał przy nim, delikatnie głaszcząc go po żebrach. Syknął pod nosem.

– Nieźle cię pokiereszował, Harry – wymamrotał. – Co…

Harry zamknął oczy i zaczął kręcić głową, rozglądając się na ślepo, póki wizja postaci nie wyostrzyła się, kiedy patrzył w konkretnym kierunku. Otworzył oczy i zorientował się, że patrzy w kierunku jeziora.

– Tam – szepnął w tej samej chwili, w której Snape poderwał głowę i warknął:

– Osłony anty–aportacyjne zostały zdjęte!

– Tylko członkowie Zakonu Feniksa wiedzą, jak je zdjąć – powiedział Harry. Znowu był ledwo przytomny, ale wiedział, że to może być ważne. – Voldemort kontrolował umysł Syriusza już od kilku miesięcy, miał dostęp do jego wspomnień. Mógł przekazać tę wiedzę innym śmierciożercom.

Jakby w odpowiedzi wiatr poniósł w ich kierunku szalony śmiech, który dobre znali. Harry zmusił się do otwarcia oczu i zobaczył Bellatrix Lestrange biegnącą w ich kierunku, jej szata powiewała za nią złowieszczo. Za nią biegło czterech innych śmierciożerców, z ich stylu poruszania Harry wywnioskował, że musieli to być mężczyźni. Harry zadrżał. Jeden z nich zionął tak paskudną, mroczną magią, że aż stąd ją czuł. Miał wrażenie, że ta magia była niemal tak zła, jak ta, którą połknął jego magiczny wąż.

Spojrzał na Snape'a, a jego zmęczony mózg zaskoczył.

– Mógłby pan udawać, że jest pan lojalny Voldemortowi, że pan mnie złapał… – zaproponował.

– Wybrałem stronę – powiedział Snape, tonem pełnym celu, wstając na nogi i wyciągając różdżkę. Zasłonił sobą Harry'ego. – Będę wybierał ją raz za razem, dzień za dniem i to jest twoja strona, Harry.

Bellatrix znowu się roześmiała, wydłużając kroku.

– Czyżbyś chciał oferować nam te dzieciątka na talerzu, Severusie? – zaświergotała wysoko. – Nasz Lord powiedział nam o tobie i muszę przyznać, nie mogę się doczekać, aż znajdę się z tobą w zacisznym pokoju z niczym, jak tylko Cruciatusami między nami.

– Czasami twój brak wyobraźni jest po prostu przerażający, Bellatrix – odpowiedział chłodno Snape i wycelował różdżkę. – Sectumsempra!

Bellatrix zaśpiewała zaklęcie obronne jeszcze kiedy klątwa leciała w jej kierunku, po czym wystrzeliła klątwę, której nazwa umknęła Harry'emu, bo nagle zaczęło mu szumieć w uszach. Czterech męskich śmierciożerców oddzieliło się od Bellatrix, a jeden z nich był obok jeziora i jego magia zaczynała przytłaczać zmysły Harry'ego.

Dwóch z nich przygotowywało skomplikowane zaklęcia. Jeden miał na sobie drobiazgowy urok, tak stary i głęboko w nim zakorzeniony, że Harry nie miał pojęcia, co mógłby pod nim ukrywać. A ten, który promieniował paskudną magią dalej to robił, a jego zapach zaczął przypominać Harry'emu odsłonięte szambo, póki nie zobaczył jego twarzy.

To był Rudolf Lestrange, przynajmniej według wszystkich opisów, jakie kiedykolwiek słyszał, ale spotkał się już kiedyś z tym człowiekiem i wiedział, że jest cokolwiek głupi i powolny, zwłaszcza przy swojej genialnej, szalonej żonie. Teraz miał szeroko otwarte oczy, a jego usta wykrzywiał uśmiech, który Harry ostatnim razem widział na twarzy Syriusza.

– Nie – szepnął Harry.

– Nie zniszczyłeś mnie do końca, Harry – powiedział głos Voldemorta, cierpliwy i spokojny, dochodzący spomiędzy ust Rudolfa. – Zniszczyłeś medalion, ale nie ukryty w nim fragment mojej duszy. Ten uciekł i zaczął szukać moich wiernych śmierciożerców. Tak to jest, kiedy się bawisz ze swoim jedzeniem. – Uśmiechnął się jeszcze szerzej, groteskowy gest napędzany furią i nienawiścią. Harry zastanawiał się, jak strasznie Voldemort musi go nienawidzić, zwłaszcza, że od samego początku wiedział o tym, że to Harry odbił jego klątwę zabijającą. – Ta aranżacja, oczywiście, ma swoje wady, choćby brak potęgi, bo trochę zajmie zanim się przyzwyczaję do tego ciała, ale jestem wypoczęty i dysponuję magią, którą wiem, jak wykorzystać. W przeciwieństwie do ciebie, Harry. – Zacmokał językiem, po czym wycelował różdżką. – Caeco!

Harry usłyszał, jak Connor wyje z przerażeniem obok niego i obrócił się, chociaż wiedział dobrze, co zobaczy; znał efekt Caeco. Jego brat macał swoją twarz, a jego oczy były szeroko otwarte i patrzące na nic. Był ślepy.

Harry odwrócił się z powrotem. Jego zmęczenie nie ustępowało, a jego kończyny były równie ciężkie co worki z piaskiem. Wiedział, że jego furia lada moment przestanie go napędzać, ale póki co mógł przynajmniej mówić.

– Lepiej mnie oślep, ty draniu!

– Niby po co? – zapytał Voldemort, uśmiechając się ustami Rudolfa. – Przecież chcę, żebyś zobaczył, co się stanie twojemu bratu, Harry. – Kiwnął do jednego ze stojących obok niego śmierciożerców, tego, który nie miał na sobie uroku. – Twoja kolej, Mulciberze.

Harry zadrżał. Mulciber był specjalistą od klątwy Imperiusa, znany ze swojej absolutnej kontroli nad umysłem i właśnie celował różdżką w Connora. Harry obejrzał się na Snape'a, ale ten utknął w pojedynku z Bellatrix i nie miał czasu, by nawet na chwilę się odwrócić.

Imperio!

Harry zobaczył jak jego brat sztywnieje i wiedział, co prawdopodobnie czuje, ten miękki i kojący głos, który zaatakował jego umysł, szepcząc mu, co musi zrobić. Connor złapał prawą ręką środkowy palec lewej dłoni i zaczął go wyginać do tyłu.

Harry zaszlochał. Nie miał pojęcia, co może w tej sytuacji zrobić. Był tak zmęczony, że nie miał nad sobą żadnej kontroli i jeśli spróbuje wyssać magię, to uderzy we wszystkich w pobliżu.

Naprawdę nie wydawało mu się, że jest w stanie to zrobić. Jakby mógł? Wolał polegać na magii defensywnej, chciał osłonić Snape'a i Connora przed śmierciożercami i zabrać ich stąd żywymi, może na pożegnanie rzucić na przeciwników kilka zaklęć, po których długo będą lizali rany, to wszystko.

Spojrzał Rudolfowi w oczy, na okrutne spojrzenie Voldemorta i jego okrutniejszy uśmiech. Jeśli ich stąd wypuszczę, to wypuszczę stąd Voldemorta.

Czasami nie mogę mieć tego, czego chcę.

Usłyszał trzask, kiedy palec Connora pękł i cisza osoby pod Imperiusem, która potem nastąpiła, była gorsza niż wszelkie wycie, jakie powinno było przeszyć powietrze.

Łkając, Harry zaatakował, nie używając tym razem węża jako przewodnika dla swojej magii, a po prostu ściągając do siebie całą magię, osuszając wszystkich w pobliżu. Zabrał ich zaklęcia. Zauważył, że urok jednego ze śmierciożerców zamigotał i zniknął, odkrywając nową twarz i rysy, ale go to nie obchodziło. Czuł, jak magia w ich ciałach stawia mu przez moment opór, po czym pozostaje niezmienna – nie ciągnął dość mocno, żeby pozbawić ich wewnętrznej siły, tylko zabrać to, co ich otaczało – ale go to nie obchodziło. Usłyszał jak Snape wrzeszczy ze złości, kiedy jego własne zaklęcia zniknęły, ale go to nie obchodziło.

Pozwolił magii uderzyć w siebie niczym fali, po czym przekierował całą jej moc na Rudolfa–Voldemorta, nie próbując jej kontrolować, nie próbując jej koordynować, po prostu skupiając się tylko na jednej myśli: Chcę, żeby to wszystko się skończyło. Chcę, żeby on wreszcie zniknął.

Magia uderzyła Rudolfa i cisnęła nim w powietrze. Przez chwilę Harry zobaczył jak jego ciemna sylwetka leci ponad jeziorem, niczym ćma.

A potem nagle zajął się płomieniem, z zewnątrz i wewnątrz, i ten ogień go pochłonął. Harry poczuł jak fragment duszy Voldemorta miota się wściekle, próbując uciec, po czym słabnie. Magia Rudolfa zniknęła w tej samej chwili.

Umierał. Popioły opadły na wodę.

Umarł. Kości, skóra i mięso uderzyły w wodę niczym obsceniczny deszcz.

Harry ukrył twarz w dłoniach i płakał, poddając się wycieńczeniu i żalowi, a fala magii delikatnie wróciła do niego i osiadła wokół. Jego ciało było już kompletnie pozbawione magii, którą wchłonął we Wrzeszczącej Chacie.

Usłyszał jak Bellatrix wydaje z siebie długie, opadające wycie, w którym nie było nawet cienia poczytalności. Harry był w tym momencie surowy, krwawiący, bezbronny i otwarty nawet na jej ból. Właśnie za jednym zamachem straciła męża i swojego pana. Harry nie był pewien, którego z nich kochała bardziej, ale wcale się nie zdziwił, kiedy przetoczył się na bok i zobaczył jej oczy, patrzące na niego z nienawiścią i obietnicą zemsty wypisaną na twarzy

– Poczekaj, dzieciątko – szepnęła. – Czekaj tylko, niech ja cię dorwę.

Odwróciła się i zaczęła uciekać, biegnąc wokół jeziora, w tym samym kierunku, z którego przybiegli. Dwóch śmierciożerców pobiegło za nią, Mulciber i prawdopodobnie Rabastan.

Ostatni człowiek, ten, który nosił urok, został jeszcze przez chwilę, przyglądając się Harry'emu, jakby zdawał sobie sprawę, że w tej chwili nikt w pobliżu nie miał magii, którą byłby w stanie go uszkodzić. Miał bardzo charakterystyczną twarz, wielkie oczy o ciemnych tęczówkach, w których kryła się inteligencja, przykryta nieco szaleństwem wzmocnionym przez Azkaban. Przechylił głowę, kiedy Snape przyklęknął przy Harrym i położył mu rękę na ramieniu.

– Dobrego sobie wybrałeś, Severusie – powiedział, brzmiąc niemal wesoło.

– Rosier – warknął Snape, nie do końca kryjąc gniewem zaskoczenia. – Czyli jednak nie zginąłeś, co?

– Ja nie, Dolohov zginął – powiedział człowiek, którego Harry skojarzył wreszcie jako Evana Rosiera. Nie brzmiał na specjalnie przejętego. – Wszystkim się jednak wydawało, że to bylem ja, a sam nie widziałem powodu, żeby ich wyprowadzać z błędu. – Na jego twarzy nagle pojawił się uśmiech, tak niespodziewanie, że zdawał się pochodzić skądś indziej, po czym kiwnął Harry'emu. – To twój przyszły Lord?

– Moja magia wraca, Rosier – powiedział Snape cicho i niebezpiecznie, podnosząc różdżkę.

– Obawiam się, że nie mogę zostać – powiedział Rosier. – Gdyż mam obietnice do dotrzymania i drogę długą nim położę się do spania. – Zachichotał, kończąc, po czym obrócił się na pięcie i pognał wokół jeziora.

Harry odwrócił się w stronę Connora. Jego brat zamrugał, dotykając kontrolnie swoich oczu. Następnie zagapił się na Harry'ego, z czego Harry wywnioskował, że ten odzyskał wzrok. Potem spojrzał na swój złamany palec, znowu zamrugał i zemdlał.

Harry poczuł, że jest gotów zrobić to samo, ale najpierw musiał się czymś zająć. Odwrócił się do Snape'a.

– Proszę odczytać z mojej głowy co się stało – powiedział.

– Widziałem, Harry.

Głos Snape'a był pełen zdesperowanego współczucia, czego Harry w tej chwili nie chciał. Sięgnął w górę, podpierając się ręką na ramieniu swojego opiekuna.

– Nie, nie to – szepnął. – Wcześniej.

Opuścił swoje bariery i poczuł jak Snape wślizguje się do jego myśli, szybko i bez problemów, więc przesunął swoje mozolne myśli, żeby pokazać mu wspomnienie śmierci Syriusza o tego, co się stało we Wrzeszczącej Chacie. Harry poczuł, jak Snape wciąga gwałtownie powietrze i poczuł jego drżenie. Kiwnął głową.

– Właśnie – wymamrotał. – Niech pan się zajmie jego ciałem, myślodsiewnią i nożem, dobrze?

– Oczywiście. – Harry jeszcze nigdy nie słyszał, żeby Snape brzmiał na tak wstrząśniętego jak w tej chwili. – Odpocznij. – Ucichnął na moment, po czym dodał: – Proszę cię, zrozum, Harry, to nie była twoja wina. Musiałeś go zabić.

– Odpoczynek dobrze brzmi – powiedział Harry i osunął się w ciemność, która była znacznie mniej dziwna niż świat, który właśnie dla siebie przygotował.