ROZDZIAŁ 48

Zapanowała nowa ciemność, odmienna od tej królującej na powierzchni."

Parzystokopytne stworzenia przesuwały się miarowo, powoli naprzód, jak gdyby nie zachwycała ich ta wędrówka po oceanie gorących, złotych piasków tworzących wydmy. Chrapliwe oddechy rozbrzmiewały w ciszy, przerywane skrzeczeniem sępów kołujących na drgającym, szafirowym nieboskłonie. Okrutne oblicze palącego słońca wznosiło się jeszcze wyżej, rażąc wszystko w dole bezlitosnymi mackami żaru. Południe było nienajlepszą porą na opuszczenie bezpiecznych cieni oazy i jej życiodajnej, krystalicznej wody, lecz wędrowcy spieszyli się, nie mieli czasu.

Syriusz westchnął, ocierając krople słonego potu spływające po skroniach. Nie podobało mu się tutaj ani trochę, a noszenie grubych szat pustynnych dołowało go jeszcze bardziej. Najchętniej odwiązałby jedwabną szarfę oplatającą go w pasie i zrzuciłby te niewygodne odzienie, jednak pamiętał ostre przestrogi Hari'ego, jego zapewnienia, że jeżeli pozbawi się tego ubrania, długo pod okiem A'tar nie wytrzyma. Poddał się więc, nie chcąc psuć delikatnego porozumienia, jakie udało mu się z trudem odzyskać. Nie zamierzał niweczyć łączących ich więzi tak, jak zdołał to zrobić przed zebraniem Zakonu. Przymrużył oczy, przypominając sobie tę pamiętną dyskusję, podczas której zgłosił się na ochotnika do tej wyprawy. No, przynajmniej potwierdził swój udział w niej.


/- Zamierzasz wrócić do domu, Tańczący?

Cisza – głęboka i niczym nie zmącona, jak gdyby cały, kuchenny świat skoncentrował się na osobie Hari'ego, który opierając się o parapet patrzył szmaragdowymi oczyma na pułkownika. Nikt nie ważył się odezwać, pisnąć chociażby słowa, ponieważ każdego pożerała od środka żarliwa ciekawość.

- A co, Zapałko, planujesz wpakować mnie jako przewodnika jakieś żałosnej wycieczki? – rzekł wreszcie młodzieniec, przerywając ostrym, nieprzychylnym tonem uciążliwe milczenie.

Doskonale wiedział, jakimi torami popędzi dyskusja po tym, jak wyjawi sentencję nimfy i nie do końca mu się to podobało. Nie przerywał tego jednak, nie zagadywał o ładnej pogodzie czy ataku kosmitów – to było poniżej jego godności. Zmierzenie się z prawdą i utarcie nosa żądnym informacji czarodziejom było odpowiedniejsze, bardziej w jego stylu. Nie uchylać się, nie wymigiwać – tak mu ona wpajała.

- Któż inny lepiej się nadaje, skoro mieszkałeś tam przez co najmniej kilkanaście lat – zaczął ironicznie Roy, jasno pokazując, iż podwładny nie ma większego wyboru. – Nie wspomnę, że znasz język tubylców. Dodatkowy bonus! – Płomienny odchylił się na krześle, chwyciwszy jedną z zapisanych kartek i wymachując nią beztrosko. – Ale nie puszczę cię samego, jadę z tobą. Trzech alchemików z listy Maesa zginęło w tamtych okolicach, więc przy okazji to zbadam. – Czerń zmierzyła się z zielenią, dając przy tym niemy przekaz: „To nie była robota tamtejszych czy sługusów Lorda". Pozostawało więc jedno rozwiązanie, a Mustang chciał go mieć na oku, gdyby okazało się to rzeczywistością, nie domysłami.

Doskonale – brzęczało w umyśle Raikou. – Ale jeżeli natknę się na Ojca, nie licz, Zapalniczko, że powstrzymasz Błyskawicę. Nie tym razem…

- W takim razie, kochani – wtrącił się z dobrodusznym uśmiechem Albus – pozwólcie, że coś zaproponuję. Mianowicie, sądzę, iż nie powinniśmy wysyłać dużej grupy ze względów bezpieczeństwa oraz możliwości zdemaskowania, więc sugeruję waszą dwójkę – tu spojrzał na Płomiennego oraz Tańczącego – oraz Syriusza i Tonks. Współpracowaliście już, toteż nie będzie zgrzytów czy utrudnień.

Znaczna część zgromadzonych miała wątpliwości do ostatniego zdania ze względu na dzisiejsze wydarzenia. Szaleństwem byłoby posyłać Blacka z rozeźlonym, obrażonym na niego Wilkiem, lecz nikt nie był na tyle głupi, aby dyskutować o tym z dyrektorem. Przegadałby każdego, wpoił swoje racje i na koniec poczęstował cytrynowym dropsem.

- Zgadzam się – powiedział ku ich zdumieniu animag, wierząc, że podczas misji uda mu się naprawić to, co tak efektownie zniszczył. Brakowało wtedy tylko piekielnych fanfar głoszących jego wątpliwy intelekt i czyny poprzedzające myślenie.

- Tak! Ja też! – wyrwała się z entuzjazmem Tonks, jak zwykle optymistyczna i domyślająca się zamierzeń kuzyna. Wtem zamarła i potoczyła naokoło nieco zdezorientowanym i zawstydzonym wzrokiem. – Ale że gdzie jedziemy? – zapytała z konsternacją, wywołując salwę chichotów i śmiechów.

- Po Gwiaździstego Smoka – odpowiedział pogodnie i usłużnie Hughes. Atmosfera, dotąd napięta i dusząca, rozluźniła się znacznie, gdy na scenę wkroczyło ponownie wesołe nastawienie wojskowego.

- Dokładniej rzecz ujmując, wybieramy się na pustynię. Saharę, uściślając jeszcze bardziej – poprawił przyjaciela Roy, już układając plan działania, selekcjonując punkty i priorytety.

- Wychowywałeś się na ogromnej…

- … gorącej…

- … pełnej nagrzanego piasku…

- … i uroczego słoneczka prażącego mózg…

- … patelni? – mówili na zmianę rudowłosi bliźniacy, ujmując w tych słowach całe zaskoczenie oraz niedowierzanie obecnych.

Hari w odpowiedzi ograniczył się do kpiącego grymasu, nie potwierdzając ani nie zaprzeczając nowościom. Nie było sensu tego robić, skoro stało się to już tak oczywiste jak to, że po dniu następuje ciemna noc. Bezsensem wydawało się odpowiadanie dwóm kawalarzom, nabijającym się praktycznie przy każdej nadarzającej się okazji.

- A tak w ogóle, to czym jest ten Smok? – zapytał trzeźwo dotąd nieprzemawiający, a śledzący sytuację Kingsley.

- Jeżeli dobrze pamiętam – rzekła niepewnie Hermiona, lecz po ujrzeniu przyzwolenia od Albusa odchrząknęła i ciągnęła zdecydowaniej: - to magiczny kamień, szafir o niezwykłym kształcie będący rdzeniem Trójzębu dzierżonego według legend przez morskiego boga, Nereusa, i który wykonany został z serca stugłowego jaszczura Ladona. Strażniczką jego była najstarsza z córek pana oceanów, Nereida - szybkie spojrzenie na nie przejętego tą wzmianką Raikou – która po jego śmierci ukryła broń w nieznanym miejscu, stając się do niego osobistą mapą. Tak to wygląda od strony mitycznej.

- A rzeczywistej? – zadała pytanie McGonagall, nieświadomie przyjmując ton, jakim posługiwała się na lekcjach.

- Niewiele wiadomo – podjął się wyjaśnień dyrektor – o dniu stworzenia artefaktu i osobie, która podjęła się tego czynu. Wiadomo jednak, że udało mu się przekonać znajomą nimfę, by w razie czego pilnowała oręża. Dziewczyna ta została potem dobrowolnie uwięziona na terenie Hogwartu, jako że nie chciała, aby ktokolwiek inny dobywał Trójzębu. Kto by przypuszczał, że to znajoma majora. – Zamilkł, gładząc powolnymi ruchami długą, siwą brodę.

Szmaragdowe oczy Hari'ego zmrużyły się, wbite w Albusa jak dwa nagrzane ostrza. Nie wiadomo o niej zbyt wiele, co? – pomyślał jadowicie. – Nie chciałeś wyjawiać prawdy przed czasem, starcze?

- Dlaczego? – odezwał się Snape porzucający zimną maskę drania na rzecz powagi. – Jakie będą konsekwencje, jeżeli Czarny Pan go posiądzie?

- Katastrofalne – powiedziała ściszonym tonem Hermiona, jakby bała się wypowiedzieć straszliwą tajemnicę zdolną zgładzić ludzkość. – Zapewnia on kontrolę nad wodą w promieniu kilku tysięcy kilometrów od posiadacza. Całkowitą.

Zszokowane sapnięcia i silny huk, gdy Syriusz poderwał się, uderzając rękoma w stół.

- Całkowita kontrola? – wydarł się, nie zważając na przewrócone szklanki i rozbite o podłogę talerze.

- Głuchy jesteś, Black? – syknął Mistrz Eliksirów, ukrywając skrzętnie, jak bardzo wpłynęły na niego nowe wieści. Nawet nie chciał rozważać tego, jak wykorzystałby taką potęgę Voldemort. Na zatopieniu Anglii by się nie skończyło…

- To będzie zagłada… - wyszeptała strwożona, blada i przejęta Minerwa, nawet nie próbując skryć trzęsących się dłoni. To było dla niej zbyt wiele w tej długiej, niszczącej i pochłaniającej liczne istnienia wojnie.

- Ale możemy temu zaradzić. – Albus skutecznie zwrócił na siebie uwagę tym stwierdzeniem pełnym wiary. – Jutro z samego rana wybierzecie się po Gwiaździstego Smoka – zwrócił się do wytypowanej czwórki, a ci potwierdzili swój udział skinieniami. – Doskonale! Zakończmy teraz i zajmijmy się przygotowaniami oraz naprawianiem szkód – zarządził, powstając i przywołując do siebie czterech czarodziei, w tym opiekunkę Gryffonów, a także Kingsley'a, aby przedyskutować poziom bezpieczeństwa w Hogsmead.

Młody wilk odsunął się od okna, rzucając przezeń ostatnie, krótkie spojrzenie na krajobraz, do którego powoli się przyzwyczajał. A teraz wracał… wracał tam, gdzie spędził dzieciństwo, tam, gdzie A'tar snuła się po nieboskłonie, gdzie grzechotniki wygrywały pieśni, a wysokie wydmy zygzakiem pięły się na całej okolicy z wyjątkiem tej kamienistej, odizolowanej.

/ „To Berrani! Wypędzić go!"… „Dlaczego?"… „Nienawidzę cię!"… „Zabij!"…/

Srebrne Lwy z pewnością nie oczekiwały go z radością, a jak już, to tylko dlatego, iż zyskają znów możliwość wypróbowania na nim nowych łuków. Nie darzyli go sympatią, lecz cóż się dziwić, skoro okradał ich z majątku i członków khowwam* na rozkaz Ojca. Był dla nich obcym, demonem nawiedzającym ich co dwa-trzy tygodnie i plądrującym ich khreima*. Tak, jak wszędzie indziej, tak i tam zostawiał za sobą chaos usłany trupami i krwią.

- Dzieciaku - odezwał się obok Hari'ego Syriusz, czochrając w zakłopotaniu czarną czuprynę. - Wybacz za tamto, nie chciałem cię urazić. - Wyciągnął ku niemu trzymaną aba, pierwszy raz w życiu pesząc się w takim stopniu jak w tej chwili.

/ „Przepraszam„… Szept… „Wierzę w ciebie, wiesz?"…/

Prychnął, bez słowa odbierając swą własność i przerzucając ciężki materiał przez ramię. Ignorował wlepione w nich oczy, oczekujące spektakularnej kłótni, bójki, walki na wyzwiska, ale nie dostali niczego takowego.

- Znudziło się bycie zwykłym, szarym człowieczkiem, co, bachorze? - warknął wtem Moody, podchodząc do dwójki z paskudnym, szyderczym wyszczerzem, przez który jego pobrużdżona twarz nabrała groteskowego wyrazu.

Wokół zapanowała cisza.

- Sugerujesz coś? - odparował Raikou, momentalnie stając się gotowym do konfrontacji. Relacje pomiędzy nim a aurorem nie były pozytywne, na dodatek ten przypominał mu niejednokrotnie napotkanych ludzi kpiących z jego wyglądu, zachowania, bycia hybrydą. Szczerze tego nienawidził.

Zaskoczeniem dla zebranych był moment, gdy Alastor złapał młodzieńca za prawy nadgarstek, a ten nie spróbował nawet go wyrwać. Hari znał cel tego działania, więc póki co nie przeciwstawiał się. Moody szarpnął jego dłoń w górę, ukazując innym skomplikowany znak widniejący na jej wierzchu – krąg z wpisanymi w niego wieloma dziwnymi symbolami, literami czy liniami i otoczony odizolowanym, nie stykającym się z głównym wzorem pierścieniem, spod którego wychylały się cienkie, blade blizny. Wyglądało to, jakby były one podstawą, pierwotną wersją obwódki nie należącej do oryginalnego stanu, dodaną w późniejszym czasie.

- Zachciało się eksperymentów, co? – zadrwił auror. – Czyżby coś poszło nie tak i upodobniłeś się do tych maszkar na usługach Gada? Czyżbyś coś schrzanił i stał się bestią? Za duże wyzwanie dla takiego gówniarza jak ty? – syczał z lubością i obłąkaniem, ściskając przegub coraz mocniej. Ignorował wołanie za plecami i zduszone okrzyki członków Zakonu. – Ale cóż z tego, skoro dzięki temu zyskałeś potęgę? Po co to odkręcać, skoro posiadłeś siłę, zwinność i szybkość bez żmudnych, wieloletnich treningów? A ten dodatkowy okręg pewnie jeszcze to podtrzymuje, hm?

W osłupienie wprawił zgromadzonych śmiech, którym raczył ich Raikou.

- Twoje słowa opisują to cholerne przekleństwo – wyrwał rękę z uchwytu silnym pociągnięciem – prawie że pozytywnie. – Uśmiechnął się ironicznie. – Módl się lepiej, abyś nie był w pobliżu, gdy ten zewnętrzny krąg zniknie – warknął jeszcze z przestrogą, nachylając się ku niemu i sztyletując wzrokiem./


Na tym praktycznie całość zakończyła się, ponieważ dzieciak wyszedł po ostatnim zdaniu, zostawiając za sobą odrętwiałych ludzi. Syriusz spotkał go dopiero następnego dnia, czyli dzisiejszego ranka, przy tym, jak trójka z rudowłosego rodzeństwa przepraszała go za nieporozumienie po feralnym zderzeniu. Po tym wytypowana czwórka dostała Świstoklik nastawiony na współrzędne jak najbliżej obozowiska Srebrnych Lwów, co było zdecydowanie trudne, gdyż plemię to bezustannie się przemieszczało. Pocieszeniem było, iż nigdy nie przekroczyli określonego obszaru, kręcąc się w kółko i nigdy nie zbaczając z obranej przez dawne pokolenia ścieżki.

- Gorąco – wydyszał, odsuwając od siebie myśli i woląc zająć się narzekaniem. Praktycznie położył się na karku gniadego rumaka. Prezenty od Hagrida wiernie im służyły i były bardzo przydatne na takich akcjach – inaczej musieliby wypożyczać oporne dla nowicjuszy wielbłądy czy konie nie nadające się do tego typu wędrówek.

- Przestań zrzędzić, Kundlu – rzucił tylko Hari, zmuszając własnego wierzchowca do intensywnego kłusa obok Blacka.

Nie przyznałby się do tego nawet na najcięższych torturach, ale wolał pozostać blisko niego z kilku powodów: pilnował go przed zabójczą, nieprzystępną pustynią zwodzącą niedoświadczonych podróżników; miał go na oku w razie omdlenia czy próby ściągnięcia ciężkich, chroniących go przed A'tar szat oraz… Ostatniego punktu nie potrafił sprecyzować, jasno określić przez swój niski poziom w takowych sprawach. Normalny człowiek nazwałby to „pragnieniem bliskości zaufanej osoby" czy „chęcią posiadania kogoś, na kim można się wesprzeć". Okolice te napawały go starymi, zatartymi, zdecydowanie niezbyt szczęśliwymi wspomnieniami przytłaczającymi go jak tonowe głazy.

- Daleko jeszcze? – zrzędził dalej Łapa, patrząc tęsknie na Roy'a i Tonks sunących na czele. – Co ten kompas wskazuje? Jaki kierunek? Chociaż… i tak tu wszystkie wyglądają tam samo. – Mimo iż mruczał pod nosem, wypowiedź była idealnie słyszalna dla reszty grupy. W piaszczystej przestrzeni głos niósł się w miarę dobrze, dlatego dźwięk amarat – beduińskiego rogu – przemierzał wiele kilometrów po przepełnionych żarem terenach, zdolny zawiadomić o napaści nawet tych, którzy wybrali się do odległej oazy.

- Hermiona i Albus twierdzą, że zaprowadzi nas do Smoka – odpowiedziała radośnie Nimfadora, z ciekawością i zachłannością obserwująca nowe otoczenie. Niezmiernie ciekawiły ją warunki, w jakich żył jej wilczy przyjaciel, dlatego starała się wszystko dokładnie zapamiętać. Nawet, jeżeli jedyne warte zapamiętania to piach.

- Pokazuje tamto miejsce. – Mustang wskazał pnące się nad horyzontem wypustki będące gruzowiskiem skał.

Raikou zwolnił, oglądając się naokoło bacznym spojrzeniem. Nie mogli pozwolić sobie na rekonesans, lecz nie było to aż tak potrzebne, aby na siłę ryzykować. Znaczny okres swego istnienia spędził tutaj, a kilkuletnia nieobecność wcale nie wpłynęła na jego umiejętności przetrwania w tym miejscu. I wypatrywania.

- To dobrze, unikniemy spotkania ze Srebrnymi Lwami – powiedział, popędzając konia i doganiając tym samym pozostałych.

- Nie chcesz ich zobaczyć? – zapytała różowowłosa, oglądając się przez ramię na najmłodszego uczestnika.

- Nie przywitaliby mnie z radością – odparł krótko, nie wiedząc czemu odwracając głowę w bok i śledząc wątłe, ledwo widoczne cienie pełzające między wydmami.

- Jakim cudem ten kompasik wie, gdzie jest szafir? – zadał kolejne pytanie Syriusz, nie zważając na zwisające lejce i całkiem polegając na zwierzęciu.

- Magia – zachichotała Tonks.

Nad nimi zaskrzeczały sępy, wymachując leniwie wielkimi skrzydłami odcinającymi się brązem na błękitnym, czystym tle. Tańczący obserwował je od początku świadom, że dzieci N'asara przynosiły w większości przypadków złe wieści i informowały o pechu czy nieprzyjemnych zdarzeniach. Nie był przesądny, nie wierzył we wróżby czy inne przypowieści, jednak niejednokrotnie polegał na przeczuciach wynikających z obecności tych wielkich ptaków i nie zawodził się.

Coś złego wkrótce nas dopadnie.

Dalszą drogę spędzili w milczeniu, pochłonięci własnymi rozważaniami, dryfowaniem w swoich myślach. Dopiero niedaleko rumowiska ocknęli się, ze zdumieniem zauważając, że słońce zatoczyło niemal pełny łuk i chyli się ku linii nieboskłonu, zalewając pustynię złotymi oraz szkarłatnymi jęzorami, które wydobywały z kształtów gęste, czarne mroki. Wyglądało to dziwnie niepokojąco, zaś zwiększający się chłód tylko spotęgował niepokój drużyny. Syriusz dziękował teraz solennie za grubą Aba spoczywającą na ramionach i chroniącą przed gryzącym zimnem wieczoru.

- Czekamy do rana? – rzekła Nimfadora, kręcąc się w siodle i nie odrywając wzroku od ścian i kolumn piętrzących się przed nimi.

- Chcę to już mieć za sobą – odparł Hari, jako jedyny przyzwyczajony w pełni do prędko zapadających nocy na anauroh, jak nazywali pustynię Beduini.

Wilk zeskoczył miękko na żwirowe podłoże, nadstawiając uszu ku szumowi dobiegającego zza większego kamienia. Znał ten rodzaj odgłosu – oznaczało obecność tak potrzebnej wody, która ratowała setki przypadkowych zaginionych, zbłąkanych na oślep przedzierających się przez skwarne odludzia. Biada tym, którzy natrafili na rdzennych mieszkańców – mogli się teraz poszczycić tylko strzałami zatopionymi w ciele.

- Woda. – Tańczący przesunął się powoli w lewo, wchodząc na pewniejszy, twardy grunt skał.

Coś mu to przypominało i to nazbyt dobrze. Walka z zespołem Zapalniczki zakończyła się właśnie w podobnej okolicy, gdy próbował porazić ich swoją najsilniejszą techniką wietrznej błyskawicy. Spiął się, mierząc się i walcząc z czymś, co napawało go ostrym ostrzeżeniem, wołało, aby zawrócił i zniknął z tego osobliwego świata.

Kątem oka zobaczył, jak mężczyźni zgodnie zaszli głaz z drugiej strony, a Tonks drepcze mu po piętach. Mozolnie, ostrożnie okrążali odłam, trzymając w pełnej gotowości różdżki czy rękojeści mieczy. Tam, gdzie zbawienna ciecz – jak ich przestrzegał przed początkiem wyprawy – tam zawsze jakieś życie. Niebezpieczeństwo. Wychylili się więc zza nierównej krawędzi, wypatrując nieznajomych czy wrogów. Lub jedno i drugie.

Krzyk. Wysoki, przerażony wrzask uderzył w Hari'ego z pełną mocą, zdzielił go jak najcięższy obuch. Zatoczył się na najbliższą ścianę, spoglądając bez przerwy w to, co tak wstrząsnęło Tonks – bladą, trzęsącą się i cofającą w panice. Dziesiątki rozszarpanych ciał, wnętrzności i nagich czaszek walało się po ziemi. Zebrane w stos i luźno rozrzucone, ponadgryzane, jakby odbywała się tutaj potworna uczta i takie, które trudno było zakwalifikować do miana „człowieka". Szczątki i kości, palce i płuca, serca i mózgi. A wszystko to doprawione litrami krwi płynącej w małych zbiornikach, przelewającej się przez krawędzie, pluskającej pod wpływem dotyku czułego wiatru. Odór dopiero teraz dopadł do ich nozdrzy, jakby tylko czekał, aż wyłonią się zza bezpiecznej strefy i ujrzą masakrę, dokonaną rzeź.

- Merlinie – stęknął Black, przyciskając rękaw do nosa i zapominając momentalnie o broni.

Za nim zamigotała masywna sylwetka, po której skórze błąkały się ostatnie iskry zesłane przez A'tar. Kiedy bogini wreszcie schowała się, ukryła w namiocie kochanka, zalśniły w ciemnościach szkaradne, przepełnione chęcią mordu fioletowe ślepia. Zdeformowany pysk otworzył się, ukazując długie, spiczaste kły przeznaczone do rozrywania ofiar.

- Idioci! Za wami! – ostrzegł animaga i Płomiennego Raikou, rzucając się ku nim tak prędko, jak tylko zdołał.

Roy i Syriusz odwrócili się, ich postacie rozświetlił wybuch gwałtownego ognia wywołany przez pierwszego. Pstryknięcie i następny strumień wirujących płomieni wpił się wygłodniale w tors monstrum przewyższającego ich wzrostem przynajmniej trzykrotnie. Stwór ryknął rozdzierająco, podnosząc krzywą, brzydką łapę zakończoną brudnymi szponami i zamachnął się potężnie.

Tonks pisnęła, uskakując przed grubym, pokrytym ohydnym śluzem ogonem i pośliznęła się na szkarłatnej posoce. Legła jak kłoda w bordowej, cuchnącej kałuży, dysząc i z przerażeniem patrząc na kolejną szkaradną istotę. Dziwna, groteskowa, o nienaturalnych kształtach, której głowa była ptasim łbem o wyłupiastych gałkach ocznych koloru zgniłej zieleni.

A potem poczęły wyłaniać się masowo, wyłaziły spomiędzy trupów, zrzucały z siebie góry ciał i wypełzały z nor. Ich wygląd przyprawiał o mdłości, przywodząc na myśl obiekty doświadczalne szalonego naukowca. Hari czym prędzej podźwignął Nimfadorę, po czym oboje dołączyli do czarnowłosych sprzymierzeńców. Czwórka znajdowała się teraz do siebie plecami, stając naprzeciw temu, na co gotowi nie byli.

- Co to, do cholery, jest? – wydarł się Syriusz, w trzęsącej się ręce dzierżąc różdżkę. – Jeszcze nigdy nie widziałem takich paskud!

Nikt nie odpowiedział, żadne z kompanów nie wypowiedziało chociażby pojedynczego wyrazu. Raikou ściskał kurczowo miecz, kierując srebrzyste, powleczone diamentem ostrze na jednego z bydlaków gotowy do walki w stu procentach. Lecz w szmaragdzie tęczówek błyszczało niezdecydowanie i… strach. Oddech uwiązł w gardle, zatrzymał się w krtani. Tętno serca łomotało w żyłach, dudniło w uszach jak indiańskie bębny.

/„Dlaczego?"… Szyderczy śmiech… „Zabij!"… Lśniące srebro… „Nienawidzę cię!"… Cięcie… „Pozbyć się go!"… Krzyk… Szept… „Przepraszam"…/

- Co robimy? – odezwała się tym razem Tonks, odzyskawszy rezon i bojowe nastawienie aurora.

/ „Witaj w domu, dzieciaku"… Obłąkany rechot…/

Podłoże pod ich stopami zafalowało, zadrżało konwulsyjnie i nim zdołali chociażby spojrzeć na nie, zapadło się pośród wycia potwornych, zniekształconych istot. A potem… potem dla grupy zapanowała nowa ciemność, odmienna od tej królującej na powierzchni. Ciemność podszyta brzęczeniem łańcuchów.


Nereida stanęła, wzięła głęboki wdech i poderwała się do dalszej ucieczki. Czuła się słaba, traciła siły tym bardziej, im dalej była wspaniała woda. Musiała zahaczać często o jeziora czy rzeki, ponieważ to tam była największa ilość przeźroczystej cieczy, tak dla niej istotnej. Przez to zwolniła zdecydowanie, stawała się przewidywalna i wrogowi łatwiej było znaleźć ślady.

Muszę… muszę…

Zatrzymała się ponownie, lecz teraz z innego powodu. Serce załomotało w klatce piersiowej dziko raz, drugi, trzeci… Wyrywało się natarczywie, jak gdyby zapragnęło wyskoczyć na zewnątrz. Nimfa przycisnęła piąstki go mostka, trzęsąc się i nie wiedząc, dlaczego. Wtem wyprostowała się, zdjęta gwałtowną, zalewająca ją jak tsunami grozą.

- Hari…


Khowwam - bed. plemię;

Khreima - bed. dom;