48. Gdyby komuś się zdawało, że Snape może polubić poniedziałki…

Obudził się w skrzydle szpitalnym. Przy jego łóżku siedział Draco, skubiąc okładkę książki do Zaklęć. Wyglądał na zmęczonego. Blaise obejrzał swoje dłonie, które jeszcze chwilę temu wydawały się krwawić. Nie było na nich śladu żadnych ran. Jego piżama też była już czysta. Nie czuł bólu, swędzenia ani niczego co wiązać mogłoby się z jakąś paskudną klątwą.

- Możesz iść do siebie się uczyć. Nic mi nie będzie. Tutaj mnie nie zaatakują. Zresztą nie o mnie im przecież chodziło, a lepiej żeby cię ze mną nie widzieli. - powiedział Blaise. Blondyn spojrzał na niego z troską i pokręcił jedynie głową w odpowiedzi.

- Co z resztą? - spytał Zabini, siadając wygodnie na łóżku.

- Harry'emu nic nie jest. Nott wylądował u dyrektora. Crabbe z Goylem mają szlaban u Umbridge. Widocznie Snape nie chciał ich oglądać na własne oczy. Wyglądał jakby miał ich zabić. A co z tobą?

- To był jakiś dziwny czar, wywołujący krwotok, ale nie wygląda jakby zrobił mi coś więcej niż ubrudzenie ubrań. W każdym razie czuję się dobrze. - odparł, sam zdziwiony tym co się stało.

Zabini wiedział, że Draco chciałby tu zostać, ale miał też pewność, że Harry może tu wrócić... A Blaise nie chciał stwarzać sytuacji, w której skoczą sobie do oczu. Dość miał na dzisiaj awantur i używania różdżki.

- Czuję się dobrze, myślę, że jak się ładnie uśmiechnę, to mnie dziś wypuszczą...

- Proszę to sobie wybić z głowy, panie Zabini. - Dotarł do nich radosny głos Madam Pomfrey. - Dzisiaj zostaje pan tutaj. Panie Malfoy, proszę wrócić do swoich obowiązków. Koniec odwiedzin. Jak będę pana potrzebowała, żeby odprowadzić pana Zabiniego do lochów, jutro rano, poinformuję pana. - powiedziała kobieta.

Draco przytaknął, wiedząc, że i tak nie wygra z upartą magomedyczką, więc pożegnał się i poszedł do siebie. Miał pewność, że dzisiaj Blaise nie wróci do dormitorium. Nie, kiedy Nott jeszcze tam jest. Nie był przekonany, że Snape może faktycznie wyrzucić Teodora. Było to tak samo prawdopodobne, jak to, że on Malfoy zostałby wydalony ze szkoły, czyli raczej wcale. W końcu jego ojciec, tak jak i ojciec Draco był w radzie szkoły. Mógł wpłynąć na dyrekcję. Poza tym, jak długo nie są w stanie udowodnić, że czar miał skrzywdzić kogokolwiek... nie mogą nic oficjalnie zrobić. Tego Draco był pewny. Dlatego nigdy dotąd nie przekraczali pewnej granicy, robiąc głupie dowcipy gryfonom. A jednak dyrektor będzie musiał zastosować jakieś zmiany, wiedząc jak otwarty konflikt jest w dormitorium. Nie miał jednak pojęcia, co z tego wyniknie.

Kolejną rzeczą, której Draco nie był pewny, była chęć pozbycia sie Theo ze Slytherinu przez ich opiekuna. W końcu Snape był śmierciożercą jak ojciec. Draco był tego pewny już jakiś czas. A skoro Malfoy i Nott senior chcą śmierci Pottera, po co Snape miałby im w tym przeszkadzać?

Zimny dreszcz przebiegł po plecach Draco.

A jeśli teraz Nott siedzi w gabinecie Mistrza Eliksirów i śmieją się z ciebie?

„I wtedy ten idiota, Malfoy, przybiegł po mnie. Żebym uratował Pottera." - zwizualizował w swojej wyobraźni słowa Snape'a.

„Przesadził pan profesorze z tym nokautowaniem mnie... ale rozumiem sytuację. Należy zachowywać pozory."

Nie. Nie. Snape mi pomógł. Daje mi eliksir. - Przemknęło przez umysł Draco.

Eliksir, który trzyma cię z dala od emocji. Od Harry'ego.

Po którym nie boli tak bardzo jego brak. Nie oszukałby mnie tak.

Jest śmierciożercą. Twój ojciec oszukiwał cię 15 lat, a mieszkałeś z nim pod jednym dachem. Ten tutaj jest o wiele lepszym kłamcą niż twój ojciec. Może skłamać co mu się podoba i kiedy tylko zapragnie.

Jeśli on chce skrzywdzić Harry'ego, czemu go stąd jeszcze nie zabrał? Czemu go nie dostarczył Riddle'owi?

Boi się dyrektora.

Bzdura. Musi być w tym coś więcej.

I nie byłbyś ślizgonem, gdybyś nie rozwiązał tej zagadki prawda?

Draco wyprostował się dumnie i wkroczył do pokoju prefektów. Przy stoliku siedziała z bardzo wkurzoną miną Pansy, którą ominęła dzisiaj cała zabawa. Gdy tylko go zobaczyła, zerwała się w jego kierunku i obejrzała go uważnie od stóp do głowy. Gdy upewniła się, że Draco nie ma żadnych ran, wyrzuciła z siebie.

- Możesz mi, na Merlina, powiedzieć co się właściwie stało?! - wrzasnęła, gdy tylko Draco zamknął za sobą drzwi do pomieszczenia.

- Nott i kretyni przeszli do ofensywy. Jest szansa, że wylecą.

- Żartujesz chyba? Jak Theo mógł być na tyle głupi, by zaatakować Pottera w miejscu gdzie ktoś mógłby go zobaczyć?

- Najwyraźniej poczuł za dużą władzę i nie udźwignął jej ciężaru.

- To się nie dzieje. Theo nie może wylecieć. - pisnęła. - Przecież jeśli zostanie tam tylko Zabini…

- Nie wierz w cuda. Alexander Nott wpakował w ten burdel za dużo pieniędzy, żeby Dumbledore mógł wyrzucić Theo. To nieekonomiczne dla całej szkoły. Poza tym Snape jest z nami. Nie da skrzywdzić jednego ze swoich. Przyjaźnią się z ojcem Notta od czasów zamierzchłych. Mój ojciec też tak tego nie zostawi w razie kłopotów.

- Skąd Snape w ogóle wiedział, że coś się dzieje na korytarzu? - spytała, wpatrując się z ciekawością w kolegę. Draco wzruszył ramionami w odpowiedzi.

- Pojęcia nie mam. Może ma oczy w dupie. A może obrazy wiszące na ścianach dały mu znać. Wiesz jak jest. W tym burdelu każda ściana ma oczy i uszy, a tylko Potter ma swoją przeklętą pelerynę.

Pansy prychnęła kolejny raz i tupiąc wściekle przemierzała pomieszczenie.

- Jeśli gryfoni się o tym dowiedzą…

- Nie dowiedzą się. Sprawa została w lochach.

- Ale dyrektor…

- Ten stary lis nie pozwoli sobie na rozpuszczanie plotek, że coś grozi Potterowi. Musi sprawiać wrażenie, że panuje nad wszystkim. Więc jak na moje, możesz iść spać. Ja chętnie też to zrobię. Rano mamy zajęcia z Ropuchą, a nie chciałbym przy niej zasnąć nad kolejnym rozdziałem tego arcydzieła jakim jest podręcznik do Obrony.

- Uważaj na siebie. Wcale bym się nie zdziwiła gdyby się okazało, że to Potter zaczął tą dzisiejszą awanturę w lochach. Dyrektor uparł się go bronić. Ale wszyscy doskonale wiemy, że im szybciej jego dupa trafi do Czarnego Pana, tym szybciej skończą się nasze problemy.

Draco tylko kiwnął głową na znak zgody i ruszył w kierunku swojej sypialni.

Gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi, wzdrygnął się mimo woli. Jego plan bycia oficjalnie przeciw śmierciożerczej filozofii spalił na panewce. Nie dało się pilnować porządku w Slytherinie, będąc jednocześnie obiektem nienawiści wszystkich wkoło. Nie mógł sobie pozwolić, by postrzegano go jako słabe ogniwo w kłębowisku żmij, bo skończyłby z przegryzionym gardłem.

Harry nie widział go dziś w korytarzu. Nie ma pojęcia o wsparciu i o prawdziwych powodach zjawienia się Snape'a, akurat wtedy, gdy był potrzebny. Ale nie widział go również Theo i jego przygłupy, co działało na korzyść Malfoya. Musiał jakoś odzyskać Harry'ego, choćby to miała być ostatnia rzecz, jaką zrobi. Jeśli mu się to uda, będzie mógł wszystko wyjaśnić Potterowi. Harry zrozumie pewnego dnia, jak bardzo się pomylił w jego ocenie.

Draco nigdy nie działał zza tak grubej zasłony. Nigdy nie musiał ukrywać wszystkich swoich motywów. A jednak teraz miał do rozwikłania zagadkę prawdziwej lojalności Snape'a. Miał wrogów, z którymi nie mógł walczyć wprost. A jedyny sprzymierzeniec, którego miał, wystawił się na ataki wszystkich wkoło, co utrudniało nieco ich znajomość. Jedyne co mu pozostawało w tych okolicznościach, to przyczaić się i czekać aż będą osłabieni, sączyć powoli jad w ich umysły, mamiąc współpracą. Pewnego dnia jednak wybije ich do nogi, jednego po drugim.

Żadnej otwartej walki. Żadnych deklaracji. Theo może i być wygadany. Może być szybki, kiedy wyciąga różdżkę. A jednak śpiący nie jest takim zagrożeniem. I między trzecią a czwartą rano ma naprawdę kamienny sen. A nóż w oko, to nóż w oko. Draco jeszcze nie słyszał, żeby komuś udało się przetrwać taką pieszczotę.

##

Dumbledore siedział nad dziwnym urządzeniem, pozwalającym na porozumiewanie się z innymi ludźmi na odległość bez użycia sów czy magii. Mugole nazywali to telefonem. On sam nie korzystał z tego za często, a posiadanie tego sprzętu przez jego osobę w ogóle, a na zamku w szczególności, było tajemnicą o której wiedzieli jedynie byli dyrektorzy tej placówki wiszący w ramach na jego ścianach. Miał właśnie wykręcić numer do biura Scotland Yardu, by dowiedzieć się czy przypadkiem nie zanotowano zwiększonych napaści na owce w okolicznych wsiach, co mogłoby świadczyć o zwiększonej aktywności wilkołaków w okolicy. Remus mówił, że okoliczne stado zachowywało się ostatnimi czasy dziwacznie i nawet on wolał się do nich nie zbliżać.

Alarm w postaci czerwonej poświaty pojawiającej się w przycisku do papieru stojącym na jego biurku, poinformował go jednak nieomylnie, że ktoś wspina się po schodach do jego gabinetu. Schował urządzenie do szuflady biurka i rozrzucił dla niepoznaki papiery po blacie. Z zatroskaną miną wpatrywał się w raport Pomony w sprawie kradzieży rzadkich ziół ze szklarni dwie noce z rzędu.

Drzwi otworzyły się z impetem i wpadł przez nie Teodor Nott. Rozpęd z jakim został pchnięty sprawił, że chłopak wylądował na kolanach przed biurkiem dyrektora. Dumbledore poprawił na swoim nosie okulary i przyjrzał się chłopcu. Zanim jednak dzieciak zdążył się podnieść, do pomieszczenia wszedł Severus i z groźną miną zapowiadającą kolejne żądania, spojrzał dyrektorowi w oczy.

- Pan Nott zaatakował dziś pana Pottera i Zabiniego na korytarzu. Pan Zabini oberwał od niego nowym typem klątwy tnącej, znajduje się na obserwacji w ambulatorium. W swoją zabawę wciągnął Panów Goyla i Crabba.

- Czego oczekuje pan ode mnie, profesorze Snape? - Dumbledore wstał od biurka i z groźną miną spojrzał na młodego ślizgona. Miał świadomość, że obrażenia chłopców nie mogły być poważne ani śmiertelne, inaczej już od progu Severus żądałby usunięcia Notta ze szkoły.

- Crabbe i Goyle zostali ukarani szlabanem z profesor Umbridge. Pan Nott zasługuje na coś więcej niż szlaban. Jak mi doniesiono był prowodyrem całego zajścia.

- Rozumiem jednak, że wolałbyś, Severusie, żeby nie został wydalony ze szkoły? - spytał z ciekawością i troską w głosie, chociaż wiedział, że Snape najchętniej udusiłby gówniarza. Mógł to wyczytać z całej jego postawy. Śmierciożerca przed nim nie mógł sobie jednak na to pozwolić.

- Wydalony? Mój ojciec nigdy się na to nie zgodzi! - wycedził młodyslizgon wpatrując się w dyrektora szkoły.

- Pański ojciec, panie Nott chętnie wyśle pana do Durmstrangu. Gdzie będzie pan mógł do woli pobierać nauki w dziedzinach magii bliższych sercu pańskiego ojca, niż prowadzona tutaj Numerologia. - Odparł lodowatym tonem Snape.

- Spokojnie, Severusie. Wierzę, że to było jednorazowe nieporozumienie. Pan Nott zapewne zna konsekwencje atakowania innych uczniów i ciskania w nich czarnomagicznymi czarami. - Niebieskie oczy spojrzały w oczy chłopaka i ten cofnął się o krok.

- To nie był czarnomagiczny czar! - wyrzucił z siebie Teodor.

Dumbledore uśmiechnął się usłużnie i wskazał chłopcu fotel. Wpatrując się w jego oczy, poprosił go, by opowiedział o czarze. Jednocześnie niewerbalnie zanurzył się w umysł dzieciaka.

Wspomnienia Notta jasno pokazały, że chłopak sam wynalazł zaklęcie i było ono formą bolesnej iluzji, a nie faktycznym czarem tnącym. Wpływał on na świadomość ofiary, nie wyrządzając faktycznej szkody. A jednak w walce mógł być doskonałym sposobem na rozproszenie uwagi przeciwnika.

Albus wycofał się znów do rzeczywistości, po czym zrobił groźną minę. Teodor pocierał lekko skronie zdezorientowany, nie wiedząc co właściwie się przed chwilą stało.

Severusie. Dwa tygodnie sprzątania korytarzy z panem Filchem bez użycia magii. Oraz tydzień czyszczenia sowiarni. Również bez użycia różdżki. To powinno nauczyć tego młodego jeszcze węża, że nie należy za często korzystać z magii.

- Zwłaszcza przeciw kolegom z dormitorium. - dodał Snape.

Na twarzy Notta pojawił się złośliwy uśmiech, a mowa ciała ujawniła nagły przypływ pewności siebie.

- Aczkolwiek, panie Nott. Jeśli jeszcze raz dowiem się, że zaatakował pan jakiegokolwiek ucznia, nieważne czy to będzie inny ślizgon czy też bogu ducha winny puchon, nie skończy się na pouczeniu i szlabanie. Pański ojciec nie będzie w stanie panu pomóc, jeśli się okaże, że zrobił pan komuś krzywdę. Zostanie powiadomione biuro aurorów, a pan opuści te mury i nigdy do nich nie wróci. - Niebieskie oczy stały się lodowate na ułamek sekundy, po czym na twarzy starca zagościł znów wyraz błogiego spokoju.

Severus skrzywił się ostentacyjnie, choć Albus doskonale wiedział, że będzie od teraz szukał okazji, by w białych rękawiczkach pozbyć się tego syna śmierciożercy ze swoich lochów raz na zawsze. Chłopak trochę przygasł i z wściekłą miną przytaknął i przeprosił za swoje zachowanie, zapewniając jednocześnie, że wcale nie miał zamiaru skrzywdzić Pottera, ani Blaise'a.

Albus tylko uśmiechnął się dobrotliwie i zaproponował mu dropsa cytrynowego. Dzieciak podziękował, nie spoglądając nawet w kierunku cukierków i ruszył w stronę drzwi. Snape skinął głową Albusowi i poszedł za dzieciakiem do wyjścia.

Dyrektor westchnął zrezygnowany, gdy się za nim zamknęły. Podszedł do żerdzi i pogładził feniksa po głowie.

- A myślałem, że nastąpi to w okolicach gwiazdki. Te dzieci stanowczo za szybko dorastają. Jeśli sytuacja będzie eskalowała w tym tempie, będę musiał ukryć Harry'ego przed światem, aż nie przekona się, że jego przeznaczenie jest czymś co należy wypełnić, a nie uciekać przed nim na Nokturn. Dzieciak nie może zginąć trafiony przypadkowym czarem. Musi zginąć z różdżki Toma.

##

Harry natknął się na bliźniaków, gdy wracał z ambulatorium. Siedzieli w bocznym korytarzu, na drugim piętrze i głowili się nad jakimś specyfikiem, który nie chciał działać.

Pobrał od nich zamówione towary i schował głęboko w swojej torbie. Weasleyowie domagali się powodu, by przyspieszyć pracę nad specyfikiem paraliżującym i bombą wywołującą krótkotrwałe oślepienie. Właśnie z oślepiaczem mieli problem, bo zioła których używali nie chciały wykazywać swoich właściwości, kiedy nie były spożywane, a jedynie wdychane przez nos przez potencjalną ofiarę.

Sam Harry podsunął im pomysł czy dwa na zastąpienie jednego zielska innym, ale nie miał głowy, żeby pomyśleć nad całą recepturą specyfiku. Wciąż trzymały go nerwy po napaści na jego osobę dzisiejszego wieczora. W końcu wyjaśnił im całe zajście, zrzucając winę całego zamieszania na Voldemorta i jego przeklętą potrzebę uprzykrzenia mu życia i odebrania wszystkiego na czym mu zależy.

- Przestań robić z siebie ofiarę. Nie jesteś jedynym, któremu Voldemort kogoś zabił! Straciliśmy siostrę dwa lata temu, przez tego potwora... - powiedział Fred, najwyraźniej mając dość narzekania Harry'ego. Ten zatrzymał sie w pół zdania, chcąc wykrzyczeć: "Jakby to było większą stratą, niż śmierć dwójki rodziców!" A potem sobie uświadomił, że nie może tego stopniować. Zabójstwo było zabójstwem. Stracił nagle cały impet i pewność siebie.

- A co jeśli znów ktoś zginie? - pytanie wyskoczyło z jego ust, zanim zdążył się nad tym zastanowić.

- I tak ktoś zginie. - odparł Fred.

- Zawsze ktoś ginie. - Dodał niby od niechcenia George.

- Rozejrzyj się wokoło... W każdym domu jest przynajmniej kilku uczniów, którzy stracili bliskich z powodu wojny.

- Jeśli myślicie, że tylko Riddle jest winny... to jesteście w błędzie. To też Dumbledore... on rozstawia swoje pionki… niby walczy przeciwko... ale pokażcie mi co dobrego zrobił odkąd tu jesteśmy. Kogo uratował? Czy jest choć jedna osoba, której ocalił życie? Nawet dziś, choć miał możliwość, nie wyrzucił Notta, choć wie, że próbował mnie zabić, a jego ojciec jest sługą Voldemorta. - Weasleyowie zamknęli swoje usta, aż było słychać szczęknięcie zębów. Po chwili milczenia odezwał się George.

- Co proponujesz?

- Filozofię złotego środka. Nie zabijać w ich imieniu, ale i nie zostać zabitym.

- Mówisz to jako wąż? - dwie pary identycznych oczu spojrzały na niego podejrzliwie.

- Mówię to jako człowiek, który stracił i tak za wiele. Nie chcę stracić już nic więcej i myślę, że wy też.

- To brzmi sensownie.

- Jak chcemy to rozegrać?

- Zaczniemy się uczyć. Nauczę was wszystkiego, czego mnie nauczono, a wy nauczycie mnie swoich sztuczek, bo wierzę, że jakieś macie ukryte w rękawach, skoro przez tyle lat nie daliście się złapać... jeśli staniecie po mojej stronie...

- Twoja, to znaczy jaka? - spytał Fred.

- Strona życia, wolności, doinformowania i wolnej woli.

- Dlaczego chcesz nam zaufać? Nasi rodzice są w Zakonie.

- Nie zamierzam wam ufać. Zawrzemy pakt.

- Pakt? - Fred wydawał się sceptyczny wobec pomysłu Pottera.

- Tak. Magia powstrzyma was przed zdradzeniem mnie. I mnie przed zdradzeniem was.

- O czym dokładnie rozmawiamy?

- O treningach, walce i szpiegowaniu. Będziemy małą armią działającą na tyłach wroga.

- Armią? Postradałeś rozum, Potter? - Harry wzruszył ramionami.

- Jak chcecie. Ja zamierzam trenować. Zamierzam być lepszy w tym co już umiem. Jak chcecie, możecie się przyglądać z tylnych rzędów, jak zakłamani ludzie przejmują waszą rzeczywistość, jak wmawiają wam, że nic nie dało się zrobić, by ocalić waszą siostrę. Że zrobili wszystko co w ich mocy, kiedy od początku wiedzieli, że to bazyliszek siedzi w komnacie tajemnic. Od początku było wiadomo jak go pokonać.

- Jak chcesz żebyśmy się dogadali? Będą jacyś ślizgoni w tej niby-armii? - spytał George.

- Będzie jeden ślizgon. Na razie. Tylko jeden nie jest uwikłany w rodzinne interesy z czarnym panem...

- Jak możesz mieć pewność?

- A skąd mam pewność, że nie zdradzicie mnie Dumbledorowi? Że nie polecicie do rodziców, żeby im opowiedzieć, że Harry Potter zwariował.

- My nigdy... - zaczął George, ale Harry przerwał mu machnięciem ręki.

- On też. Sprawdziłem. - powiedział z poważną miną Harry.

- Dobrze więc. Stwórz kontrakt i jeśli uznamy, że jest sensowny- zaczął Fred.

- Zgodzimy się na współpracę. - dokończył zdanie jego brat.

- Stworzę. Spotkamy się juto o tej samej porze.

To powiedziawszy zniknął sprzed oczu Weasleyów i ruszył w stronę lochów. Snape prawdopodobnie niebawem wróci, po audiencji u dyrektora w sprawie Notta i lepiej dla Harry'ego będzie, jeśli do tego czasu znajdzie się we własnym pokoju, udając że śpi.

W obliczu tak otwartego konfliktu w obrębie Slytherinu, nie sposób będzie zachować spokój na dłuższą metę. Dzisiejsze wydarzenia jasno mu pokazały, że musi patrzeć pod nogi i uważać na to co je i pije. Niebezpieczeństwo mogło czaić się za każdym rogiem i musiał być gotowy by je odeprzeć.

W tych okolicznościach przyrody, walka z jakąś kiepską nauczycielką, która zapewne nie potrafiła prosto trzymać różdżki, nie miała najmniejszego sensu.

##

Coś szturchało jego ramię. Otworzył oczy i ujrzał za oknem przebijające się światło poranka. Zamrugał kilka razy i dostrzegł unoszącą się w powietrzu jedynie dłoń, która powędrowała nagle do jego ust, kładąc na nich palec. Po chwili kaptur opadł, a w powietrzu zawisła głowa Harry'ego.

- Która godzina? - spytał nieprzytomnie Zabini.

- Piąta rano. - odparł Potter szeptem. - Wstawaj. Pomfrey śpi. Jak będziesz cicho, możemy się wymknąć. Musimy pogadać. - Blaise uniósł brwi i przyjrzał się sceptycznie Potterowi. Nie wstał jednak z łóżka.

- Nie współpracowałem z nimi.

- Wiem. Osłoniłeś mnie i za to jestem wdzięczny, ale byłeś za wolny. - Zabini prychnął.

- Piękne to słowa wdzięczności.

- Mam ci przynieść w nagrodę czekoladową żabę? - Tym razem Blaise uśmiechnął się.

- Nie powiedziałbym nie.

- Mam lepszy pomysł. Będziemy razem trenować.

- Dziś?

- Zwariowałeś. Walkę, czary, pojedynki. Zajęcia z tą ministerialną ropuchą nic nie przyniosą. Musimy zadbać o siebie. Jesteśmy tylko my, kontra reszta tych węży.

- Nie wszyscy są przeciw tobie.

- Ale przeciw tobie już tak, po tym zajściu. Zresztą, obu nam się przyda trochę czarowania po godzinach.

- Gdzie chcesz to robić? Nie ma aż tyle pustych sal w lochach, żeby to się upiekło, niezauważone.

- Poszukam. Ale zwiążemy nasz pakt magiczną umową. To nam ułatwi utrzymanie tego w tajemnicy, gdyby ktoś używał na nas magii, powinno go to nieco zniechęcić.

- A jak użyją Veritaserum?

- Veritaserum jest nielegalne wobec osób poniżej siedemnastego roku życia. Nie będą nas przesłuchiwać za trochę ćwiczeń z praktyki obronnej. Kto zresztą miałby coś takiego zrobić? Tylko Snape umie uwarzyć to świństwo.

- No właśnie. - Blaise zrobił sceptyczną minę.

- Snape umie zwęszyć kłamstwo swoim wielkim nochalem. Nie potrzebuje do tego eliksiru. Po wczorajszym zajściu, nie sądzę jednak, że miałby coś przeciwko, żebyśmy trochę potrenowali. Musimy wyrównać nasze szanse przeciw tej bandzie żmij. - Harry wyjął spod płaszcza pergamin i podał go Zabiniemu. - Przeczytaj. Chcę czymś podobnym objąć jeszcze dwie, może w przyszłości trzy osoby. Jak znajdziesz jakieś nieścisłości w umowie, daj znać. Bez tego nie ruszymy dalej. Wiem, że mogę brzmieć jak paranoik, ale jak się nad tym zastanowić... potężny czarodziej chce mnie zabić. Mam wszelkie prawo histeryzować, jeśli idzie o bezpieczeństwo. - Zabini przytaknął i wziął do ręki pergamin.

- Przeczytam to, jak będzie bezpiecznie. - chłopak spojrzał w kierunku kantorka magomedyczki.

- Jest bezpiecznie, Pomfrey się nie obudzi przez następną godzinę.

- Co jej zrobiłeś? - spytał Blaise. Harry uśmiechnął się szelmowsko i mrugnął.

- Odpowiedź na to pytanie uzyskasz, jak uznasz, że jesteś gotów podpisać dokument. - Po tych słowach Harry zarzucił znów kaptur na swoją głowę i zniknął sprzed oczu Zabiniego.

Ten odczekał, aż drzwi od ambulatorium uchylą się nieznacznie, po czym znów się zamkną. Nie mógł mieć pewności czy Potter wyszedł, ale nie stanowiło to większej różnicy. Ambulatorium było kompletnie puste, a cisza w pogrążonej w blasku poranka sali była niemal przytłaczająca. Zabini westchnął i powili rozwinął pergamin, który spoczywał w jego dłoniach.

##

Harry spędził już poprzednie popołudnie, próbując sformułować logicznie umowy, które podstawi do podpisu Zabiniemu i Weasleyom. O ile sprawa ślizgona była dość prosta, a jego intencje szczere i oczywiste, kwestia ukonstytuowania lojalności była tylko sprawą formalną. W zasadzie Harry doskonale wiedział, że Zabini nie zamierzał go zdradzić, bo było mu to nie na rękę. Cała jego rodzina unikała Anglii jak tylko mogli, nie zgadzając się z prawdami, które głosił Czarny Pan. A jednak z jakiś względów Blaise nie był w stanie uczyć się w szkole, do której powinien uczęszczać, będąc Włochem.

Trudniejszą sprawę miał z pismem sporządzanym dla bliźniaków. Musiało zawierać klauzulę tajności dla niego i braci. A także zręcznie wmanipulowywać ich w szpiegowanie własnej rodziny. Jedyne o czym był pewny, że ich przekona, była koncepcja pomocy w uwolnieniu duszy, którą pożarł dziennik Riddle'a. Wiedział, że gdy dowiedzą się o tym, że to Dumbledore jest w jego posiadaniu, będę chcieli coś z tym zrobić. To też dawało mu pewność, że nie będą traktować tego pomylonego starca jak autorytetu i nieomylnej dobrej wróżki.

Wieczorem był już pewny jak ma brzmieć umowa. Skreślił więc kilka słów na pergaminie i zaczarował go odpowiednio, by dotarł do odbiorców. Potem wygrzebał pelerynę z kufra i upewniwszy się, że nóż spoczywa w rękawie, ruszył w stronę wieży astronomicznej.

##

Po drodze minął McGonagall patrolującą korytarz na drugim piętrze, na łączniku, zaś prowadzącym do wieży, dostrzegł opasłe cielsko Ropuchy. Skoncentrował się i spróbował rzucić po cichu Evanesco na but należący do zbroi stojącej nieopodal. Bał się, że kobieta na niego wpadnie w wąskim przejściu jeśli mu się nie uda. Nagle przeraźliwy rumor rozległ się na korytarzu, a zbroja runęła na podłogę, nie podtrzymywana już dłużej na nogach. Zniknęły bowiem oba metalowe buty.

Różowa zaraza obróciła się gwałtownie w tamta stronę i podążyła za źródłem dźwięku.

Jak zwierzę. Pomyślał Harry i uśmiechnął się pod nosem.

Na palcach przemknął przez łącznik i biegiem ruszył w kierunku schodów na górę. Wdrapał się na ostatnie piętro, z którego rozpościerał sie piękny widok. Bliźniaki stały przy barierce oglądając niebo.

- Myślisz, że przyjdzie? - szepnął jeden z nich. Harry zaciągnął się zapachem: wanilia. Fred.

- Spóźnia się. - Szepnął drugi.

- Z lochów jest dalej niż z naszej wieży.

- Co on kombinuje?

- Trochę rozrywki dla pewnej Ropuchy. - powiedział Harry i zdjął kaptur z głowy. Rudzielce podskoczyły jak na komendę i spojrzały w jego stronę, niemal równocześnie.

- Ale-

- Fajny-

- Gadżet. - powiedzieli, oglądając płaszcz, spod którego wystawała tylko głowa. George dotknął delikatnie materiału i zagwizdał cicho.

- Musiałem ominąć wiedźmę. Nudzi się babie i spać nie może. Kręci się po korytarzach. Natknąłem się też na waszą kocicę.

- Widzieliśmy.

- Widzieliście?

- Nie tylko ty masz magiczne zabawki. - powiedział jeden z nich i popukał się po piersi. Harry nie bardzo wiedział co to ma oznaczać. Wzruszył więc ramionami.

- To jest umowa. - powiedział krótko i podał braciom pergamin. Chwycili go jednocześnie w dłonie i zaczęli czytać.

- Zgadzamy się. - powiedział Fred, po czym obaj złożyli swoje podpisy na pergaminie. Gdy skończyli Harry dołożył do tego swój podpis. Gdy tylko atrament wsiąkł w papier, kartka stanęła w płomieniach i zniknęła. Rudzielce wyszczerzyły się zadowolone i podali Harry'emu dłonie do uściśnięcia. Najwyraźniej brak jakiejkolwiek dokumentacji, która miała by cielesną formę, również im nie odpowiadał.

- Dodatkowo, na razie masz tu próbne ciastka. Możesz je przetestować na swoich wrogach. - powiedział George i wyjął pakunek, po czym wręczył go Potterowi.

- Wypróbuj je na tych małpiszonach z twojego dormitorium, którzy cię zaatakowali. Powinieneś być zadowolony.

- Usypiają?

- Też. A te różowe cukierki wywołują inne przyjemności.

- Znakomicie. - Harry wziął niewielką paczuszkę, po czym wsadził ją sobie do torby uwieszonej u ramienia. Wyjął z niej mieszek monet. - To premia. 50 galeonów, na nieoczekiwane wydatki. Możecie upchać każdy czar w jedzeniu?

- Poza niewybaczalnymi. - odparł Fred. Harry zachichotał.

- Ciastko Avady. To byłoby coś... - Weasleyowie spojrzeli na niego jak na wariata.

- Skoro to coś w rozpylaczu działa tak jak chciałeś, to próbna bomba usypiająca będzie gotowa za dwa dni. Testy wykażą czy jest nieszkodliwa. Spotkajmy się tu za tydzień. Chyba, że wcześniej dowiemy się o miejscu w którym możemy ćwiczyć.

- Zrobicie za dodatkową opłatą coś na wymioty?

- Jaki smak? - spytał tylko George, uśmiechając się szelmowsko.

- Truskawkowy. - Harry uśmiechnął się promiennie.

- Opracujemy recepturę. Dostaniesz wiadomość, gdy następny projekt będzie gotowy.

- Interesy z wami to czysta przyjemność.

- Wzajemnie, Potter.

- Sprawdź drogę, Fred. - powiedział w końcu George i drugi bliźniak wyciągnął zza pazuchy jakiś pergamin i coś do niego powiedział, Harry nie usłyszał co. Nagle na papierze pojawiły się jakieś ryciny i napisy i obaj bliźniacy zaczęli błądzić wzrokiem po kartce.

- Droga wolna. Jak teraz ruszysz do lochów, nie spotkasz nikogo.

- My lecimy póki McGonagall jest u dyrektora.

- Różowa wiedźma w swoim gabinecie. Nie wygląda jakby miała stamtąd szybko wyjść. - Harry wskazał na mapę.

- To jakiś system namierzania nauczycieli?

- Mapa.

- Pokarzemy ci ją za tydzień. Teraz zmykaj, póki Snape jest w laboratorium eliksirów.

- Dobra. Spadam. - Harry machnął ręką w stronę bliźniaków na pożegnanie i założył znów kaptur na głowę. Gryfoni zachichotali, gdy zniknął i życzyli mu spokojnej nocy.

Spokojnym krokiem, by nie robić hałasu, ruszył w stronę lochów Slytherinu, zacierając ręce nad potencjalną współpracą. Nagle przed nim zmaterializował się Zgredek, zupełnie nie zważając na to, że Harry ma na sobie pelerynę. Harry wielokrotnie już się przekonał, że czary tego typu, nawet dość potężne, po prostu nie działały na skrzaty.

- Paniczu Potter, sir. Pan Snape szuka panicza.

- Cholera. - mruknął Harry i chwycił skrzata za ramię. - Zabierz mnie do kuchni.

- Tak, sir. Zgredek już... rach, ciach. - Tupnął radośnie skrzat i w tym samym momencie znaleźli się w kuchni.

Harry zdjął z siebie natychmiast płaszcz i chwycił miskę z pierwszą, lepszą substancją jaką znalazł na kuchennym blacie, po czym rozsiadł się przy stoliku. Chwilę później do pomieszczenia wpadł jak burza Severus Snape.

- Co ty tu robisz? Jest już po ciszy nocnej. - Spoglądał na Harry'ego z groźną miną.

- Zgłodniałem. - Odparł Harry, udając zdziwienie. Snape uniósł brew.

- Czyżby?

- Tak. Co? Nie mogę zgłodnieć wieczorem? - Snape uśmiechnął się złośliwie.

- Ależ jedz. Nie krępuj się. Jak skończysz, odprowadzę cię do dormitorium. - Harry przełknął ślinę i spojrzał dopiero na miskę, którą miał przed sobą. Znajdował się w niej zielonkawy płyn pełen kolorowych bąbelków i różowa gąbka.

Świetnie, płyn czyszczący. - Harry przełknął ślinę wpatrując się w ciecz w misce.

- Nie jesz? Myślałem, że jesteś głodny. - Harry jednak był zdeterminowany. Poprosił Zgredka o łyżkę i zanurzył ją w pieniącym się magicznie płynie. Łudził się, że Sev go powstrzyma, ale mężczyzna był tak samo uparty. Harry nabrał płynu na łyżkę i uniósł ją powoli do ust. Nie słysząc nawet słowa sprzeciwu, włożył łyżkę do buzi.

W tym momencie Zgredek pisnął, a Sev wrzasnął Evanesco, coś błysnęło i zarówno łyżka, jak i gorzki płyn wyparowały z jego jamy ustnej. Harry skrzywił się i spojrzał na wściekłego mężczyznę.

- Przysięgam na wszystkie świętości, że cię kiedyś zabiję. - Snape rąbnął go w tył głowy. - Idiota. - Zgredku, pan Potter już skończył kolację. Podaj mu proszę gorące kakao za 10 minut w jego pokoju. - Po tych słowach chwycił Harry'ego za kołnierz bluzy i szarpnął energicznie, popychając w stronę drzwi na korytarz. - Gdzie byłeś?

- W kuchni. - odparł uparcie Harry.

- Potter. Przestań łgać. Nie będę latał po nocy po zamku w poszukiwaniu twojej osoby.

- Wiedziałeś, że jestem w kuchni.

- Wiedział pan, profesorze - powiedział z naciskiem Sev, po czym dodał: - 10 punktów... - Harry przełknął ślinę, ale Snape nie dokończył zdania. - Jeszcze jeden taki numer... Gdzie byłeś?

- Nigdzie.

- Harry. - upomniał Snape i zacisnął swoje szpony na jego ramieniu.

- Proszę mnie nie pytać, bo nie odpowiem. A nie chcę obrażać pana inteligencji, kłamiąc panu. Nie powiem więc skąd wracam.

- Jak chcesz. - Warknął wściekle Snape i nie odzywał się do Harry'ego, dopóki nie doszli do dormitorium. - Czysta krew. - rzucił tylko cicho i drzwi do pokoju wspólnego ślizgonów otworzyły się na oścież. - Cisza nocna jest od 22. Proszę to sobie zapamiętać, panie Potter. To ostatnie przypomnienie w tym roku. - Po tych słowach, wypowiedzianych lodowatym tonem, wepchnął go do dormitorium, po czym zatrzasnął drzwi za jego plecami.

Harry prychając wściekle, uniósł głowę, by zobaczyć Teodora Notta siedzącego przed komikiem z piwem imbirowym w dłoni. Brunet uśmiechał się do niego z satysfakcją wymalowaną na twarzy.

- Może nie mogę wyciągnąć przeciw tobie mojej różdżki, Potter. Ale strać jakieś punkty w imieniu domu, a będziesz miał do czynienia z prefektami od piątego roku, do siódmego. - złośliwy wyraz twarzy nie chciał zniknąć z jego twarzy. Harry spojrzał na niego z pewnością siebie.

- Nie planuj tylko nic zbyt wyszukanego. Nikt nie uwierzy, że Vince lub Greg mogliby zrobić coś bardziej podstępnego, niż zakradnięcie się do spiżarni z ciastkami.

To powiedziawszy, podszedł do fotela stojącego dokładnie obok tego na którym siedział Theo, po czym usiadł w nim i ostentacyjnie wyjął książkę z torby, po czym zignorował kompletnie resztę towarzystwa, udając że czyta. Chwilę później, Nott siedział spięty niczym struna i machał nerwowo nogą przewieszoną przez podłokietnik fotela. Harry mógł wyczuć, jego spięcie. Po chwili brunet prychnął oburzony i wstał, po czym ruszył do sypialni chłopców piątego roku. Harry uśmiechnął się złośliwie, gdy tylko Theo zniknął.

- Nocne wyprawy? Zwariowałeś? Chcesz dać się zabić? - Blaise stał kilka centymetrów od Pottera, udając że grzeje dłonie przy kominku. - Jeszcze nie minęły dwa tygodnie, a ty już zostałeś dwa razy przeklęty. Mało ci? - Harry wzruszył ramionami. Nie zamierzał dyskutować teraz z Zabinim. Uśmiechnął się przepraszająco, po czym wstał z fotela.

- Dobranoc, państwu. - Skłonił się teatralnie w stronę kilku starszych ślizgonów siedzących pod ścianą.

- Harry. - zawołał go Zabini, gdy Potter chciał wejść do swojego pokoju.

- Co?

- Potrzebujesz czegoś? - spytał szeptem.

- Dam ci znać jutro. Spotkamy się w bibliotece. - Rzucił tylko do Blaise'a i życząc mu dobrej nocy, zniknął w swoim pokoju.

Podszedł do biurka i przeczytał jeszcze raz pergamin z magiczną umową, którą podpisał rano Zabini. Jej kopia czekała aż Harry złoży na niej swój podpis, po czym powinna spłonąć jak poprzednia. Harry zawahał się przez ułamek sekundy, czy na pewno chce się wiązać kolejnym paktem z kimkolwiek ze Slytherinu. Przymknął na chwilę powieki i poczuł wciąż wibrującą w Severusie złość. Niesubordynacja podopiecznego wyraźnie dawała Mistrzowi Eliksirów w kość. Harry uśmiechnął się pod nosem.

Nie każda magiczna więź jest wrzodem na dupie. - Przemknęło mu przez głowę, po czym podpisał pergamin. W ułamku sekundy ten zatlił się bladym światłem, po czym lekko niebieski ogień wystrzelił w górę na kilka centymetrów. Hary wyjął różdżkę, gotów powstrzymać potencjalny pożar, ale pergamin spopielił się na jego oczach, a płomienie wyparowały tak nagle jak się pojawiły.