Siedzę z policzkiem przyciśniętym do chłodnej podłogi, walcząc przy tym z uporczywymi mdłościami. Czuję się jak żywy trup. Jesteśmy z Syriuszem w jakimś obskurnym, mugolskim hotelu. Nim wrócimy do szkoły musimy doprowadzić się do porządku. Czuję się jakby przejechał mnie jakiś wielki tir. Jeśli ktoś nie łapie metafory, czuję się źle… Bardzo, bardzo źle! Wypiłam zdecydowanie za dużo i spałam o wiele za krótko, czego konsekwencją są wymioty i koszmarne bóle głowy. Wyrzuty sumienia bynajmniej nie pomagają mi w tej sytuacji.

Wstaję na chwiejnych nogach i podchodzę do umywalki. Obmywam twarz zimną wodą. Czuję się jedynie odrobinę lepiej. Chwilę później mój nieco rozkojarzony wzrok pada na odbicie w lustrze. Mam nieco opuchnięte usta. Pijanemu Syriuszowi brakuje delikatności a mnie subtelności. Nasz pocałunek był szalony i przepełniony gwałtownością. Żadne z nas nie dbało o niezostawienie śladów.

Oczy mam nieco podpuchnięte i w pijacki sposób zaczerwienione. Czując, że nowa fala mdłości już przeszła, wychodzę powoli z łazienki i padam na łóżko stojące pod oknem. Jest dopiero szósta rano i nim wrócę do Hogwartu mam zamiar porządnie się wyspać… Z resztą, patrząc na chrapiącego Syriusza mam wrażenie, że i on nieprędko wstanie. Oblewam się szkarłatnym rumieńcem na wspomnienie wczorajszej nocy… Ale jest jeszcze coś… Koszmarne wyrzuty sumienia, które niemal sprawiają, że nie mogę złapać tchu.

Zrezygnowana i załamana kładę głowę na poduszce i zaczynam modlić się o sen, bez snów.


Gdy w końcu podnosimy z łóżek, nasze wykończone wczorajszym szaleństwem ciała, nad dworze robi się już ciemno. Wychodzimy z hotelu a delikatny czerwcowy wiatr owiewa moje ramiona. Syriusz nic nie mówi, ale coś w jego oczach świadczy o tym iż wie, że ta rozmowa jest nieunikniona.

— Syriusz? — przerywam ciszę wiszącą między nami.

— Hmm? — Nie patrzy na mnie więc i ja odwracam wzrok w drugą stronę.

— To co stało się wczoraj… — zaczynam powoli, ważąc każde słowo, jednak on mi przerywa.

— Lily, nie gniewaj się, całujesz naprawdę dobrze ale ta sytuacja była…

Waha się przez chwilę, szukając odpowiednich słów.

— Błędem — podsuwam cicho, a on kiwa powoli głową.

— Odkąd związałaś się z Jamesem jesteś dla mnie niemal jak siostra. Ta sytuacja nie powinna mieć miejsca.

— Masz rację, nie powinna. — Wzdycham nim kontynuuję: — Ale miała i musimy postanowić co z tym zrobić.

— Zapomnieć — odpowiada po prostu Syriusz. — Udawać, że to się nie stało, nie mówić nikomu.

— Syriusz, j-ja nie mogę. Nie będę umiała okłamać Jamesa kiedy się obudzi.

Syriusz patrzy na mnie ze złością, ale gdzieś na dnie jego srebrnoszarych oczu, widzę niewyobrażalny smutek.

— Czy ty nic nie rozumiesz, Lily?! — syczy, zaciskając zęby, jakby powstrzymywał się przed krzykiem bądź płaczem, sama nie wiem. — Nie rozumiesz?! James się nie obudzi! Został cholerną rośliną, nie kontaktuje ze światem. Mojego przyjaciela już nie ma.

Siada pod najbliższym drzewem i zaczyna płakać. Jestem w takim szoku, że moje własne łzy to dla mnie wielkie zaskoczenie. Pierwszy raz widzę, żeby Black płakał. Przecież to najtwardszy chłopak, jakiego w życiu poznałam. Zawsze wesoły, arogancki… A teraz płacze.

Siadam obok niego i opieram głowę o jego ramię. Podświadomie wiem, że to jedynie przyjacielski gest. Nie kocham Syriusza i on nie mógłby pokochać mnie. Istnieją rzeczy, które nas dzielą ale jest też rzecz, która łączy nas zbyt mocno. James. Oboje zbyt mocno go kochamy.

Akceptuję decyzję Blacka. Razem ustalamy, że po prostu zapomnimy, a jeśli James kiedykolwiek się obudzi. Cóż, wtedy będziemy mieli spory problem. Żadne z nas nie wydaje się być w stanie okłamać go prosto w oczy… Ale, jak powiedział Syriusz „przebudzenie się Jamesa to jedynie teoria". Nie chodzi o to, że Syriusz tego nie pragnie. On po prostu traci nadzieję, tak jak i ja.

Siedzimy pod drzewem w ciemnym parku, jeszcze długo. O wiele dłużej niż powinniśmy. W końcu postanawiamy wynająć pokój na jeszcze jedną noc. Jutro jest niedziela więc mamy nadzieję, że nauczyciele nic nie zauważą a w razie czego nasi przyjaciele będą nas kryć.

Spędzamy całą noc na przywoływaniu wesołych wspomnień. Niektóre dotyczą mojego mugolskiego życia a niektóre naszych lat spędzonych w Hogwarcie. W pamięć zapada mi szczególnie jeden kawał Huncwotów, który na czwartym roku wycięli McGonagall.

Chłopcy włamali się do jej gabinetu i dolali jej do herbaty eliksiru miłosnego, w wyniku czego przez kilka godzin szalała wręcz za profesorem Slughornem, dopóki mężczyzna nie zorientował się co jest nie tak i przygotował odtrutkę. Profesorka była wręcz pewna, że to Huncwoci, jednak nie miała żadnych dowodów i chłopcom upiekło się. Nigdy wcześniej nie słyszałam tej historii, widać McGonagall bardzo dbała, żeby to wydarzenie nie ujrzało światła dziennego.


Wchodzę do dormitorium dziewczyn z siódmego roku i natychmiast mam wrażenie, że coś jest nie tak. Z łóżka zrywa się Anabell. Oczy błyszczą jej w dziwny, radosny sposób. Podbiega do mnie, taksując mnie spojrzeniem.

— Gdzieś ty była?! — pyta od razu, jednak zaraz macha niecierpliwie ręką. — Sesja z legilimentami się udała, tak mówi Dumbledore. Wiesz co to oznacza, Lily? James się obudził!