Samoistnie zamykające się powieki zasygnalizowały mu, że na dzisiaj zabawy przu kociołku wystarczy. Zerknął na zegar po swojej lewej stronie i zaskoczony uświadomił sobie, że obie wskazówki przesunęły się w dół tarczy. Za oknami zapewne już świtało, ale tego nie mógł potwierdzić ze względu na brak dostępu słonecznego światła do pracowni zaaranżowanej z pomieszczeń piwnicznych. Na dziś wystarczająco się już pobawił. Właściwie, przez ostatnie trzy doby prawie nie opuszczał pomieszczenia, więc z czystym sumieniem mógł sobie wziąć dzień wolnego. Nie uśmiechała mu się powtórka z Eliksirem Euforii i bezoarową interwencją Syriusza. Przez ostatnie dwa lata znacząco przybyło Severusowi rozumu.
Upewniwszy się, że odpowiednio zabezpieczył laboratorium, zamknął wszystko na trzy spusty i ruszył do kuchni, by zaaplikować sobie wymaganą dawkę protein i leczniczej kofeiny. Po omacku pokonał schody i w stanie półsnu dowlekł się do kuchennych drzwi.
Stanął jak wryty.
– Mogą być tosty albo jajecznica. Z bekonem?
Przy kuchennym blacie krzątała się Austen, siejąc zniszczenie między pojemnikami z mąką, cukrem i przyprawami, nawet nie usiłując się zachowywać cicho jak na tak wczesną porę. Odziana jedynie w niedopiętą koszulę Blacka i skarpetki na bosych stopach. Jakby czytała w myślach Severusa, roześmiała się na widok jego bezbrzeżnego zdezorientowania.
– Syriusza nawet przemarsz wojska w tej chwili nie obudzi. I tak zwlecze się pewnie bliżej południa, ale ja jestem raczej rannym ptaszkiem – wyjaśniła oględnie, stając na palcach, by dosięgnąć miskę z górnej półki.
Skraj męskiej koszuli niebezpiecznie podsunął się w górę zaokrąglonych ud. Chłopak z lekkim zażenowaniem rzucił się w kierunku kredensu i sięgnął po naczynie, zanim pośladki i cała reszta wdzięków jasnowłosej dziewczyny, kryjących się tuż poniżej osłoniętych pleców, ujrzały światło dzienne.
– Dzięki – powiedziała bez skrępowania, kryjąc się na chwilę za drzwiami lodówki. – I pechowo nie ma jajek. Zostają tosty. Może być? – dopytała szczebiotliwie, nawet się nie odwracając, zajęta zalewaniem wrzątkiem dwóch kubków. Jeden z nich przysunęła bliżej Severusa. Po niewielkiej kuchni rozszedł się pobudzający zapach kawy.
– Gotujesz… manualnie?
– Pół życia obserwowałam mamę, a i sama nigdy nie robiłam tego używając magii. Inaczej smakuje. Zwłaszcza ręcznej roboty babeczki – doprecyzowała. – Ale nie jestem na tyle masochistyczna, żeby zmywać własnymi rękami – dodała ze śmiechem, lewitując upaprane naczynia w kierunku zlewozmywaka.
Chłopak opadł na krzesło pod oknem i niewiele robiąc sobie z tego, że przyjemnie gorzki wywar parzył mu podniebienie, z lubością wchłonął pierwszy łyk. Pozwolił sobie przymknąć powieki i delektować się swoim małym uzależnieniem.
– Smacznego – usłyszał po dłuższej chwili, wyrwany z półsnu, kiedy przed nim wylądował talerz ze stygnącymi tostami.
Ostrożnie zerknął na polany czekoladą wynalazek i z dużą dozą ostrożności nadgryzł tosta, spodziewając się buntu organizmu w reakcji na nadmiar słodkości. Z zaskoczeniem musiał przyznać, że to było niezłe, rzeczywiście zupełnie odbiegające smakiem od żywności serwowanej przez hogwarckie skrzaty. Austen zgarnęła z blatu cappuccino oraz swoją porcję tostów i sięgnęła po odręczne notatki, zawalające krzesło po drugiej stronie kuchennego stołu, by się przy nim usadowić. Upijając z filiżanki odrobinę napoju, zaczęła wertować papierzyska, absolutnie skupiona. Severus umierał z ciekawości by zapytać, co jest tak zajmującą lekturą przed siódmą rano, ale nie chciał być wścibski.
– Zaklęcia tarczy, na przygotowawczy kurs aurorski. Skrypty pożyczone od Remusa, muszę oddać do jutra – powiedziała lekko, nawet nie odrywając się od notatek. – Później rozpełźnie się tu Jego Syriuszowatość i nici ze skupienia uwagi. A właśnie, mógłbyś go wykopać na Pokątną? Albo gdziekolwiek?
Prawda, że Black się silnie rozleniwił, zawalając terminy i mocno ociągając się z dopełnieniem formalności w związku z rozkręceniem biznesowej działalności. Prawdziwym problemem było jednak to, że od tygodni epatował dokoła absolutną beztroską i to już zaczynało być wkurzające. Snape nie widział jednak powodu, dla którego to on miał się zająć tą delikatną sprawą, co też zwerbalizował.
– A czemu ja mam mu organizować czas?
– Mnie zacznie smęcić, a ty możesz użyć mocniejszych argumentów i tobie nie ma szansy się zrewanżować jakąś klątwą – trzeźwo uściśliła dziewczyna i nie można się było z nią nie zgodzić. – On… zaczyna mi działać na nerwy i obawiam się, że dla psychicznego komfortu potrzebuję się go na trochę… pozbyć – przyznała, lekko skrępowana. – Muszę się pouczyć, a Syriusz... Sam wiesz.
Severus nie mógł się powstrzymać przed złośliwym uśmiechem. Doskonale znał zagadnienie z autopsji. Już miał to skomentować, kiedy usłyszał w salonie odgłosy, świadczące o uszkodzeniu jakiegoś mebla. Jęk, który rozszedł się w okolicach kominka chwilę po dźwięku upadających głucho na dywan przedmiotów, oznajmił obecność intruza. Oboje poderwali się od stołu, sięgając po różdżki i wypadli do korytarza, a stamtąd do salonu, gdzie zastali Lupina, zbierającego z podłogi szuflady komody, chwilę temu zastawiającej front kominkowego paleniska.
– Remus, nie strasz tak ludzi. Obiecałam, że oddam ci te notatki do wieczora – wymamrotała Austen, opuszczając różdżkę, wciąż lekko rozdygotana. – I przepraszam za szafkę, Syriusz miał ją wczoraj zamienić miejscami z fotelem w kącie, ale jak widzisz… – usprawiedliwiła się przepraszająco.
– To ja przepraszam, że tak bladym świtem, ale coś się wydarzyło – stwierdził wilkołak, oczyszczając odzienie z sadzy. Severus momentalnie spiął się, znając już to zaniepokojone spojrzenie. – Łapa zapewne jeszcze nie na nogach, ale może…
– Tak drzecie japy, że inferiusa by obudziło – gderliwie padło od strony korytarza. – O, psiamać. Zapomniałem o tej komodzie. Dzisiaj to zrobię, słowo – zarzekł się Black, w porannym półnegliżu, dołączając do trzyosobowego towarzystwa. – Co jest, Lunatyku?
Przez chwilę zaspany walczył jeszcze uparcie z rękawami koszuli, ale że te odmawiały współpracy, w końcu cisnął ciuch na fotel i bez górnej części garderoby przysiadł się obok swojej dziewczyny.
– Lupin? – nie wytrzymał Severus.
– Wczoraj w nocy zginęli Calisia Brown i Andy Campbell.
– O Merlinie… – wyrwało się Austen. W szoku przysłoniła oczy dłonią, nie ukryła jednak łez, spływających po policzkach. Przysunęła się bliżej siedzącego obok chłopaka, a ten objął ją troskliwie. Sam też wydawał się głęboko poruszony.
Dla Snape'a były to po prostu nazwiska, którym co najwyżej potrafiłby dopasować twarze. Trójka Gryfonów straciła znajomych, może nawet przyjaciół, z którymi dzielili codzienność przez ostatnie siedem lat. Z tego, co się orientował, Brown sypiała w dormitorium razem z Lily i Vitalią.
– Jest coś jeszcze, prawda? – grobową ciszę przerwał Syriusz.
– Od wiosny było już kilka podobnych ataków. Potwierdziliśmy śmierć dwójki byłych Puchonów i Krukonów, inna para zapadła się pod ziemię, więc nie wiemy, czy udało im się uciec. Ukryliśmy też po nalocie na ich dom Nate'a Brenta i Amy Prewett.
– Skąd to wiesz? Rozmawiałeś z… – zaczął Black, ale urwał, widząc przeczący ruch głowy Lupina.
– Nie widziałem się jeszcze z Jamesem i Lily, najpierw wpadłem do was. – Gość intensywnie wpatrywał się w szare oczy, jakby chciał przesłać pozawerbalny przekaz. Najwyraźniej został zrozumiany, bo Syriusz nie kontynuował.
– Muszę puścić sowę do Lily – padło nagle szeptem z ust Austen, jakby ocknęła się ze snu. – Przepraszam was, wrócę za chwilę…
Natychmiast, gdy dziewczyna zniknęła za drzwiami swojego pokoju, atmosfera w salonie namacalnie się zmieniła.
– James i Lily już wiedzą, chociaż z nimi nie rozmawiałeś. – Syriusz przyparł Lupina do muru. –Wiedzieliście, że coś się kroi jeszcze w szkole, wyczułem. I to nie są rutynowe ataki śmierciożerców, żadna z ofiar nie była aurorem ani nie pracowała dla Ministerstwa…
– To były pary czarodziejów czystej krwi i mugolaków – włączył się Severus, wchodząc przyjacielowi w słowo.
Lupin jedynie potakująco skinął głową.
– Ale skąd śmierciożercy wiedzieli? – nie dawał za wygraną Black. – Nawet ja nie wiedziałem, że Andy i Calisia się spotykali, a praktycznie z nimi mieszkałem przez siedem lat.
– Oni nie byli po prostu parą. Calisia bała się reakcji rodziny i czekali ze ślubem na skończenie szkoły. Oni byli małżeństwem.
– Nadal nie rozumiem, skąd…
– Syriusz, każdy małżeński kontrakt przechodzi przez Ministerstwo. To nierozerwalne magiczne pakty i muszą być odnotowane, by nikt nie próbował ingerować w kontrakt, na przykład zmuszając swoje latorośle do zawarcia kolejnego i wywołania następstw zerwania magicznej przysięgi. Lord Voldemort ma ludzi w Ministerstwie.
Po słowach Severusa znów zapadła cisza.
– Lunatyku, skąd o tym wiesz, skoro nawet Prorok nie wspominał? Wy potwierdziliście, wy ukryliście… Kim wy jesteście?
Lupin zerknął na niedawnego Ślizgona wyraźnie zakłopotany. Aha.
– Dobra, idę sobie coś uwarzyć.
– Czekaj, Snape. Zostań – powstrzymał go wilkołak i zabrał się niezgrabnie do wprowadzania obydwu niedoinformowanych w szczegóły, skupiając wzrok na Syriuszu. – Na wiosnę, po tym z Regulusem w Hogsmeade, kiedy prawie straciłeś magię, poszliśmy z Rogaczem do Dumbledore'a. Byliśmy zdrowo przestraszeni, ale jeszcze bardziej zdeterminowani. Chcieliśmy odwetu, chociaż było jasne, że nie da się tego zrobić normalnymi kanałami. Tak naprawdę nie chodziło tylko o zemstę, ale też jakieś środki bezpieczeństwa na przyszłość, możliwość zrobienia czegokolwiek. Dumbledore oczywiście próbował nas zbyć, a James zarzekł się, że nie będzie zwyczajnie stał z boku. Kiedy do dyrektora dotarło, że i tak zaczniemy się zbroić na własną rękę, a podobne pomysły miało pół Gryffindoru, wprowadził nas do Zakonu Feniksa.
– Czym jest Zakon Feniksa?
– Powiedzmy, że Voldemort ma śmierciożerców, a Dumbledore ma Zakon. Jesteśmy efektywniejsi niż Ministerstwo, bo mamy własne kanały i członków chronią naprawdę potężne zaklęcia, zapobiegające inwigilacji.
– Brown i Campbell byli w tym… Zakonie? No to rzeczywiście, pogratulować efektywności – sarkastycznie skomentował Severus.
Inaczej nie dało się podsumować tego idiotyzmu. Banda dzieciaków, porywająca się z kijem na bazyliszka. I Dumbledore, geniusz strategii. Ta gówniarzeria, ledwo po szkole, robiła zwyczajnie za mięso armatnie. Severusa w najmniejszym stopniu nie dziwiło, że w tym wszystkim siedział Potter.
– Remus, jak wy mogliście coś takiego przede mną ukrywać? – Syriusz nie potrafił zamaskować gniewu.
– Nie zachowuj się jak dziecko, Łapo. Zaklęcia poufności, przysięga na magię… To naprawdę nie jest zabawa. I tak nie mogę ci powiedzieć więcej. Musiałem was doinformować, żebyście załapali odpowiednią perspektywę. Myślę, że kurs aurorski Vitalii nie jest teraz najlepszym pomysłem. Zalecałbym się nie wychylać. Powinniście też rozważyć wzmocnienie osłon wokół mieszkania.
– Już jest obłożone barierą aportacyjną i czarem alarmującym. Dziękować Gryffindorowi, że Sev jest paranoikiem.
– Jak widać musimy też ograniczyć otwarty dostęp kominka do sieci Fiuu – stwierdził Severus i odwrócił się do gościa. – Lupin, nadal umyka mi, dlaczego ja tego słucham. Kiedy ostatnio sprawdzałem, nie byłem mugolakiem i nie miałem takowego w sypialni.
Wilkołak wreszcie spojrzał bezpośrednio w czarne oczy, z wyczuwalnym wahaniem.
– Potrzebujemy twoich umiejętności.
No tak. W końcu przez całe dwa miesiące nie wpakował się w żaden syf. Naprawdę powinien był sobie znaleźć własne mieszkanie.
Syriusz w uwagą obserwował mierzących się wzrokiem Seva i Remusa. Widział, jak w na twarzy tego pierwszego, chociaż obleczonej w maskę obojętności, odbija się wiele emocji. Czekał w nie mniejszym napięciu niż Lunatyk.
– Lupin, Zakon chce mnie zwerbować?
Black zerknął na Lupina, a z jego oczu wyczytał… zażenowanie.
– Snape, niezupełnie chodziło mi o to – powiedział Remus, cokolwiek skrępowany. – Nie jestem upoważniony do proponowania ci włączenia w struktury Zakonu Feniksa. Potrzebujemy zaufanego mistrza eliksirów, nic więcej. Nasz poprzedni… zwolnił etat.
Nie były potrzebne długie rozważania, by Syriusz umiejscowił powód zażenowania wysłannika Zakonu. Dumbledore i reszta Jasnej ekipy nie chcieli u siebie Ślizgona. Nawet nie wzięli tego pod uwagę, by włączyć go na normalnych zasadach. Tak jakby tylko śmierciożercy byli rasistami.
– Slughorn dał nogę. Oczywiście – wrednie podsumował Sev z błyskiem zrozumienia w onyksowych oczach. Dobrą chwilę trzymał emisariusza Zakonu w niepewności, zanim oznajmił – Niech będzie.
– Słuchaj, to nie tak, że…
– Nie jestem zainteresowany działalnością zbrojną. Mogę wam dostarczać eliksiry, ale chcę się trzymać z daleka od tego syfu. Zgaduję, że masz przy sobie listę zaopatrzenia?
Remus bez słowa wyciągnął pergamin i podał świeżo zwerbowanemu mistrzowi eliksirów. Ten zerknął na odręczną notatkę i prześledził ją wzrokiem.
– Część mam na stanie, reszta może być w ciągu tygodnia.
Nie zaszczycając nawet spojrzeniem ex-Gryfonów, odwrócił się i zniknął na schodach do podziemnej pracowni.
– Czy moja kandydatura także nie podejdzie pod gusta kierownictwa? – nie wytrzymał Syriusz, naskakując na przyjaciela.
– Łapo, ja nie mam nic do gadania, odwalam niewdzięczną robotę kuriera – odciął się tamten zmęczonym głosem. – Jesteś pewien? To raczej nie jest rodzaj zajęcia po godzinach.
– Jeszcze się pytasz?! Uważasz, że ta wojna jest bardziej wasza niż moja? – Teraz Black był już prawdziwie wkurzony.
– Z tobą jest inaczej. Bardziej… personalnie. Powiedzmy, że jesteś jako zdrajca krwi na priorytetowej liście śmierciożerców, zwłaszcza odkąd zacząłeś się publicznie prowadzać z Vitalią.
– I utrzymywanie mnie w niewiedzy to rozwiązanie na tego formatu problemy?
– Nie – poważnie przyznał Remus. – Jednak z twoją brawurą i syriuszowym zacięciem… Już raz było blisko.
– I się z tego wywinąłem. Lunatyku, chcę w to wejść. Nie żeby odwalać bohatera, ale móc się bronić i być na bieżąco. Chcę, aby ta posrana wojna jak najszybciej się skończyła, żebym mógł zająć się beztroskim życiem.
– Na ekspresowe efekty się nie nastawiaj. To nie wygląda różowo.
– Co ty nie powiesz.
– Wpadnijcie z Vitalią wieczorem do Jamesa. Będzie kameralne spotkanie, raczej towarzyskie. Obecność obowiązkowa, stroje galowe – zaznaczył z konspiratorskim uśmiechem. – Jeśli chodzi o Zakon, to jutro mamy zebranie sztabu antykryzysowego Pod Świńskim Łbem, zresztą o tym pogadamy wieczorem. Teraz muszę spadać, pożegnaj panią domu. Jeśli Snape będzie w stanie skombinować mikstury od ręki, podrzuć dziś ze sobą.
Opisywał dokładnie fiolki, pieczołowicie odstawiane na blat, ale część jego świadomości była zupełnie gdzie indziej. Gdzieś w okolicach opuszczonej klasy na trzecim piętrze, gdy stała tam jeszcze szafa.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio był tak wkurwiony.
Sprawa nie sprowadzała się do tego, że strasznie spieszyło mu się pod śmierciożercze różdżki razem z resztą tej, pożal się Boże, pogryfońskiej zbieraniny. Nie był aż tak pozbawiony rozumu. Te dzieciaki, których życie kilka miesięcy temu kręciło się wokół quidditcha, szkolnych romansów i wykręcania numerów Filchowi, zdecydowały pójść na wojnę, nawet nie zdając sobie sprawy z potencjału wroga.
Severus nie potrafił tego zrozumieć, bo sam był ulepiony z innej gliny. Ufał instynktowi samozachowawczemu. A tego, jak i zdrowego rozsądku, gryfońska menażeria widać wyzbyła się na swoje nieszczęście, otumaniona górnolotnymi gadkami Dumbledore'a. Chłopakiem targała wściekłość i czuł się bezsilny w ten frustrujący sposób, bo zdawał sobie sprawę, że Syriusz od razu poleci za swoimi zidiociałymi przyjaciółmi, żeby dać się zabić. Gorzej. Potter wciągnie w to – o ile już tego nie zrobił – również Lily. Ci wszyscy idioci pozabijają się na własne życzenie.
A on sam miał sobie stać z boku, bo tak zdecydowała wola wszechwiedzących przywódców tej skazanej na klęskę rebelii. Nie takimi środkami i nie w taki sposób można było podjąć walkę z Lordem Voldemortem.
Szkoda, że w swojej opinii był osamotniony.
Syriusz usłyszał stuknięcie zamykanych za Lunatykiem drzwi i odgłos kroków na wejściowych schodach, a chwilę później charakterystyczny trzask deportacji. Odwrócił się od progu, by niemal wpaść na opartą o ścianę Vitalię.
– Słyszałam, co mówił Remus, a przynajmniej większość. A więc…?
– Idę jutro Pod Świński Łeb – oświadczył, szukając oznak wkurzenia w miodowych oczach.
– Nie podoba mi się w tym liczba pojedyncza – powiedziała tylko wyzywająco.
O nie, nie było mowy, żeby na coś takiego poszedł.
– Vitalia, chyba na głowę upadłaś, jeśli myślisz, że pozwolę ci się w to wpakować.
– Tobie rozum odjęło, skoro postało ci w tym pustym łbie, że wyzbyłam się prawa do decydowania o samej sobie. Nie pali mi się na front, ale może… Gdzie nam będzie bezpieczniej niż między tabunem aurorów? – zaryzykowała.
– Calisia i Andy zapewne teraz by się z tobą nie zgodzili.
– I to ma mnie przekonać, żebym ci pomachała na drogę? Jesteś do dupy marketingowcem! – Pchnęła go na ścianę, prawdziwie wkurzona. Jeszcze jej takiej emocjonalnie niestabilnej nie widział. Słuchał, jak wyrzucała z siebie słowa z ogniem w oczach. – Obiecałeś być mi ochroną, więc nie ruszysz się ode mnie na dziesięć metrów albo zabieraj swoją cholerną tarczę, a ja pakuję moje rzeczy, bo nie będę czekała jak głupia, aż mi cię wyślą w sosnowej skrzynce.
Stał jak skamieniały, śledząc słone krople, sunące po jej policzkach i skapujące niżej, by jeszcze bardziej zmoczyć rozchełstaną koszulę.
– Ubi tu, Caius… – powiedziała, wybuchając histerycznym śmiechem przez łzy.
Otworzył szerzej oczy i przyciągnął ją do siebie, pozwalając jej zrosić gołą skórę na jego ramieniu.
– Vitalia, czy ty…? – wyszeptał, nie do końca wiedząc, jak jej wybuch odczytać.
– No chyba naprawdę ci odbiło, jeśli myślisz, że teraz mi się zebrało na zaręczyny. Jeszcze mi życie miłe. Wystarczy, że na ciebie polują za cipę, a na mnie za szlamowatą krew. Nie muszą nas jeszcze ścigać za węzeł małżeński. Nie mam ambicji przeskoczyć na liście do odstrzału Dumbledore'a i Ministra Magii – podsumowała kwaśno i oboje niewesoło się zaśmiali.
Objął ją mocniej i dał obojgu dłuższą chwilę na uspokojenie. Pozwolił, by dotarło do niego, że nie siedział w tym sam.
– Na razie chyba się wstrzymamy z własnym wkładem militarnym. Ciekawe, czy Zakon potrzebuje kogoś do pracy biurowej? – zażartował. – A twój kurs aurorski…?
– Przeżyję bez rypania na pamięć pięciu tomów zasad użycia różdżki w ramach czynności służbowych. Popracuję za to nad zaklęciami ochronnymi. Uważam, że paranoiczne podejście Snape'a w aktualnej sytuacji jest całkiem zdrowe. Może przejdziemy na kofeinową dietę?
– O cholera, nie pogardziłbym teraz kawą, ale zostanę przy czymś treściwszym. Mamy bekon? Marzy mi się jajecznica.
– Nie ma jajek. Ale zostały tosty, całkiem zjadliwe. Z czekoladą?
– Kocham cię, Vitalia.
Nawet nie wiedział, która część jego mózgu pozwoliła wargom przemówić, takie nagle stało się to naturalne, jakby wcześniejsza blokada nigdy nie istniała. Dziewczyna spojrzała na niego, a miód w jej oczach odbił chwilowe zaskoczenie, które przeszło w radosny błysk.
– No ja myślę, księżycowy chłopcze. W końcu pilnuję, żebyś nie padł z głodu – skwitowała, odrywając się od jego ciała, by pociągnąć go za sobą do kuchni. Niespodziewanie odwróciła się z figlarnym uśmiechem. – I jestem całkiem niezła w łóżku.
Tego rodzaju sugestie silnie motywowały, by utrzymać się przy życiu.
– Nie szafuj tak entuzjastycznie firmową własnością.
Severus odwrócił się do drzwi z buteleczką w dłoni i w progu zobaczył Syriusza, beztrosko pogryzającego tosta. Nie wszedł do środka, oczekując na zezwolenie przekroczenia Strefy Niczego Nie Dotykaj. Ślizgon skinął mu głową. Widać dzisiaj jakoś stracił chęci do kłótni.
– Jak będą chcieli więcej, to i tak przyjdą – dodał Black, przeglądając zawartość zapotrzebowania dla Zakonu Feniksa.
– Oni? – dopytał Snape zaintrygowany. – Nie my?
– Może i my, ale nie w militarnym aspekcie. Chcę brać w tym udział, ale życie mi jeszcze nie zbrzydło. Zapewne mają jakieś cywilne etaty. Przynajmniej dopóki nie przyswoję zasad gry.
– Wydaje mi się, czy znalazłeś wreszcie resztki rozumu?
– No weź, gdzieżby – obruszył się Syriusz, ze sztucznym oburzeniem cofając się krok do tyłu. – Miłość mojego życia ma go dostatecznie dużo za nas dwoje, a do tego bardzo ślizgońskie podejście do kwestii przetrwania.
Szkoda tylko, że miłość mojego życia ma bardziej gryfońskie podejście, przemknęło przez myśl Severusowi. A w takiej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak postarać się, by jego ślizgoński instynkt samozachowawczy wystarczył dla dwojga.
Ich lekkie spóźnienie było spowodowane półgodzinnym wahaniem Vitalii między czerwonymi szpilkami a lakierowanymi czółenkami. A następnie wrócili jeszcze, by zamienić wydekoltowaną małą czarną Vitalii na coś mniej obscenicznego, jak zdecydowała dziewczyna, kiedy grupka meneli zagwizdała na jej widok pod pobliskim monopolowym. Syriusz nie myślał jej poganiać, bo akurat ich para słynęła z tego, że punktualnością nie grzeszyła. Zrobiło mu się głupio dopiero, gdy zebrali ochrzan od zirytowanego Remusa, który zdjął potrójne zaklęcia ochronne i otworzył im drzwi, witając zgryźliwie w imieniu gospodarza w jego domu na przedmieściach Londynu.
Szczerze mówiąc, Black był nieco zaskoczony organizowaniem prywatki kilka godzin po rozprzestrzenieniu się tragicznych informacji o Brown i Campbellu, bo – nawet biorąc poprawkę na wojenne okoliczności i codzienny napływ podobnych wiadomości – nikomu raczej nie zbierało się na beztroskie świętowanie. Kiedy Lupin zaprosił jego i Vitalię do środka, nie napotkali innych znajomych, których mogli się tu spodziewać.
– Cholera, Łapo. W tym roku dostajesz na Gwiazdkę zegarek, który kopnie cię w dupę, jeśli postanowisz zignorować umówione spotkanie – zrzędził James, odpicowany jak na czystokrwiste salony. – Możemy już? Czy nadal masz zamiar urządzać obsuwę w najważniejszym dniu mojego życia?
Syriusz miał niejaki problem, by wychwycić sens słów przyjaciela, dopóki do pokoju gościnnego nie weszła Evans. Cała w bieli.
– O szlag – wyrwało mu się. – Rogaczu… Mogłeś mi powiedzieć. Porządnie bym się ogolił.
– I zamiast o pół godziny, spóźniłbyś się o dwie? – skomentował James z delikatną ironią, ale już bez irytacji. – Dobra, panowie drużbowie w komplecie, druhna obecna, lecimy z tym, bo mi noc poślubna ucieka.
– Cierpliwości, panie młody. Czekamy jeszcze na Artura, żeby wszystko było po ministerialnemu.
To nieco zdziwiło Syriusza, ale zanim zdążył dopytać Lunatyka, coś porządnie trzasnęło za drzwiami wejściowymi. Całą ekipą rzucili się do okna, by obserwować, jak jakiś rudzielec, lekko skołowany, wydostaje się z zaparkowanego na pobliskim dębie samochodu. Lupin, najszybciej zaspokoiwszy potrzebę sensacji, ruszył na pomoc niedzielnemu kierowcy, rzucił na wrak zaklęcie kameleona i wprowadził gościa do przedpokoju, przywracając znów szczelnie ochronne zasłony wokół domu.
– Eee, przepraszam za zdewastowanie ogrodu. Jakby co, nie mówcie Molly. Poprzysięgła, że mnie zabije za powtórkę po ostatniej kraksie na naszym trawniku. Nadal do końca nie rozgryzłem mechanizmu. Mugolska technika jest naprawdę skomplikowana, ale jeszcze bardziej fascynująca – tłumaczył się przybyły, wyraźnie zakłopotany drapiąc się po głowie. – Dobry wieczór wszystkim. Kupę lat, Vitalia – pozdrowił jasnowłosą, która uśmiechnęła się serdecznie. Natychmiast zwrócił uwagę na nieznanego sobie jednego z drużbów. – Artur Weasley – przedstawił się, podając na powitanie dłoń.
– Syriusz Black. Taa, z tych Blacków – wyjaśnił, widząc uniesioną w zdziwieniu brew. – To samo nazwisko, inne sympatie polityczne – uściślił na wszelki wypadek. – Zaraz, Artur Weasley… Przypadkiem nie jesteś spokrewniony z ciotką Cedrellą? Chyba miała szczęście wyjść za Weasleya i odciąć się od reszty popieprzonej rodzinki.
– Tak, Artur jest też moim niedalekim krewnym przez jego ojca i moją babkę. Jako dziewczynka spędziłam kiedyś z nim i Biliusem oraz jakimś tuzinem innych Wesleyów, Blishwicków i Prewettów ferie świąteczne w Norze. Pierwszy raz wtedy naprawdę poczułam, że mam prawdziwą, magiczną rodzinę. I dostałam pierwszy szlaban w życiu za współudział w samowolnym przemeblowaniu połowy domu – zaśmiała się Vitalia.
– Zapraszam do nas w odwiedziny, Molly będzie przeszczęśliwa. Od narodzin bliźniaków widuje z dalszych krewnych tylko ciotkę Muriel, więc sama rozumiesz…
– Nie, żeby coś, ale ludziom tu obrączki wypalają dziurę w kieszeni – wciął się zniecierpliwiony James, a jego wybranka tylko potaknęła bezgłośnie.
– Dobra, udzielaj tego ślubu, bo Rogacza libido szaleje – wrednie skomentował Syriusz, zwracając się do Artura.
Ten uniósł kąciki ust w trochę niepewnym uśmiechu i treściwie wyjaśnił:
– Przysięga małżeńska to ze swojej natury magicznie wiążący pakt, zawierany między małżonkami i jest ważna nawet bez obecności przedstawiciela władzy. Urzędnik Ministerstwa jako świadek jest konieczny dla wywołania skutków prawnych, jak wzajemne dziedziczenie, automatyczne uznanie ojcostwa przyszłych dzieci, takie tam. James i Lily zdecydowali nie angażować w to za bardzo nikogo z zewnątrz, stąd zgarnęli mnie z marszu.
– Czyli jesteś szychą i robisz w Głównym Archiwum albo coś?
– Yyy, parzę kawę w Departamencie Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, ale liczy się tylko mój podpis z pieczęcią Ministerstwa. Zresztą, wydaje mi się, że Jamesowi i Lily raczej nie zależy na szczególnej oprawie i splendorze – skomentował, obserwując młodą parę, podająca sobie dłonie na środku gościnnego salonu.
Fakt. Ceremonia była bardzo… okrojona z ceremoniału. Żadnych białych gołębi, obrzydliwie wielkiego tortu weselnego, czego akurat Syriusz nie mógł odżałować, ani też innych ślubno-weselnych naleciałości.
– … i przysięgam związać moje życie z twoim, do ostatniego oddechu, na moją magię.
Kiedy James wyszeptał słowa swojej przysięgi, wsuwając na palec żony rodową obrączkę, dookoła zawirowała magia, związując małżonków wieczystą przysięgą. Wszystko jakby się na chwilę zatrzymało i Syriusz nie miał odwagi oddychać, by nie ingerować w coś tak czystego i niezwykłego. A chwilę później, gdy magiczne oddziaływanie ustało, na twarzach obecnych pojawiły się najszczersze uśmiechy.
– Moje gratulacje, masochisto. Na własne życzenie trafiłeś po kres życia pod pantofel Evans. Znaczy… Lily – podsumował z charakterystycznym dla siebie wdziękiem Black, ale miał wrażenie, że przyjaciel i tak go nie słuchał, zapatrzony mglistym wzrokiem w szmaragd tęczówek, przebijający spod luźnych pasm rudych splotów.
Syriusz obserwował więc, jak urzeczony, blask w oczach świeżo poślubionej pary i coś, jakby zazdrość, na chwilę wkradło się do jego duszy.
– Nie potrzebuję twojej wieczystej przysięgi – szepnęła mu do ucha Vitalia, wślizgując się pod jego ramię. – Nie potrzebuję świadków i papierów. Czuję całą sobą twoją magię i znam twoją duszę, gwiezdny chłopcze. I tak jesteś mój.
Wiedział, że nie musi odpowiadać, bo znał ją nie mniej niż ona – jego. To, że nie byli jak James i Lily, nie świadczyło o słabości ich więzi. Po prostu on i Vitalia mieli więcej rozumu.
*„Ubi tu, Caius, ibi ego, Caia" (dosł. „gdzie ty Gajuszem, tam i ja Gają/gdzie ty, Gajuszu, tam i ja, Gaja") – formuła wypowiadana w starożytnym Rzymie przez kobietę w czasie zaślubin.
