Shanica: Moody i Pollux ukradli to opowiadanie i teraz opijają to Ognistą Whisky domowej roboty 😊. Ten rozdział jest jeszcze bardziej odjazdowy. A następny to już w ogóle. Uściski z wyjazdu dla nerdów!
31 października
Sierżant Paul Clarke zerknął na świecące cyfry na tablicy rozdzielczej, wskazujące 00:06 i potwierdził czas na zegarku naręcznym. Sześć minut po północy. Zespół, który miał zmienić jego trzech podwładnych (siedzieli z tyłu czarnego vana, zmęczeni po dwunastogodzinnej warcie) się spóźniał. Paul zmienił ich dowódcę siedem godzin wcześniej i dalej był skupiony. Jednakże żal mu było wyczerpanych chłopaków z tyłu. Nie pocieszył ich nawet kubek herbaty z termosu, ani biszkopty, ale Paul doszedł do wniosku, że ciężko ekscytować się misją tak monotonną jak ta.
Od trzydziestu sześciu godzin obserwowali małą wioskę, zmieniając się co dwanaście. Ale poza nimi nic się zmieniało. Senne miasteczko było bardziej niż normalne, a mężczyźni prowadzili tę obserwację tylko dlatego, że podobno inteligentni goście MI5 sądzili, że coś się tu stanie. Paul wiedział, że przez ostatnie cztery miesiące wywiad wojskowy obserwował grupę potencjalnych agentów KGB i że zebrali razem dość informacji by wiedzieć, że w okolicy Nocy Duchów odbędzie się zamach bombowy połączony ze skrytobójstwem.
Paul uśmiechnął się z zadowoleniem na myśl o plotkach, które wyciekły. Doniesieniach o dziewczyneczce, która uciekła ze środka siedziby głównej wywiadu, mimo straży. Nie to, żeby sympatyzował ze szpiegiem, ale nie przepadał za chłopakami z Piątki i podobało mu się wszystko co ich ośmieszało. W ramach prawdziwych zadań niemożliwie wściubiali nosa. Paul spędził trochę czasu w Aden w 1971 i przyzwyczaił się do tego jak wygląda prawdziwa wojna. I nie było to słuchanie pełnych zakłóceń konwersacji ani robienie zdjęć przez długi obiektyw. Dostać instrukcje, znaleźć wroga i złapać go albo zabić zależnie od okoliczności. Tak powinno się prowadzić wojny.
Wywiad oczywiście miał swoje miejsce. Na przykład dostarczył im informację, że szukają wyłącznie mężczyzn, bo dziewczyna była poza ich zasięgiem. Ale mimo całego tego podsłuchiwania mieli tylko opis Ogdena i nic na Lunatyka czy tego z kryptonimem Dumbledore. Ale to wystarczyło. Siedzieli tu, w samochodzie zaparkowanym na chodniku ulicy mieszkalnej w spokojnej i niepodejrzanej wiosce i wyczekiwali na dziwne zachowanie.
Nie chcieli rzucać się w oczy, więc z zewnątrz ich van wyglądał jak zwyczajny samochód jakiegoś sprzedawcy, ale środek nieco bardziej zaalarmowałby przeciętnego mieszkańca. Czterej żołnierze, może i znudzeni, ale gotowi do działania, z bronią na pod orędziu. Wszyscy świetnie wyszkoleni i znakomicie znający się na broni palnej. Paul uważał, że to strata wysyłać takich ludzi na misję taką jak ta, ale gdyby atak okazał się większy, przyzna, że się mylił. W tych trudnych czasach nie wiedziałeś czy sąsiad nie był wrogiem, więc kiedy dostarczono ci konkretne dowody nadchodzącej zbrodni, wolałeś siedzieć w samochodzie całą noc, jeśli to mogło ci pomoc jej zapobiec. Przy odrobinie szczęścia oni (albo jeden z dwóch pozostałych zespołów rozmieszczonych w wiosce) zauważy problemy i da radę je powstrzymać zanim wymkną się spod kontroli.
- Clarke, zgłoś się. – w ciszy pisnęło walkie-talkie na biodrze Paula.
Paul podniósł je do ust.
- Tu Clarke, mów.
- Opóźnienie pojazdu. Przewidywany czas przybycia pięć minut.
- Przyjąłem. - odparł Paul i odłożył radio na miejsce. Odwrócił się do zmęczonych mężczyzn w transportowej części vana. - Słyszeliście chłopcy? Przed pierwszą będziecie we własnych łóżkach.
Wszyscy trzej uśmiechnęli się.
- Wiesz co? - powiedział Jones, ziewając. - Przez trzydzieści godzin siedziałem w rowie w Omanie i mniej się zmęczyłem niż tutaj.
Paul wyszczerzył do niego zęby, świetnie znając to uczucie.
- To przez brak zwrotnego ognia. Nic tak nie pomaga w zachowaniu przytomności jak kilka serii nad głową.
Jones przytaknął.
- Możesz mieć rację. No, ale przynajmniej mamy herbatę. Powinieneś zobaczyć lurę jaką tam nazywają English Breakfast. Smakowała jak woda po zmywaniu naczyń.
Pozostali mężczyźni zaśmiali się. Humory widocznie im się poprawiły na wiadomość o nadchodzącym wyzwoleniu od monotonnej misji. Cóż, przynajmniej na dwanaście godzin.
- Dobrze to pamiętam. - mruknął Paul. - Byłem tam sześć miesięcy. Ale masz rację, to jedyna zaleta Ulster. Przynajmniej parzą tu porządną herbatę.
Rozległo się pukanie do okna kierowcy i Paul zauważył, że przybył zmiennik.
- Dobra, panowie. Przyjechał wasz szofer. Widzimy się jutro o siedemnastej, to znaczy, jeśli będziemy mieć takiego pecha i nic się do tego czasu nie stanie.
- Dobranoc, sierżancie. - odparli, a Paul wysiadł z vana i skinął głową kierowcy. Tej nocy było dość chłodno i wiał mocny wiatr, więc przyspieszył kroku do vana następnego zespołu, który zaparkował za nimi.
- Dobry wieczór, chłopaki. - powiedział otwierając drzwi kierowcy.
- Dobry wieczór, Clarke. - odpowiedzieli chórem.
- Stało się coś ciekawego pod naszą nieobecność? - spytał szeregowy Mitchell. Paul całkiem nieźle go znał. Przez ostatnie dziesięć lat trafiali razem na liczne przydziały. Dobry był z niego chłopak, bardzo szybki. Choć pewnie przychodziło to łatwo komuś, kto miał jedynie metr sześćdziesiąt siedem. Paul lubił zrzucać winę za to, że sam poruszał się wolniej na swoje metr osiemdziesiąt, obwiniając posiadanie większej masy do ciągnięcia. A to, że zbliżał się do czterdziestki nie miało żadnego znaczenia.
- Zupełnie nic. - odparł, wskakując na przednie siedzenie i zamykając drzwi. - Chociaż jedliśmy biszkopty, to chyba najciekawsze.
Trzej mężczyźni zaśmiali się. Wszyscy byli zrelaksowani i siedzieli oparci o twarde ściany vana z wyciągniętymi przed siebie nogami. Pistolety mieli u boku, a Williams położył sobie beret na kolanach i podrapał się w głowę.
Wszystkich wprowadzono w szczegóły i wiedzieli, że trzydziesty pierwszy to ten dzień, ale ponieważ zaczął się dziesięć minut wcześniej to istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że coś wydarzy się w najbliżej przyszłości. Terroryści lubili robić jak największe straty w ludziach i budynkach, nie mówiąc już o jak największej ilości świadków. Z tego powodu Paul uważał za dziwny wybór tej małej wioski na miejsce wybuchu, nie mówiąc już o zabójstwie.
Przez przyciemnione okna vana widział ciemną ulicę, na której zaparkowali, z kilkoma domami i małymi sklepikami na końcu. Pomyślał, że to miła wioska, choć nudna i ekstremalnie mało prawdopodobne, że wydarzy się tu coś dotyczące międzynarodowego szpiegostwa.
Hermiona i Syriusz pojawili się z nicości w połowie doliny starej rzeki na obrzeżach Little Hangleton. W oddali, pośród gęsto rosnących drzew, rozległ się gwizd i Hermiona dostrzegła ruch. Najwyraźniej Remus przyszedł wcześniej. Właśnie minęła północ i zaczął się trzydziesty pierwszy października.
Zadrżała odrobinę, kiedy w dolinie powiał zimny wiatr. Kiedy schodzili w dół zbocza, Syriusz mocno trzymał ją za rękę. Za każdym razem, gdy na niego patrzyła, dostrzegała błysk białych zębów, bo uśmiechał się szeroko. Prawie czuła promieniującą od niego ekscytację. Nadszedł czas, udało im się doczekać ostatniego kroku. Hermiona rozumiała dobry humor mężczyzny. Mimo, że na początku tygodnia musieli zmierzyć się z niepewnością dotyczącą rzekomej odwagi Petera, było już po wszystkim i nic nie stanie im na drodze.
Hermiona nie mogła do końca uwierzyć, że im się udało. Na jakiś czas odepchnęła od siebie decyzję dotyczącą przyszłości, bo chciała po prostu cieszyć się świadomością, że za siedemnaście godzin dusza Voldemorta spłonie, a on sam zginie w Dolinie Godryka.
Na dnie doliny zastali celującego w nich z różdżki Remusa.
- Naprawdę, Lunatyku? – zaśmiał się Syriusz, ale w odpowiedzi uniósł własną różdżkę.
- Tak, naprawdę. - odparł niecierpliwie Remus. - Co miałeś przeciwko mojemu futerkowemu problemowi?
Syriusz westchnął.
- Zakładam, że chodzi ci o to pierwsze?
- Tak, co odpowiedziałeś, kiedy przyparliście mnie do muru i zmusiliście żebym powiedział wam prawdę?
- To było chyba coś w stylu „czyli mówisz mi, że co miesiąc tak po prostu masz dwa dni wolne od zajęć?"
Remus przytaknął.
- Zauważyłem, że to zbędne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że przez ostatnie sześć miesięcy zadawaliście mi z Jamesem niekończącą się listę pytań.
- Cóż, myśleliśmy, że jesteś w sekcie czy coś. - naciskał Syriusz. - Serio, Lunatyku, na jakie pomysły my nie wpadliśmy. wpadliśmy!
- Pamiętam. - Remus wykrzywił usta. - Mój ulubiony to stwierdzenie, że prowadzę nielegalną siatkę przemytu swetrów.
Hermiona zaśmiała.
- No tak, mieliśmy dwanaście lat, a to wydawało nam się bardziej prawdopodobne niż cholerne wilkołactwo. – odparł Syriusz. - Wszystkie dowody wskazywały na szmuglowane wyroby na drutach! - spojrzał na Remusa i powiedział podejrzliwie. - Miałeś sporo swetrów. Nikt tylu nie potrzebuje. Właściwie to nikt żadnych nie potrzebuje.
Remus tylko wymienił spojrzenie z Hermioną jakby mówił „Dziesięć lat się z tym użeram!" To sprawiło, że zaśmiała się jeszcze głośniej.
- No dobra. - powiedział Syriusz. - Trzeci rok, dlaczego ty i Rogacz spędziliście noc na blankach wieży astronomicznej?
- Bo jesteś samolubnym dupkiem. - odparł natychmiast Remus.
- Błąd! - zawołał Syriusz, ale opuścił różdżkę, uśmiechnął się i podszedł do przyjaciela. - Upewniałem się, że mamy alibi.
- Wcale nie, leżałeś w łóżku! - zaprzeczył Remus, a jego własna różdżka opadła. - Rogacz skontaktował się z tobą przez lusterko i powiedziałeś, że nie przyjdziesz po nas, bo nie chce ci się wstać.
Syriusz wzruszył ramionami.
- No tak, było zimno.
- A jak myślisz my się czuliśmy? - spytał z niedowierzaniem Remus.
- Um... zimniej? No weź, było po godzinie policyjnej. Gdyby mnie złapali, jak idę otworzyć wam drzwi, wszyscy mielibyśmy kłopoty, a wiesz, że po tym jak was tam zamknął Irytek czekał aż ktoś przyjdzie wam z pomocą.
- Co wyście tam w ogóle robili? - Hermiona spróbowała im przypomnieć o swojej obecności. Poza tym, mimo że naprawdę powinni zabierać się za niszczenie duszy Voldemorta zamiast kłócić się o zamknięte drzwi sprzed lat, bardzo ją to ciekawiło.
- To Łapa miał iść z Rogaczem. - wyjaśnił Remus. - Ale załatwił sobie szlaban za sprawienie, że kot takiej jednej dziewczyny prawie zeżarł Flitwicka, więc musiałem go zastąpić. - potrząsnął głową i zaśmiał się. - Rogacz miał ten szalony pomysł, by dodać teleskopowi mocy, żebyśmy mogli dzięki niemu patrzeć przez ściany i tak dalej. Moglibyśmy podkradać się i wiedzielibyśmy czy ktoś idzie i w ogóle. Przy testach popsuł nasze, więc zdecydował podwędzić jeden z klasy do astronomii. Niestety Irytek tam siedział, więc ukryliśmy się za drzwiami na wieżę, by poczekać aż sobie pójdzie. A ten oszukańczy palant zobaczył nas i zamknął.
- Dobry Boże. - westchnęła z niedowierzaniem Hermiona. Przynajmniej za każdym razem, kiedy ona i jej przyjaciele pakowali się w kłopoty kierował nimi cel wyższy niż skuteczniejsze łamanie zasad.
Na tym etapie obaj Syriusz i Remus się śmiali. Usiedli na kłodzie i Syriusz potrząsał głową, a Remus dalej sztorcował go za lenistwo, które miało miejsce prawie dekadę wcześniej.
Chociaż miło było widzieć ich w tak dobrym humorze, to mieli przed sobą bardzo pracowity wieczór. Hermiona odchrząknęła, a oni chyba jej nie usłyszeli. Jeśli zamierzali zachowywać się jak dzieci to zamierzała właśnie tak ich traktować. Wyciągnęła rozpiskę czasu i odezwała się surowo.
- No dobrze, słuchajcie wy dwaj.
Syriusz podniósł na nią wzrok.
- Tak, proszę pani. - odparł i obaj zaśmiali się pod nosem, ale skupili na niej swoją uwagę.
Hermiona zmarszczyła brwi.
- Najpierw zbierzemy drewno na te miejsca, które trzeba zakryć, potem zajmiemy się drzewem. - wskazała na północną stronę domu i jego klonową ścianę. - Na koniec dziury. Masz gwoździe, Syriuszu?
- Tak. - poklepał kieszeń na kolanie. - Ale myślałem, że będziemy używać zaklęć przylepiających?
- Będziemy, ale chcę po gwoździu w każdej łacie tak na wszelki wypadek. Nie mamy pojęcia jak drewno zareaguje. – na tym etapie obaj mężczyźni spoważnieli i przytakiwali, kiedy mówiła. - Gdy ramy będą gotowe, odpoczniemy trochę i coś przegryziemy. To będzie koło w pół do trzeciej i zostanie nam dziewięć godzin na rzucanie zaklęć. Potem ty Remusie wybierzesz się do Doliny Godryka, a Syriusz i ja tu skończymy. - spojrzała na nich wyczekująco. - Jakieś pytania?
Remus podniósł rękę. Chociaż miał poważną minę, Hermiona nie mogła się powstrzymać i zachichotała cichutko, przyłączając się do zabawy.
- Tak, panie Lupin?
- Kiedy włożymy horkruksy do środka?
- Właściwie to ty je włożysz. - odpowiedziała Hermiona. - Zanim załatamy dach. Wrzucisz je do środka z drzewa. Dobry pomysł?
- Dobry. - Remus wyszczerzył zęby.
Syriusz skoczył na równe nogi, najwyraźniej wykorzystawszy już swoją dzienną dawkę siedzenia w miejscu.
- No to chodźcie, zbieramy drewno!
Mocno popchnął Remusa, a kiedy wilkołak się zatoczył, Syriusz puścił się biegiem w stronę lasu, a jego rozświetlona różdżka posyłała migotliwe światła na pnie drzew. Remus zaśmiał się i pognał za nim.
Hermiona podążyła za nimi, myśląc, że zniszczenie czyjeś duszy naprawdę nie powinno ich tak uszczęśliwiać. Z tym, że sama czuła się identycznie, czyli była pełna nerwowej energii. Po prostu ona nie biegała po lesie (jak to robili dwaj mężczyźni) prześcigając się w tym kto zbierze więcej drewna.
Dziewczyna nie była potrzebna do przetrząsania ściółki leśnej w poszukiwaniu gałęzi, więc usiadła przy punkcie zrzutu. By prześcignąć Remusa w wymyślonej na poczekaniu grze, Syriusz przemienił się i Hermiona świetnie się bawiła obserwując, jak wybiega z ciemności z długą gałęzią w pysku. Za każdym razem rzucał jej kij pod nogi, szczekał dumnie, a potem próbował polizać ją po twarzy i odbiegał. Remus szybko zdał sobie sprawę, że on także był zbędny, więc usiadł obok Hermiony i zaczął pomagać jej z transmutacją gałęzi w proste deski. W pół godziny zebrali dość i Syriusz (znów w ludzkiej postaci, ale dyszący w bardzo psi sposób) leżał rozciągnięty na pokrytej liśćmi ziemi mamrocząc, że Remus mógł mu powiedzieć, że przestali się bawić.
Jeśli chodziło o naprawianie domu, Hermiona znów zajęła stanowisko kierownicze. Odwaliła kawał dobrej roboty przy niższych regionach, ale ponieważ główne zniszczenia znajdowały się albo na dachu, albo wysoko na ścianach, zdecydowali się dokończyć to z góry. Kręciło jej się w głowie od samego patrzenia jak zarówno Syriusz jak i Remus wspinają się na grube gałęzie. Wydawało się, że zupełnie się nie bali upadku i śmierci. Zajęła się jednakowoż ogromnym klonem, który wyrastał ze ściany chaty, zmniejszając go, jak zaproponował Remus i transmutując w bardzo szeroki kawałek drewna, którym zasłoniła dziurę pozostawioną przez drzewo.
Działali tak skutecznie, że przed drugą Remus zawołał:
- Hermiono, wrzucam je! - a kiedy podniosła głowę, zobaczyła jak mężczyzna puszcza małą, skórzaną torbę, która wpada przez ostatnią odkrytą dziurę w dachu. Rozległ się łomotem i dziewczyna uśmiechnęła się. Potem przelewitowała ostatnią deskę Syriuszowi, który posłał ją na miejsce i transmutował, by pasowała. Za nią podążyły dwa gwoździe z jego kieszeni, które umieściły się na ostrych końcach, by mężczyzna mógł wbić je na miejsce promieniem światła ze swojej różdżki.
- Świetnie! - krzyknęła Hermiona, klaszcząc w dłonie. Obaj zaśmiali się i skłonili. Z trudem, biorąc pod uwagę, że dalej byli w połowie zaplątani w gałęzie. - Dobra, złaźcie to napijemy się herbaty zanim zabierzemy się za zaklęcia.
Hermiona zauważyła obróconą do góry nogami minę Syriusza, gdy zaczęli odsuwać się od pnia. W upiornym świetle wyglądał złowieszczo.
- Kto pierwszy ten lepszy! - zawołał, pospiesznie schodząc z gałęzi.
- Pewnie. - odkrzyknął Remus, i chociaż znajdował się o wiele wyżej, przepełniała go pewność siebie. W sekundę później Hermiona zrozumiała, dlaczego. Obrócił się ostro i zniknął, pojawiając się z pyknięciem u boku Hermiony. - To co z tą herbatą? - spytał od niechcenia.
Hermiona parsknęła śmiechem. Czasami zastanawiała się, czy jeśli odejdzie, będzie tęskniła za Remusem i jego zdumiewającym poczuciem humoru tak samo jak za Syriuszem. Młody Black dołączył do nich zaraz potem, ogłaszając się zwycięzcą z powodu oszukujących wilkołaków. Hermiona zauważyła, że to bardziej korzystanie z czarodziejskich umiejętności niż cokolwiek innego, a on się obraził. To znaczy do czasu, kiedy wyciągnęła racje na tę noc i zrobiła mu herbaty.
Rozłożyli prowizoryczne obozowisko. Namiocik wyciągnięty z torebki Hermiony rozstawili z boku, a obok niego ustawili słoik z jasno niebieskimi płomieniami, które dawały dość światła, by zaparzyć herbatę i przygotować jedzenie. Rozegrali nawet kilka rozdań pokera, by uspokoić nerwy i niespokojne podniecenie, które ku zdumieniu Hermiony dotknęło także zwykle spokojnego Remusa. Do następnej części zadania potrzebowali koncentracji, więc im bardziej się odprężyli tym lepiej, uznała Hermiona. Dalej wyprzedzali rozpiskę, kiedy dziewczyna wstała i odezwała się:
- To co, działamy?
Chata Gauntów składała się teraz z patchworku nakładających się na siebie płaskich desek. W żaden sposób nie przypominała domu i była porażająco wielka w porównaniu z ich jedynym wcześniejszym obiektem testowym czyli kłodą, którą zaczarowali na polanie miesiące wcześniej. Koncentracja konieczna do rzucenia zaklęć sprawiła, że wcześniejsza radosna atmosfera, rozwiała się. Pracowali, w ciszy, kucając pośród krzaków, nakładają warstwę na warstwę czarów na ściany. Jakiś czas potem wzeszło słońce, a w godzinę później nadciągnęły ciężkie chmury. Po ośmiu godzinach powtarzalnej pracy, Hermiona miała wrażenie, że jej ręka do końca życia wykonywać będzie ten ruch. Nie musiała już nawet o tym myśleć, dłoń sama powtarzała to raz po raz. Ale dalej wyprzedzali plan, więc było warto.
Syriusz i Remus znów siedzieli na drzewach, kończąc dach i Hermiona stwierdziła, że to dobry moment na sprawdzenie czy nie ma dziur. Zrezygnowali z planu zaczęcia od dołu i pracowania do góry. Zamiast tego zajmowali się jedną ścianą na raz, zostawiając na koniec tę, w której zostawią dziurę na rzucenie Szatańskiej Pożogii. Na tym etapie mieli jeszcze jedną całą ścianę do zrobienia, ale nim Remus ich zostawi Hermiona chciała się upewnić, czy nałożyli dość warstw, w razie, gdyby musieli wszystko poprawiać.
Posłała pomarańczowy barwnik w stronę domu i zdziwiła się. Wcale nie przesiąkiwał, zawisł po prostu, przyklejając się do zaklęć ochronnych. Wtedy uderzyło ją jakie miała szczęście, że pomagało jej dwóch tak utalentowanych czarodziejów. Ich robota przy dachu była tak samo dobra jak jej przy ścianach. Odetchnęła z ulgą. Już prawie.
Po kolejnej godzinie rzucania czarów, zostało im już tylko pół ściany, więc urządzili sobie kolejną przerwę na herbatę, zanim nadszedł czas, by Remus udał się do Doliny Godryka. Syriusz i Remus przeżuwali rogaliki, które na początku tygodnia Lily przysłała do mieszkania wraz z Remusem.
- Dobra. - powiedział Remus, wypiwszy ostatni łyk herbaty. - Lepiej będę się zbierał. - twarz miał bladą i kamienną, a Hermiona stwierdziła, że wyglądał na chorego.
- Dasz sobie radę, Remusie? - spytała, kiedy wstał i strzepnął okruszki rogalika z kolan.
- Tak. - odparł, posyłając jej pospieszny uśmiech. Musiał zdać sobie sprawę, że przyłapała go na nerwach. - Musze po prostu wykorzystać wszystkie nerwowe miny teraz, żebym mógł siedzieć w salonie Jamesa i zachowywać się normalnie.
Zrobił serię komicznych wykrzywionych min, a Hermiona i Syriusz zaśmiali się.
- No dobra, to powodzenia. – powiedziała dziewczyna. - Pamiętaj, wyślij nam patronusa, kiedy tylko Dumbledore dotrze do domu. Lily i James będą mieli sporo pytań, a chcę tam być, by upewnić się, że Dumbledore powie im prawdę. Wiesz jaki potrafi być.
- Wiem. - przytaknął Remus, zarzucając torbę na ramię. - A wy dwoje, skupcie się. - nakazał ostro. - Nie chcemy opóźnień, bo uprawialiście seks w krzakach.
Usilnie próbował utrzymać nieporuszoną twarz, ale pękł na widok miny Hermiony.
Hermiona była lekko oburzona, że Remus choćby to zaproponował, ale obok niej Syriusz śmiał się tak głośno i tak nie mógł złapać tchu, że spadł ze swojego miejsca na kłodzie. Nie mogła się powstrzymać i na jej usta też wypłynął uśmiech. Spojrzała na Remusa.
- Wiesz, że nigdy bym nie...
- Nie ciebie ostrzegałem. - zaśmiał się Remus, przerywając jej.
Potem, niby po to by mu coś udowodnić, Syriusz wykrztusił.
- Myślę o tym tylko całą cholerną noc.
Hermiona i Remus zaczęli się szczerze śmiać, bardziej na widok Blacka trzymającego się za boki w histerii i turlającego się bezradnie po ziemi, niż z tego co powiedział Remus. Mężczyzna sięgnął i pstryknął go w ucho, sprawiając, że Syriusz wydał z ciebie urwany okrzyk.
- No to zobaczymy się za sześć godzin.
Hermiona wstała i przytuliła go, a on odpowiedział tym samym.
- Powodzenia.
Remus odsunął się trochę i spytał:
- W czym? Idę tylko na herbatę do przyjaciół.
Hermiona uśmiechnęła się.
- Tak, wiem. I tak powodzenia.
- Wiecie, że tu jestem. - powiedział zza ich pleców Syriusz, który wydobrzał po swoim ataku radości i w oczywisty sposób niechętnie patrzył na Hermionę w ramionach innego mężczyzny.
- To się odwróć. - rzuciła przez ramię dziewczyna, a potem stanęła na palcach, by pocałować go w policzek. - Tak bardzo ci dziękuję. - powiedziała, kiedy się zarumienił. - Naprawdę nie dalibyśmy rady bez ciebie.
- Nie mam problemu. - mruknął szorstko, próbując się od niej odsunąć. - A teraz puść, bo Łapa mnie zabije.
Hermiona uśmiechnęła się do niego. Kusiło go, by go tu zatrzymać, bo wydawał się taki zawstydzony, ale zamiast tego cofnęła ramiona. Naprawdę nie potrzebował teraz nowych zmartwień. Remus podszedł do miejsca, gdzie Syriusz dalej siedział na ziemi i wyciągnął rękę, by pomóc mu wstać. Kiedy Syriusz ją chwycił, Remus pociągnął ją w krótki uścisk, a potem pościł go i powiedział:
- No już, nie ma się czym przejmować. Najwyraźniej ostatnimi czasy z własnej woli przytulam ludzi.
- Mnie nie pocałujesz? - zaśmiał się Syriusz.
- Wybacz brachu. - odparł tym samym Remus, klepiąc go po ramieniu. - Może następnym razem.
Syriusz odepchnął go, dalej uśmiechając się szeroko.
- No to zmiataj, niedługo się zobaczymy. I pamiętaj, tarcza zanim Lily dowie się co zrobiliśmy!
Remus też wyszczerzył zęby.
- Pewnie. - przytaknął, a potem obrócił się na pięcie i zniknął.
Syriusz spojrzał pytająco na Hermionę, a ona od razu rozpoznała ten figlarny uśmiech.
- Nawet mowy nie ma. - oznajmiła surowo. - No weź, została nam już tylko lewa strona.
Syriusz był bardzo zawiedziony, ale bez skargi ruszył za nią między drzewa.
Remus z dumą oceniał swoje dotychczasowe naturalne-i-wydawać-by-się-mogło-swobodne zachowanie w obecności Potterów. James posłał mu kilka dziwnych spojrzeń, kiedy nagły hałas sprawił, że wilkołak odwracał się pospiesznie, szukając źródła, ale na szczęście zrzucił tę nerwowość na paranoję przyjaciela, a nie zorientował się, że morderczy sukinsyn zbliża się do jego domu. Czas minął zdumiewająco szybko. Remus spodziewał się, że oczekiwanie na powyższego morderczego sukinsyna będzie mu się dłużyło, ale z drugiej strony, rzeczy, których się obawiamy zawsze zbliżają się niezwykle szybko, więc chyba nie powinien się dziwić.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni widywał Lily i Jamesa dość często, bo pani Potter poprosiła go o pomoc w uczeniu Petera zaklęcia Fideliusa. Nie przez wzgląd na umiejętności Remusa w kwestii zaklęć (choć był całkiem niezły) tylko dlatego, że ona, choć bardzo inteligentna, nie miała cierpliwości do uczniów. Wilkołak obawiał się, że jego obecność coś zmieni, bo przecież ostatnim razem Lily z pewnością nie poprosiłaby go o pomoc, skoro uważali go za zdradzieckiego wilkołaka. Niepotrzebnie jednak. Zaklęcie było skomplikowane i nawet on z trudem się go nauczył. Peter nie miał szans.
- Zostaniesz na kolację, Remusie? - zawołała z kuchni gospodyni.
James skinął głową i powiedział z uśmiechem.
- Musisz, Lunatyku. Harry będzie niepocieszony, jeśli odbierzesz mu nową ulubioną zabawkę.
Siedzieli z Remusem na kanapie, a Harry tkwił usadowiony pomiędzy nimi. Przed ponad godzinę zajmowali prawie półtoraroczne dziecko demonstrując mu jak się tasuje karty Remusa. Harry'emu bardzo się podobały. Nie kiedy je tasowano, tylko kiedy nimi rzucano, albo też (co bardziej prawdopodobne jak myślał Remus) kiedy rzucona karta przylatywała z powrotem przywołana machnięciem Jamesowej czy Remusowej różdżki, a chłopiec próbował złapać ją przed którymś z nich.
- Dzięki Lily. - odkrzyknął Remus, wiedząc, że to z pewnością nie udała im się spokojnie usiąść do kolacji z Voldemortem martwym na drodze na zewnątrz i Syriuszem i Hermioną, którzy przybędą powiedzieć Lily i Jamesowi, że grali role przynęty w całym skomplikowanym planie. Wcale nie śpieszyło mu się do tej rozmowy. Odkąd dostał nową różdżkę ćwiczył rzucanie nią zaklęć tarczy, bo był pewien, że to na niego i Syriusza spadnie większość wściekłości pani Potter, a kastracja nie znajdowała się zbyt wysoko na liście rzeczy, które chciał osiągnąć w życiu. James był tym typem człowieka, który patrzy na wszystko z szerszej perspektywy, więc Remus liczył na jego zrozumienie. To, że jego syn znalazł się w niebezpieczeństwie sprawi, że będzie to musiał dodatkowo przemyśleć, ale wilkołak spodziewał się, że ostatecznie będzie chciał wiedzieć jak im się to udało. I pewnie ucieszy się, że na jego ulicy leży martwy Voldemort.
Tym co najbardziej zajmowało umysł Remusa tego popołudnia była podsłuchana rozmowa między Dumbledorem i Moodym. Nie wspomniał o niej ani Hermionie ani Syriuszowi, bojąc się, że źle zrozumiał co zostało powiedziane i wzbudzi niepotrzebną panikę, ale czuł się niewyobrażalnie winny, że to przed nimi ukrył. Właśnie dlatego nie chciał, by Dumbledore dowiedział się o umowie z Frederiką. Gdyby stary czarodziej tego wieczoru naprawdę powiedział Hermionie, że musi odejść, Remus chciał mieć plan, którym mogliby go zaskoczyć i uniemożliwić mu sprzeciw.
Innym powodem, dla którego nie chciał włączać Dumbledore'a było to, że odkąd ukradł Zmieniacz Czasu Hermiony (który na szczęście udało mu się odłożyć, kiedy utkwił w mieszkaniu Syriusza tego dnia, gdy odbierał nową różdżkę) Remus dziwnie czuł się w obecności dyrektora. Martwił się jakie zadanie w następnej kolejności powierzy mu Dumbledore i że wydawał się nieporuszony obiekcjami Remusa przeciwko okradaniu przyjaciół. I że założył, że Remus zrobi wszystko o co zostanie poproszony, bo był mu to winien za edukację i następujące po niej sensowne życie. Najgorsze było to, że miał rację. Remus zrobiłby wszystko o co Dumbledore by go poprosił.
- Mam nadzieję, że nie uczycie go hazardu. - odezwała się Lily, przerywając ponure myśli Remusa. Weszła do salonu z mokrym ręczniczkiem w jednej ręce i niebieską piżamką w drugiej. Rzuciła piżamkę na kolana Remusa, a ręczniczek Jamesowi tak, że uderzył go w twarz z głośnym plaśnięciem. Uśmiechnęła się szelmowsko, a Harry zachichotał. - Bo szczerze powiedziawszy jesteście tragiczni w grze w karty. Wolałabym, by uczył się od Syriusza. - James posłał jej pełne niezadowolenia spojrzenie, a ona dodała. - Harry może dziś darować sobie kąpiel. Nie chce mi się dziś słuchać pisków, więc zajmijcie się nim.
James zaczął wycierać twarz i palce Harry'ego ręcznikiem, mrucząc jednocześnie z udawaną irytacją.
- Leniwa ta twoja mama, co?
Lily zaśmiała się.
- Dzisiaj tak. Właśnie wstawiłam potrawkę, będzie gotowa za godzinę. W razie co, do tego czasu będę czytać na górze.
- Nie potrzebujemy jej, prawda synu? - James spytał Harry'ego, który próbował mu się wyszarpnąć. Lily opuściła pokój uśmiechając się do siebie. - Z wyjątkiem jedzenia. - dodał James, zdejmując Harry'emu sweterek. - Nie wydaje mi się, by Łapa miał czas wpadać tu codziennie i robić nam kiełbaski.
Zanim Harry został wytarty i przebrany do spania, Remus zaczął odczuwać znacznie większe zdenerwowanie. Zaczęło padać i ciężko było dokładnie dostrzec co działo się wzdłuż drogi. Założył, że tam gdzieś pod peleryną ukrywa się Dumbledore. Przy odrobinie szczęścia dyrektor znalazł sobie jakieś zajęcie, bo przecież koczowanie w czyiś krzakach musiało po pewnym czasie zacząć go nudzić. Zachmurzone niebo pociemniało już, chociaż światło sączące się przez chmury wskazywało na to, że słońce dopiero zaczęło zachodzić. „Już niedługo", pomyślał Remus, a potem prawie uderzył o sufit, bo tak wysoko podskoczył ze strachu, kiedy do jego uszu dobiegł głośne jękliwy pisk z zewnątrz. Czerwony sportowy samochód przemknął przed bramą, pędząc w stronę wioski i Remus wziął kilka wdechów, by się uspokoić.
Za nim James zaśmiał się.
- Cieszę się, że nie tylko ja! Palant przeprowadził się na koniec ulicy jakiś miesiąc temu, a ja dalej przyzwyczajam się do tego ustrojstwa i hałasu jaki wytwarza. Za każdym razem dostaję apopleksji. Idiota powinien spróbować miotły, dwukrotnie szybsza i cicha. Znacznie więcej zabawy.
- Huh, ta. - mruknął Remus, dalej zszokowany. - I potrafią latać.
- Dokładnie. - zgodził się James. Remus odwrócił się i zobaczył go siedzącego na kanapie z Harrym na kolanach. James machnął różdżką i mruknął - Zieleń. - a z końcówki wyleciała zielona mgiełka. Harry zaklaskał w pulchne rączki, sprawiając, że mgiełka się rozproszyła, a James powtórzył zaklęcie. - Czerwień. - powiedział, wyczarowując czerwony obłoczek. Harry wydawał się znacznie bardziej zainteresowany łapaniem go niż nauką kolorów. Była to jedna z gier, na które naciskała Lily, która święcie wierzyła w geniusz swojego syna. Remus jednakże zastanawiał się, ile chłopczyk da radę się nauczyć, biorąc pod uwagę, że James szybko się nudził normalnymi kolorami i zaczynał wybierać takie jak cynober czy lazur.
Wilkołak uśmiechnął się, obserwując ojca i syna. Cieszył się, że zabawa wymagała trzymania różdżki w dłoni. W końcu taką miał rolę, upewnić się, że byli gotowi. Tak na wszelki wypadek. Zastanawiał się, czy Peter już uciekł od Śmierciożerców w zwierzęcej formie. Miał nadzieję, że tak i że ukrył się według planu. Remus nie był z natury gwałtowną osobą, ale Syriusz wspomniał o wytropieniu Petera po Nocy Duchów, a on nie mógł się już tego doczekać. Próba zachowania lojalności nie miała znaczenia. Remus uważał, że bycie lojalnym to nie coś w czym się próbuje. Albo byłeś lojalny, bo tak trzeba, albo nie byłeś, bo to prostsze. Zastanawiał się też, gdzie teraz przebywał Voldemort... pewnie łapał odrobinę ćwiczeń w torturach na jakiś mniej wiernych poplecznikach, by zapełnić sobie czas przed wyjściem do Doliny Godryka i swojej śmierci.
Lord Voldemort przyjrzał się broszce w gasnącym świetle dnia. Oto ostatni element i to jaki. Wykute przez gobliny srebro datowane na prawie milion lat, antyczne, wspaniałe i piękne, które za kilka godzin stanie się jeszcze bardziej niezwykłe. Chociaż Voldemort już wielokrotnie czuł, że nigdy nie osiągnie swego celu, teraz był tego tak bliski. Rozumiał znaczenie cierpliwości. Wiedział co można zyskać czekając na właściwy moment, tę odpowiednią chwilę, kiedy czyn przemieniał się ze średnio przydatnego zabicia dziecka i zniszczenia męczącej przepowiedni w najbardziej pamiętny dzień w historii czarodziejskiego świata. Ten moment, kiedy Lord Voldemort stanie się niezniszczalny, jego dusza zamknięta jako permanentna część tajemnicy świata. Z pewną poetyckością myślał o doniosłości tego wydarzenia, cudach jakie będą miały miejsce tego wieczora. Nieczęsto Lord Voldemort opisywał swoje odczucia jako optymistyczne, ale ten wieczór stanowił wyjątek. Ostatnia przeszkoda wkrótce zostanie pokonana.
Próby grania na dwa fronty, których podjął się jego szpieg okazały się klęską tak szybko, że Voldemort był prawie zawiedzony. Lubił wyzwania, a Pettigrew z całą pewnością do takowych nie należał. Czuł chwilowe zniechęcenie, że to nie Black był kluczem do znalezienia chłopca. Bardzo chciał skończyć to co zaczął, ale nie miał w zwyczaju zajmować się prywatą, a identyczny efekt został osiągnięty. Szpieg wydał ich i teraz Voldemort wiedział już, gdzie ich znaleźć. Z Blackiem poradzi sobie wkrótce. Z Blackiem i Fehrówną, tymi dziwnie ważnymi wrogami. Mimo tego jak bardzo Black z niego szydził, mimo tego jak zaklinał się, że nigdy nie dołączy do Śmierciożerców i tak samo jego dziewczyna, oboje cicho zniknęli w cieniu. Z tego co wiedział Voldemort, Fehrówna zniknęła z powierzchni ziemi. Żaden z jego popleczników nie mógł jej znaleźć, więc Voldemort poczeka. Po dzisiejszej nocy wszyscy jego wrogowie przegrają, bo zaraz pokona ostatnią potęgę będącą w stanie go zniszczyć.
Schował broszkę do wewnętrznej kieszeni szaty. Jak tu spędzić ostatnią godzinę zanim stanie się niezatrzymanym, najpotężniejszym czarnoksiężnikiem w Brytanii, a wkrótce też na świcie? Zachód słońca w dniu antycznego święta Wigilii Wszystkich Świętych wydawał się odpowiednim momentem na osiągnięcie celu, więc poczeka. Uważał za swój obowiązek uczynienie tego wydarzeniem dramatycznym i historycznym, bo kiedyś zostanie to opisane i czarodziejskie dzieci przyszłych pokoleń zasługiwać będą na ekscytującą i wzruszającą opowieść o dniu, kiedy ich świat został uratowany, a dziedzictwo przechowane. Szczerze, jeśli czarodziejska populacja myślała, że Voldemort i jego Śmierciożercy dotychczas silnie forsowali swoje przesłanie, to wiele ich jeszcze czekało. Kiedy to ostatnie zadanie zostanie wykonane, Voldemort spuści ze smyczy nowy rodzaj potęgi. Najwyższy czas, by Śmierciożercy wyszli z cienia.
Niedługo po odejściu Remusa, w Little Hangleton zaczęło padać. Syriusz zastanawiał się czy Hermiona sprawdzała też raporty pogodowe, bo chociaż zaklęcia na ostatnią ścianę domu rzucali w deszczu to teraz siedzieli w ciepłym i suchym namiociku, który ze sobą przywiozła. Spojrzał na zegarek. Pół godziny do szacowanego przybycia Riddle'a do Doliny Godryka.
- Denerwujesz się? - spytał Hermionę. Siedziała obok, opierając się o niego, wpatrzona w zabitą deskami i dalej lekko pomarańczową Chatę Gauntów. Syriusz czuł się nieprzyjemnie siedząc tak, podczas gdy deszcz z pluskiem uderzał o materiał namiotu. Ze swojego miejsca widział tylko poskręcane, pokryte mchem pnie drzew i walący się budynek. Kiedy ostatni raz patrzył na niebo, było ciemne od chmur, a gęsty las wydawał się przez to jeszcze mroczniejszy. Co za odludzie.
- Tak. - powiedziała cicho Hermiona. - Ale nie o ogień. Ty i Remus wykonaliście kawał dobrej roboty, właściwie to pewnie poradzilibyście sobie beze mnie.
Syriusz zaśmiał się, ale dźwięk ten tak bardzo nie pasował do ponurego otoczenia, że przestał.
- Tak, jestem pewien. Więc co cię tak niepokoi?
- Na przykład Dumbledore. - westchnęła. - Nie to jak będzie walczył, na pewno da radę pokonać Riddle'a. Niepokoję się co powie Jamesowi i Lily, a Remus tak strasznie upierał się, żebyśmy nie mówili mu o planie Frederiki, że zastanawiam się czy czegoś nie wie. - urwała i dodała z zamyśleniem. - Remus, którego znałam, ufał Dumbledore'owi do tego stopnia, że potrafił uwierzyć Snape'owi tylko dlatego, że Dumbledore mu kazał. To, że teraz nie chce go w coś wciągać trochę mnie niepokoi.
Syriusz o tym nie pomyślał.
- Wiesz co, masz rację... Lunatyk ostatnio dziwnie się przy nim zachowuje. – powiedział Syriusz i zachichotał. - Może martwi się, że Dumbledore ukradnie mu Lady Fehr.
Hermiona zaśmiała się niechętnie.
- Mogę wymienić jeden konkretny błąd w tej teorii.
- Hmm - mruknął Syriusz. - prawda. No to nie wiem.
Hermiona nie odpowiedziała. Syriusz chciał zająć się czymś innym zamiast horkruksów i ponurych rozmów o nieufaniu ludziom.
- Więc co kupiłaś mi na urodziny? - spytał więc nonszalancko.
- Um... nic. - odparła Hermiona, posyłając mu dziwne spojrzenie na tę niespodziewaną zmianę tematu. - Ty nic mi nie kupiłeś.
„Też prawda" pomyślał Syriusz, ale i tak powiedział:
- Wyprawiłem ci przyjęcie.
- Nie, Remus je zorganizował. - odparowała Hermiona, a potem dodała sucho. - Na marzec zaplanowałam dla niego ekstrawagancką imprezę w podzięce.
Syriusz szturchnął ją łokciem i uśmiechnął się szeroko.
- Naprawdę? Będzie wściekły.
Też się uśmiechnęła.
- Wiem, ale ty będziesz zazdrosny, a on uzna to za zabawne, więc do dobry prezent.
- To prawda. - zgodził się Syriusz, myśląc, że chociaż żartowała, to miała rację. Lunatyk uznałby to za zabawne, a Syriusz z pewnością byłby zazdrosny, gdyby Remus dostał przyjęcie, a on nie. - Więc naprawdę nic mi nie kupiłaś? Zostało już tylko pięć dni.
Hermiona wywróciła oczami.
- Kiedy miałabym iść na zakupy? Nie mogę wychodzić z domu, pamiętasz?
- Mogłaś zamówić mi coś pocztą. - mruknął obrażonym tonem Syriusz, zastanawiając się czemu tak go to bolało, biorąc pod uwagę, że żartował wyciągając ten temat.
- Nie, nie mogłam, nie mam pieniędzy. - przypomniała mu Hermiona. - Głupio prosić cię o złoto na twój własny prezent urodzinowy.
- Dobrze. - zgodził się Syriusz, któremu trochę poprawił się humor, kiedy usłyszał jej argumentację. - W tym roku ci odpuszczę, ale jak już dostaniesz świetnie płatną pracę w Ministerstwie, będę oczekiwał reparacji.
- Pewnie. - odparła z rozbawieniem. - Więc jaką masz wymówkę? Masz złoto i normalnie przemieszczałeś się po mieście przed moimi urodzinami. To straszne zaniedbanie z twojej strony.
Uniosła brwi w oczekiwaniu.
- Wydawało mi się, że to zbyt hop siup do przodu. - mruknął Syriusz, żałując rozpoczęcia tej głupiej rozmowy.
Hermiona znacznie złagodniała i spytała.
- Naprawdę?
Syriusz był zły na siebie za to zażenowanie.
- Ta i nie wiedziałem co ci kupić i wtedy nie wiedziałem co się dzieje, więc sobie odpuściłem. Wybacz.
- Nie mam czego. - odparła lekko Hermiona. - Kończyłam tylko dwa latka, to nic ważnego.
Syriusz skrzywił się.
- To sprawia, że czuję się trochę jak zboczeniec.
- Musisz sobie z tym poradzić. - odparła niecierpliwie Hermiona. - Bo jeśli Frederika odmówi to pewnie będę musiała wrócić, a chciałabym to kontynuować, wiesz... jeśli w międzyczasie nie znajdziesz kogoś innego.
„Znów ponuro" pomyślał Syriusz, ale wyszczerzył zęby, zdeterminowany by pozbyć się nieprzyjemnych myśli jakimi napełniał go deszczowy las.
- A nawet gdybym znalazł, to widziałbym, że wracasz, więc upewniłbym się, że schowałem ją pod łóżko.
Hermiona milczała przez chwilę, a Syriusz doszedł do wniosku, że chyba powiedział niestosowny żart. Na szczęście teraz deszcz padał już zawzięcie, przerywając to co z pewnością przerodziłoby się w niezręczną ciszę (bez wątpienia wiodącą do bury) ale dziewczyna go zaskoczyła.
- Dobra, teraz i tak będę zawsze sprawdzała pod każdym łóżkiem. - zaśmiała się. - Bo to jest już zbyt niepokojące.
- To trochę zbyt wiele, prawda? - odparł i nie mogąc się powstrzymać dodał: - Może lepiej wepchnąć ją do szafy.
- Syriuszu - Hermiona dalej się śmiała. - wiem, że teraz po prostu udajesz idiotę. - szturchnęła go łokciem, a potem szybko spoważniała. - Ale dwadzieścia lat to sporo czasu. Nie oczekuję, że zachowasz celibat.
Syriusza zszokował dźwięk tych słów. Czy nie powinna chcieć, by na nią poczekał?
- To brzmi jak wyzwanie. - odparł. - Próbujesz powiedzieć, że nie dam rady tego zrobić?
- Nie. - odparła Hermiona. Kąciki jej ust uniosły się na chwile, a on pojął, że mówiła tak tylko przez wzgląd na niego. - Tylko tyle, że to niesprawiedliwe wobec ciebie.
Syriusz zawsze uważał Hermionę za trudną do przejrzenia i zwykle, kiedy sądził, że zrozumiał jej reakcje, ona robiła coś co zmuszało go do przemyślenia założeń. Jak na przykład teraz. Najlepiej było walić prosto w oczy.
- Zrobiłabyś to dla mnie?
- Spróbowałabym. - odparła Hermiona, najwyraźniej tak zdumiona chytrym planem Syriusza polegającym na pytaniu o to czego chciał się dowiedzieć, że aż całkiem szczera. Spojrzała na niego, delikatnie marszcząc brwi i powiedziała z wahaniem. - Więc tylko o tyle mogę cię prosić.
Ciągnąc tę nowatorską metodę wyciągania informacji, Syriusz spytał:
- Ale czy nie powinnaś chcieć, żebym poczekał? Żebym ci obiecał, że nigdy nie będzie nikogo innego...
Przerwała mu prychnięciem i odwróciła wzrok z powrotem w stronę chaty i jej już wyblakłej pomarańczowej tarczy.
- Nie wiem co powinnam powiedzieć. Nie widziałam przewodnika po takich konwersacjach. - odparła zimno. Ale chyba szybko zrozumiała, że nie chciał jej urazić, bo położyła dłoń na jego kolanie i dodała znacznie mniej zirytowanym tonem. - Chcę tylko, żebyś był szczęśliwy i ja też. O to właśnie w tym wszystkich chodziło, żeby moi przyjaciele i ich rodziny wiedli szczęśliwe życie. - posłała mu połowiczny uśmiech. - Więc jeśli będziesz szczęśliwy jako samotny i poszczący przez dwadzieścia lat facet to tak, to w porządku. Ale jeśli chcesz żyć, to też w porządku.
Nagle Syriusz zrozumiał, dlaczego nie chciała mu podać definitywnej odpowiedzi. Starała się być realistką. „Jak zwykle" pomyślał. To w końcu Hermiona, a dwadzieścia lat to kupa czasu. Nie była romantyczną marzycielką zatopioną w nierzeczywistych snach o pożądaniu na wieki... cóż, dwie dekady, ale w sumie to prawie to samo. Tak naprawdę chciała tylko żyć i żeby każdy mógł zrobić to samo. Bardzo zadowolony z siebie, że to wykombinował i mając dość poważnych rozmów (Hermiona wyglądała na odrobinę zaniepokojoną jego przedłużającą się ciszą) uśmiechnął się i próbując pokazać jej, że wrócił do siebie, spytał:
- Próbujesz ze mną zerwać?
- Nie - prychnęła z niebezpiecznym uśmiechem. - chodzi tylko o to, że nie chciałabym być pierwsza po dwudziestu latach. Mózg mógłby mi wybuchnąć.
Przez ułamek sekundy Syriusz tylko się na nią gapił, a potem roześmiał się. Co zrobił z grzeczną dziewczyną, którą kiedyś była? Zaśmiała się z własnego żartu i pewnie z jego oszołomionej miny, a on zdecydował, że to nie miało znaczenia, bo tę lubił znacznie bardziej.
- W takim razie postaram się być niewierny. - zachichotał na dźwięk tego kuriozalnego zdania.
Potem Hermiona pochyliła się i pocałowała go. Nie był to taki pocałunek do jakich przyzwyczaił się przez ostatnie tygodnie, taki, który odciągnąłby jego uwagę od wszystkiego innego, ale też nie był specjalnie niewinny.
- Nie próbuj za bardzo. - mruknęła, odsuwając się.
Syriusz nie powiedział tego na głos, bo nawet w jego głowie brzmiało to okropnie sentymentalnie, ale pomyślał, że będzie musiał porządnie się wysilić nim da radę zbliżyć się do jakiejkolwiek innej dziewczyny.
- No chodź. - nakazała Hermiona chwilę później, wstając. - Równie dobrze możemy zaczynać. Musimy to wszystko spakować, zanim zapalimy ogień, a zostało nam już tylko piętnaście minut do zachodu słońca.
Syriusz podążył za nią, zgięty w pół w by wyjść z namiotu i razem zabrali się za zwijanie obozu. Nie zabrało to zbyt wiele czasu i wkrótce Syriusz znów czuł się jak wielbłąd niosąc ich plecaki w wyznaczone bezpieczne miejsce w połowie dolinki. W kilka minut był przemoczony, a kiedy dotarł do chaty, przed którą czekała Hermiona, zimna woda spływała z jego włosów i po szyi.
- Hej, jakim cudem jesteś sucha? – spytał, mimo szczękających zębów. Bo taka właśnie była, deszcz zdawał się jej nie dosięgać. Strząsnął krople z włosów w jej stronę, a ona uśmiechnęła się i wycelowała w niego różdżkę.
- Bo myślę perspektywicznie. - odparła. Różdżka w jej dłoni śmignęła, a on nagle poczuł się ciepły i suchy. Potem mruknęła. - Impervious.
Wyciągnął przed siebie rękę i chociaż widział, jak uderza w nią deszcz, dalej był suchy.
- Masz odpowiedź na wszystko. - burknął, czując się głupio, bo sam o tym nie pomyślał.
- Wybacz. - Hermiona spojrzała na jego marudną twarz. - Gotowy?
- Tak. - odparł i nagle zdał sobie z czegoś sprawę. To było to! Hermiona na sekundę napotkała jego spojrzenie, a potem z dziwnym uśmiechem chwyciła go za rękę i ścisnęła przelotnie. Puściła ją bez słowa i wycelowała różdżką w maleńką dziurę w polu ochronnym. Syriusz zrobił to samo. Miał za zadanie zamknięcie przerwy tak szybko jak to tylko możliwe.
Hermiona oddychała wolno i głęboko, całkowicie skupiona na zadaniu. Deszcz padał coraz mocniej, ściółka pod ich stopami zmieniła się w błoto. A potem, zanim zdołał się zorientować, Hermiona zaczęła odliczanie.
- Trzy... dwa... jeden! - i z końca jej różdżki wystrzeliło żółte światło. Syriusz natychmiast rzucił zaklęcie ochronne. Nagle jego serce zadudniło i nie mógł myśleć o niczym z wyjątkiem czaru i tego jak Hermiona powtarzała po nim jak echo, dając mu wsparcie.
W sekundę pożoga rzuciła się na wcześniej słaby punkt, szukając drogi ucieczki, ale bezskutecznie. Była w pułapce. Hermiona znów trzymała go za rękę i odciągała od ognia. Miała rację. Istniała różnica między tym, a pożarem na polanie. Tutaj pożoga była gwałtowniejsza, głośniejsza i bardziej zażarta, a stworzenia z płomieni rosły szybciej, wspinając się po ścianach chaty. Nie mógł oderwać wzroku. Widok był niezwykły. Straszliwie przerażający, ale niezwykły. Płomienie dotarły już do poważnie naprawionego dachu i dom syczał i trzeszczał pod ich atakiem. Czarny, obrzydliwy dym unosił się nad potworami, kiedy pożywiały się budynkiem, ale on także tkwił uwięziony w polu ochronnym.
Hermiona znów pociągnęła Syriusza za rękę i tym razem ten cofnął się razem z nią.
- Jeszcze pięć minut. - powiedziała. - Potem pole zacznie się zamykać.
Dziwnie się na patrzyło na ten trzaskający ogień, na który ulewa nie miała żadnego wpływu. Stali w pełnej podziwu ciszy, a płomienie szalały. Hermiona objęła Syriusza w pasie i oparła się o niego. Po pięciu minutach pole naprawdę zaczęło się kurczyć i dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Merlinie, ależ się cieszył, że wziął w tym udział. Na ich oczach płonęła dusza Toma Riddle'a, a to wszystko dzięki nim.
Potem rozległo się ciche, wibrujące od ognia dudnienie i Syriusz poczuł, jak ziemia trzęsie się pod jego stopami. Uśmiech Hermiony zadrżał, a jej twarz zbladła. Ciche huczenie zmieniło się w lamentujące zawodzenie. Ton irytował Syriusza i sprawiał, że chciało się zasłonić uszy, choć mężczyzna wiedział, że to nic nie pomoże. Pożoga, która przyjęła formę cętkowanego, czarnego dymu i wijących się pomarańczowych płomieni, nagle znów rozbłysła. Zaklęcia poszerzały się i kurczyły, gdy demony wewnątrz szarpały się w pętach niczym jakaś potworna istota ziejąca złowieszczymi płomieniami.
- Cholera, cholera, cholera. - wymamrotała pod nosem Hermiona. - Nie wytrzyma, Syriuszu zaraz... - ale nie usłyszał reszty zdania, bo zagłuszyły je chorobliwe jęki uwięzionych bestii. Okropne dźwięki stawały się coraz głośniejsze aż wybuch ze środka Pożogi poniósł się echem po dolinie. Wstrząsnął drzewami i posłał delikatne fale błotnistej wody, które obmywały buty Syriusza. Był tak głośny, że mężczyzna miał pewność, że dotrze aż do wioski po drugiej stronie wzgórza. Przez chwilę zastanawiał się co sobie pomyślą mugole. Jeśli łuna pożaru też była widoczna to pewnie dojdą do wniosku, że ktoś świętuje Noc Guya Fawkesa o tydzień wcześniej. „Dziwni mugole i ich świętowanie terroryzmu" pomyślał. Wiedział o tym tylko dlatego, że świętowanie to skupiało się na paleniu rzeczy, a to zawsze mu się podobało.
Po kilku kolejnych sekundach spanikowanego mamrotania, Hermiona ruszyła do przodu, ale wtedy dom pod osłoną rozpadł się w nicość ze zdumiewająco normalnym łomotem i została tylko poczerniała rama. Kopuła zaczęła się kurczyć, mniejsza i mniejsza aż płomienne stworzenia zaczęły brzmieć jakby umierały.
- Jest w porządku. - powiedział Syriusz do Hermiony. - Spójrz, jest w porządku.
Było. Wkrótce ogień stał się zaledwie ogniskiem, a potem z ostatnim kraczącym wyciem zniknął, a razem z nim Chata Gauntów i nie zostało nic.
- No chodź. - zakomenderowała Hermiona, pospiesznie ciągnąc go z powrotem w stronę pobojowiska. Nie pozostał nawet ślad po płomieniach. Nic, tylko bagnista ściółka leśna, całkiem jakby chałupa nigdy nie istniała. Hermiona spojrzała na niego, oczy miała szeroko otwarte, pełen ulgi uśmiech na ustach. - Nie ma ich. - szepnęła. - Syriuszu, udało nam się!
A potem rzuciła się na niego z taką siłą, że zachwiał się, a jego stopy zatonęły w błocie, podczas gdy ona śmiała się z ulgą prosto w jego ucho. Deszcz dalej lał, a on był zziębnięty, zmęczony i po kostki unurzany w liściastym szlamie, ale Syriusz chyba jeszcze nigdy nie czuł się taki szczęśliwy. Voldemort był w połowie martwy.
N/A: Ale się pośpieszyłam, co? Cóż, podziękujcie za to Emily. Wyrobiłyśmy się w 24 godziny, czy bardziej 18. Tak czy siak to cholerny cud!
To wszystko aż wrócę z świąteczno-noworocznych wakacji na plaży, gdzie znaleźć można masę piasku i słońca, ale niestety zero internetu. Wesołych Świąt, wspaniali czytelnicy xxx
