50.

Siedzieli we dwoje przy kuchennym stole. Nakarmiła go porządnie i dała filiżankę gorącej herbaty, cichcem dolewając do niej kilka kropel rumu. Opowiadał jej wszystko powoli i z wyraźnym trudem. Zgasiła duże światło; zostawiła włączone tylko halogeny nad kuchenką elektryczną i ten przyjazny półmrok chyba ułatwiał mu całą rozmowę. A właściwie coś na kształt suchej relacji, przerywanej od czasu do czasu jej delikatnymi pytaniami.
Słuchała go cierpliwie. Starała się nie dać po sobie poznać, jak bardzo poruszyła ją sprawa z Suzie, ale wiedziała, że on i tak się zorientował. Zawsze tak było.
A potem spytał, co o tym myśli – czy też uważa, że Costello chciała mu tylko utrzeć nosa, a potem sprawy wymknęły się spod kontroli i próbowała się wycofać?
A ona po prostu przytaknęła, bo wiedziała że taką odpowiedź chciał usłyszeć. Czuła, że będzie mu łatwiej, jeśli jakoś wybieli Suzie, choćby tylko dla samego siebie.
Szlag.
Minęła czwarta rano, kiedy wreszcie dobrnął do końca swojej opowieści, a ona tak naprawdę nie miała pojęcia, co o tym sądzić.
W jakiś sposób została przecież zmuszona, by ułożyć swoje relacje z Costello tak, a nie inaczej. Czuła instynktownie, że Pete ją lubi, że nie chce z niej do końca zrezygnować. Że jej potrzebuje – tam, w Instytucie. Poza tym, nigdy nie ukrywał przed żoną prawdy i zakończył romans, jak tylko zaczęli być razem. A sama Suzie wydawała się dość przyjaźnie nastawiona do całej rodziny.
Zresztą, kto jak kto, ale ona, Jackie Tyler, nie miała przecież powodu do kompleksów. Zresztą, z natury rzeczy po prostu ich nie miewała! Zwyczajnie lubiła siebie i uważała że jest dla męża kimś najważniejszym na świecie. I czasem czuła, że on jest jej tak bliski, jak tamten Pete nigdy nie mógłby być.
Dopiero teraz dotarło do niej, że – kiedy dziś dowiedziała się o śmierci Suzie – przez krótką chwilę czuła ulgę. To było paskudne i natychmiast zaczęła się tego wstydzić, ale nic nie mogła poradzić na to uczucie.
Bo jednak… Cóż, miewała momenty, kiedy świadomość, że tamta jest młodsza, ładniejsza, bardziej inteligentna i robi karierę, dopadała ją z całą mocą. To było raptem kilka chwil na przestrzeni całego wspólnego życia z Petem. Ale one się zdarzały. Co jakiś czas – rzadko, ale jednak.
A teraz – jakkolwiek paskudnie by to nie brzmiało – problem rozwiązał się sam. I dlatego świadomość, że Costello wcale nie była tak kryształowa, jak wydawała się na pierwszy rzut oka, siłą rzeczy sprawiała jej satysfakcję. Oraz utwierdzała w przekonaniu, że jednak nie jest ostatnią nieczułą świnią.
Miała tylko nadzieję, że Pete nigdy nie zdoła się tego domyślić.
Spojrzała na niego z niepokojem. Dopijał herbatę i zerkał nerwowo na zegarek.
No tak.
Dochodziło wpół do piątej, a on wspominał o spotkaniu z prezydent o ósmej.
- Połóż się na trochę – powiedziała łagodnie. – Obudzę cię.
Pokręcił głową i przesunął dłońmi po twarzy.
- Nie ma sensu – mruknął z rezygnacją. – Muszę być przy odprawie do Argentyny.
- Nie musisz – poprawiła go. – Ale byś nie przeżył, gdyby cię nie było.
Uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie, serio, Jacks, trzeba wszystkiego dopilnować i raz na zawsze to skończyć. I przejrzeć raporty z przesłuchań.
- Pete…
- Sprawa Suzie nie może czekać.
Zagryzła wargi i spuściła głowę.
Sprawa Suzie.
Szlag, teraz pewnie już zawsze – co by się nie działo – sprawa Suzie jednak będzie gdzieś między nimi tkwiła. Po prostu kolejna rzecz, którą trzeba na nowo przepracować.
- No i… Oni… Ludzie muszą mieć poczucie bezpieczeństwa – dodał niepewnie. - Inaczej…
- … znów znajdzie się jakiś szaleniec? – dokończyła cicho.
- Tak, właśnie tak.
Wstał powoli i ruszył w stronę wyjścia.
- Lepiej wezmę prysznic – rzucił w przestrzeń. – Zrobisz mi dużo kawy?
- Jasne.
Kiedy zamknęły się za nim drzwi, wstała z westchnieniem. Zaparzyła cały dzbanek, a potem znów usiadła przy stole, czekając aż ustanie szum wody w łazience.
Gdy stuknęły drzwi, nalała mu pierwszą filiżankę i postawiła na blacie. Wszedł do kuchni, sprawnie wiążąc krawat. Usiadł na miejscu tuż przy niej i przysunął do siebie naczynie.
- Jacks. – Położył jej dłoń na kolanie i pogłaskał lekko.
- Uhm – mruknęła i pocałowała go przelotnie, a potem mimowolnie wygładziła mu krawat.
Siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu, popijając gorący płyn. A potem Pete jakby ocknął się z zamyślenia.
- Muszę iść – powiedział niechętnie. – Będą…
Jakby na potwierdzenie tych słów, rozdzwoniła się jego komórka. Zmarszczył brwi i odebrał prędko.
- Tyler. – Podniósł się z krzesła i stanął przy oknie, tyłem do niej. - Po moim trupie – warknął nagle i przez chwilę w milczeniu słuchał swojego rozmówcy. – Russel, ani się waż! Czekaj… Jak to: Nie ma?
Jackie wzniosła oczy do sufitu. Davidson sam się prosił o kłopoty.
- Rose też nie? – wywrzaskiwał tymczasem mąż do słuchawki. – Ale przecież…
Mimowolnie podeszła bliżej, usiłując wychwycić nieco informacji z drugiej strony. Zanim jednak coś do niej dotarło, Pete rozłączył się i wybrał inny numer.
- Rose i John się nie stawili – wyjaśnił z wściekłością. – Cholera jasna, chciałbym kiedyś pracować z odpowie…
Urwał, bo komórka córki odezwała się gdzieś blisko.
- … z odpowiedzialnymi ludźmi – dokończył z rozpędu. – Gdzie to do cholery dzwoni?
- Eeee… U mnie – wyjaśniła mu wyczerpująco żona. – W torebce. Chciałam jej zanieść bo zgu… zostawiła wczoraj.
- Pięknie! – Pete zacisnął zęby i wybrał kolejny numer. – Jego telefon też masz?
- Nie – mruknęła, nastawiając uszu. – A co, nie odbiera?
- Poczta – syknął mąż. – Jadę tam. I uduszę ich oboje gołymi rękami.
- Jasne. – Starała się, by zabrzmiało to lekceważąco.
- Co?
- Nie, nic, nic.
Szlag, robiła dobrą minę do złej gry i miała nadzieję, że Pete niczego się nie domyśli – ale może faktycznie zbytnio się na początku cieszyła. W sumie to nawet lepiej, że mąż pojedzie i zobaczy, jak naprawdę wyglądają sprawy między Rose a Johnem. Miała tylko nadzieję, że po prostu zaspali, że nic złego się między nimi nie wydarzyło, bo… Cholera, powinna chyba sama…
- Idź już – powiedziała szybko, marząc by nie zadawał żadnych głupich pytań.
- Przecież idę!
Ruszyła za nim do wyjścia.
– Poczekaj! – zawołała nagle. – Komórka!
Zawróciła w stronę kuchni, drżącymi rękami wygrzebała z torebki telefon Rose i wróciła do męża, próbując się uśmiechnąć.
Zawrócił na pięcie i otworzył drzwi wejściowe, kiedy przypomniała sobie coś jeszcze.
- Okulary Johna! Poczekaj! Widziałam na stole w jadalni.
Rzuciła się biegiem we wspomnianym kierunku i przyniosła etui. Pete stał już na ganku, przestępując z nogi na nogę. Najwidoczniej mało brakowało, by zaczął zgrzytać zębami.
- Czy jest coś jeszcze – spytał powoli i złowróżbnie – co powinienem ze sobą zabrać?
- Nie – zapewniła go pogodnie. – Tylko mnie.
- Chyba żartujesz! Zajmij się Tonym, nie mam czasu…
- Jest piąta rano – przypomniała mu szybko. – Twój syn śpi u kolegi.
- Nieważne. Nie chcę żebyś się tam plątała, jasne?
Oczywiście.
Była dobra do zwierzeń po nocy i do potwierdzania jego genialnych teorii, ale kiedy chciała tylko zajrzeć do córki, to zwyczajnie jej zabraniał!
Zagryzła wargi, świadoma faktu, że i tak zrobi to, co uzna za stosowne.
Odczekała aż jego samochód zniknie za zakrętem, zatrzasnęła frontowe drzwi i zeszła do garażu.