Rozdział został zbetowany przez Felly oraz angę971 - dwie wspaniałe osoby, które sprawiły, że prezentuje się lepiej niż mogłabym sobie wymarzyć :). Także ogromnie dziękuję im za trud i pracę, jakie w niego włożyły.

Podziękowania należą się również slimarwen, hulkowi12, Anuii, Gumosi, KarboVictorii, Panterze, wonnnderlaand, FerrisEris, belzebce, Mariposa-Madri, kolosii, Ayane L oraz Shailili. Za tak wspaniałe komentarze, który przyniosły mi wiele radości i motywują mnie do dalszego tłumaczenia. Nie wszystkim wam jeszcze na nie odpowiedziałam, za co bardzo przepraszam. Z pewnością się za to jutro wezmę :).

slimarwen, oj, aż czuję się trochę winna! Ale to była chyba ostatnia taka długa przerwa między interakcjami Izara z Voldemortem. W każdym razie w kolejnych rozdziałach będą się już pojawiać sceny (różne sceny :)) z udziałem ich obu. Zresztą świadczy o tym chociażby wspomniane przez ciebie przesilenie :). Cieszę się, że spodobała ci się scena w domu Potterów. Rozmowa Izara z Jamesem z pewnością była ważna chociażby pod względem zrozumienia, jak bardzo dokładnie przemyślał swoją przynależność do śmierciożerców. No i napomknęła o czymś, co zostanie później trochę rozwinięte :). Ciąg dalszy problemu z projektem w poniższym rozdziale, więc ten temat przemilczę. A co do obecnego nastawienia Voldemorta wobec Izara - o tym poniekąd dzisiejszy, a już na pewno kilka kolejnych rozdziałów. A co do relacji Regulus-Severus - nie chcę na ten temat zbyt wiele zdradzać. Aczkolwiek z pewnością mogę stwierdzić, że niestety nie będzie tak rozbudowana opisowo jak relacja Izara z Riddle'em. Chociaż na pewno jeszcze o niej usłyszymy. A twój komentarz nawet w najmniejszym stopniu nie jest głupi! Uwierz mi, jest wspaniały i ogromnie za niego dziękuję :). Pantero, cieszę się bardzo, że rozdział się spodobał :). Tak, Toma i Izara niedługo będzie więcej - i jest to, tak mi się przynajmniej zdaje, chyba ostatnia aż taka długa przerwa między nimi. Sprawa wynalazku natomiast zostanie wyjaśniona w dzisiejszym rozdziale. Także na ten temat milczę :).

Okej, jeszcze jedna sprawa. Muszę ze smutkiem stwierdzić, że mam dla was złą wiadomość. Przez kilka najbliższych tygodni niestety będę nieosiągalna i nie będę miała czasu na tłumaczenie (uwierzcie mi, żałuję tego równie mocno, co wy). Jak możecie się pewnie domyślić, znaczy to, że przez pewną krótką chwilę rozdziały nie będą się pojawiały. Już teraz mogę wam jednak powiedzieć, że powrócą 18 maja (to wcale nie tak długo, prawda? :)). Także mam nadzieję, że ten czas minie wam przyjemnie i szybko (gimnazjaliści i maturzyści - powodzenia na egzaminach!).

Uciekam. Miłego czytania :).


Gdy umiera dzisiaj

Część druga

Rozdział dwudziesty pierwszy

- Cisza – syknął Conner. Głos mu drżał i nawet on sam ledwo go słyszał. – Chcecie, aby nas złapali, zanim przybędą posiłki? – Mógł sobie tylko wyobrażać, co by się stało, gdyby ich spostrzeżono.

W powietrzu roznosiły się krzyki. Zaglądając przez gęste zarośla, pochłonął wzrokiem płonące domy… krew oraz grozę. Wszystko to miał teraz przed oczami. Oczywiście widział to już wcześniej, kiedy towarzyszył aurorom w ich misji powstrzymania śmierciożerców, ale nigdy nie znajdował się w pozycji takiej jak ta. Sam. Bezbronny. Nieaktywny. Obserwujący tylko, jak to wszystko się rozwija. Nie robiąc nic, aby to powstrzymać.

Przełknął z trudem ślinę, patrząc na czarodzieja, który na próżno próbował bronić swoją rodzinę i dom przed tym brutalnym i bezdusznym atakiem. Śmierciożercy roześmiali się, a ich metaliczne maski błysnęły upiornie w świetle płomieni niszczących domy ich ofiar. Conner był zbyt daleko, aby dostrzec ich oczy, jednak wiedział, że najpewniej świeciły się tłumionym szaleństwem i żądzą krwi. Byli potworami. Oni wszyscy byli potworami, skoro w taki sposób torturowali i okaleczali innych ludzi.

Nie zasługiwali na magię. Żaden z nich. Jeśli wcześniej miał jakieś wątpliwości odnośnie swojego wynalazku, teraz już z pewnością się ich pozbył. Albus Dumbledore pomógł mu pokonać niepewności. Tak samo jak Rufus Scrimgeour.

Conner musiał zamrugać, aby pozbyć się pełnych wściekłości i przerażenia łez, które napłynęły mu do oczu, gdy patrzył, jak jedna z ofiar jest obdzierana ze skóry. Oddzieliła się ona od niej bez najmniejszego problemu, odkrywając mięśnie i ścięgna. Conner pochylił się z pośpiechem, oddychając szybko, doskonale świadomy spoczywających na nim oczu innych Niewymownych. Było ich tylko dziesięciu. W parach przeniosą każdy słup w odpowiednie miejsce i uwiężą między nimi śmierciożerców, podczas gdy on przygotuje się do jak najszybszego aktywowania barier.

Plan polegał na tym, aby otoczyć śmierciożerców, zanim przybędzie Ministerstwo i nie dać się na tym złapać.

- Wszystko w porządku? – mruknął jeden z Niewymownych.

Conner zaczerwienił się, otarł usta i skinął głową.

- Jak najlepszym.

Niechętnie skierował swój wzrok z powrotem na rozgrywającą się przed nim scenę i natychmiast skupił go na liderze. Czarnym Panu. Wysoka postać wydawała się całkowicie pochłonięta leżącymi u jego stóp mugolami. Conner poczuł, że miękną mu kolana. Gdyby już nie klęczał, upadłby w strachu na ziemię.

Odpychając od siebie swoje przerażenie, przypomniał sobie, że ludzie mogli walczyć przecież z Czarnym Panem.

I on też to zrobi. Po prostu… z daleka.

- Zróbmy to, póki wciąż jeszcze koncentrują się na swoich ofiarach. Pośpieszcie się.


Izar siedział u boku Regulusa. Jednym uchem słuchał, jak opowiada mu on okrojoną wersję incydentu we Francji, ale tak naprawdę pochłonięty był swoimi własnymi myślami. Wisząca dziś w powietrzu atmosfera była ciężka i gęsta, ostrzegająca.

Tylko przed czym?

Delikatnie pogładził palcami swoją różdżkę, zastanawiając się, czy możliwe byłoby sklonowanie Aidena i skurczenie go. W ten sposób mógłby zawsze nosić ze sobą swojego własnego przenośnego jasnowidza, nie musząc zwracać na niego uwagi. Wystarczyłoby, aby co godzinę sprawdzał jego stan i czy nie miał przypadkiem żadnych nowych wizji. Następnie zamknąłby mu usta, chowając go w kieszeni, póki znów nie stałby się mu potrzebny.

Było to bardzo kuszące, ale również absolutnie niemożliwe.

- Przepraszam – zadumał z fałszywą radością Regulus. – Nudzę cię?

- Tak – odparł sardonicznie Izar. Zamrugał na swojego ojca, w końcu wychodząc z zadumy. – Kiedy stąd wyjdziesz?

Regulus potarł szczękę i przyjrzał się mu w zamyśleniu.

- Jestem tu ponoć na kontrolę. Uzdrowiciele są zdumieni, że obudziłem się ze śpiączki w tak dobrym nastroju. No bo jakże to mam czelność szukać pozytywnych, a nie negatywnych stron tej całej sytuacji. Myślą, że powinienem przejść terapię.

Izar chrząknął, wstając z łóżka i rozciągając się.

- Jak na mój gust to pragną po prostu wycisnąć z twojego skarbca jeszcze trochę złota. – Zerknął na kręcącą się w pobliżu pielęgniarkę i posłał jej szyderczy uśmieszek. – Ci pieprzeni uzdrowiciele na niczym się nie znają. Dają ci tylko lekarstwa i oczekują w zamian pieniędzy.

Regulus patrzył z zaintrygowaniem, jak pielęgniarka prycha i wychodzi gniewnie z pokoju.

- Gdyby to ode mnie zależało, a wydaje mi się, że tak właśnie jest, zatrudniłbym ci prywatnego terapeutę, który przychodziłby do naszego domu – poinformował go Izar, doprowadzając do porządku swoje szaty Niewymownego. – Oczywiście po uprzednim dokładnym zbadaniu jego osiągnięć. Zadowolę się tylko najlepszymi, dopóki nie staniesz na nogi.

Zatrzymał się przy swoim ojcu, po czym położył na pożegnanie rękę na jego policzku.

- Wychodzisz? – zapytał Regulus, wyciągając ramię i przyciskając dłoń syna mocniej do swojej skóry. Zachowywał się, jakby Izar wcale nie siedział tu już od dobrych kilku godzin. – Lubię z tobą rozmawiać. Dziękuję, że poświęciłeś trochę swojego pracowitego dnia na odwiedzenie rannego ojca.

- Rannego? – Izar uśmiechnął się szeroko. – Chyba raczej promieniującego tak długim spędzeniem czasu z Severusem. Nie wiem, czy powinienem uważać to za coś dobrego, czy może wręcz przeciwnie.

- Może masz rację – zgodził się z radosnym uśmiechem Regulus. Następnie jednak jego twarz spochmurniała. – Idziesz dziś wieczorem do domu Lily? Słyszałem, że odwiedzałeś ją przez ostatnie kilka tygodni. – Twarz mężczyzny stwardniała niczym kamień i zrobiła się nieczytelna. Nawet Izar miał problem z określeniem, co myśli jego ojciec.

- To nie tak, jak myślisz – zaczął obronnie. Nie chciał, by Regulus uważał, że przebaczył Lily to, co mu zrobiła. – Ona i ja…

- Hej – przerwał mu delikatnie Regulus. – Sądzę, że to dobrze, iż ją trochę poznasz. Mimo tego wszystkiego, co mi w przeszłości zrobiła, wciąż jest twoją matką. Nie mogę ci tego odebrać. Powiedziałem ci, że w czasie powrotu do zdrowia pogodziłem się z kilkoma rzeczami. Między innymi właśnie z nią. Mam tylko nadzieję, że pewnego dnia i ty będziesz w stanie zrobić to samo.

- Nie mogę uwierzyć, że…

Izar urwał gwałtownie, zaciskając mocno szczęki, kiedy jego Mroczny Znak eksplodował niespodziewanie rozdzierającym bólem. Chwilę później rozgrzała się również złota bransoletka Ministerstwa, zdecydowanie mniej natarczywie. Wpatrując się prosto przed siebie, przez minutę pozwolił sobie na zamarcie w panice, która ogarnęła jego ciało i umysł.

Stał w tej chwili na rozdrożu. Biorąc pod uwagę nałożony na niego zakaz uczestniczenia w działaniach śmierciożerców, Czarny Pan nie wzywałby go, gdyby nie było to ogromnie ważne. I doskonale wiedział, czego Voldemort od niego potrzebował, po prostu nie mógł w to uwierzyć i się z tym pogodzić.

Wynalazek nie mógł zostać ukończony. Myślał, że wraz z Lily udało mu się zyskać przynajmniej jeden dzień. Miał jej dziś zaproponować, aby zaprzestali swojej współpracy, chyba że pragnęła zostać na niej przyłapana. Wiedział, że będzie musiał zrobić coś naprawdę ekstremalnego, aby powstrzymać użycie tego wynalazku. Nie powinna zostać przy nim złapana, gdy będzie go niszczył. Skakanie wokół niego i próba opóźnienia daty jego ukończenia były nowatorskim pomysłem, jednak ostatecznie spowodowały tylko, że był wszystkiego nieświadomy.

A teraz było już za późno, aby go zniszczyć.

Prawda?

- Izarze? – zapytał ze zmartwieniem Regulus. – Co jest?

Oderwał swoją dłoń od twarzy ojca i odwrócił się.

- Muszę iść. Najprawdopodobniej wrócę wieczorem, jeśli sprawy nie pójdą zgodnie z planem…

Zjawi się w Ministerstwie jako Niewymowny. Wierzył, że w tym przebraniu będzie miał większe szanse na zniszczenie wynalazku, niż gdyby chciał zrobić to jako śmierciożerca. Niemniej jednak, jeśli sprawy okażą się gorsze, niż sądził, beż żadnych skrupułów ujawni, komu tak naprawdę jest lojalny. Jeśli tylko istnieje jakaś szansa, zrobi wszystko, byle tylko Czarny Pan i jego słudzy nie zostali całkowicie pozbawieni swoich magicznych rdzeni.

Idąc pośpiesznie korytarzem, zastanawiał się, jak ma ten wynalazek zniszczyć.

Chociaż uznawano go za geniusza, nie mógł równać się z dwudziestoma Niewymownymi. Kiedy połączyło się ze sobą ich umysły, byli równie genialni, co on sam. Wyzwaniem było już samo zbywanie ich z pomocą Lily. Wszyscy, którzy pracowali nad wynalazkiem Orana, zostali specjalnie wybrani właśnie ze względu na swoją inteligencję oraz lojalność wobec Ministerstwa. Kiedy – lub raczej jeśli – Izar zniszczy ten wynalazek, wiedział, że będzie musiał każdego z nich wytropić i zabić, zanim będą mieli szansę go zrekonstruować.

Jednak nad tym będzie myślał później. Teraz musiał wykombinować jakiś sposób na zniszczenie samego urządzenia.

Kiedy aktywowało się pole siłowe, wynalazek otaczany był warstwami zaklęć. Zaklęć, które miały zapewnić, że słupy nie zostaną naruszone, kiedy będą więzić między sobą swoje ofiary. Jeśli dotrze tam na czas, być może uda mu się zlikwidować to urządzenie, zanim zostanie uruchomione. Tylko wtedy można było zniszczyć je za pomocą Czarnej Magii. Sądząc jednak po palącym go intensywnie Znaku, było już za późno. Miał tylko nadzieję, że nie przygotowywali się właśnie do rozpoczęcia promieniowania.

Jego celem było więc zaatakowanie panelu kontrolnego.

Oczywiście mógł jeszcze zrezygnować ze swojego początkowego planu i zdecydować się na aportowanie do miejsca, gdzie wraz ze śmierciożercami przebywał właśnie Voldemort. Problemem było jednak to, że nie miałby wtedy żadnego wsparcia. Gdyby pojawił się w samym centrum walki w szatach śmierciożercy, stałby się głównym celem. Jako Niewymowny nie zostanie natomiast zaatakowany natychmiast.

Pomimo swoich podejrzeń wobec planów Scrimgeoura, musiał pozbyć się swoich wątpliwości i zobaczyć, dokąd go to wszystko zaprowadzi.

Kto wie?

Być może będzie to nawet… zabawne.


- Panie Black… widzę, że w końcu się pan zjawił – chrząknął przez salę Owen Welder, szef Niewymownych.

Ruchy Izara były kocie, kiedy zbliżał się do czekającej na niego grupki jego współpracowników. Od razu spostrzegł, że nie ma przy nich żadnych aurorów. Lily stała w pewnym oddaleniu, krzyżując ręce na klatce piersiowej i skupiając swoją uwagę na kimś stojącym w głębi korytarza. Odwracając się, Izar ujrzał przypatrującego się temu wszystkiemu z podejrzeniem Jamesa Pottera, zanim skinął on Lily głową i zaczął odchodzić.

- Minister Scrimgeour poprosił, abyśmy specjalnie na ciebie poczekali – kontynuował Owen, gładząc swoją krzaczastą, rudą brodę. Jego ciemne oczy się zwęziły. – Przychodzi ci na myśl dlaczego?

- Właśnie miałem zapytać o to samo – mruknął, zatrzymując się przed tłumem obserwujących go Niewymownych. – A aurorzy? Nie będą nam towarzyszyć?

- Scrimgeour wydawał się pewny, że nie będziemy ich potrzebować – warknął Owen, sprawiając wrażenie nieco przemęczonego, gdy zaczął z jeszcze większym zawzięciem gładzić swoją brodę, ciągnąc za jej małe włoski i kręcąc nimi.

- Ach – zacmokał Izar. – Oczywiście. – No jasne, że Scrimgeour nie będzie chciał, aby byli przy nich aurorzy. Pragnął zatrzymać to wszystko w tajemnicy. Myślał, że dzięki temu będzie miał większe szanse aktywować ten wynalazek i „zniszczyć" go, zanim stanie się go świadom ktokolwiek prócz Niewymownych. Ale czy on naprawdę myślał, że to zadziała?

Tylko dwudziestu Niewymownych wiedziało o tej machinie. A zatem w sporo ponad trzydziestu jego niczego nieświadomych kolegów po fachu z pewnością rozpali się dzisiaj ciekawość, gdy zobaczą jej działanie. I każdy z nich będzie mógł spróbować samemu zrekonstruować to, co ujrzy.

Izar spojrzał w oczy Rookwooda, z zaskoczeniem odnajdując w nich tylko nonszalancję. Przez kilka ostatnich tygodni śmierciożercy okazywali mu publicznie wyłącznie pogardę. Szydzili z niego, gdy koło nich przechodził, mruczeli obraźliwe wyzwiska, a co odważniejsi nawet spluwali mu pod nogi. Byli świadomi jego nieobecności w szeregach śmierciożerców i słyszeli pogłoski o czasie, jaki spędzał w domu Potterów.

Kiwnąwszy głową Rookwoodowi, wiedział, że ma przynajmniej dwóch sojuszników.

A pierwszy?

Odwrócił się do Lily. Jej twarz była odrobinę zielonkawa i Izar wiedział, że była doskonale świadoma, co się właśnie działo. W końcu musiał istnieć powód, dla którego cicho ostrzegła swojego męża. Izar nie wiedział, co o tym myśleć. Czy chciał, aby aurorzy do nich dołączyli i zobaczyli ten wynalazek? Istniała możliwość, że uznają Rufusa za przebiegłego i pomogą Izarowi oraz Lily, aczkolwiek było to mało prawdopodobne.

- No cóż – mruknął Owen, wyciągając go z zadumy. – Miejmy to więc już za sobą, dobrze?

Bez żadnego ostrzeżenia bransoletka Izara szarpnęła nim ostro i Niewymowni zniknęli z Ministerstwa, nim mógłby się na coś zdecydować lub cokolwiek zaplanować.

Pierwszym, co zobaczył, gdy jego stopy uderzyły o chłodną ziemię, była niepokojąco podkreślona przez pomarańczowe płomienie wydobywające się z okolicznych domów twarz Rufusa Scrimgeoura. Minister stał spokojnie w pobliżu płonącego budynku, splatając pewnie za plecami ręce i uśmiechając się do niego szeroko. Żołądek młodzieńca zacisnął się ostro na wyraz jego twarzy. Mężczyzna chciał się z nim zabawić i Izar przyłapał się na tym, że przyjmuje to zaproszenie.

Jego ekstaza nie trwała jednak długo. Jego uwagę zwróciły zaskoczone i zdezorientowane pomruki Niewymownych. Odwrócił się i jego oczom ukazała się uwięziona w migoczącym polu siłowym wynalazku Connera Orana duża część armii Ciemnej Strony. Bariery ustawione zostały raczej niechlujnie, jako że więziły również kilku zabłąkanych mugoli i czarodziejów. Najbardziej zaniepokoiło go jednak to, że również Voldemort był na tyle nieostrożny, aby dać się tak zaskoczyć.

Śmierciożercy ze wszystkich sił próbowali rzucać na otaczającą ich barierę zaklęcia, jednak Izar doskonale wiedział, że nic nie mogło przebić się przez to ustrojstwo. Lord Voldemort natomiast stał pośrodku swojej armii w dziwnym, całkowitym bezruchu.

Izar wykonał krok do przodu, próbując wywołać u niego jakąś reakcję. Ten pozostał jednak niewzruszony i tylko jego szaty falowały od sił klątw rzucanych od środka na bariery. Jego różdżka była obniżona, unosząc się nad martwym mugolem leżącym u jego stóp. Izar zmrużył podejrzliwie oczy. Wszyscy śmierciożercy wydawali się szaleć pod wpływem tego uwięzienia. Wyglądali niczym dzikie zwierzęta zamknięte po raz pierwszy w klatce, bezskutecznie próbujące się z niej uwolnić. Tylko Voldemort wydawał się z tą sytuacją pogodzony.

- Co to, do diabła, jest? – krzyknął Owen Welder. Otaczający go Niewymowni spoglądali na urządzenie rozszerzonymi i wypełnionymi ciekawością oczami.

- To – zaczął Rufus, podchodząc do nich – jest wynalazek, który w końcu sprowadzi na nasz kraj pokój. I to wszystko dzięki Izarowi Blackowi.

Wszystkie oczy skierowały się na stojącego w bezruchu Blacka. On jednak nie odwrócił się od śmierciożerców, którzy syknęli pod nosem, gdy tylko go spostrzegli.

W co dokładnie pogrywał sobie Rufus? Próbował go poskromić? Sprawić, że będzie stał i patrzył, jak magiczne rdzenie jego towarzyszy zostają wysuszone tak bardzo, że nie będzie dało się już ich nigdy naprawić? Czy Rufus sądził, że będzie w stanie zmusić go do przyłączenia się do Jasnej Strony poprzez mówienie śmierciożercom, że to on stał za ich uwięzieniem? Gdyby Izar odpowiedział na ten atak i zaczął bronić śmierciożerców, Rufus w ciągu kilku sekund przystawiłby mu różdżkę do gardła.

Minister zapędził go w kozi róg.

Izar w końcu zrozumiał, co Voldemort miał na myśli, gdy ostrzegał go, że jego szpony zaplączą się w tkane przez niego pajęczyny. Człowiek, którego Izar sądził, że przejrzał na wylot, zrobił coś zupełnie niepasującego do jego charakteru, co zaskoczyło nawet Blacka. To było… zabawne i chore.

Został zmanipulowany przez… przez Rufusa Scrimgeoura. Mężczyznę, który był znany ze swojej porywczości i niecierpliwych działań.

Izar zachichotał nisko. On jednak nie skończył jeszcze tej potyczki. I chociaż Voldemort chciał, by Rufus przeżył wystarczająco długo, aby można go było wykorzystać do jego politycznych manewrów, Izar zrobi wszystko, co w jego mocny, aby sprowadzić na niego klęskę. Złamie jego bariery i całkowicie wytrąci go z równowagi.

- To nieprawda… - wykrzyknął zza barier ochrypły, kobiecy głos, wyłapując kłamstwo Rufusa. Izar od razu wiedział, dzięki przygarbionej i zwierzęcej postawie, że była to Bellatriks. – Kłamiesz przez te swoje spiczaste zęby, Rufusie.

- Izar Black? – zawołał ktoś słabo i ze wstrętem. – Mówisz… mówisz że to Izar Black za tym wszystkim stoi? Serio?

Młodzieniec odwrócił się od Bellatriks, spoglądając na stojącego słabo przy barierach Connera Orana. Jego drżące ręce ściskały panel kontrolny. Chłopiec nie za bardzo nad sobą panował, biorąc pod uwagę, że całe jego ciało się trzęsło, a twarz była przerażająco blada. Oczy, w których czaiło się obłąkanie, miał szeroko otwarte, gdy spoglądał z poczuciem zdrady na Rufusa Scrimgeoura.

- To mój wynalazek. Mój.

Unosząc brwi, Izar posłał Rufusowi lekki uśmieszek. Najwyraźniej Minister podczas planowania tej niespodziewanej konfrontacji zapomniał o najważniejszym – nie wytrenował swoich marionetek. Conner Oran nie miał pojęcia o jego planie i Rufus wyszedł przez to na idiotę.

Niewymowni obserwowali cicho całe zajście. Izar kierował swój wzrok to na nieruchomego Voldemorta, to na niezrównoważonego Orana i w końcu na walczącego Rufusa. Coś musiał sobie darować. Voldemort nie robił nic, tylko się na niego patrzył. Czy naprawdę aż tak oziębiał wobec niego przez ostatni miesiąc, że Izar nawet nie… nie poczuł niczego z powodu jego bliskości? Czarny Pan był całkowicie zamknięty, stoicki. Czyżby naprawdę wierzył, że Izar miał coś wspólnego z tym całym wynalazkiem?

- Nie udawaj takiego skromnego – rozpoczął Rufus, zbliżając się do niego. Izar zesztywniał i pozwolił, bo jego dłonie przesunęły się po kieszeni, w której ukrywał swoją różdżkę. – Wiesz, że bardzo przyczyniłeś się do powstania tego wynalazku, Izarze. Nie kryj się za śmiałą deklaracją Connera. – Podobny do lwa mężczyzna przechylił głowę. – Powinieneś być z tego powodu dumny, a nie zawstydzony. Może aktywujemy nasze urządzenie i sprawdzimy, komu tak naprawdę jesteś lojalny, co?

Izar wykrzywił w odpowiedzi usta. Zanim jednak miałby okazję odpowiedzieć, po miasteczku, w którym obecnie przebywali, rozniósł się ostry trzask. Sądząc po głośnych, zjadliwych okrzykach śmierciożerców, mógł tylko przypuszczać, że osoba, która aportowała się za jego plecami, nie będzie dla niego żadną pomocą. I nagle, jakby widząc je po raz pierwszy, Izar spojrzał uważniej przez bariery wynalazku Connera na znajdujących się w jego zasięgu ludzi. Spostrzegł, że w rajdzie nie brała udziału cała armia.

Dziwne…

- Co ty wyprawiasz, Rufusie? – ogłosił za jego plecami swoją obecność Kingsley Shacklebolt, szef aurorów, którzy obecnie mu towarzyszyli. Jego ciemne oczy zwęziły się podejrzliwie na Scrimgeoura, zanim rozszerzyły, gdy ujrzał stojący nieco dalej aktywny wynalazek.

- Z chęcią powiem ci, co on robi, aurorze Shacklebolt – stwierdził nagle Izar. Odwrócił się gwałtownie, spoglądając na ciemnoskórego mężczyznę. – Gdy tylko został wybrany na Ministra, ogarnęła go żądza władzy. Od tamtego czasu, dla swoich własnych zachcianek, ingeruje w Departament Tajemnic. Zrujnował naszą pracę, zniszczył nasze życia… - mówiąc to z pasją, spojrzał na Niewymownych, aby zwrócić na siebie całą ich uwagę. – Zakwestionował naszą moralność i, co najważniejsze, zabrał nam to, czego najbardziej pragniemy. Tajność i wolność.

Chora radość rozpaliła jego klatkę piersiową, kiedy spostrzegł, że kilku Niewymownych kiwa potwierdzająco głowami. Izar skupił się przede wszystkim na Owenie Welderze, wiedząc, co tak naprawdę myśli on o przejęciu przez Scrimgeoura jego departamentu. – A teraz – kontynuował – zmusił wielu z nas do stworzenia wynalazku, który zniszczy czarodziejski świat. – Kontrakt, który podpisał, zakazywał mu mówienia o specyfice urządzenia, ale to nie powstrzyma go od wypowiedzenia na głos tego, co tylko może. – Daje on Ministrowi Scrimgeourowi zbyt wiele kontroli… zbyt wiele władzy. Jest całkowicie sprzeczny z moją molarnością.

Stojący za jego plecami Niewymowni szeptali między sobą, a oczy Owena Weldera stwardniały. Obróciwszy się do Kingsleya, Izar uśmiechnął się. Gdzieś w głębi swojego umysłu zaczął zastanawiać się nad powodem milczenia Rufusa. I tym, że nie próbował zrobić niczego, aby go powstrzymać.

- On nie zabija czarodziei, którzy znajdują się w jego zasięgu. On ich niszczy.

- To również sprzeczne z moją moralnością – odezwała się Lily Potter, stając z pewnością siebie u jego boku. – Całkowicie się w tej kwestii z Izarem zgadzam.

Shacklebolt uniósł brwi. Na jego twarzy, pod wpływem słów Lily, pojawiło się zaskoczenie. Miał na tyle zdrowego rozsądku, by spostrzec powagę sytuacji. Izar wiedział również, że oboje byli częścią Zakonu Dumbledore'a i dość często ze sobą pracowali.

- Wystarczy – ryknął Rufus, gdy Niewymowni zaczęli robić się zbyt awanturniczy. Aurorzy natomiast dalej milczeli, wyrażając na twarzach jedynie ciekawość. – Ufałbyś tak jego słowom, gdybyś wiedział, że jest lojalnym śmierciożercą?

Nagle lewy rękaw Izara został rozcięty przy łokciu, odsłaniając czarny Mroczny Znak. Chłopiec wpatrywał się w niego przez chwilę, słysząc radosny śmiech Bellatriks. Co dziwne, nie czuł się zbytnio upokorzony tym, iż zostało to ujawnione w tak tchórzliwy sposób. Był świadomy, że wiele różdżek zostaje wskazanych w jego kierunku. Unosząc wzrok, spostrzegł rozszerzone oczy Lily, zupełnie jakby dopiero ujrzenie Mrocznego Znaku naprawdę uświadomiło jej jego prawdziwą lojalność.

Zachichotał, unosząc ręce, gdy różdżka wyleciała z jego kieszeni prosto w dłoń Rufusa Scrimgeoura. W piwnych oczach Ministra tańczyła okrutna iskierka, kiedy ten wskazał swoją różdżką prosto pomiędzy jego oczy.

- Nigdy nie lubiłem tych szat… - wycedził z radością Izar.

- Myślisz, że to żart, Black? – warknął Rufus. – W końcu mam dowód, jakiego potrzebuję, by wrzucić twój tyłek do Azkabanu. Możesz już opuścić tę swoją dumną brodę.

- Wręcz przeciwnie – szepnął młodzieniec. – Mogę unieść ją jeszcze wyżej, wiedząc, że w końcu cię wkurzyłem.

Czuł, że aurorzy powoli się do niego zbliżają. Ich różdżki były podniesione w gotowości, na wypadek gdyby miał w rękawie jakiegoś asa. W rzeczywistości jednak nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Coś dramatycznego, co do tego nie było wątpliwości. Nie podda się bez walki. Najpierw jednak odrobiną szyderstwa podniesie się nieco na duchu.

- Jak to jest, Ministrze? – mruknął cicho, unosząc brew, gdy różdżka Rufusa została mocniej przyciśnięta do skóry między jego oczami. – Wiedzieć, że stałeś się dokładnie tym samym, co przyrzekłeś nienawidzić? – Izar zmrużył oczy. – Przyszło ci w ogóle do głowy, że zamieniłeś się w człowieka, który tak dyskryminująco używa siły przeciwko innym czarodziejom? Pragnąłeś sprawiedliwości i triumfu Jasnej Strony. A teraz masz w sobie tyle samo mroku, co każdy inny czarodziej, jakiego znam. Rozczarowałeś mnie.

Rufus uniósł górną wargę i warknął:

- To, co o mnie myślisz, mało mnie obchodzi.

- Och, wątpię – drażnił się z nim Izar, tym razem odważniej dzięki nieustannym, słodkim szeptom zachęty i obietnic ze strony Bellatriks. – Widzę, że bardzo ci to ciąży. Wiesz, że jesteś z tego powodu innym człowiekiem. Zbrukanym. Zabrudzonym.

- Wystarczy – zawrzał Rufus.

- Lily, może się od niego odsuniesz, abyśmy mogli go zatrzymać – nakazał jej cicho Shacklebolt.

- Och, ona nigdzie nie idzie. Zabierzcie ją do Ministerstwa na przesłuchanie – przerwał mu Rufus, wciąż spoglądając jednak na Izara. – Mam powody, by twierdzić, że pomagała Blackowi w jego oszustwie.

- A co to dokładnie za oszustwo? – Izar roześmiał się cicho.

Rufus jeszcze bardziej się nad nim pochylił, zginając łokieć, by z większym zdecydowaniem przycisnąć różdżkę do jego czoła.

- Nie próbuj jej bronić. Doskonale wiem, że nie zostało na nią rzucone żadne zaklęcie Niewybaczalne. Jest równie winna, co ty, różnica polega tylko na tym, że nie ma na przedramieniu tego ohydnego tatuażu.

- Ależ Ministrze – zacmokał Izar. – Klątwa Imperiusa to nie jedyny sposób na zmuszenie kogoś, aby coś zrobił. Szantaż jest raczej… właściwy i znacznie efektywniejszy niż kiedykolwiek będzie Imperius. Wystarczyła tylko cicha groźba wobec życia jej męża.

Lily wydała z siebie przeczący odgłos, ale Izar sięgnął ręką do tyłu i ścisnął boleśnie jej ramię. Nie zostało to zauważone przez Rufusa, jako że jego uwaga zwrócona była całkowicie na jego twarz.

- Aktywuj wynalazek, panie Oran – zawołał Rufus, uśmiechając się Izarowi szeroko w twarz.

- Naprawdę nie sądzę, by to było konieczne, Rufusie – ogłosił Shacklebolt. – Śmierciożercy są doskonale uwięzieni. Możemy się już resztą zająć. Black zostanie odprowadzony do aresztu, a śmierciożercy będą bardzo dobrze strzeżeni. Mamy nawet Czarnego Pana…

Izar uśmiechnął się lekko.

- Och, ale to ci nie wystarczy, prawda, Rufusie?

- Izarze… - syknęła Lily.

- Aktywuj go! – ryknął Minister.

- Nienawidzisz nie mieć kontroli – wydumał szyderczo, pomimo swojej niepewności wobec tej sytuacji.

W oczach Rufusa pojawił się niebezpieczny cień, gdy odsunął on rękę do tyłu, przygotowując się do rzucenia na niego jakiegoś naprawdę paskudnego zaklęcia. Ich uwagę rozproszyły jednak krzyki śmierciożerców. Izar zerknął na nich szybko, obawiając się, że wynalazek został już aktywowany, jednak chwilę później zmarszczył brwi, gdy postać Czarnego Pana zaczęła migotać, a następnie całkowicie zniknęła.

Uświadomił sobie w końcu, że było to zaklęcie duplikatu. To nie był prawdziwy Czarny Pan. A sądząc po pełnej zaskoczenia reakcji śmierciożerców, również oni nie wiedzieli o jego planie oszukania wrogów. Co miało sens. Voldemort nie ufałby nikomu na tyle, by podzielić się z nim wiedzą, że używa przynęty.

- Skoro to nie jest Czarny Pan… - zaczął nieco niepewnie jakiś auror. – Gdzie w takim razie jest prawdziwy?

Pośród grupy aurorów przetoczył się zimny chichot, po czym wszystko… eksplodowało w chaosie.

Izar zamachnął się do przodu pięścią i uderzył Rufusa prosto w twarz. Minister zatoczył się do tyłu i młodzieniec pochylił się, przeciskając się biegiem przez tłum zdezorientowanych Niewymownych w stronę Connera Orana. Ten spostrzegł go i szybko aktywował wynalazek.

- Nie! – krzyknął Izar, zderzając się z Oranem i posyłając go na ziemię. Niedaleko nich śmierciożercy, których nieobecność wcześniej zauważył, wyłonili się z okolicznych domów, zaczynając walczyć z aurorami. Dodało mu to trochę pewności siebie, zwłaszcza że jego różdżka wciąż była w posiadaniu Scrimgeoura.

Chwytając drżącego Connera za kołnierz, podniósł go na wysokość swojej twarzy.

- Musisz zatrzymać promieniowanie. Jaki jest kod? – Nie chciał posuwać się do zniszczenia panelu kontrolnego, bo jako że został już aktywowany, nie zmieni się to, dopóki cykl się nie zakończy. Potrzebował kodu, aby powstrzymać promieniowanie.

Zerkając szybko w lewo, Izar spojrzał na stojących w granicach urządzenia śmierciożerców. Kwestią minut było, nim promieniowanie wykona swoje zadanie i zniszczy ich magiczne rdzenie. Nie miał wiele czasu, aby to powstrzymać.

- Ja… oni nie zasługują na magię… - jąkał Oran. – Nie zasługują. Dumbledore i Scrimgeour powiedzieli mi…

- Dumbledore? – zażądał Izar, wzmacniając swój uścisk. – On wiedział? – Oczywiście, to nie mogła być tylko sprawka Scrimgeoura. Pomysł manipulowania podsunął mu Voldemort, jednak również Dumbledore szeptał mu do ucha. – Nie zdajesz sobie sprawy, że byłeś tylko pionkiem?

- Ten pomysł krążył mi po głowie już od lat – splunął Oran. – Miałem wystarczająco odwagi, by go skonstruować tylko dlatego, że miałem wsparcie. Wiem, że to słuszne. Nie bądź taki protekcjonalny. – Conner spojrzał na Mroczny Znak, który widniał na jego ramieniu. – Powinieneś być tam razem z nimi.

Zanim Izar mógłby użyć siły fizycznej, aby wyciągnąć z Orana kod, w ich stronę pomknęło zaklęcie. Black przetoczył się na bok, ale okazało się to niekonieczne, jako że stanął przed nim Augustus Rookwood, blokując klątwę swoją mocną tarczą.

- Kryję cię, młody Blacku.

Izar uderzył pięścią w ulicę, po czym wyciągnął rękę, by znów pociągnąć w dół gramolącego się na nogi Orana. Spadł on niezgranie na ziemię, a następnie uderzył mocno głową o chodnik. Conner przestał się ruszać, nieświadomy swojego otoczenia. Izar spojrzał na niego tępo, nie mogąc uwierzyć, że stracił przytomność.

- Cholera jasna – warknął, uderzając Orana mocno w twarz, w tym samym czasie sięgając również do panelu kontrolnego. Mimo nerwów, jego ręce pozostały opanowane.

Panel był zablokowany, dokładnie tak jak podejrzewał. Szybko wypróbował kilka kodów, które zapamiętał z tygodni pracy nad wynalazkiem. Żaden z nich nie działał i to tylko jeszcze bardziej go sfrustrowało. Ostatecznie uderzył panelem kontrolnym o ziemię, roztrzaskując go na drobne kawałeczki. Poleciały one w każdym kierunku i Izar spojrzał z niewielką nadzieją na wynalazek, jednak ten okazał się być wciąż aktywny.

- W środku znajduje się część elity śmierciożerców. Znajdź sposób, aby to zniszczyć. Natychmiast – wycedził obok niego jakiś głos, ociekając arogancją i wyniosłością.

Izar odwrócił gwałtownie głowę, mrużąc oczy na unoszącego się nad nim śmierciożercę drugiej rangi. Musiał być gdzieś mniej więcej w jego wieku, sądząc po głosie i niewielkim wzroście.

- Może sam byś się na coś przydał i skombinował mi różdżkę, co?

Brązowe oczy spojrzały na niego intensywnie z tym samym cieniem i intensywnością co zwykł Riddle. Śmierciożerca rzucił mu różdżkę, uderzając go w klatkę piersiową.

- To ostatni raz, gdy ci ją zwracam, dziecko. Naucz się lepiej jej pilnować.

Dziecko. Dziecko. No jasne, że był to Czarny Pan w przebraniu. Nikt inny nie mógł być tak arogancki i pewny siebie, a do tego roztaczać wokół aurę, jaką większość czarodziejów mogło wyczuć z daleka.

Izar posłał mu miażdżące spojrzenie. Mógłby wykorzystać jego obecność wcześniej, kiedy szukał kodu. Voldemort mógł użyć na Oranie legilimencji, aby wydrzeć informacje z jego umysłu. Teraz jednak panel kontrolny już nie istniał. Co z niego za głupiec.

Odetchnął głęboko, skupiając się na wynalazku.

- Nic nie jest w stanie go zatrzymać, nim cykl się nie zakończy – szepnął głównie do siebie. – Niewymowni już o to zadbali.

Kiedy bitwa jeszcze bardziej się nasiliła, rozbrzmiały wokół niego wrzaski i krzyki. Niektórzy śmierciożercy, którzy przybyli później wraz z ukrytym w przebraniu Voldemortem, próbowali obalić bariery otaczające śmierciożerców. Ale było to bezskuteczne. Za plecami Izara Rookwood wydał z siebie okrzyk bólu, gdy klątwa uderzyła prosto w jego klatkę piersiową i upadł ciężko na ziemię. Riddle opuścił bok Blacka i zajął miejsce Augustusa, chroniąc odsłonięte plecy Izara.

Wszystko tak szybko pędziło. Izar zacisnął mocno usta, skupiając się mocno na aktywnym wynalazku. Wewnątrz niego śmierciożercy powoli opadali na kolana, a na ich twarzach widniał szok i strach. Izar wiedział, co czuli – jak magia wyrywana jest z ich ciał, pozostawiając ich bezbronnych. To samo co Regulus i Syriusz, kiedy Cygnus zacisnął ich magiczne rdzenie…

Jego głowa uniosła się szybko w górę i skupił się na swoim magicznym rdzeniu, szukając w nim swojej wrażliwości na magię. Nigdy wcześniej tak brutalnie nie przedzierał się przez swoje bariery. Niektórzy czarodzieje wchodzili w trans, aby ochronić swój umysł przed bólem lub traumą. Izar zdecydował się na zrobienie czegoś podobnego i udało mu się to osiągnąć tylko i wyłącznie dzięki czystej desperacji.

Ufając mężczyźnie kryjącemu jego plecy, pozwolił, by otaczający go świat rozproszył się w nicość, kiedy skupił się na swoim magicznym rdzeniu. Miał zawroty głowy z powodu tak szybkiego śledzenia go umysłem i zdziwił się na widok świecącego, podobnego do gałęzi miejsca, gdzie dzielił się na dwoje – jedną część odpowiadającą jego czarodziejskiej naturze, a drugą byciu magicznym stworzeniem. Nie zwrócił żadnej uwagi na tę pierwszą, wiedząc doskonale, że to nie w niej przebywała już dłużej jego wrażliwość na magię.

Z nową determinacją natknął się na zaciemnioną część swojego nowego rdzenia i wiedział doskonale, gdzie dokładnie musi odblokować swój dar. Trzymająca go w ryzach bariera była słaba, ledwie sobie z tym radząc. Wyglądało to tak, jakby dopiero niedawno zostało to wszystko ponownie złożone w jedną całość, co by wyjaśniało, jakim cudem był w stanie raz na jakiś czas, od momentu swojej transformacji w magiczne stworzenie, posiadać znowu swoją wrażliwość na magię.

I pomimo że pragnął spędzić więcej czasu na badaniu tego wszystkiego, otworzył zamek i natychmiast wyciągnął swój dar na wierzch, opuszczając zarazem swój umysł.

Ciągnięcie za sobą wrażliwości na magię z miejsca, gdzie była ona zamknięta sprawiało, że czuł się, jakby ktoś zaczepił mu głęboko w jelitach hak, po czym za niego pociągnął. Zamrugał, gdy oczy zaczęły go palić i wydobył z siebie bolesny skowyt, kiedy został ściągnięty z powrotem do rzeczywistości.

Poprzez mgiełkę otumanienia spostrzegł, że jest w stanie dostrzec unoszącą się w powietrzu magię. Minęło wiele czasu, odkąd ostatnio ją w taki sposób czuł i widział aury. Wypełniło go ogromne szczęście, które złagodziło ból w głowie i żołądku. Pomimo piękna tego wszystkiego, Izar zmusił się do skupienia z powrotem na wynalazku i natychmiast spostrzegł miejsce, gdzie nachodziły na siebie wszystkie chroniące go zaklęcia. Wyglądało to podobnie do świecącego węzła, który utrzymywał całą magię wokół urządzenia i porządnie to wszystko ze sobą łączył.

Unosząc różdżkę i drugą rękę, Izar niepewnie za niego pociągnął. Wynalazek zazgrzytał i cztery słupy zadrżały pod wpływem jego eksperymentalnego pociągnięcia. Nie ośmielił się spoglądać zbyt długo na uwięzionych wewnątrz czarodziei, jako że ich krzyki wystarczyły, by wiedział, jak wiele szkód zostało już zrobionych.

Izar wypuścił ze złością powietrze i rozdarł gwałtownie magiczny węzeł. Magia zamruczała pod wpływem jego dotyku i polizała gorąco jego skórę, gdy ją rozsupływał. Młodzieniec zamknął oczy pod wpływem nagłego naporu magii, kiedy wynalazek rozpadł się bezużytecznie. Słupy opadły z łoskotem na ziemię, a szkło umiejscowione w generatorach się o nią roztrzaskało. Izara drasnęło kilka jego odłamków, jednak poza tym pozostał mocno wyprostowany, mimo że jego ciało ogarnęło ogromne wyczerpanie.

Po zniszczeniu urządzenia zapanowała niesamowita cisza i zadrżał ze zmęczenia. Jego uwaga skupiła się na śmierciożercach, którzy powoli zbierali się na nogi. Dzięki swojej wrażliwości na magię widział ich przygaszone rdzenie, jednak wciąż posiadali magię i prędzej czy później odzyskają pełnię sił. W ich rdzeniach pozostało akurat tyle mocy, aby mogli się raz porządnie teleportować, zanim najprawdopodobniej zemdleją. Izar zniszczył wynalazek w samą porę.

- Odwrót! – krzyknął zza niego Voldemort.

Pieczenie Znaku powróciło, jednak Izar nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Gapił się dalej tępo w wynalazek, nie mogąc uwierzyć, że niemal się udał.

- Chodź, dziecko. – Ręce owinęły się wokół jego pasa, ciągnąc go. – Zwłaszcza ty musisz stąd zniknąć.

Izar z trudem stawił mu opór, pomimo obcego ciała czując wobec mężczyzny iskierkę znajomości. Duża część niego pragnęła jedynie paść na ziemię i pozwolić, by Voldemort o niego zadbał. To był długi miesiąc. Ale czekała go jeszcze dłuższa noc.

- Jeszcze nie – wyszeptał, słysząc rozbrzmiewające wokół bolesne trzaski aportacji. – Mam do załatwienia kilka spraw, zanim…

Zanim? Zanim co? Zanim zacznie się ukrywać? To było dla niego surrealistyczne, zwłaszcza gdy głowa tak bardzo mu teraz ciążyła.

- Nie sądzę – kłócił się z nim Voldemort, przykładając swoje zamaskowane czoło do jego.

To sprawiło, że obu im przyszło do głowy, iż Czarny Pan był od niego w tym przebraniu niższy. Izar zastanawiał się przez chwilę, jakiej twarzy używał, zanim gwałtownie się od niego oderwał.

- Zadbaj o Rookwooda – rozkazał mu lekko Izar, zanim cofnął się o kilka kroków od wyciągniętej do niego ręki Voldemorta. Rzucił okiem na nieruchomą postać Augustusa, po czym się aportował.

Miał kilka rzeczy do zrobienia, zanim zaszyje się w jakiejś norze. W końcu do przesilenia zimowego wciąż pozostało jeszcze kilka dni i nie zamierzał wrócić do dworu Malfoyów przed jego rozpoczęciem.


Prawie się udało.

Izar siedział na drewnianym stole w Departamencie Tajemnic, wpatrując się w rolki pergaminów i generatory, które służyły do testowania dawki promieniowania. Na każdej z nich wypisane były obliczenia. I bez względu na to, czy zawierały metod prób i błędów, czy może poprawne parametry, zostaną zniszczone. Choć niestety Izar był wystarczająco inteligentny, aby wiedzieć, że zniszczenie dowodów nie zapewni, że to urządzenie nigdy ponownie nie zostanie zbudowane.

Kto wie, co Oran zrobi z wiedzą na temat końcowego produktu? Bo chłopiec wciąż żył… tak jak inni Niewymowni, którzy pracowali nad tym wynalazkiem. Była to kolejna sprawa, którą musiał zająć się przed przesileniem zimowym. Zaplami mu to ręce krwią, ale nie mógł zmusić się do czucia żalu wobec swoich ofiar. Szczerze mówiąc, nie mógł się doczekać polowania na nie.

Na razie jednak próbował się uspokoić, siedząc w Ministerstwie. Nie miał wiele czasu, nim Rufus roześle po Wielkiej Brytanii ludzi, którzy będą go szukać.

Wpatrywał się w departament, zastanawiając się, czy jest to ostatni raz, kiedy go widzi. Czy teraz, kiedy był poszukiwanym przestępcą, będzie musiał przez cały czas między rajdami kisić się w bazie Czarnego Pana?

Nie.

Nie było mowy, aby się ukrywał. Właściwie drażnienie się z Rufusem poprzez ciągłe pojawianie się w miejscach publicznych byłoby całkiem niezłym sposobem spędzania wolnego czasu. Może podsekretarz Riddle mógłby wymyślić jakiś sposób na oczyszczenie jego imienia?

Wątpił w to, ale z pewnością nie pozwoli, by wstawiony na niego nakaz aresztowana wpłynął na jego życie. Miał niedokończone sprawy, które musiał załatwić. I z pewnością nie wiązały się one z ukrywaniem się pod ochroną Voldemorta.

Uszu Izara doszedł odgłos zbliżających się do niego od tyłu kroków. Odwracając się ostro, podniósł wyżej różdżkę, jednak jego oczom ukazał się Owen Welder, unoszący ręce w geście poddania.

- Proszę, powiedz mi – szepnął chłodno Izar – że nie przyszedłeś tutaj, aby bezmyślnie mnie powstrzymywać.

- Nie – zaprzeczył Owen, kręcąc głową. – Chciałem tylko potwierdzić swoje podejrzenia.

- Podejrzenia? – powtórzył ostro Izar. – Jakie?

Owen wyglądał na znacznie bardziej zmęczonego, niż Izar kiedykolwiek go widział.

- Że wynalazek, do którego stworzenia Rufus zmusił moich Niewymownych, naprawdę niszczy czyjąś magię. – Szef Niewymownych pochylił głowę. W jego oczach zalśniła złość oraz odraza. – Nie musisz mi nic mówić. Znam już odpowiedź.

Izar przyglądał się mu przez chwilę, zanim zsunął się ze stołu.

- Dlaczego na to pozwoliłeś? Nie tylko na ten wynalazek, ale na samo naruszenie twojego departamentu? – Jego buty klapnęły cicho o zbudowaną z czarnego kamienia podłogę, gdy zbliżał się do Owena.

Nie wyglądał on jednak na przestraszonego jego podejściem, tylko zasmuconego.

- A co miałem zrobić? Jest Ministrem.

- Mogłeś się mu sprzeciwić. Oto, co mogłeś zrobić. To twój departament. To twoi Niewymowni. – Izar zatrzymał się przed tym tęgim mężczyzną. Upewnił się, że Owen patrzy mu w oczy, zanim sam posłał mu intensywne spojrzenie. – Skontaktuj się ze mną, kiedy zapragniesz przywrócić swój stary departament, Owenie. A mogę ci zagwarantować, że nie stanie się to za rządów Rufusa.

Podobnie jak to zrobił przy Syriuszu, Izar zasiał ziarno wątpliwości i głębokiego namysłu. Następnie odwrócił się do Owena plecami, wpatrując się w pomieszczenie, w którym godzinami wraz ze swoją matką próbował odwieść Niewymownych ze ścieżki prowadzącej do budowy wynalazku. Czy zobaczy jeszcze kiedykolwiek Lily? Twarzą w twarz?

- Do tego czasu – złamał ciężką ciszę, wciąż przyglądając się sali – sugeruję, byś szybko opuścił ten pokój. Nie chcielibyśmy przecież, by szef Niewymownych skończył w płomieniach, nie?

- Jak się z tobą skontaktuję? – zapytał Owen, gdy Izar właśnie podnosił różdżkę, aby spalić pomieszczenie.

Młodzieniec uśmiechnął się blado, wiedząc, że prędzej czy później przekona Niewymownych albo do podsekretarza Riddle'a, albo do Lorda Voldemorta. Musiał przyznać, że był całkiem dobry w przekabacaniu innych na swoją stronę. Być może tym właśnie powinien się od teraz zajmować?

- Jesteś inteligentnym mężczyzną, Owenie. Jestem pewien, że coś wymyślisz…

Machnął w powietrzu różdżką i z jej końcówki wystrzeliły płomienie. Na początku małe, pożerające kawałki pergaminu. Ostatecznie z pewnością dojdą również do bardziej wybuchowych przedmiotów znajdujących się w tym pomieszczeniu. I Izar pozostanie tutaj, póki nie upewni się, że cały ten pokój i część departamentu zostały doszczętnie zniszczone.

- Potrzebujesz pomocy w wymknięciu się z Ministerstwa? – zapytał ze szczerą troską Owen.

Młody czarodziej zachichotał nisko, zerkając ponad ramieniem na swojego szefa.

- To zniewaga, panie Welder.


Izar szedł szybko przez korytarze świętego Munga w stronę pokoju swojego ojca. Zrzucił z siebie szaty Niewymownego, pozostając w prostej koszuli i luźnych spodniach, obwiązawszy sobie swój wciąż pieczący Mroczny Znak kawałkiem tkaniny. Nie miał wiele czasu na zniknięcie, nim społeczeństwo dowie się o ciążącym na nim nakazie aresztowania.

- Wychodzimy – ogłosił śmiało, wkraczając do pokoju Regulusa. Jego ojciec sprawiał wrażenie zaskoczonego jego wyglądem.

Grafitowe oczy mężczyzny przesunęły się po jego rozdartych ubraniach, po czym zwróciły z powrotem na twarz syna.

- Wychodzimy? – powtórzył z brakiem zrozumienia Regulus. – Co masz na myśli?

Izar zacisnął dłonie na materacu, pochylając się bliżej swojego ojca.

- Odkryto, że jestem śmierciożercą – mruknął. – Niedługo cała Wielka Brytania będzie świadoma mojego nakazu aresztowania. Chcę zabrać ze sobą do kryjówki ciebie i Aidena. Najprawdopodobniej wzięliby cię na przesłuchanie, a ja…

Urwał, gdy po twarzy Regulusa przemknęło coś podobnego do zrujnowania.

- Izarze – wyszeptał ochryple jego ojciec. – Nie idę z tobą.

Chłopiec odsunął się od niego jak oparzony.

- Słucham?

Regulus oparł się o swoje poduszki, a jego pustą twarz ogarnęły cienie przeszłości.

- Wyglądasz na… niemal szczęśliwego, że musisz uciekać, Izarze. Masz w oczach to samo szaleństwo, które widziałem u Bellatriks, gdy dowiedziała się, że jest poszukiwanym przestępcą. Oboje pożądacie czegoś, co nie jest zdrowe. To krótka wojna, Izarze. Skończy się, zanim zdasz sobie z tego sprawę. Zanim uświadomisz sobie, co poświęciłeś, aby ją wspierać.

Izar stał jak wrośnięty w ziemię, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.

Regulus posłał mu nędzny uśmiech.

- Kiedyś miałeś przed sobą długie życie, Izarze. A co cię czeka teraz? Jestem pewien, że dowody przeciwko tobie są niepodważalne. Nie zdajesz sobie sprawy, jak ciężkie jest życie w ciągłym biegu i ukrywaniu się. – Jego ojciec westchnął, marszcząc na niego brwi. – Wyglądasz, jakbym powoli cię mordował, synu. Kocham cię. Zawsze będę cię kochać.

- Mówisz, jakbyś już dłużej nie wspierał naszej sprawy – oskarżył go w odrętwieniu Izar.

- Bo nie wspieram – przyznał cicho Regulus. – Nigdy nie byłem szczęśliwszy. Nie mam już Mistrza, przed którym muszę się tłumaczyć. Pomimo że dopiero niedawno mnie naznaczono, całe życie żyłem w strachu przed tym, co zrobi, jeśli mnie dopadnie. Teraz jestem dla niego bezużyteczny i mogę robić to, co tylko chcę, bez żadnych ograniczeń. Mogę znowu żyć. Być wolny. – Regulus postukał bezradnie palcami o prześcieradło, zerkając na Izara. – Nie masz pojęcia, co poświęcasz dla mężczyzny, który nigdy tego nie doceni.

Izar zrobił krok do tyłu. Jego klatka piersiowa zacisnęła się mocno pod wpływem tego odrzucenia.

- Zdradzasz mnie? – Głos, jaki wydobył się z jego ust był słaby, niemal żałosny.

Grafitowe oczy Regulusa rozszerzyły się komicznie.

- Nie. Nie. Nigdy ciebie. Nie wspieram Dumbledore'a ani Ministerstwa, Izarze. Wciąż jestem mrocznym czarodziejem, po prostu… po prostu mu nie służę.

Jakaś mała część Izara wiedziała, że jego złość na Regulusa jest egoistyczna. Jego ojciec zasłużył na każdą sekundę szczęścia, jakiej był w stanie doświadczyć, biorąc pod uwagę jego straszliwą przeszłość i doświadczenia. Jednak w tym momencie Izar czuł się zdradzony… niemal oszukany. Nie zły. Jak Regulus mógł sprawić, że uwierzył, iż wciąż wspiera Czarnego Pana, a następnie wyrzec się swojej lojalności? Izar potrzebował teraz swojego ojca bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Wyglądało jednak na to, że Regulus był daleko poza jego zasięgiem.

Nie będąc w stanie uformować żadnego spójnego oskarżenia, nie raniąc przy tym Regulusa, Izar odwrócił się do niego plecami i ruszył w stronę wyjścia z pokoju szpitalnego.

- Izarze!

Rozpaczliwe wezwanie jego ojca brzmiało boleśnie podobnie do okrzyku Syriusza. Tylko że podczas gdy wołanie Syriusza go bawiło, pełne błagania nawoływanie Regulusa wywołało w jego sercu ostry ból.

Kiedy zniknął za rogiem, oparł głowę o ścianę, ściskając mocno oczy. Czuł dobiegającą z sali szpitalnej przyciemnioną i nieszczęśliwą aurę Regulusa. I chociaż nigdy nie był w stanie ujrzeć swojej własnej, był pewien, że wygląda teraz bardzo podobnie do jego ojca.

Zyskał dziś prawdopodobnie sojusz większości Niewymownych, jednak stracił wsparcie ojca.

I dałby wszystko, aby to odwrócić.