Najbardziej zaufany sługa

Spełniam polecenie Albusa i przekazuję Voldemortowi wszystko, co wiem o członkach Zakonu, także o Dumbledore oczywiście oprócz najważniejszych, istotnych informacji, jak na przykład tego, że Albus jest na tropie źródła nieśmiertelności Voldemorta, że ma plan całkowitego unicestwienia go. Nie mówię też o tym, o czym rozmawiam z Albusem. Tego typu informacje chowam głęboko pod pancerzem oklumencji. W moich rozmowach z Voldemortem pokazuję Dumbledore jako sentymentalnego starca.

W efekcie moich działań, na początku lipca 1996 roku została zamordowana Emmelina Vance. Jestem winny śmierci tej kobiety, wystawiłem ją i czuję się z tym bardzo źle. Vance była osobą samotną i pewno dlatego Albus zdecydował się ją poświęcić, w tym swoim planie uwiarygodniania mnie za wszelką cenę.

Wszystko poszło tak, jak spodziewał się Albus. Voledemort niczego nie podejrzewa i jest ze mnie bardzo zadowolony, zajmuję pozycję najbardziej zaufanego sługi, którą do tej pory zajmował przebywający w Azkabanie Luciusz Malfoy.

Moja pozycja u boku Czarnego Pana budzi zawiść "kolegów", co sprawia mi wielką przyjemność i satysfakcję... Ja, ten pogardzany, w starych szatach i znoszonej bieliźnie, brzydki, mały Smarkerus, pół szlama, z którym nikt z dumnych czarodziejów czystej krwi nie chciał się zaprzyjaźnić... A teraz boją się mnie, zabiegają o moje względy i okazują mi szacunek. Voldemort widzi te moje wredne odczucia i myśli, których oczywiście nie oklumuję i mam ważenie, że dobrze się bawi, bo faworyzuje mnie jeszcze bardziej, wyraźnie na pokaz.

Cholera, lubiłem tą czarownicę, Emmelinę Vance. Spokojna, opanowana, na zebraniach Zakonu nie wyrywała się z głupotami, sporo starsza ode mnie, rozsądna więc chyba nie gryfonka, najpierw pomyślała nim odezwała się. Tak jak ja nie miała rodziny, pewno dlatego Albus pozwolił mi ją wystawić. Zginęła od klątwy śmierciożercy, "dla większego dobra" Albusa.

Po tym co Dumbledore powiedział mi o sobie, przestaję go idealizować i zaczynam go widzieć takim jakim jest: Potężnym magiem z niewyobrażalną mocą i równocześnie człowiekiem z jego dobrem i złem, z zaletami i wadami. Nie podobają mi się jego wady, ale nie mam prawa potępiać Albusa, nie ja. Zaczynam traktować dyrektora z większym dystansem, nie ufam mu już tak ślepo i bezkrytycznie jak do tej pory, staram się na własna rękę zrozumieć na czym polega dalekosiężny plan mego mentora, ale jestem mu nadal bezwarunkowo oddany, bo nigdy nie zapomniałem powodu, dla którego zdradziłem Czarnego Pana. Muszę odkupić swoją winę (a właściwie winy, od jakiegoś czasu rozumiem, że przekazanie przepowiedni było najmniejszym z moich grzechów) i muszę chronić, za wszelką cenę chronić syna Lily.