We were and we are the Dark Lord's „most loyal" servants...

Tego dnia padał deszcz, a gdzieś w oddali słychać było nadchodzącą burzę. Victoria co chwila zawieszała wzrok na parę minut na kroplach deszczu spływających po szybie. W różne miejsca wędrowały wtedy jej myśli... Przypominała sobie Aleksandra nad sobą, Severusa, rodzinny dom, w którym nie była już tak długo, Dumbledore'a, którego musiała zabić i w którego gabinecie siedziała teraz i wraz z Tomem analizowała wszelkie mapy Hogwartu, plany, strategie. Tom podniósł wzrok z pergaminów na nią. Znów wpatrywała się pustym spojrzeniem w okno.

– Co z tobą? Skup się, miałaś mi pomagać.

– Wybacz – odparła natychmiast, powracając do rzeczywistości.

Miała na sobie purpurową, piękną szatę. Jej proste, długie, ciemne włosy opadły jej na twarz, gdy zaczęła odczytywać swoje własne zapiski na mapach. On miał natomiast na sobie czarną koszulę, włożoną do jasnych spodni. Podpierał podbródek na dłoni, patrząc na plany. Siedzieli w fotelach. Robiło się coraz ciemniej.

Nagle ciszę przerwało pukanie. Ku ich zdziwieniu, nie do drzwi, a okna. Victoria podniosła się i podeszła do niego, po czym otworzyła je. Do środka wleciała przemoczona sowa, a do nóżki przywiązany miała liścik. Podleciała do Toma, upuściła mu pergamin na kolanach, po czym przysiadła w miejscu, w którym niegdyś zwyczaj miał przesiadywać Fawkes, feniks Dumbledore'a, który odszedł razem ze swoim właścicielem. Victoria, gdy sowa przelatywała obok niej, poczuła mocny zapach kobiecych perfum, jak gdyby list był nimi wypsikany. Spojrzała więc pytająco na Toma, który zdawał się być nieprzejętym całą sytuacją.

– Nie otworzysz? – zapytała, po czym wróciła na fotel, krzyżując ręce na piersiach.

– A muszę? To mój list. Mogę zrobić z nim co mi się żywnie podoba.

Victoria zmarszczyła lekko brwi, patrząc na niego.

– Masz przede mną tajemnice? – zapytała.

– A czego się spodziewałaś? Rozpal w kominku – rzucił niedbale, po czym oparł się wygodnie o oparcie fotela i zaczął rozwijać list.

Vicky patrzyła na niego z niedowierzaniem. Gdy poczuła, że zbierają jej się łzy pod powiekami, podeszła szybko do kominka i zaczęła w nim rozpalać. Po raz kolejny w ciągu paru dni została upokorzona do granic możliwości. Najpierw przez gwałt, teraz przez – prawdopodobnie – zdrady męża. Zdawała sobie sprawę, że sama nie była w porządku, biorąc pod uwagę jej relację z Severusem, ale przecież starała się to ukryć najbardziej jak mogła, byleby Tom się nie dowiedział, nie tylko ze strachu, a także dlatego, aby go nie ranić, bo – jak jej się wydawało – kochał ją. A jednak teraz, czytając wykropiony damskimi perfumami list, uśmiechał się do siebie.

– Możemy o tym porozmawiać? – zapytała po dłuższej chwili ciszy, gdy Tom skończył czytać i wsunął list do kieszeni spodni.

Tom spojrzał na nią jakby z litością, uśmiechając się. Przywołał różdżką dwie szklanki oraz whisky. Pergaminy ze stołu przeniósł na biurko, stawiając na ich miejsce alkohol.

– Usiądź – rzekł do niej, a gdy już to zrobiła, podał jej szklankę z whisky.

Victoria miała tak przepełnioną bólem i niepewnością twarz, że Tom na chwilę spuścił wzrok, wahając się.

– Nasze rozstania, w czasie gdy bywałem zagranicą czy nawet w kraju, bywały długie. Aby zbytnio za tobą nie tęsknić, wykorzystywałem kobiety, które były pod ręką. Nie mogłem pozwolić, aby myśli o tobie przeszkadzały mi w misjach, jakie miałem do wykonania, najczęściej dotyczące zdobyciu nowych sojuszników do wojny.

Nie mogła w to uwierzyć. Tak bardzo wbiła sobie do głowy, że Tom nie wyobraża sobie bez niej życia, iż wiadomość o tym, że w jego łożu bywały inne, była dla niej wręcz szokiem.

– A więc w zapomnieniu o mnie wystarczały ci jakieś zwykłe dziwki? – zapytała i nie dała rady powstrzymać szlochu. Dlaczego aż tak ją to zabolało? Przecież jakiś czas temu mówiła Severusowi, że liczy na śmierć Czarnego Pana, aby móc być z nim, Snape'em, i zacząć wieść inne życie.

– Och, to nie były dziwki. Raczej wysokiej rangi czarownice. Dziwek nie chciałbym w swoim łóżku – odparł i uśmiechnął się lekko.

– Widzę jednak, że nie wszystkie były na jedną noc... Ten list! – Pokręciła głową z rozpaczą.

– Ach, tak... Letycja wyjątkowo się we mnie zadurzyła. Ale spójrz...

Wstał, podszedł do kominka i wrzucił do ognia liścik. Potem uśmiechnął się do Victorii, jak gdyby cała sprawa nie miała nigdy miejsca.

– To ty jesteś moją żoną, najdroższa.

– Ale dlaczego właściwie nią jestem? – zapytała odważnym tonem, powstając z fotela i podchodząc nieco bliżej niego.

Tom wywrócił oczami.

– Przecież wiesz. Po pierwsze dzięki tobie nie zginę tak łatwo, a po drugie chcę cię w moim życiu.

– Czyżby? Jakoś nigdy nie słyszałam o magii, która łączy ludzi w taki sposób, w jaki rzekomo nas połączono podczas ślubu.

Wiedziała, że wyciąganie tego na wierzch mogło być zgubne. To dzięki Dumbledore'owi i Snape'owi wiedziała, że taka magia nie istniała. Czarny Pan nie poślubił jej więc wcale po to, aby zapewnić sobie większą trwałość życia. Victoria sądziła więc, że z miłości. Ale teraz okazuje się, że chyba wcale nie było w nim tej miłości do niej, a przynajmniej nie tyle, ile jej się wydawało...

– Zdaje mi się, że nie muszę się przed tobą tłumaczyć – odparł Tom rozdrażnionym tonem.

– Ach, wcale nie musisz podawać mi powodu, dla którego się ze mną ożeniłeś! Tak, po co?! Jaki byłby tego sens?! – rzucała z ironią.

Mężczyzna spojrzał na nią z niechęcią.

– Dobrze, nie było więc żadnej magii, która miałaby sprawić, że nie umrę, póki nic ci się nie stanie. Wymyśliłem to. Dlaczego? Aby nie musieć mówić innym prawdy o moim drugim wcieleniu, co ostatecznie zrobiłem, ale nieważne. I to właśnie moje drugie wcielenie, w którym właśnie teraz jestem, było głównym powodem. Chciałem towarzyszki dla siebie, zresztą mówiłem ci to już niejednokrotnie, ale widzę, że przeceniłem twoją inteligencję. Dlaczego ożeniłem się akurat z tobą? Cóż, myślę, iż o tym także wspominałem... Spróbuj znaleźć inną kobietę, która miałaby takie atuty jak ty do bycia żoną najpotężniejszego czarnoksiężnika... Nie kochanką, przyjaciółką czy miłością. Żoną, a więc kobietą, z którą mógłbym się godnie pokazać... Ty jesteś ze Slytherinu, płynie w tobie czysta krew dwóch potężnych, dumnych rodów. Jesteś piękna, zdawało mi się, że także inteligentna. No i od początku zachwycałaś mnie tym, że umiałaś się dobrze zachować w moim towarzystwie. Oto powody, dla których wybrałem właśnie ciebie.

Victorii zrobiło się ciemno przed oczami. W ostatnich dniach tyle razy zraniono jej serce, duszę, ciało... Zastanawiała się, kiedy nadejdzie moment całkowitego załamania się. Czuła, że była już na skraju.

– A więc mnie nie kochasz? – zapytała, wstrzymując oddech.

Tom wywrócił oczami i usiadł w fotelu. Chwilę myślał nad czymś, patrząc w ścianę.

– Jesteś dla mnie wyjątkowa. To do ciebie mówiłem pierwszy raz w życiu czułe słowa, ciebie pierwszą całowałem.

Vicky przez dłuższą chwilę milczała.

– I to wszystko? – zapytała w końcu. – Tyle tylko możesz powiedzieć na temat naszej relacji?

– Och, skończ. Nie czuj się niekochana. Przecież Snape cię kocha, czyż nie? – zaśmiał się cicho, dolewając sobie whisky.

– Dlaczego znów wypominasz mi, że cokolwiek mnie z nim łączy? – zapytała oskarżycielskim tonem, chociaż zrobiło jej się gorąco.

– Bo cię z nim wiele łączy, dlatego! Myślisz, że jesteś taka sprytna i mnie umiesz oszukiwać? Przecież widzę, jak na siebie patrzycie. Założę się, że gdybym teraz wdarł się do twojego umysłu, znalazłbym tam ciekawe rzeczy... Mylę się? Może jednak powinienem to sprawdzić?

Zacisnęła powieki, ale nic nie odpowiedziała.

– No właśnie. Masz czelność oglądać się za innym, a mnie cokolwiek wypominasz? Za kogo ty się masz?

– A więc o to ci chodzi?! Chcesz się odpłacić? Nawet jeśli kiedykolwiek miałam jakąś bliższą styczność ze Snape'em, to natychmiast od niej uciekałam! Dla ciebie! A ty utrzymujesz te romanse!

– No i co z tego? Mnie wszystko wolno. A ty nie masz prawa mi niczego zabraniać, bo jestem twoim panem.

Victoria patrzyła na niego z niedowierzaniem. Poczuła w sobie olbrzymi gniew.

– Nie, nie jesteś moim panem – odrzekła, siląc się na spokój. – Jesteś moim mężem.

Tom uśmiechnął się pogardliwie, po czym podniósł się z fotela. Następnie przemienił się w postać Lorda Voldemorta.

– Chyba tłumaczyłem ci zaraz po ślubie, że jestem przede wszystkim twoim panem, czyż nie?

Pierwszy raz w życiu Victoria nie czuła strachu patrząc w te czerwone oczy. Może było to efektem tylu przejść, a może po prostu wreszcie, po tylu miesiącach, faktycznie poczuła, że przecież jest żoną. Jego żoną.

– Przykro mi, Tom. Skoro wybrałeś mnie ze względu na moje pochodzenie, powinieneś był przewidzieć, że domagać się będę należytego mi szacunku. Jestem twoją żoną. I nie będę się przed tobą płaszczyć.

– Victorio, coraz bardziej zaczyna mnie drażnić twoje zachowanie... – wysyczał jadowitym tonem.

– Trudno. Ślub postawił mnie na równi z tobą. Sam tego chciałeś. Nie jestem tylko dla rozrywki, przykro mi, jeśli kiedykolwiek tak pomyślałeś.

Zaczęła zmierzać ku drzwiom. Voldemort ścisnął ją mocno za ramię, zatrzymując.

– Ja mam całe szeregi śmierciożerców. Ty masz tylko mnie. Naprawdę więc uważasz, że stoisz ze mną na równi?

– Jeśli myślisz, że nie ma wśród śmierciożerców takich, którzy wybraliby mnie zamiast ciebie, to się mylisz. Dziękuję za przypomnienie mi, kim naprawdę jestem. Potomkinią Malfoyów i Blacków, posiadaczką czystej krwi oraz niezwykle przebiegłą kobietą. I twoją żoną. Teraz już na pewno nie będę o tym zapominać – uśmiechnęła się do niego i gwałtownie wyrwała swoje ramię z jego uścisku. – Skoro rzeczywiście nie ma w tobie miłości do mnie, to i we mnie nie będzie jej do ciebie.

– I tak do końca życia będziesz trwać u mego boku. Czuj do mnie co chcesz. Pamiętaj tylko, że jeden niewłaściwy ruch i zginiesz. Masz rację, że jakaś tam garstka śmierciożerców zapewne przez ślepe zauroczenie poszłaby za tobą. Aby więc nie doszło do takich sytuacji, że ktokolwiek będzie musiał między nami wybierać, musisz być ze mną.

– Myślisz, że uśmiecha mi się trwanie w małżeństwie, w którym jestem nikim?

– Myślę, że powinno ci się to małżeństwo podobać... Albowiem, dzięki niemu, zostaniesz... królową. Czy więc na pewno masz prawo czuć się nikim? Ukoronuję cię na prawdziwą władczynię czarodziejów. A ja sam zostanę królem. Spójrzmy na to realnie... Wygraną w wojnie mamy w kieszeni. Musimy więc zapewnić sobie całkowitą władzę i posłuszeństwo, gdy wrogowie zostaną pokonani, aby w szeregach nie dochodziło do rozłamów... Śmierciożerców łączy bowiem wspólny władca i wspólny wróg, Zakon Feniksa i jego sojusznicy. Gdy już wygramy z Zakonem, będzie ich łączyć jedynie wspólny władca... Dobrze by więc było, aby władca ten miał najbardziej zabezpieczoną władzę, jak tylko to możliwe.

Victoria przez dłuższą chwilę milczała, zastanawiając się.

– Co mi po tytule królowej, skoro jestem od ciebie, jak sam mówisz, zależna?

– Przecież we władaniu zamkiem zapewniłem ci całkowitą autonomię. Robiłaś, co chciałaś. Gdy zostaniesz królową, to się nie zmieni. Jedyne, czego od ciebie oczekuję, to rozsądności w podejmowaniu decyzji, niedziałania na moją niekorzyść, a więc, jednym słowem... wierności.

– Czy to tyczy się także wierności małżeńskiej? – zapytała, unosząc jedną brew i patrząc na niego z ironią.

– Byłbym niesprawiedliwy – odparł i uśmiechnął się lekko. – Znalazłem więc kochanka także dla ciebie.

– Słucham? – Victoria patrzyła na niego jak na szaleńca. – Ty znalazłeś mi kochanka?

– Tak. Jest nim... Ludwik. Dokładnie ten, z którym grałaś w karty, gdy przybyłem... Myślisz, że tak po prostu udało mu się do ciebie zbliżyć? Przecież każdy by tego pragnął, dlaczego więc udało się akurat jemu...? To ja dałem mu instrukcję... Powiedziałem, jak powinien na ciebie patrzeć, co do ciebie mówić, abyś wpuściła go do swojego życia. Spisał się, nieprawdaż?

Victoria nie mogła w to uwierzyć. Wszystko w jej życiu było jakąś głupią grą, na którą największy wpływ miał ktoś, o kim myślała, że ma go owiniętego wokół palca – Czarny Pan, Tom Marvolo Riddle.

– Powiedział mi, że dołączył do śmierciożerców na początku tego roku... – powiedziała cicho Victoria po paru chwilach, a wzrok wbity miała w zamyśleniu w ścianę. – A niedługo po tym przecież się pobraliśmy! I czy przypadkiem zjawił się w zamku?! Błagam, powiedz, że nie planowałeś tego wszystkiego już od dnia, w którym za ciebie wyszłam...

Voldemort milczał. Przemienił się znów w postać Toma i zasiadł w fotelu, po czym wyciągnął z kieszeni szkatułkę, a z niej papierosa i rozpalił go.

– Planowałem. Wiedziałem, że miło nam będzie w tym wszystkim tylko przez jakiś czas... I wiedziałem także, iż nie możesz nigdy uważać, że jestem tylko twój. Bo nie jestem. Należę przede wszystkim do swej różdżki, do śmierciożerców, do władzy. To są moje priorytety. Dlatego pozwoliłem Ludwikowi dołączyć do śmierciożerców, mimo iż, miałem wrażenie, średnio się nadawał. Postanowiłem, że po jakimś czasie od naszego ślubu, kiedy już dostatecznie się do mnie przywiążesz i zobaczysz, jak możemy wiele razem, oddam twoje namiętności innemu, byś nie sądziła, iż moje serce należy do ciebie. A, jak sama wiesz, tak właśnie zaczęłaś sądzić... Dziś się o tym przekonałem, dlatego ci o tym wszystkim mówię teraz. Nadszedł ten dzień, kiedy powinniśmy ograniczyć jeszcze bardziej naszą relację, ukoronować się i zająć się tym, co naprawdę ważne.

Victoria patrzyła na niego jak na kogoś, kto próbował zabić jej matkę. Zdała sobie sprawę, że jeśli kiedykolwiek pomyślała o nim, iż być może jednak jest ludzki i nawet... dobry, to się myliła.

– Dobrze. Skoro tak to widzisz, to niech tak będzie. Dlaczego jednak nie mogę sama wybrać sobie kogoś, komu, jak to powiedziałeś, oddam swe namiętności?

– Zapewne masz na myśli Snape'a. Nie, Victorio. Nie możesz z nim być.

– Dlaczego?! I tak mnie nie kochasz, co ci więc zależy?

– Po prostu. Nie i koniec. Jeśli się dowiem, że odrzuciłaś Ludwika i spotykasz się z Severusem...

– A więc jednak boli cię to, że coś mnie z nim łączy, tak?

– Zamilcz. Jutro nastąpi koronacja. I znajdź sobie inny gabinet. Ten będzie mój.

– Zadziwiające – rzekła, gdy zaczęła iść już w stronę drzwi. – Miałeś we mnie jedyną osobę, która wiedząc kim jesteś, okazywała ci miłość, czułość i przyjaźń. A ty tak po prostu się tego pozbywasz, jakby nie było niczym ważnym.

Tom nic nie odpowiedział. Nie patrzył na nią. Wyszła więc z okrągłego pomieszczenia. Stanęła pośrodku korytarza, wznosząc wzrok ku sufitowi i nie zwracając uwagi na rozmieszczonych wokół śmierciożerców. Dokąd miała teraz pójść?

Nim się obejrzała, już nogi zaprowadziły ją do lochów. To właśnie w tej części zamku czuła się najbezpieczniej odkąd tylko znalazła się w Hogwarcie. Od pewnego czasu jednak, konkretne miejsce w tych lochach kojarzyło jej się z największym bezpieczeństwem – gabinet i kwatery Snape'a. To właśnie tam się skierowała, mimo bezwzględnego zakazu Toma.

– Nie spodziewałem się ciebie tutaj – rzucił jej na powitanie Snape, gdy znalazła się już w jego salonie.

Ostatni raz rozmawiali parę dni temu i to w myślach – w dniu, w którym Czarny Pan ogłosił śmierciożercom z zamku tajemnicę o swym człowieczym wcieleniu.

– Nie mam pojęcia, gdzie się podziać. Tom wyrzucił mnie z mojego gabinetu!

– Właściwie to z mojego – rzekł Snape z przekąsem i zasiadł w fotelu, wskazując jej drugi, stojący naprzeciw. – Ja jestem dyrektorem tego zamku, o czym pewnie mało kto w ogóle pamięta.

– Ach, jeśli ktokolwiek jednak pamięta, to szybko o tym zapomni, ponieważ jutro Czarny Pan zamierza się ukoronować. Mnie także – powiedziała, zasiadając w fotelu. – Severusie, jestem jak zwykle w pułapce bez wyjścia...

Opowiedziała mu całą rozmowę, jaką dziś odbyła z Tomem. Nie ominęła nawet części, w której zakazał jej się z nim spotykać.

– I po co tu przyszłaś w takim razie? Chcesz zginąć?

– Przecież on mnie nie zabije. Gdyby zamierzał to zrobić, nie żeniłby się ze mną i nie koronował mnie. Sam powiedział, że żadna nie nadawałaby się na jego żonę tak, jak ja. Nie pozbędzie się mnie, uwierz.

Severus spojrzał na nią z powątpiewaniem, jednak nic nie powiedział.

– Nie mogę uwierzyć, jak on to wszystko szczegółowo i zawile zaplanował! Poza tym uwierzyłbyś, że słynny Czarny Pan, co prawda w człowieczym wcieleniu, ma kochanki?!

– Po tym, jak wziął ślub, już chyba nic mnie nie zdziwi. Ale masz rację. Niewiarygodne, jak to wszystko obmyślił... Wiesz... Zaczynam się martwić, czy Zakon wygra. Czarny Pan ze wszystkich sił przygotowuje się do tego starcia i z tego co widać, nie bierze pod uwagę tego, że mógłby przegrać. Kiedyś miewał jeszcze jakieś chwile zwątpienia. Dziś nie. Niepokojące. Jest bardzo pewny siebie...

– Owszem, to wszystko wygląda tragicznie. Nawet jeśli Harry zabije go, to czy Zakon ma wystarczająco dużo ludzi, aby wypędzić z zamku śmierciożerców w czasie bitwy? Przecież wciąż będę ich królową, jeśli faktycznie jutro nastąpi ta koronacja. Zapewne śmierciożercy będą liczyć, że ich poprowadzę, nawet jeśli Czarny Pan zginie. Zostaną w zamku i nie będą chcieli go oddać... Co wtedy?

– Nie wiem... Liczmy na to, że jednak zostaną pokonani. Bo jeśli nie... nie uwolnisz się. Ja zresztą też.

Milczeli wiele minut, myślami oddalając się nieco od tego pomieszczenia. W końcu Snape spojrzał na nią.

– Powiesz mi w końcu, co się z tobą ostatnio działo? O czym wiedzieli ci dwaj śmierciożercy, których zabiłaś?

Victoria rzuciła mu przeciągłe spojrzenie. Spokój, który widziała w jego oczach, był tym, czego tak bardzo pragnęła.

– Tylko proszę, nie rozczulaj się nade mną, gdy ci powiem...

– Ja i rozczulanie się? – uniósł jedną brew. – Zabawne.

Ona jednak nie uśmiechnęła się. Patrzyła na niego z powagą. W końcu jednak spuściła wzrok.

– Aleksander... Jeden z tych ludzi, których kazałam sprowadzić z lasu... On... Zgwałcił mnie.

Gdy to powiedziała, łzy wypłynęły jej z oczu. Nie spodziewała się, że tak zareaguje na powiedzenie tego głośno. Myślała, że już dała radę ukryć to wspomnienie gdzieś głęboko w sobie, ale jak się okazywało, ta rana wciąż była niezagojona.

Snape przez dłuższą chwilę milczał i siedział nieruchomo, patrząc na nią i na jej łzy. Nie wiedział, co powinien zrobić czy powiedzieć. Ludzie zwykle nie ufali mu na tyle, aby się zwierzać z błahostek, a co dopiero z czegoś takiego... Podniósł się jednak i podszedł do niej. Uklęknął przy fotelu i wsunął swoją dłoń między jej dłonie. Szlag by trafił okoliczności... Znajoma gładkość jej skóry zadziałała na niego tak, że przymknął oczy. Wspomnienie z gabinetu, kiedy siedziała bez ubrań na jego biurku, wróciło. Pomyślał wtedy o tym, że to jej piękne ciało ktoś zbezcześcił, wykorzystał, zabrudził... Ktoś bez jej pozwolenia dobrał się do niej. Ścisnął mocniej jej dłoń, gdy kolejna łza zaczęła spływać po jej policzku.

– On już nie żyje, Victorio... Nigdy więcej nie będziesz musiała oglądać jego ohydnej twarzy. Hej – złapał ją za podbródek i zmusił do spojrzenia na siebie. – Chciałbym, abyś nocami wspominała moją twarz, nie jego.

Zbliżył powoli swoje usta do jej ust, jednak jej nie pocałował. Dał jej wybór. Nie musiała być na to gotowa, nie po takim wyznaniu. Ale ona nie pragnęła nigdy żadnych ust bardziej niż właśnie jego, teraz była o tym już całkowicie przekonana. Pocałowała więc go czule. Poczuł słony smak jej łez. Wciąż klęczał, więc Victoria zsunęła się z fotela i także klęknęła, nie przerywając pocałunku. Wkrótce jego usta znalazły się na jej szyi. Odchyliła głowę do tyłu. Tom też na swój sposób umiał ją zadowolić, ale to przy Severusie czuła największą ekstazę. Ustami schodził coraz niżej, aż dotarł do jej dekoltu. Chciał rozpiąć guziki jej szaty, ale zawahał się.

– Proszę, nie zastanawiaj się – wyszeptała. – Ciebie chcę... Ciebie jedynego...

Po tych słowach poczuł się nietypowo. Miał nieprzyjemny zwyczaj czucia się tym drugim, nawet kiedy stawiano go na pierwszym miejscu. Od zawsze. Tym razem jednak usłyszał wprost, że to właśnie jego jedynego ktoś pragnie. Stawia więc wyżej, niż innych. Nieświadomie sprawiła, że poczuł się niebywale dobrze i bynajmniej nie chodziło o doznania fizyczne, które zapewniała mu swoją drogą. Szybko więc zdjął z niej szatę i na chwilę oddalił się od niej, by móc ogarnąć całe jej ciało spojrzeniem. Miała na sobie białą bieliznę, której sama zaczęła się pozbywać. Po chwili siedziała na posadzce zupełnie naga, mimo iż on był wciąż w całości ubrany. Zauważył, że miała gęsią skórkę. Zrozumiał, że musiało być jej zimno. Pociągnął ją więc w swoją stronę i usadził na swoich udach. Dłońmi objął jej stopy, aby je ogrzać. Ustami sunął natomiast po jej piersiach i sutkach, od czasu do czasu przerywając wędrówkę po delikatnej skórze pocałunkami w usta. Po pewnym czasie objął ją i podniósł się, wciąż trzymając ją na rękach.

– Idziemy do łóżka? – zapytała niewinnym, a jednocześnie figlarnym tonem.

– W rzeczy samej – odparł i zaczął iść ku swej sypialni.

Położył ją na swoim łóżku i zaczął się rozbierać. Wiła się niecierpliwie, patrząc, jak zdejmuje spodnie, a następnie dolną część bielizny. Wreszcie, gdy pozbył się już wszystkich ubrań, znalazł się na łóżku tuż obok niej i znów pocałował ją namiętnie w usta. Przeniósł po chwili pocałunki znów na piersi, a następnie na brzuch, a potem...

– Och, Severusie...! – jęknęła, gdy zaczął językiem poznawać jej najbardziej czułe miejsce.

W końcu oderwał się od niej i patrzył długo w jej oczy. Obydwoje wiedzieli, do czego ma za chwilę dojść. Nigdy wcześniej nie uprawiali seksu w pełni. To byłby ich pierwszy wspólny raz. Severus, jakby chcąc przerwać niepewne spojrzenie, znów zajął się całowaniem jej piersi.

– Wybacz, Victorio, ale naprawdę nie mogę przestać... – wyszeptał po paru chwilach, czując w sobie jakąś winę, że tak bardzo go pociągała.

– Nawet nie próbuj – odparła, podnosząc głowę z poduszki i zerkając na niego. – Jestem twoja...

– Wiesz, że nie. Po tej nocy i tak będziemy musieli udawać, że nas nie łączy. Czarny Pan wciąż będzie oczekiwał od ciebie romansu z tym palantem, Ludwikiem. A ja dalej będę musiał wieczorami szukać pocieszenia w whisky, byleby tylko nie myśleć o tym, że ma cię ktoś inny.

– Severusie, nie mów tak... – podniosła się do pozycji siedzącej i ujęła jego twarzy w swoje dłonie. W jej oczach pojawiły się łzy. Pierwszy raz w życiu poczuła, że być może ktoś naprawdę ją kocha. Nie ze względu na pochodzenie, nie ze względu na cokolwiek. Po prostu ją kocha.

Przełożył kosmyk jej włosów za ucho. Opadła z powrotem na poduszkę i przygryzła dolną wargę, patrząc na niego jakby z wyczekiwaniem. To spojrzenie zadziałało na niego natychmiast. Znalazł się między jej nogami i ułożył swojego członka tuż przy jej wejściu. Zadrżała. Wszedł w nią wolno. Już przy pierwszym ruchu obydwoje poczuli coś niesamowitego. Coś, czego nie czuli nigdy w życiu, przy nikim innym. Vicky zaczęła głośno jęczeć, gdy Severus zwiększał tempo wchodzenia w nią. Sam miał ochotę krzyczeć, jednak dawał radę się powstrzymywać. Patrzył w jej niebieskie oczy, które co chwila przymykały się na moment.

– Oooch, Seeev...! – krzyknęła, gdy obydwoje zaczęli zbliżać się do szczytu.

Gdy rozpoczął się jego orgazm, ścisnął z całej siły jej dłonie, które trzymała na swoich piersiach. Nigdy w życiu nie czuł czegoś tak mocnego. Opadł po wszystkim na miejsce obok niej. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił, oddychając głośno.

– Jesteś... niesamowita.

Uśmiechnęła się, przymknęła oczy i przytuliła się do niego. Snape na chwilę znieruchomiał. Kobieta w łóżku? Zrozumiałe. Ale przytulanie się z nią po stosunku? To była dla niego taka nowość, że aż na chwilę zamarł. Zadawał sobie w myślach pytanie, kim jest dla niego ta dziewczyna, która zasypiała w jego ramionach. Tyle razem przeżyli... Tak często się niegdyś kłócili i bardzo szybko przychodziło im się nienawidzić... Miłość także zjawiła się dość niespodziewanie, choć analizując ich wspólny los, czasem widniała gdzieś na horyzoncie, momentami przysłaniana przez bardzo ciemne chmury. Czy miłość ta nie odejdzie jednak, gdy chmury te zaczną jej zbyt zawadzać i zbyt często się pojawiać?