- CO SIĘ DO CHOLERY JASNEJ WŁAŚNIE STAŁO?!

Wrzasnął ile sił w płucach, cofając się o kilka kroków. Plecami uderzył w jakąś twardą ścianę i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie byli w lesie, w którym nie miało prawa być żadnych ścian, a ta ściana nie okazała się być Derekiem cholernym Hale'm, który wyglądał właśnie, jakby ktoś wcisnął mu do gardła całą cytrynę.

Luna… Laura? To… zwierzę, czymkolwiek było, zaskomlało cicho, opuszczając nisko głowę, patrząc na Dereka spode łba. Jego… jej uszy przylegały do wielkiego łba i Stiles przez chwilę myślał, że zemdleje. Ale potem Derek chwycił delikatnie jego ramiona i Stiles czuł jego oddech na swoim karku, i nagle poczuł się bardzo rozbudzony. To był w zasadzie pierwszy raz, kiedy Derek go dotknął, pierwszy raz, kiedy zrobił to celowo. Stiles nawet nie myślał o tym, żeby się odsunąć, jedynie, by zbliżyć się do tego ciepła, tego ciała, do Dereka, ale właśnie te same myśli sprawiły, że zrobił krok w przód, zmuszając tym samym Hale'a do zabrania dłoni.

- Stiles, posłuchaj…

- Dlaczego twoja siostra zmieniła się właśnie w wielkiego, włochatego wilka, który… W MOJEGO WILKA!?

Derek westchnął ciężko, odsuwając się na bok, by stanąć obok Stilinskiego. Stiles wciąż wpatrywał się w Lunę… Laurę. Wciąż wpatrywał się w Laurę i nie rozumiał, jak… To niemożliwe. To przecież niemożliwe, żeby…

- To był pomysł Scotta.

Zaczął mężczyzna, patrząc, jak wilczyca wolno zbliża się do Stilesa, który wciąż ani razu jej nie dotknął. Stiles był pewien, że L…aura nie chce, żeby się jej bał, dlatego jest tak... opanowana, ale on wciąż nie mógł uwierzyć, że jest… że to…

- W zasadzie zrobili to za moimi plecami i… Nie chciałem narażać cię na niebezpieczeństwo, Stiles, a po tym, co się stało tutaj, dokładnie w tym miejscu, te cztery lata temu… Musiałem wyjechać. Musiałem, ale oni wpadli na ten genialny pomysł, żeby cię odnaleźć, żeby sprawdzić, czy z tobą wszystko w porządku, bo to przecież nie fair, Derek, że zostawiliśmy go tam zupełnie samego, bez opieki.

Stiles zmrużył oczy na tę marną imitację głosu Scotta i naprawdę nie wiedział, czy powinien się czuć teraz urażony, zaintrygowany czy jeszcze bardziej wściekły, niż tego ranka.

- Droczysz się ze mną?

- Nie, nie, to nie… Chodzi mi o to, że… Nic by ci się nie stało. Byłeś bezpieczny, dopóki się nie pojawiliśmy i dalej…

- Bezpieczny? Nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz pojęcia, Derek.

Hale spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami, a Luna… nieważne, Laura, trąciła jego dłoń mokrym nosem.

- Ja po prostu…

- Jasne, nie chciałeś mieć na sumieniu głupiego dzieciaka.

Laura prychnęła przez nos, unosząc łapę do pyska, jak gdyby robiła wilczą odmianę facepalmu.

Stiles miał tego dość.

- Idę stąd. Idę i… zostawcie mnie w spokoju. Wszyscy.

Był w połowie robienia obrotu, kiedy dobiegł go słaby głos Dereka.

- Stiles, błagam…

- Nie!

Krzyknął znowu, odwracając się na pięcie w stronę rodzeństwa, i nie potrzebował lustra żeby wiedzieć, że jest od tego cały czerwony na twarzy.

- Nie – wydusił z siebie z mniejszą mocą. – Nawet nie masz pojęcia… Nie obchodzi mnie, kim… czym… Nie obchodzi mnie to. Wtedy też by nie obchodziło. Co z tego? Jesteśmy, kim jesteśmy. Jasne, to wciąż trochę… - machnął ręką, nie za bardzo wiedząc, jak ująć wszystko w słowa – nieprawdopodobne. Ale Derek, nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak… jak mnie skrzywdziłeś.

Dokończył szeptem.

- Byłem głupim dzieciakiem, który nie miał pojęcia o wielkim świecie, zbyt zajętym własnymi… demonami, aż tu nagle pojawiają się ludzie, którzy naprawdę, naprawdę zaleźli mu za skórę. Byli obok mnie, kiedy tego potrzebowałem, stali za mną murem, gdy byłem w najgorszym miejscu w całym swoim życiu, nawet jeśli nie mieli pojęcia, co dokładnie mnie spotkało. Nie wymagali za wiele i w zamian przyjmowali te małe rzeczy, które miałem do zaoferowania i to… to było dobre. Ufałem wam. Byłem dla was gotów zrobić naprawdę wiele, byłbym nawet w stanie wydusić z siebie… A potem zniknęliście. Wszyscy. Jak gdyby te ostatnie sześć miesięcy było niczym. Po prostu kolejnym epizodem w życiu. Może dla was tak było. Ale dla mnie…

- Derek, czekałem na was. Codziennie wypatrywałem w oknie. Codziennie sprawdzałem, czy jesteście w twoim lofcie. Chodziłem do lasu żeby zobaczyć, czy nie natknę się na ciebie. Gdybyś tylko powiedział… cokolwiek. Jedno słowo. Dwa. Zostawił liścik. Gdybyś kazał walczyć mi z czymkolwiek, nawet cholerną Wróżką Chrzestną, zrobiłbym to. A tymczasem potraktowałeś mnie jak śmiecia. Ja wam zaufałem. Wy nie byliście nawet w stanie powiedzieć, dlaczego wyjeżdżacie. Chciałeś mnie chronić? Chciałeś, żebym był bezpieczny? Byłem. Przez te cztery lata nie przytrafiło mi się nic złego, nawet jedna rzecz. Myślisz, że miałeś prawo podjąć decyzję za mnie? Beze mnie? Nie masz prawa mówić o moim bezpieczeństwie. Nie masz prawa, bo nie było cię, kiedy przez sześć lat byłem bity i poniewierany, gwałcony i wyzywany od najgorszych przez własnego ojca. I nagle pojawiłeś się i uznałeś, że możesz zadecydować za mnie? Nie. To tak nie działa.

Derek był blady na twarzy. Był blady i wpatrywał się w Stilesa, jakby był duchem, a Laura nie była dłużej wilkiem. Zakrywała dłonią usta, a po jej twarzy płynęły łzy, ale Stilesa to nie ruszało. Nie teraz.

- Więc nie. Może chciałeś dobrze, może rzeczywiście ci zależało, ale minęły cztery lata. A ja jestem zmęczony czekaniem. Na ciebie, na nich, na kogokolwiek.

Stiles dyszał ciężko, kiedy skończył mówić. Czuł, że jeszcze chwila, a zacznie panikować.

Wiedział, że to pewne, kiedy z jego ust wydostał się najbardziej szalony śmiech, jaki kiedykolwiek w życiu słyszał.

- Wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? Nawet kiedy byłem z Dannym, kiedy Danny pomógł mi z wszystkim, kiedy Danny był obok mnie i wspierał mnie jak nikt inny, myślałem o tobie! O tym, jak by to było, gdybyś był na jego miejscu. O tym, jakby to było mieć znowu prawdziwą rodzinę, jakby to było, gdybym wciąż mógł pomagać Isaacowi z matematyką, wciąż mógł śmiać się ze Scottem z rzeczy, które od dawna mnie nie śmieszyły, wciąż mógł podziwiać to, jak Erica jest wspaniała, wciąż mógł cieszyć się zwykłym pieczeniem ciast z Boydem. Zniszczyłeś mi jedyną szansę na szczęście i… i nawet nie mogę cię przez to nienawidzić.

Przez chwilę w lesie panowała totalna cisza. Nawet ptaki nie trajkotały w koronach drzew, a wiatr nie śmiał poruszać konarami, żeby szumieć razem z liśćmi.

- Po co wróciłeś?

Spytał nagle Stiles, czując, że to jest pytanie, które powinien zadać już na początku.

- Dla ciebie. Chciałem… ciebie. Chciałem wszystko naprawić.

Szepnął Derek, patrząc w bok, i wtedy do Stilesa dotarło, że są sami. Laury nigdzie nie było widać. Może to i lepiej.

- Nie wiedziałeś o Dannym?

- Wiedziałem. Ale chciałem… Chcę chociaż przyjaźni. Czegokolwiek.

- Chociaż?

- Kiedy się poznaliśmy, nie spodziewałem się, że tak to się skończy. Chodzi mi o… Wilki potrafią rozwinąć pewnego rodzaju więź z niektórymi ludźmi, a ta więź… jest bardzo silna. Jedyna na całe życie. Nie wiedziałem… Chcę po prostu, żebyś był szczęśliwy, nawet jeśli to równanie nie zawiera w sobie mnie.

- Czyli gdybym wybrał Danny'ego, ale chciał, żebyś tu został… zostałbyś?

Derek skrzywił się nieznacznie, a kiwnął powoli głową.

- A gdybym wybrał ciebie…

- Starałbym się z całych sił wynagrodzić ci te cztery lata. Wszystko. To wszystko, co ci zrobiłem. Byłbym… To byłby zaszczyt, gdybyś mnie wybrał.

Stiles nie wiedział co go tak rozśmieszyło, ale parsknął cicho śmiechem, próbując schować ten dźwięk w dłoni. Derek wywrócił lekko oczami, ale jego policzki i tak oblały się delikatnym rumieńcem.

- Potrzebuję czasu.

Hale pokiwał głową.

- Przez ten okres… macie być blisko, okej? Wszyscy. Ty również.

Derek spojrzał mu na moment w oczy, ponownie kiwając na tak, a po chwili znowu zerknął w bok.

- I przestań zachowywać się jak nastolatka, przecież cię nie zjem, jeśli będziesz na mnie patrzył dłużej, niż dwie sekundy.

Powiedział rozbawiony, czując się znacznie lepiej, kiedy już to wszystko z siebie wyrzucił.

- W końcu to nie ja mam tutaj zęby niczym wielki, zły wilk.

Hale prychnął, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

- Kły.

- Pokażesz mi?

- Co.

- Pokażesz mi, jak zmieniasz się w wielkiego, pluszowego misiaczka?

- Nie przeginaj.

- Hej, Derek, nie bądź takim kwaśnym wilkiem! Chcę zobaczyć!

Derek błysnął oczami, które były… o cholera, czerwone niczym krew i Stiles musiał przyznać, że to było… całkiem niezłe.

Cóż, teraz przynajmniej miał czas, żeby zobaczyć całą resztę.