Oto nadchodzi najdłuższy rozdział, jaki kiedykolwiek napisałam. Cholerne wiązanie końców.
Rozdział czterdziesty trzeci: Dziecię Gwiazd
Snape spojrzał na leżącego w szpitalnym łóżku Harry'ego i pokręcił głową. Nie. Minęły już trzy dni i jego wściekłość – na to, że Harry tak mocno oberwał, że Harry uważał za swój obowiązek ruszyć za Voldemortem sam, że Harry musiał walczyć i zabić śmierciożercę – nie zelżała. Wszystkie domy poza Slytherinem straciły już na eliksirach niemal po sto punktów i McGonagall, Flitwick i Sprout rzucali mu znaczące spojrzenia. Snape miał to gdzieś.
Jego wychowanek niemal zginął po raz piąty i szósty tego roku, jeśli liczyć tylko wilkołaka, podróż do domu, pająki i atak bólu, który na tydzień pozbawił go przytomności. Voldemort niemal go zabił, a potem Voldemort znowu niemal go zabił. Za pierwszym razem Snape był za daleko, żeby jakkolwiek pomóc, a za drugim okazał się być bezużyteczny, bo ugrzązł w pojedynku z Bellatrix.
Wtedy był bezsilny. W pewnym sensie wciąż był, bo Harry nie obudził się od trzech ostatnich dni.
Szlag go przez to trafiał.
A Harry zrobił to wszystko dla dobra Blacka i swojego brata, który przespał w skrzydle szpitalnym dwa dni, jego złamany palec niemal momentalnie został wyleczony przez Madam Pomfrey, po czym został obudzony i wysłany do wieży Gryffindoru. Od tamtego czasu przyszedł już kilka razy i siedział przy łóżku Harry'ego, patrząc na niego bez słowa z bladą twarzą i przerażeniem w oczach. Snape podejrzewał, że chłopak mierzy się z własnymi demonami.
Miał to gdzieś. Wszystko mogło się skończyć znacznie gorzej i on, Severus Snape, Mistrz Eliksirów, głowa domu Slytherinu i były śmierciożerca, nie zrobił w całej sytuacji żadnej różnicy.
Drzwi za nim zaskrzypiały w zawiasach. Snape odwrócił się szybko. To był gnojek Potterów, który znowu przyszedł i bez słowa usiadł obok łóżka Harry'ego.
Snape spojrzał na niego groźnie. Potter odwrócił głowę i skupił się na Harrym.
Dla tego szczeniaka Harry poddał niemal wszystko.
I dla Blacka, przypomniał sobie Snape, ale od razu odwrócił swoje myśli od tego nieprzyjemnego tematu. Nie lubił myśleć o Blacku. Rzucił kilka zaklęć konserwujących na ciało, po czym przeniósł je do cichej, nieużywanej klasy, w której będzie czekało na cokolwiek, co Dumbledore – prawdopodobnie – zaaranżuje w kwestii pogrzebu. Wilkołak nie miał pieniędzy, a Pettigrew i James Potter nie wykazali żadnych chęci przejęcia ciała swojego martwego przyjaciela.
Snape zazdrościł Blackowi jego spokojnego wyrazu twarzy. Zginął wiedząc, że robi coś słusznego, tak jak każdy szlachetny, tępy Gryfon.
I jeśli eliksir empatii Snape'a tylko jeszcze bardziej wytrącił jego umysł z równowagi, przez co stał się łatwiejszą ofiarą dla Voldemorta, dzięki czemu Voldemort był w stanie rzucić się za Harrym, stanowiąc świadectwo tego, że Snape naraził swojego wychowanka, to nie miał już teraz jak tego sprawdzić.
Snape zastanowił się, czy powinien to omówić z Harrym. Zastanawiał się, czy będzie w stanie porozmawiać z Harrym o Blacku bez rzucania jakichś ciętych uwag. Nie był w stanie ograniczyć sarkazmu ze swojego głosu, kiedy się ściął z Dumbledore'em. Oczywiście, Dumbledore kazał Snape'owi zwrócić myślodsiewnię Mrocznego Pana, rodzinny nóż Blacków i ciało Syriusza. Snape odmówił. Padły… pewne słowa.
Ale dla ciebie, pomyślał Snape, zawieszając wzrok na Harrym, kiedy jego umysł w dziwny sposób zmieszał widok śpiącego chłopca ze wspomnieniem płaczącego dziecka z myślodsiewni i wykończonym, dorosłym dzieckiem, które pozwoliło mu zajrzeć do swojego umysłu zanim nie straciło przytomności, spróbuję.
Tak długo jak się obudzisz, Harry. Proszę, obudź się.
Harry obudził się bardzo powoli.
Miał wrażenie, że wszystko znacznie bardziej powinno go boleć. Zamiast tego zamrugał, przyłożył sobie rękę do twarzy i chociaż dłoń mu drżała ze zmęczenia i nie do końca zdołała przesłonić słońca, to był to efekt tylko zmęczenia, nie bólu. Harry poczuł, jak oddech mu się zacina z ulgi. Dobrze. Ostatnio zniósł wystarczająco dużo bólu.
– Harry.
Harry opuścił rękę i spojrzał Snape'owi w oczy. Nikogo w skrzydle szpitalnym nie było poza profesorem, co uspokoiło Harry'ego. Dajcie mi znieść te spotkania pojedynczo. Nie wiem, czy dam im radę, jeśli pojawi się więcej osób na raz.
– Profesorze? – szepnął i zamrugał. Jego głos brzmiał niemal normalnie.
– Spałeś od soboty wieczór, teraz jest czwartek rano, Harry – powiedział Snape, poprawnie przewidując jego następne pytanie. – A Poppy regularnie poiła cię wodą. – Machnął ręką i zaczarował stojącą obok szklankę wody, by ta tak czy inaczej podpłynęła do Harry'ego, po czym przytrzymał ją, pomagając mu się napić. Harry nie protestował, ostrożnie siąpiąc zimną ciecz, żeby uspokoić swój żołądek, a nie czasem go wzburzyć. Im dłużej pił, tym dłużej mógł unikać niewygodnych pytań, które Snape ewidentnie miał zamiar mu zadać.
Nie na długo, powiedział głos z tyłu jego głowy z nutą podziwu. Ten tutaj jest naprawdę twardym przeciwnikiem.
I faktycznie, chwilę później Snape się odezwał miękkim szeptem, który pokazywał jak bardzo jest zły.
– Kiedy masz zamiar odstawić kubek i ze mną porozmawiać, Harry?
Harry westchnął i spróbował się przeciągnąć, żeby odłożyć kubek z powrotem na stolik koło łóżka. Magia Snape'a przejęła nad kubkiem kontrolę, wyrwała mu go z palców i pozwoliła mu odpłynąć na miejsce. Harry opadł z powrotem na poduszki i spojrzał spode łba na Snape'a.
– Nie pozwoli mi pan nawet sięgnąć obok łóżka?
– Odniosłeś ogromne obrażenia – powiedział Snape. – Magiczne wycieńczenie, skrzat domowy podrapał i ponacinał twoje gardło i ramiona, rany w miejscach, w których rytuał sprawiedliwości przytrzymał cię w miejscu, do tego mentalne i emocjonalne rany. – Pochylił się do przodu. – Tym razem, Harry, twój umysł nie jest o krok od rozpadnięcia się, tak jak to było po potyczce w Komnacie Tajemnic. I tym razem aktywnie odmówiłeś przyjęcia pomocy.
Harry spiął się, oczekując solidnego ochrzanu, chociaż jeszcze nigdy nie słyszał, żeby Snape podniósł na kogoś głos.
Snape przez dłuższą chwilę przyglądał mu się w milczeniu, po czym pokręcił głową.
– Jak ci się wydaje, co by się stało gdybyś zginął? – zapytał.
– Ee… – Harry zamrugał. Nie spodziewał się, że przesłuchanie pójdzie akurat w tym kierunku. – No, Voldemort torturowałby pana, Hermionę i Draco, po czym zabrałby Connora ze sobą. Powiedział mi o swoich planach pod tym względem i nie sądzę, żeby akurat wtedy kłamał. Wiedział, że prawda sprawi, że pogrążę się jeszcze głębiej w desperacji. – Harry zadrżał. Teraz, kiedy już było po wszystkim, miał czas pomyśleć o swojej własnej zgrozie i tym, jak bardzo się bał, że słowa Voldemorta naprawdę się spełnią.
– I co jeszcze? – Głos Snape'a opadł o cal czy dwa w kierunku lodowatego tonu.
– Voldemort zabiłby też Syriusza – powiedział Harry, próbując się zastanowić nad tym, co mogłoby się jeszcze stać. – A potem śmierciożercy zdołaliby porządnie uszkodzić Hogwart, zanim ktokolwiek zdążyłby ich powstrzymać. No i dementorzy zabiliby pewnie Petera.
– I co jeszcze? – naciskał dalej Snape.
Harry zacisnął mocno oczy i pokręcił głową.
– Wiem, co pan ma nadzieję, że powiem, ale to niemożliwe.
– Dlaczego?
– Ponieważ – Harry otworzył oczy i skupił się na Snape'ie, ściągając brwi – nie mielibyście czasu być na mnie źli, albo na odbycie żałoby. Voldemort byłby za bardzo zajęty torturowaniem was. Czulibyście tylko ból.
Snape potarł szybko twarz. Harry nie był pewien, co ten gest miał oznaczać, złość czy zmęczenie. Prawdopodobnie oba na raz.
– Harry – szepnął Snape – mogliśmy ci pomóc. – Skupił wzrok na twarzy Snape'a. – Czy do ciebie nie dotarło, że Mroczny Pan porwał Blacka i twojego brata, bo zastawił pułapkę na ciebie? Że to ciebie chciał zniszczyć? Widziałem wspomnienie w myślodsiewni. Już wiem, czemu.
Harry odwrócił od niego wzrok. Po raz kolejny, zupełnie jak wtedy, kiedy był w umyśle Dracona i kiedy po raz pierwszy zaczął podejrzewać, że może być Chłopcem, Który Przeżył, poczuł rozciągającą się przed nim przepaść. Nie chciał w nią wkroczyć.
– Ale mu się nie udało – powiedział. – A gdyby mu się udało, to byłby pan teraz zajęty cierpieniem.
Snape wymamrotał coś, czego Harry nie do końca usłyszał, ale wyłapał słowa "tępy" i "zupełnie poważnie".
– Harry, twoje życie znaczy dla mnie więcej niż to, co może przytrafić się mnie, albo komukolwiek innemu. Twoje życie ma znaczenia dla niego samego. Nie jesteś poświęceniem, nie dla mnie. Właściwie, to nawet wolałbym, żebyś przestał tak o sobie myśleć. I najlepiej, przestań się w ogóle zadawać ze swoim bratem. – Jego głos nabrał ostrości. – Gdybyś zabrał mnie ze sobą, to możliwe, że byś tak nie ucierpiał.
Harry skrzywił się i poczuł ukłucie żalu, ale pokręcił głową.
– Ale pewnie by pan tego nie przeżył – powiedział. – Ja ledwie przeżyłem i mam wrażenie, że Connor przeżył tylko dlatego, że Voldemort kompletnie go zignorował.
– No dobrze, to był zły pomysł – powiedział Snape. – Harry… spójrz na mnie.
Harry spojrzał, niepewnie. Snape spojrzał mu intensywnie w oczy.
– Masz znaczenie – powiedział. – Naprawdę. Nie tylko jako broń, nie tylko jako tarcza, osłona, czy ofiara. Powiedziałeś mi kiedyś, że mam przestać traktować cię jak dziecko i to prawda, nie powinienem był tego robić. Ale wciąż jesteś moim wychowankiem. – Wziął głęboki oddech, jakby pobierał odwagę z dna ciemnego jeziora. – Byłbym wdzięczny, gdybyś przestał myśleć o tym, że kłamię, kiedy mówię ci takie rzeczy. Jeśli nie potrzebujesz mnie już jako opiekuna, to może czas najwyższy na wysłanie sowy do ministerstwa i przekazanie opieki nad tobą z powrotem twojemu ojcu, który wyraził zainteresowanie spotkania się z tobą za kilka tygodni, jak już w pełni wyzdrowiejesz, a on wyjdzie z labiryntu, w którym przebywa.
Harry poczuł, jak panika przeszywa go jak błyskawica. Nie! Nie chcę, żeby Snape przestał być moim opiekunem…
Po czym zamrugał i siedział tak przez chwilę, patrząc przed siebie, jakby sam fakt, że poczuł coś takiego, przełamał w nim coś i myśli spadły na niego jak burza.
Podobało mu się to, że Snape'owi na nim zależy. Chciał, żeby ich relacja to było coś więcej niż tylko legalna szopka, mająca na celu zmylenie ministerstwa. Podobała mu się myśl, że Snape próbował pójść razem z nim, próbował go powstrzymać przed stawieniem czoła Voldemortowi samemu, że odwiedził go w święta i naciskał tak długo, póki Harry nie przyjął z powrotem jego opieki, że zrobił co tylko było w jego mocy, żeby ochronić Harry'ego i nauczyć go oklumencji, legilimencji, eliksirów i wszystkiego, co mu się wydawało, że Harry'emu może się w pewnej chwili przydać.
A skoro podobało mu się to, że Snape'owi na nim zależy, to przecież nie mógł pozwolić na to, żeby Snape myślał, że Harry'emu nie zależy na nim.
Spojrzał Snape'owi w oczy.
– Zależy panu na moim życiu – powiedział ostrożnie.
Snape kiwnął głową, niewielki gest, który ledwie nagiął jego kark. Nie oderwał wzroku od Harry'ego.
– Byłoby panu przykro, gdybym umarł, i to nie przez wzgląd na konsekwencje dla siebie, czy dla czarodziejskiego świata.
Snape obnażył zęby, jakby to nie zasługiwało nawet na odpowiedź.
– Lubi pan być moim opiekunem, i to nie dlatego, że po prostu chce pan zrobić na złość ministerstwu czy Dumbledore'owi.
– Gdyby tylko o to mi chodziło – warknął Snape – to wymyśliłbym już wiele, wiele innych sposobów na osiągnięcie tego, sposobów, które nie groziłyby mi śmiercią ze zgrozy czy wściekłości.
Harry zamknął oczy. Cholera, zaraz się rozpłacze, a nie chciał. Już nie był wykończony, nie był nawet zmęczony, nie był wrażliwy i roztrzęsiony, nie powinien płakać, płakanie było dla niemowląt i dzieci, no i czasem dla Connora, ale, o nie, szlag, oto lecą łzy…
Snape sięgnął w jego kierunku i delikatnie położył mu rękę na ramieniu. Harry przechylił się w stronę dotyku, po czym podsunął się do niego bliżej i objął Snape'a w pasie. Snape mocno go przytulił w odpowiedzi.
Gdzieś w środku tego płaczu do Harry'ego dotarło, że Snape nawet przez chwilę nie miał zamiaru zrezygnować z opieki nad Harrym i po prostu użył przebiegłej, podstępnej, ślizgońskiej taktyki, żeby wymóc na nim to oświecenie.
Miał to gdzieś.
Jego życie miało dla kogoś znaczenie. Snape'owi zależało na nim dlatego, że był Harrym, a nie przez wszystko to, co był w stanie zrobić. Wreszcie pozwolił sobie w to uwierzyć.
Z przyjemnością przyjmę to z otwartymi ramionami.
Draco przyszedł przygotowany. Snape powiedział mu, jak poszła jego konfrontacja z Harrym. Wiedział, że w jego przypadku będzie inaczej. Harry został zmuszony, żeby zobaczyć, że to, co czuł wobec niego Snape, było szczere. Słyszał jednak, jak Connor przymusza Dracona, był w jego umyśle i starał się uwierzyć – Draco czuł, jak strasznie się starał w to uwierzyć – że wszystkie te emocje są po prostu wynikiem przymuszenia.
To była prosta wymówka. Łatwe wyjście dla Harry'ego, zwłaszcza kiedy ten wierzył, że tylko jedna osoba jest w stanie go lubić takiego, jakim jest. Dopuścił do siebie Snape'a, ale ledwie znalazł się w pobliżu Dracona, a od razu wracał do ostrożnego zachowania, jakby Draco był kimś, kogo należy przed nim chronić.
Jebać to, postanowił Draco, podchodząc i siadając na krześle obok łóżka Harry'ego. Snape dał temu palantowi, którego Harry miał za brata, szlaban, więc nikt im nie przeszkodzi.
Plan Dracona był bardzo prosty.
Nie miał zamiaru pozwolić się Harry'emu dłużej ignorować. Zanim stąd wyjdzie, wyciągnie z niego kilka obietnic, że Harry nigdy więcej nie zrobi pewnych bardzo głupich rzeczy.
Harry powitał go z ostrożnym uśmiechem. Na kolanach miał miseczkę owsianki, którą regularnie nakładał na łyżkę i jadł. Draco pociągnął nosem. Owsianka to było nic w porównaniu do tego, co przez ostatnie dwa dni jedli w Wielkiej Sali. Naprawdę ucieszy się, kiedy Harry wreszcie poczuje się na tyle dobrze, żeby móc znowu jeść z nimi normalne posiłki. Bez niego wszystko było takie mdłe i nijakie. Nikt też nie doceniał jego ciętych uwag.
– Witaj, Draco – powiedział cicho Harry, odkładając łyżkę do miski. – Przyszedłeś mnie zganić za to, że poleciałem sam się zmierzyć z niebezpieczeństwem?
– Nie wydaje mi się, żebym akurat tobie musiał wiele na ten temat mówić – powiedział Draco, przyjmując postawę, jakiej zwykle używała jego matka, kiedy odwiedzali ich ludzie, których używała na niższym socjalnie poziomie od siebie. – Tylko kilka prostych słów. To uczucie, które widziałeś w moim umyśle, kiedy Connor mnie przymusił? Prawdziwe.
Harry zamrugał na niego, po czym pokręcił głową, a na miejsce ostrożnego uśmiechu pojawił się delikatny.
– Nie, Draco – powiedział cierpliwym tonem, który normalnie doprowadzał Dracona do szału. – Czułem to. Nie pozwalało twoim myślom na swobodny przebieg w twoim umyśle. To była…
– Ta bariera została zrobiona z tego, co już tam było – powiedział Draco. To naprawdę było proste, ta jasna, bezpośrednia, gryfońska szczerość. – Z tego, co tam zawsze było.
Harry oblizał usta, po czym pokręcił głową.
– To nie może…
– Owszem, może – powiedział Draco. Kolejna część planu zakładała nie pozwalanie Harry'emu na rozwodzenie się nad tym, co w dość oczywisty sposób było nonsensem. – Jesteś moim przyjacielem, Harry. Po prostu.
– Ale to, co poczułem w twoim umyśle to nie była tego rodzaju przyjaźń, jaka jest między Connorem i Ronem – zauważył Harry.
Draco skrzywił usta zanim zdążył się powstrzymać.
– Byłbym wdzięczny, gdybyś nie porównywał mnie do Weasleya – powiedział, po czym zagrał swoją kartą atutową. Być może było na to za wcześnie, ale skoro Harry porównywał Dracona do Weasleya, to ewidentnie potrzebował popchnięcia we właściwym kierunku. – Malfoyowie zawsze robili wszystko lepiej od Weasleyów. Latamy lepiej od nich na miotłach, jesteśmy lepsi w quidditchu i nie szkalamy czystokrwistego nazwiska tak, jak oni. I kochamy też lepiej od nich.
Uśmiech Harry'ego zamarł.
– Draco – powiedział cichym i bezsilnym głosem.
Draco prychnął.
– Daj spokój, Harry. Byłem przytomny przez większość czasu, kiedy byłeś w moim umyśle, wiesz? Wiem, co czułeś. Kocham cię. Ale nie dość, żeby cię nie przekląć, jeśli spróbujesz temu zaprzeczyć.
Harry pokręcił z desperacją głową, a jego grzywka zasłoniła mu bliznę. Draco z przyjemnością zobaczył, że blizna znowu zrobiła się blada, bez tego koszmarnego zaognienia, który ją otaczał kiedy Harry był nieprzytomny.
– Ale Draco… przymuszenie musiało odegrać w tym jakąś rolę, musiało…
– Nie, nie musiało – powiedział Draco. – Po prostu wyciągnęło na to wierzch i trzymało je tam na tyle długo, że to wreszcie zauważyłeś. – Spojrzał Harry'emu w oczy. – Możesz zajrzeć tam jeszcze raz, jeśli chcesz. Zobaczysz, dalej tam będzie.
– Ale ty nie możesz mnie tak kochać! – wypalił Harry.
Draco roześmiał się. Harry naprawdę wyglądał na oburzonego.
– Niby czemu nie? Wiem, że kochasz mnie równie troskliwie co swojego brata i pewnie Snape'a też.
– Ale… ja już tak po prostu mam, tak zostałem wychowany – powiedział Harry głosem, który zakrawał na jęk. – Ta siła miłości musi być nienaturalna, prawda, skoro pochodzi z mojego treningu? No i w ogóle – dodał – jak taka miłość może dotyczyć mnie?
– Po prostu tak jest – powiedział Draco.
– To musi być wynik przymuszenia.
– Nie jest.
– W takim razie to rezultat…
– Nie.
– Musi ci się tylko wydawać…
– Nie. – Draco pochylił się do przodu i złapał Harry'ego za rękę. – Już wcześniej ci to okazywałem, Harry. Jak ci się wydaje, co pokazuje twoja żmija? Powinieneś częściej na nią patrzeć – nie mógł się powstrzymać przed dodaniem. Butelka, którą dostał od Harry'ego, pokazywała mu emocje, które były dla niego ważne. Tymczasem szklana żmija, na którą Draco rzucił dokładnie takie samo zaklęcie i podarował Harry'emu na urodziny, w ogóle nie wydawała się ważna dla Harry'ego i to naprawdę bolało. – Powiedziałem ci, że nie lubię tracić cię z oczu. Byłbym absolutnie szczęśliwy, gdybyś spędził z nami całe lato w rezydencji Malfoyów w zeszłym roku. Próbowałem cię powstrzymać przed ratowaniem twojego brata i twojego ojca chrzestnego, bo nie obchodziło mnie, że ich też kochałeś. Byłem właściwie o krok od wejścia na dach i ogłoszenia tego całemu światu, gdyby to nie było takie niegodne Malfoyów. Próbowałem raz za razem zmusić cię do zobaczenia tego, ale do ciebie to po prostu nie docierało, ty uparty palancie. Więc teraz nie pozostawiam ci wyboru – dokończył ze złością.
Harry po prostu się na niego gapił, po czym odwrócił głowę. Draco złapał go za podbródek i ściągnął go z powrotem.
Draco nie musiał być legilimentą, żeby zobaczyć, jak zszokowane niedowierzanie powoli rozpływa się w jego oczach w akceptację. Harry wiedział, że Draco nie kłamie. Prawdopodobnie ten grunt był już lekko przygotowany po tym, jak został zmuszony do przyjęcia do wiadomości, że jego życie ma dla Snape'a znaczenie.
Ech, to też jebać, uznał Draco. To było jego zwycięstwo i za takie miał zamiar je uważać.
– To takie dziwne – szepnął Harry. – Mam wrażenie, że to się nie powinno dziać. Nie powinienem się dowiedzieć, że mój najlepszy przyjaciel mnie kocha w kilka dni po tym, jak mój ojciec chrzestny zginął, a Voldemort znowu próbował mnie zabić.
– Kiedy niby cokolwiek wokół ciebie było normalne? – Draco przysunął swoje krzesło bliżej do łóżka. – Wierzysz mi wreszcie?
Harry kiwnął głową, jakby zahipnotyzowany.
– Świetnie – powiedział Draco. – Czyli teraz mogę zacząć tobą pomiatać i ci rozkazywać. – Poczuł, jak przepełnia go dzika rozkosz, kiedy Harry tylko na to zamrugał. Merlinie, jak ja uwielbiam takie chwile. – Po pierwsze, jeśli zaczniesz żałować czegokolwiek, co się tam ci przytrafiło, to masz z tym do mnie przyjść. Od razu. Chcę to usłyszeć.
– Dlaczego? – szepnął Harry.
Draco potrząsnął jego ramieniem.
– Harry – powiedział ostrzegawczo. – Nie toleruję idiotyzmu, zwłaszcza kiedy już wiem, że mi wierzysz.
Harry przełknął ślinę.
– W porządku.
– Po drugie – powiedział Draco – jak już opuścić skrzydło szpitalne, to przez resztę roku szkolnego masz być w moim pobliżu, albo Snape'a. Wiem, że Snape ma zamiar cię tu przetrzymać przez wakacje. Jeszcze zobaczymy. – Próbował się umówić ze Snape'em, że Harry przyjedzie do rezydencji na cztery tygodnie. Póki co Snape był nieugięty, ale Draco był zdeterminowany. – Jeśli w jakiejś chwili naprawdę będziesz chciał zostać sam, to będziesz musiał nam powiedzieć, gdzie idziesz.
Harry zawahał się, ale kiwnął głową.
– W porządku.
– Po trzecie – powiedział Draco – jeśli będziesz na mnie zły, to mi powiedz. Jeśli uważasz, że należą ci się przeprosiny, to ich zażądaj.
– To będzie wymagało wiele ciężkiej pracy – wymamrotał Harry. Zdawał się być gdzieś pomiędzy szokiem a radością.
– Wiem. Nie obchodzi mnie to. Zrobisz to.
Harry kiwnął głową.
– I ostatnia sprawa – powiedział Draco – masz skończyć wreszcie z tym całym nonsensem o przymuszeniu i innych wymówkach, za jakimi się chowasz za każdym razem, kiedy ktoś ci mówi, że cię kocha. Przysięgam, przeklnę cię, jeśli jeszcze raz coś takiego od ciebie usłyszę, albo jak na ciebie spojrzę i przyjdzie mi do głowy, że chociażby o tym myślisz.
– W porządku – powiedział Harry.
Jego oczy zaczynały się lekko szklić. Draco łagodnie zabrał mu miskę po owsiance i zdjął z kolan przenośny stolik, po czym ułożył poduszki, żeby Harry mógł się wygodnie położyć. Harry stłamsił ziewnięcie.
– Co ja tu właściwie jeszcze robię? – wymamrotał. – Wiem, że Madam Pomfrey naprawiła we mnie wszystko, co było fizycznie uszkodzone.
– Szok i magiczne wykończenie, Harry – powiedział Draco. – Madam Pomfrey uważa, że nie powinieneś się jeszcze zadawać z innymi uczniami i ja się z nią zgadzam. Po tym, co tam przeszedłeś, mógłbyś teraz spać przez dwa miesiące bez przerwy i wciąż nie dojść w pełni do siebie. To będzie piąta obietnica – dodał. – Masz dużo spać.
– Tę bez problemu dotrzymam. – Harry mimo wszystko dalej walczył z opadającymi sennie powiekami. Uparty palant, pomyślał Draco, przeczesując mu grzywkę na bok i odsłaniając bliznę. – Czy Connor cię przeprosił?
Draco zmarszczył brwi.
– Za co?
– Za to, że cię przymusił. – Harry przyjrzał mu się uważnie.
Niewielki płomyk pojawił się w sercu Dracona, podbijając jeszcze wyżej jego satysfakcję. Harry chce, żeby jego brat mnie przeprosił. Chce tego, mimo, że jeśli wziąć sytuację pod uwagę, Connor miał wszelki powód, żeby to zrobić.
– Jeszcze nie – powiedział i zobaczył, jak oczy Harry'ego lśnią.
– Powiem mu – wymamrotał Harry, zamykając oczy. – Nie rozumiem, czemu jeszcze tego nie zrobił. Głupek.
Jego mamrotanie w końcu się urwało, a jego brew zrelaksowała pod palcami Dracona. Draco patrzył, jak jego oddech uspokaja się, kiedy ten zapadał coraz głębiej w sen.
Dopiero wtedy pozwolił sobie zamknąć oczy i spędził kilka minut po prostu słuchając jak Harry oddycha i z każdym kolejnym oddechem pocieszał się, że jego najlepszy przyjaciel wciąż żyje.
– To chyba będzie ostatni – powiedział Draco.
Harry kiwnął głową, patrząc jak ostatni kosmyk srebra ścieka z jego różdżki do myślodsiewni. Wciąż bez problemu pamiętał wszystko, co się wydarzyło we Wrzeszczącej Chacie – nie chciał, żeby różdżka zabrała wszystkie jego emocje i wspomnienia – ale teraz mieli trzecią zapasową myślodsiewnię, jeśli dodać ją do dwóch, które Snape już ukrył, a wszystkie zawierały w sobie jego wspomnienia tamtej nocy. Jeśli Dumbledore spróbuje zobliviatować jego, Connora, czy chociażby Snape'a, to i tak byli bezpieczni.
Oparł się o poduszki, wzruszając ramionami kiedy Draco je dla niego spulchnił, ale w żaden sposób nie starał się go powstrzymać. Draco wciąż zdawał się potrzebować zapewnienia, że Harry żył właśnie po to, żeby mu poprawiać poduszki i Harry nie miał zamiaru mu tego odbierać.
– No dobrze – powiedział, kiedy Draco ostrożnie ustawił myślodsiewnię pod swoim krzesłem. – Minął już tydzień, obiecałeś, że powiesz mi, co o tym wszystkim myśli reszta szkoły.
Draco spojrzał na niego z irytacją, w której była lekka domieszka niepokoju, widoczna na ściągniętej wokół oczu skórze.
– Minął już tydzień – powtórzył miękko Harry. – Mogę znieść te wieści, Draco. Naprawdę.
Draco kiwnął głową.
– W porządku – powiedział. – Dyrektor wymyślił na poczekaniu historię o tym, że Voldemort porwał z pomocą śmierciożerców ciebie i twojego brata, ponieważ chciał wykorzystać do swojego wskrzeszenia magię bliźniąt. Black z nim walczył i heroicznie zginął.
– No, przynajmniej ostatnia część się zgadza – powiedział Harry. Czemu Draco powiedział to z pogardą? Przecież mówi tu o własnym kuzynie i o moim ojcu chrzestnym.
Draco prychnął.
– Zginął, żeby naprawić własne błędy, Harry. Taka jest prawda, ale dyrektor nigdy się do tego nie przyzna.
Harry stłumił swoje westchnięcie.
– A reszta?
– Powiedział, że śmierciożercy uciekli przed tobą, zabierając ze sobą na–wpół–wskrzeszone ciało Voldemorta – powiedział Draco, nisko i beznamiętnie. Harry zastanawiał się, czy ćwiczył wcześniej, żeby odciąć się od emocji, czy też może słyszał tę historię tak wiele razy, że już go nie obchodziła. – Dementorzy zaszli im drogę, bo to byli zbiegowie z Azkabanu. Dementorzy wyssali duszę z Voldemorta i zniszczyli przy okazji Rudolfa Lestrange'a. Reszta śmierciożerców uciekła, a dementorzy polecieli za nimi. – Wyprostował się i podniósł wzrok na twarz Harry'ego i w tym momencie Harry zrozumiał, że nic w tej historii nie nudziło Dracona. Wyglądał na wściekłego. – Nic o roli, którą w tym wszystkim odegrałeś, Harry. Nic.
Harry uśmiechnął się słabo.
– Tak myślałem, że nic nie wspomni o moim udziale.
– I cię to nie wkurza? – zażądał Draco.
Harry pokręcił głową.
– Dumbledore naprawdę ciężko pracował nad tym, żebym ja sam nie poznał prawdy. W tej chwili będzie równie ciężko pracował, żeby teraz nie poznał jej nikt inny. W dodatku nie będzie chciał, żeby jeden z jego najbardziej faworyzowanych nauczycieli był opętany przez Voldemorta. Już wolał osłonić reputację Syriusza, nawet jeśli tym samym stracił okazję do wypromowania heroizmu Connora.
Draco prychnął.
– Równie dobrze mógł nic nie mówić. Nikt mu nie uwierzył.
Harry zamrugał. Dobra, to było nieco zaskakujące. Ostatecznie dyrektor wciąż był dyrektorem, Lordem Światła, miał reputację bohatera i nawet jeśli to wszystko zawiodło, zawsze mógł przymusić innych do posłuszeństwa.
– Nikt?
Draco pokręcił głową.
– Za wielu ludzi widziało jak Snape wybiegł z Hogwartu jakby mu się szata paliła. Za wielu ludzi wiedziało, że Granger przez jakiś czas leżała nieprzytomna w północnej wieży. Za wielu ludzi zauważyło, że dementorzy w ogóle nie wrócili na teren Hogwartu, choćby po to, żeby dalej ścigać Pettigrew. Za wielu ludzi wyczuło ten potężny wybuch magii, który nastąpił, kiedy wypuściłeś rytuał sprawiedliwości i zniszczyłeś nowe ciało Mrocznego Pana, nawet jeśli nie wiedzą, co to znaczy.
Harry przygryzł wargę.
– Przyznam, że nie wiem, co zrobić w tej sytuacji – powiedział wreszcie. – Ja też nie chcę, żeby ktokolwiek uważał Syriusza za zdrajcę, ale lepiej, żeby za wiele osób nie dowiedziało się o przepowiedni.
– Nie chcesz, żeby ktoś się dowiedział o tym wszystkim, co wtedy zrobiłeś? – zapytał Draco, któremu jęk zaczął się wkradać do głosu. – Doprowadzasz mnie tym do szału, Harry. Dlaczego nie chcesz, żeby ludzie się wreszcie dowiedzieli, kim naprawdę jesteś?
Harry uśmiechnął się blado.
– Powiedziałeś mi kiedyś, że jestem Ślizgonem do szpiku kości – przypomniał Draconowi. – A ja powiedziałem ci, że nie jestem, bo brak mi ambicji. To się nie zmieniło. Naprawdę nie obchodzi mnie, czy ktoś o tym wie, czy nie.
– Wydawało mi się, że cię już z tego wyleczyłem – powiedział Draco. – Naprawdę powinienem był. Może czas spróbować jeszcze raz.
– Harry?
Harry zamrugał i odwrócił głowę. Hermiona stała w drzwiach skrzydła szpitalnego, trzymając je ręką.
– Madam Pomfrey powiedziała, że cię tu znajdę – wymamrotała. – I że już możesz przyjmować gości.
– A gdzie indziej się go spodziewałaś znaleźć, Granger? – Draco znowu uśmiechał się drwiąco. Harry pokręcił głową. Równie chętnie uśmiecha się tak, kiedy nie ma ku temu żadnych powodów, jak i wtedy, kiedy ma ich mnóstwo. – Do tego może mieć tylko jednego gościa na raz, a ja tu już jestem. Idź sobie.
– Madam Pomfrey niczego takiego nie powiedziała – odparła Hermiona, po czym ruszyła przed siebie, kiedy Draco wstał groźnie. Spojrzała prosto w oczy Harry'emu. – A może powinniśmy zapytać Harry'ego, czy on sobie mnie tu w ogóle życzy.
Harry westchnął. Podejrzewał, że przyszła go ochrzanić, ostatecznie pozbawił ją przytomności i zostawił na ziemi, ale przecież nie mógł tego unikać w nieskończoność.
– Siadaj, Hermiono – powiedział, po czym transmutował stolik obok swojego łóżka w krzesło. Jego magii znowu zaczynało się nudzić i użycie jej w ten sposób było nieszkodliwe, bez względu na to, jak morderczo na niego potem nie spojrzał Draco.
– Dziękuję – powiedziała Hermiona sztywno. Usiadła i wygładziła swoją spódnicę na kolanach, po czym spojrzała na niego z wyczekiwaniem.
Harry czekał.
– To, co zrobiłeś, było głupie – zaczęła Hermiona. – Uśpiłeś mnie tak mocno, że nie byłam w stanie się obudzić i poinformować kogoś o tym, gdzie poszedłeś. Jak na przykład profesor McGonagall. Mogła ci pomóc, Harry, przecież o tym wiesz.
Harry kiwnął głową.
– Wiem. Ale nie chciałem wtedy jej pomocy, tak samo jak nie chciałem twojej. Chciałem zrobić to po swojemu.
– Czyli przydaję się tylko wtedy, kiedy trzeba coś załatwić zmieniaczem czasu, ale już do niczego innego? – zapytała Hermiona, podnosząc lekko głos.
– Tylko do tego cię w tamtej chwili potrzebowałem, tak – powiedział Harry. – Nie udałoby mi się to, gdyby nie ty. Dziękuję.
– I co jeszcze? – Hermiona pochyliła się do przodu, wysuwając podbródek.
Harry pokręcił głową.
– Nie mogę cię przeprosić, Hermiono. Nikogo wtedy ze sobą nie wziąłem. Kiedy cię spotkałem, oszołomiłem już Draco i zaraz po podróży w czasie oszołomiłem po raz drugi Snape'a, bo ten wyrwał się spod mojego pierwszego zaklęcia i spróbował znowu mnie powstrzymać. Byłem tak ostrożny, jak to tylko było możliwe, a i tak ludzie zginęli. – Głos mu się lekko załamał, a on zamrugał mocno, kiedy wspomnienie śmierci Syriusza wróciło, żeby uderzyć go niespodziewanie mocno. – Co, gdybyś była jednym z nich? Co, gdyby zginął trzeci człowiek tylko dlatego, że chciałaś pójść razem ze mną? Nie mogłem tego ryzykować.
– To był mój wybór – powiedziała Hermiona.
– Wiesz, to, co ona mówi, ma sens – powiedział Draco, kompletnie mu w tym nie pomagając.
Harry spojrzał na nich gniewnie.
– I to był mój wybór, żeby was oboje zostawić – powiedział. – Jeśli zaczniemy na to patrzeć pod tym względem, to zaczniemy znajdować całe mnóstwo wyborów, które będą się nawzajem negować.
– Jestem gotowa, żeby ci to wybaczyć i puścić w niepamięć, Harry Jamesie Potterze – powiedziała Hermiona podniośle – jeśli obiecasz mi, że nigdy więcej tego nie zrobisz.
Harry skrzywił się. Nie potrafił sobie wyobrazić, żeby to jeszcze kiedykolwiek było potrzebne. Hermiona była sprytna i nawet, jeśli spróbuje ją pominąć, to zawsze znajdzie jakiś sposób, żeby się wtrącić. Prawdą było też, że w ciągu tego roku potrzebował jej pomocy cokolwiek często, choćby z siecią feniksa, i możliwe, że w przyszłości będzie znowu jej potrzebował. Jeśli obieca jej, że nigdy więcej jej nie pominie w swoich planach…
Nagle przyszedł mu do głowy pomysł. Być może Hermiona była taka zdeterminowana, ponieważ słyszała tylko fałszywą historię dyrektora i nie miała pojęcia, co się tak naprawdę stało. Kiwnął do Dracona.
– Pozwól Hermionie zajrzeć do myślodsiewni – powiedział. – Niech zobaczy, czemu musieliśmy stawić tam czoła.
Zobaczył, jak twarz Hermiony się rozpogadza. No tak, zawsze lubiła zbierać informacje, pomyślał Harry, opierając się o poduszki. I jeśli teraz mam stanąć przed wyborem ryzykowania jej życia albo przysporzenia jej o kilka koszmarów… to chyba już wolę koszmary.
Zamknął oczy, kiedy Hermiona zanurzyła twarz w myślodsiewni i zaczęła obserwować wspomnienia. Miał kilka spraw do załatwienia i chciał je sobie poukładać ostrożnie w głowie, tak żeby o nich potem nie zapomnieć. Musiał się upewnić, że Connor przeprosił Dracona. Musiał omówić z Connorem to, co powiedzą Dumbledore'owi. Musiał wymyślić, jaką historię oni sami zaczną rozpowiadać na temat tamtej nocy, która by wytłumaczyła nagłe zniknięcie dementorów. Musiał się upewnić, że wszyscy zrozumieją, że Connor zostanie z nim na okres wakacji, a nie z Lily.
Ostatnie musiał omówić ze Snape'em, który reagował nieracjonalnie na wszelkie propozycje Harry'ego, które zakładałyby spędzenie lata z Lupinem, albo w dowolnym innym, przychylnym Connorowi miejscu, ale jednocześnie nie chciał zatrzymać Connora razem z Harrym w Hogwarcie.
Bliźniacy spędzili dość czasu w ciągu kilka ostatnich dni, prywatnego czasu, żeby Harry teraz był pewien, że Connor się z nim zgodzi (chociaż jak do tej pory albo nie przeprosił Dracona, albo Draco kłamał ilekroć Harry go o to pytał). Rozmawiali bez przerwy godzinami, a potem drugie tyle siedzieli w ciszy. Connor powoli wracał do siebie po stracie Syriusza i tego, co nazywał przyprawiającym o mdłości doświadczeniem, kiedy miał w głowie Imperio i został chwilowo oślepiony. Potrafił nałożyć na siebie dobrą, obojętną maskę, ilekroć ktoś się na niego patrzył. Harry'emu przykro się robiło na ten widok, że tylko on zna swojego brata na tyle dobrze, by zorientować się jak fałszywa była ta maska. Przynajmniej Harry miał Snape'a i Dracona, którzy obaj potrafili zauważyć w nim tego rodzaju prawdy.
Otworzył oczy.
– Czy Connor przeprosił cię wreszcie za to przymuszenie? – zapytał Dracona.
– Nie – powiedział Draco, ale oczy mu uciekły na ułamek sekundy w prawo.
Harry zmarszczył brwi.
– Przeprosił cię.
– Nie muszę o tym rozmawiać, jeśli nie chcę – powiedział Draco, krzyżując ręce na piersi. – To prywatna sprawa między mną a Connorem Potterem.
– Draco…
Hermiona nagle wyrwała głowę z myślodsiewni, wciągając ze strachem powietrze. Harry zerknął na nią, spodziewając się zobaczyć szok i zgrozę w jej oczach. Było tam tego trochę, tak, ale przytłaczała je złota, lśniąca, gryfońska odwaga.
– I wy stawiliście temu czoła sami? – zapytała Harry'ego. – Naprawdę spodziewasz się, że kiedyś jeszcze cię tak puszczę? Ciebie albo Connora? W tej chwili masz mi obiecać, że nigdy więcej tego nie zrobisz.
Harry jęknął i spojrzał na Dracona, ale ten zdawał się być tylko tym wszystkim rozbawiony. Harry westchnął i położył rękę na dłoni Hermiony, po czym obiecał jej, w imię Merlina i na swoją magię.
Powinienem był pamiętać, że to przecież Gryfonka, pomyślał ponuro. Jak się im pokaże niebezpieczeństwo, to tym gorliwiej chcą w nie wskoczyć.
Harry rozbudził się powoli. Wiedział, że było już późno, prawdopodobnie późny wieczór w niedzielę, ale wciąż potrafił zasnąć nagle na dłuższy okres, więc równie dobrze to mógł być poniedziałek rano. Oprócz niego w skrzydle szpitalnym nie było nikogo, jeśli dobrze osądzał po otaczającym go braku dźwięków. Czyli pewnie wczesny poniedziałek rano, uznał, przeciągając się. Gdyby było przed północą, to Madam Pomfrey dalej by się krzątała.
Zerknął w bok i zamrugał, kiedy na stoliku obok łóżka zobaczył list. Nie było go tam, kiedy kładł się spać i miał wrażenie, że sowa by go obudziła. Podniósł jednak okulary, rzucił Lumos, żeby rozjaśnić niewielkie światełka, które krążyły wokół niego odkąd się obudził, po czym otworzył list. Papier powoli zmieniał kolor na fioletowy.
Charakter pisma był znajomy, czy raczej, znajomy w swoim braku znajomości.
Drogi Harry,
Na ten list zostało rzucone zaklęcie. Jeśli robi się fioletowy, to mija właśnie godzina od mojego pojawienia się w zamku. Jeśli robi się złoty, dwie godziny. Jeśli robi się pomarańczowy, trzy godziny. Potem pergamin przyjmie swój naturalny kolor. Nie mogę tu pozostać dłużej.
Harry rozejrzał się po skrzydle szpitalnym, ale nikogo nie zobaczył, nie było nawet lekkiego lśnienia w powietrzu, które oznaczałoby kogoś ukrytego pod peleryną–niewidką czy zaklęciem kameleona. Spojrzał znowu na list.
Zawiodłeś się na mnie, wiem.
Moje listy zawodziły cię pod każdym możliwym względem. Nie podawały ci informacji, których byś już sam nie miał i nie tłumaczyły istoty nowych informacji. W pewnym momencie padła z mojej strony nawet deklaracja ochrony ciebie i z tego również nie udało mi się wywiązać. Byłeś przeze mnie testowany na to, czy jesteś silnym przywódcą, którego potrzebujemy, podczas gdy od samego początku trzeba mi było służyć ci pomocą i nigdy w ciebie nie wątpić. W ostatnią sobotę po raz pierwszy zabiłeś człowieka. Część mnie, która obawiała się, że nigdy nie będziesz w stanie się zmusić do morderstwa, uspokoiła się na te wieści.
Mam wobec ciebie trzy długi – jeden w imię mojej pierwszej rodziny, drugi w imię mojej drugiej i trzeci w moim własnym imieniu, za to, że nie udało mi się ciebie ochronić. Jeśli nie będziesz chciał ze mną porozmawiać, zrozumiem. Spal tylko ten list, odbiorę twoją wiadomość i zniknę.
Jeśli jednak chcesz się dowiedzieć, kim jestem, jeśli chcesz przyjąć do wiadomości fakt, że naprawdę pragnę wynagrodzić ci moje złamane obietnice, mimo że robię to dopiero teraz, to odłóż list na stolik, zwróć się w stronę drzwi do skrzydła szpitalnego i pozwól mi wejść.
Dziecię Gwiazd.
Harry odetchnął i odłożył list. Rozważył spalenie go, ale tylko przez krótki moment. Naprawdę chciał się dowiedzieć, kim było Dziecię Gwiazd. Naprawdę nie powinien być wybredny w kwestii sojuszników. A ten konkretny sojusznik wiele już dla niego zaryzykował. Merlin jeden wiedział jak udało mu się dowiedzieć, że Syriusz wciąż był dziedzicem Blacków, albo to, że jego rodzice w ostatniej chwili zmienili Strażnika Tajemnicy. Harry uznał, że powinien się w zamian dowiedzieć, kim jest ten człowiek, tak żeby w pewnej chwili ktoś nie wpadł na pomysł wykorzystania Dziecięcia przeciw niemu.
– Wejść – zawołał.
Drzwi do skrzydła szpitalnego otworzyły się powoli i weszła przez nie szczupła, zakapturzona postać. Harry podniósł swoją różdżkę na tyle wysoko, że Lumos zamigotał pośród cieni pod kapturem.
– Pokaż swoją twarz – powiedział. – Kim jesteś?
– Wydawało mi się, że to, jak zakończenie mojego poprzedniego listu już ci to podpowiedziało, Harry – powiedział znajomy głos, kiedy para rąk podniosła się i odrzuciła kaptur do tyłu. – Ale może nie. Nigdy nie sugeruję tego zbyt dosadnie.
Narcyza Malfoy podeszła spokojnie do niego i zajęła krzesło obok jego łóżka, przyglądając mu się, podczas gdy Harry po prostu się na nią gapił.
Dziecię Gwiazd. Urodzona w rodzie Blacków, ale nie nazwana po gwieździe. No tak. Powinienem był się domyślić.
Po chwili odzyskał głos.
– Milicenta powiedziała, że jesteś mężczyzną.
Narcyza zaśmiała się, cichy, uprzejmy dźwięk.
– Napisałam do Adalrico pod imieniem Dziecięcia Gwiazd. Uznał, że jestem mężczyzną i przekazał to przypuszczenie swojej córce. – Zamilkła na moment. – Hawthorn Parkinson znała prawdę.
Harry zamrugał, po czym kiwnął głową, przypominając sobie ich drugą rozmowę, kiedy podał jej pierwsze fiolki wywaru tojadowego. Hawthorn uśmiechnęła się wtedy lekko, nieco dziwnie, kiedy Harry odniósł się do Dziecięcia Gwiazd jako "jego", ale sama potem zaczęła się tak zwracać o Dziecięciu, najwyraźniej nie widząc żadnego powodu, by wyprowadzić Harry'ego z błędu.
– Dlaczego? – zapytał cicho.
– Ponieważ nie przejmowałeś się swoimi obowiązkami jako przyszłego przywódcy dostatecznie poważnie – powiedziała Narcyza. – Znałeś mnie już i podważałbyś każde powiedziane przeze mnie słowo, o Lordach, przymuszeniu i o tych, którzy nie są Lordami, nie przejąłbyś się nimi tak, jak mógłbyś to zrobić, gdybyś dostał te informacje z potencjalnie obiektywnego, zewnętrznego źródła. Chciałam, żebyś usłyszał te informacje nie od kogoś, kogo postrzegasz jako matkę swojego najlepszego przyjaciela, bo wtedy mogłeś przyjąć je do wiadomości i stać się czarodziejem, którego potrzebujemy, potężnym, który mimo wszystko nie jest Lordem. – Oczy jej zalśniły. – Sam dobrze wiesz, Harry, że masz z tym problem – tendencję, by uważać, że ci, którzy są ci najbliżsi nie są w stanie powiedzieć ci prawdy, bo są oślepieni swoimi uczuciami wobec ciebie.
Harry pochylił głowę.
– Wiem. Ale o innych sprawach mogła pani ze mną porozmawiać, jak o mrocznych czarodziejach, z którymi nawiązywała pani kontakt. Albo o Syriuszu.
– Sama nie znałam do końca prawdy na temat Syriusza – powiedziała Narcyza bez ogródek. – Zakradłam się do Grimmauld Place 12, mając nadzieję, że Syriusz nie ustawił osłon tak, żeby mnie nie przepuściły – co mógł zrobić, będąc dziedzicem, ale o czym najwyraźniej nie pomyślał. Tam znalazłam myślodsiewnie pełne wspomnień, które pousuwał ze swojej głowy, prawdopodobnie po to, by mógł spędzić noce nie myśląc o swoim bracie, czy o Pettigrew. – Przerwała na moment. – Bez skutku.
Harry pokręcił głową, myśląc o koszmarze o dwóch postaciach, Syriuszu i Regulusie, które miał, o koszmarach, które Syriusz miał od lat. Umysł Harry'ego próbował go ostrzec, ale zrobił to językiem, którego Harry nie był w stanie zrozumieć.
– A potem zobaczyłam arras – szepnęła Narcyza. – Aż do tego momentu nawet nie zastanawiałam się, co to znaczyło, że Syriusz był w stanie przemieszczać się bez problemów między posiadłościami Blacków. Wyszłam po prostu z założenia, że ich majątki były w legalnym limbo, bo Syriusz został wydziedziczony, Regulus nie żył, Bellatrix była w Azkabanie, Andromeda została wypalona z drzewa genealogicznego za to, że wyszła za mugolaka, a dziedzictwo nigdy nie zostało formalnie przepisane na mnie. Ja też nie byłam dziedziczką, ale nie zostałam też formalnie wygoniona z rodziny Blacków, więc osłony mnie przepuszczały. Potem zorientowałam się jednak, że Syriusz był dziedzicem i dotarło do mnie, że coś jest nie tak. Dumbledore chciał dostępu do skarbów tej rodziny. Skarbów, rzecz jasna, tego rodzaju jak te, które zaatakowały mojego syna.
– Właśnie wtedy powinna była pani do mnie napisać – naciskał Harry. – Mogła mi pani powiedzieć prawdę. Tak wielu sprawom moglibyśmy zapobiec.
Usta Narcyzy wykrzywiły się, jakby się wgryzła w limonkę.
– Pozwoliłam, by oślepiła mnie moja duma – powiedziała. – Obserwowałam uważnie Syriusza i uznałam, że złoty wisiorek, który mu wisiał na szyi naprawdę oswoił jego myśli, tak jak wszyscy wciąż to powtarzali. Przyjrzałam się listom do Lucjusza i przekonałam samą siebie, że nie zostały napisane charakterem pisma Syriusza. Teraz już wiem, oczywiście – dodała cicho – że jego charakter pisma już wtedy się zmieniał, ponieważ Voldemort przejmował kontrolę nad jego umysłem.
– Skąd pani wie o tych szczegółach? – zapytał Harry.
– Rozmawiałam już z Severusem i Draconem – powiedziała Narcyza. – Żaden z nich nie wiedział, oczywiście, że jestem Dziecięciem Gwiazd. – Westchnęła cicho i kontynuowała. – Przyjrzałam się bliżej osłonom otaczającym Grimmauld Place 12 i odkryłam, że są w stanie rozkładu. Wróciłam do mojej oryginalnej hipotezy, kiedy poradziłam ci, żebyś uważał na Syriusza – że był w jakiś sposób związany z zamieszaniem w papierach Blacków w kwestii dziedzictwa i z atakiem Lestrange'ów podczas twojego pierwszego roku, chociaż to było pewnie niedopatrzenie, po prostu nie zdołał utrzymać złodziejów z dala od swojego własnego domu, pozwolił jakiemuś legilimencie odczytać sobie te informacje z umysłu. Wydawało mi się nawet, że mógł te wszystkie artefakty po prostu sprzedać, żeby spłacić swoje długi, których się nabawił przez hazard, i nawet nie zauważył, komu je sprzedaje. – Narcyza zamknęła oczy i pokręciła głową. – Rozmawiałam zarówno z Fenrirem Greybackiem i Waldenem Macnairem, udając, że jestem mroczną wiedźmą, która wciąż się waha, czy się nie przyłączyć do służby Mrocznemu Panu i obaj sugerowali, że mają w Hogwarcie silnego sojusznika, ale za każdym razem, kiedy patrzyłam na Syriusza, nabierałam tylko coraz mocniejszego przekonania, że przecież nie może im chodzić o niego. Przecież ktoś taki nie jest silny. Ufałam moim własnym wnioskom bardziej, niż dowodom i do tego to mnie właśnie zawiodło, wielokrotnie naraziłam twoje życie na niebezpieczeństwo.
Otworzyła oczy i skupiła je na Harrym.
– Jestem ci winna dług mojej porażki – powiedziała. – Jestem ci winna dług rodziny, w którą się wżeniłam, ponieważ chroniłeś mojego syna za cenę, która niemal kosztowała cię życie. Jestem ci też winna dług rodziny, w której się urodziłam. Blackowie strasznie ci zaszkodzili, Harry – ja przez moje zaniedbanie, a Syriusz przez swoje. Zrozumiem, jeśli nigdy więcej nie będziesz chciał mieć ze mną nic do czynienia, albo nawet każesz mi odebrać sobie życie.
Harry zorientował się z zaskoczeniem, że naprawdę była gotowa je poświęcić. Oczywiście, Blackowie byli jedną z niewielu rodzin, które wciąż trzymały się najstarszych tańców, nawet tych najbardziej ekstremalnych, a jeden z nich mówił, że tylko krew jest w stanie zmyć zmazę po złamanym słowie. Narcyza obiecała go chronić, po czym zagrała w niebezpieczną grę, która mogła skończyć się jego śmiercią, a co gorsza, naraziła nie tylko jego, ale też swojego syna na poważne niebezpieczeństwo. Zwyczaje Blacków wyraźnie nakazywały, że w takim wypadku powinna zginąć.
O ile człowiek, któremu była ten dług winna, nie postanowi, że dług powinien być spłacony inaczej.
Harry pokręcił głową.
– Chcę, żeby pani żyła – powiedział.
Narcyza odprężyła się minimalnie, ale pochyliła głowę, żeby dać mu znać, że wie, że jeszcze nie skończył i że powinien mówić dalej.
– Potrzebuję pani jako mojego sojusznika pośród mrocznych czarodziejów – powiedział Harry. – Domyślam się, że właśnie dlatego na początku przyjęła pani alias Dziecięcia Gwiazd, ponieważ są tacy czarodzieje i czarodziejki, którzy nie będą chcieli słuchać Narcyzy Malfoy?
Narcyza kiwnęła głową.
– Jestem w posiadaniu informacji pochodzących od mojego syna i poprzez Lucjusza, które może mieć tylko ktoś, kto sam jest śmierciożercą, albo znajduje się wewnątrz Hogwartu. Handluję nimi w zamian za ostrożne obietnice rozważenia sojuszu. Wielu z nich momentalnie odwróciłoby się ode mnie, gdyby wiedzieli, kim jestem, choćby przez wzgląd na to, że nie powiedziałam im tego od razu.
Właśnie po raz kolejny przekazała swoje życie w moje ręce, zorientował się Harry. Mógłbym napisać do ludzi takich jak Adalrico i powiedzieć im, że to ona jest Dziecięciem i nawet, jeśli on jej wybaczy, inni nie będą tacy łaskawi.
To go nawet nie kusiło. Narcyza była dla niego znacznie bardziej przydatna żywa, zwłaszcza, że ją lubił, zarówno dlatego, że była matką Dracona jak i dla niej samej. W dodatku różniła się od Lily choćby pod tym względem, że było jej przykro, że omal go nie poświęciła i teraz chciała mu to wynagrodzić.
– Potrzebuję pani – powiedział. – Potrzebuję, żeby dalej pani nawiązywała kontakty pośród czystokrwistych, zwłaszcza wśród mrocznych czarodziejów i byłych śmierciożerców, którzy nie posłuchają dziecka. W ten sposób spłaci mi pani swój własny dług.
Narcyza kiwnęła głową, nie odrywając od niego intensywnego spojrzenia.
– Chcę, żeby obiecała mi pani, że nigdy więcej nie narazi pani życia Draco na niebezpieczeństwo, bez względu na wszystko – powiedział Harry. – To będzie dług Malfoyów.
– Oczywiście – powiedziała Narcyza. – Możesz to uznać za spełnione. A dług Blacków?
Harry przez chwilę bawił się swoimi rękami. Wiedział, o co chce poprosić, ale zdawał też sobie sprawę z tego, że może tym się posunąć za daleko.
– Co się stanie z Grimmauld Place 12 po śmierci Syriusza? Przeszło na panią?
Usta Narcyzy ściągnęły się z irytacją.
– Jest jakiś problem z magią dziedziczną – wymamrotała. – Osłony na wszystkich domach szczelnie się zamknęły. Odwiedziłam Grimmauld Place 12 wczoraj i nie chciało mnie wpuścić do środka. Nie mam pojęcia, czemu. Na chwilę obecną jednak wszystkie skarby Blacków są poza naszym zasięgiem.
Harry kiwnął głową. Właściwie to mu ulżyło. Nie chciał przeszukiwać mrocznych broni, ale gdyby miał do nich dostęp, to uważałby to za swój obowiązek, na wypadek, gdyby wśród tych skarbów znalazło się coś, co mogliby użyć w wojnie.
– No dobrze. W takim razie chcę, żeby zajęła się pani ciałem Syriusza. Niech go pani pogrzebie jak Blacka.
Narcyza wyprostowała się sztywno na krześle, patrząc na niego surowo.
– To był zdrajca krwi – szepnęła. – Okłamał magię dziedziczną, żeby pozostać dziedzicem rodziny. A potem okazał się nie mieć nawet dość odwagi, żeby pozostać wiernym swoim nowym sojusznikom i przekonaniom.
– Zginął śmiercią bohatera, walcząc o te właśnie przekonania – powiedział Harry. – I nikt inny nie chce dla niego nic zrobić. Dumbledore jest zajęty ograniczaniem szkód. Mój ojciec jest Merlin wie gdzie. Peter Pettigrew nic nie może zrobić z oczywistych względów, a Remus Lupin nie ma dość pieniędzy – a w tej chwili pewnie nawet nie ma prawa – żeby przeprowadzić pogrzeb czystokrwistego czarodzieja. – Spojrzał jej w oczy. – Chcę, żeby pani się tym zajęła.
Narcyza przyglądała mu się ze spokojem, wszystkie jej emocje zniknęły za chłodną maską. Harry czekał. Zdawał sobie sprawę z tego, że to, o co prosi, to potężna przysługa, prawdopodobnie przekraczająca możliwości długu, na który się powoływał. Nie obchodziło go to. O to właśnie prosił i miał zamiar na to naciskać przynajmniej do chwili, w której Narcyza nie powie mu wprost, że ma wybrać coś innego.
Potem kiwnęła głową i wstała.
– Jeśli jesteś w stanie chodzić, Harry, to chodź ze mną – powiedziała, wyciągając ku niemu dłoń. – Jeśli nie jesteś, to ci pomogę. Myślę, że powinieneś to zobaczyć.
Harry zamrugał. Z tego, co wyczytał na temat rytuałów pogrzebowych Blacków, były one niesamowicie prywatną sprawą, tylko krewniacy mieli do nich dostęp.
– Ja byłem tylko jego synem chrzestnym…
– I to ty o to poprosiłeś – wcięła się Narcyza, głosem ostrym niczym Polaris. – Tylko dzięki tobie otrzyma taki pogrzeb, a nie inny. I zostanie on wykonany teraz. Dzisiaj. To twoja ostatnia okazja, żeby się z nim pożegnać.
Harry przyglądał się jej twarzy. Ta pozostała niezmienna. Powoli zaczęło do niego docierać, że poprosił o coś niezwykle potężnego i antycznego.
A ona zwracała mu coś potężnego i antycznego – zaszczyt pójścia razem z nią i zobaczenia pogrzebu na własne oczy.
Harry sięgnął po swoje szaty.
Znalezienie ciała Syriusza nie zajęło im długo. Narcyza ruszyła prosto w jego stronę w chwili, w której opuścili skrzydło szpitalne. Kiedy Harry zapytał ją, skąd wiedziała, odpowiedziała po prostu, że mogła to wyczuć. Była Blackiem i on był Blackiem, a te więzi były najmocniejsze między ludźmi, którzy się urodzili w tej rodzinie, często nie sięgały tych, którzy się w nią wżenili. Draco mógł to wyczuć, ale Draco nie znał zwyczajów pogrzebowych Blacków i prawdopodobnie nie rozpozna subtelnego pociągnięcia od swoich zmysłów.
Kiedy wyszli ze szkoły, Narcyza zatrzymywała się uprzejmie od czasu do czasu, kiedy tylko Harry tego potrzebował. Noc była strasznie ciemna, księżyc został przesłonięty przez chmury i jedyne prawdziwe źródło światła pochodziło z Lumos dochodzącego z końca różdżki Narcyzy. Ciało Syriusza unosiło się za nimi.
Narcyza ruszyła w kierunku jeziora i Harry zastanawiał się, czy zwyczaje pogrzebowe Blacków nie zakładają zatopienia ciała. Okazało się jednak, że Narcyza szukała po prostu płaskiego miejsca, na którym mogłaby położyć Syriusza, ponieważ kiwnęła głową jak tylko znaleźli się na plaży i opuściła tam jego ciało.
Następnie odsunęła Harry'ego lekko do tyłu. Harry odkrył, że nie może oderwać wzroku od swojego ojca chrzestnego, któremu czarne włosy zasłaniały twarz. Dzięki rzuconym przez Snape'a zaklęciom konserwującym, Syriusz wyglądał dokładnie tak, jak w chwili śmierci. Jego szare oczy były zamknięte, a jego twarz w dalszym ciągu wyrażała ten sam błogi spokój.
Narcyza podniosła głowę, jakby szukała czegoś na niebie. Harry spojrzał w górę, ale zobaczył tylko chmury.
A potem, ku jego zaskoczeniu, chmury rozwiały się nagle na boki, odsłaniając niewielki fragment usianego gwiazdami nieba. W tej samej chwili otoczyła ich ciężka, stara magia. Harry miał problemy z oddychaniem. Powietrze cuchnęło kurzem, kośćmi, grobowcem. Ta magia była przynajmniej tak stara jak rytuał sprawiedliwości i równie jak on potężna. Okrążyła go, tolerując jego obecność, ale skupiła się na Narcyzie.
– Wszyscy inni – powiedziała Narcyza, głosem niespodziewanie wysokim i czystym – mówią, że pochodzą z ziemi, czy morza i że wrócą do ziemi, czy morza, kiedy umrą. Tylko Blackowie wciąż znają prawdę, prawdę starszą niż wszystkie ziemie i wszystkie morza. Nasz początek zrodził się pośród gwiazd. – Podniosła różdżkę. Oślepiająco jasne światło zaczęło tańczyć wokół jej rąk. Harry musiał przymrużyć oczy i przesłonić je dłonią.
– Przyjmijcie tego tutaj – powiedziała Narcyza, której głos zrobił się tak głośny, że ziemia zdawała się od niego drżeć. – Syriusz Black, najstarszy syn Canopusa Blacka i Capelli Black, starszy brat Regulusa Blacka, dziedzic rodu Blacków. – Otaczające ją światło drgnęło, ale Narcyza zdawała się tego nie zauważyć. – Czarodziej czystej krwi, członek domu Gryffindora, auror, ojciec chrzestny Harry'ego Pottera, który zginął, broniąc swoich przekonań. Przyjmijcie go teraz.
Harry czuł się, jakby stał tuż obok gorejącego słońca – albo gwiazdy. Świat wokół niego stał się oszałamiająco jasny, a jednocześnie w jakiś dziwny sposób wciąż znalazło się w nim miejsce dla intensywnych cieni.
A potem światło zmieniło się w biało–niebieski płomień, w którym czasem migało coś srebrnego, a głos Narcyzy rozległ się pośród niego, przepełniony triumfem.
– Z ognia powstaliśmy, w ogień się obrócimy – powiedziała, wykonując gest swoją różdżką. – Sirius abscondit!
Biała błyskawica opadła z nieba i uderzyła w ciało Syriusza, które momentalnie zajęło się ogniem, jakby całe wcześniej zostało nasączone oliwą do lamp. Harry zrobił krok w tył, magia wokół niego leciała przed siebie, niczym fala, która chciała się przyłączyć do białej błyskawicy, tworząc wokół niej wir mocy. Przez chwilę Syriusz był w samym środku kręgu tańczących płomieni, które wyglądały jak prawdziwi tańczący ludzie, zdawały się mieć szaty, głowy, ręce.
A potem żar w samym jej środku skroplił się w oślepiającą biel i Harry zobaczył, jak pojawia się w niej potężny piec, wyglądający jak lustrzane odbicie Łapy, takiego, jakim go pamiętał, ze srebrnym futrem i oczami ciemnymi niczym węgle.
Pies rozmył się w twarz Syriusza, a potem w obraz, jak Harry podejrzewał, prawdopodobnie młodszego Syriusza, biegnącego szybko przed niewidocznym wrogiem. Ogień roztopił się wokół niego, kapiąc niczym metal, po czym przybrał kształt herbu Blacków, podpisanego słowami Toujours pur.
Potem biały ogień się skoncentrował w sobie, niczym wirująca kula ostrzy, i wystrzeliła z powrotem w stronę gwiazd. Harry odchylił głowę, odprowadzając ją wzrokiem i mrugając, żeby pozbyć się powidoków. Zachwiał się, kiedy jego własne zmęczenie go dogoniło, a stara magia zniknęła razem ze światłem.
Dłoń Narcyzy go przytrzymała, a ona sama wymamrotała kilka słów, tak cicho, jakby chciała, żeby tylko Harry i nikt inny ich nie usłyszał.
– Nazwany po ogniu, zrodzony w ogniu, oddany ogniu. Niech ogień będzie jego końcem.
Gwiazdy zalśniły przez chwilę nad nimi olśniewająco. Harry miał odchyloną głowę tak bardzo, że kark go zaczynał boleć, ale wciąż widział pośród nich lecące światło, które zdawało się dodawać każdej gwieździe mocy w chwili, w której ją mijało. Potem chmury wszystko przesłoniły i głośny trzask obwieścił koniec rytuału.
Harry zamknął oczy. Jego oczy znowu go piekły od łez, ale teraz zdawały się być raczej łzami zrodzonymi z ulgi, niż z żalu.
– Dziękuję, że pozwoliła mi to pani zobaczyć – wymamrotał.
Ręka Narcyzy pogłaskała go po karku.
– Poprosiłeś – mruknęła. – Ogień go przyjął. Dług Blacków został spłacony. – Jej głos się zmienił, znowu brzmiała jak znana Harry'emu czarownica. – A jeśli nie zaprowadzę cię zaraz z powrotem do skrzydła szpitalnego, to wielu ludzi będzie chciało mnie zabić. – Zaciągnęła go delikatnie w stronę Hogwartu.
Harry poszedł z nią. W jego umyśle wciąż wirowało od wszystkiego, czego przed chwilą był świadkiem, od obrazów Syriusza jako Łapy, jako dorosłego, jako dziecka, i ognia, i starej magii…
Jego myśli zdawały się być w osobliwy sposób znowu przejrzyste i czyste, zupełnie jakby ogień i w nich wypalił wszelkie zanieczyszczenia. Prawdopodobnie tylko dlatego w drodze powrotnej wymyślił, jaką umowę może zawrzeć z Dumbledore'em.
Wgramolił się do łóżka, ledwie pamiętając, żeby zdjąć okulary i odłożyć je na stolik obok łóżka, kiedy usłyszał jak Narcyza szepcze swoje pożegnanie. Harry wymamrotał coś w odpowiedzi; wyglądało na to, że było wystarczająco uprzejme, bo wyszła.
Zasnął z uśmiechem na ustach.
