Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.


Rozdział 52

Normalnie Amelii Bones nie sposób nazwać bezduszną, ale potrafiła się tak zachowywać, jeśli wymagała tego sytuacja. Znała nieznośny, łamiący serce ból, który odczuwała osoba, trzymająca ukochanego w ramionach. Żałowała, że nie może zabrać bólu Tonks i Williama i dźwigać go na swoich barkach. Wolałaby, żeby dać im więcej czasu, ale ich ponura sytuacja na to nie pozwalała.

Siły Voldemorta ruszyły do ataku zarówno w mugolskim, jak i czarodziejskim świecie. Wobec tego musiała odłożyć aresztowanie Dumbledore'a. Natarcie miało taki zasięg, że cały jej Departament został wezwany do walki. Tak jak się obawiała, ich celem było rozdzielenie sił Ministerstwa i odsłonięcie głównych celów sił Śmierciożerców. A dokładnie Huncwotów i Rady Starszych, których Voldemort wziął na celownik. Bardzo chciałaby wysłać im pomoc, ale musiała najpierw zadbać o ludzkie życie.

Dwójka Huncwotów padła. Nie wiedziała ilu jeszcze doda do tej listy, nim ta noc się skończy. Nie miała pojęcia ile osób znajdowało się w zniszczonym domu Blacków podczas katastrofy. Jej ulubiona auror odchodziło od zmysłów z bólu, podobnie jak młody człowiek, do którego czuła coraz większy szacunek. Chciałaby dać mu czas na żałobę, ale jeśli polowy uzdrowiciel nie weźmie się szybko za jego rany, Weasley może dołączyć do swojej martwej narzeczonej. Czuła, że tego by właśnie chciał, ale nie mogła na to pozwolić, o ile było to w jej mocy.

- William… - przyklęknęła obok niego, kładąc mu delikatnie rękę na ramieniu. Odezwała się ciepło i łagodnie, żeby wiedział, że przyszła mu pomóc. Jednak gdy nie zareagował, powtórzyła bardziej stanowczo: - WILLIAM!

- Nie zabierajcie jej ode mnie – błagał łamiącym się głosem, tuląc do siebie potrzaskane ciało Fleur. Amelia matczynym gestem pogładziła go po włosach. Miała nadzieję, że w ten sposób pokaże mu, że nie stanowi zagrożenia. Z całych sił walczył z napływającymi mu do oczu łzami, a ona widziała podobne sytuacje na tyle często, by świetnie go rozumieć. Jeśli łzy popłyną, to Fleur naprawdę odeszła. Bill nie mógł znieść tej myśli, więc szaleńczo czepiał się nadziei, że jego wola wystarczy, by przezwyciężyć nieuniknione.

- Ona nie czuje już bólu i nie chciałaby, żebyś cierpiał niepotrzebnie. Fleur wolałaby, żebyś żył dla niej. Proszę, pozwól sobie pomóc – naciskała Amelia. Popatrzył w dół, na piękną twarz Fleur i załkał, widząc co jej zrobili. Zasługiwała, by odejść w lepszy sposób. Powinien być szybszy. Powinien ją uratować. Bill odsunął kilka jej złotych loków z pokrytej smugami twarzy. Próbował zetrzeć brud, ale jego pokryte krwią ręce tylko pogorszyły sytuację. Fleur nie była próżna, ale przykładała dużą wagę do wyglądu. Popatrzył błagalnie na Amelię.

- Nie chciałaby, żebyś ją taką zapamiętał. Może doprowadzimy ją do porządku, a moi uzdrowiciele zrobią to samo z tobą? – poprosiła Madam Bones, jakby odczytywała jego myśli. Potem dodała: - Zaraz ci ją oddamy, słowo.

Bill nie potrafił znaleźć sów wobec wszystkich uczuć, które się z niego wylewały, więc jedynie skinął głową. Nachylił się i pocałował Fleur na pożegnanie, a potem przekazał ją Amelii, które wzięła ciało z ogromną delikatnością. Dyskretnie wzniosła dźwiękoszczelną barierę między sobą i Billem. Młody mężczyzna nie musiał słuchać trzasku nastawianych kości. Tonks, trzymająca Remusa w ramionach, krzywiła się przy każdym dźwięku.

W przeciwieństwie do Billa pozwoliła, żeby łzy swobodnie ciekły jej po twarzy. Był jej mężem i zasługiwał na każdą kroplę. Wielokrotnie rozmawiali z Remusem, że jedno z nich może nie przeżyć. Nalegali, że drugie powinno żyć dalej i znaleźć nową miłość. Jednak Tonks wydawało się, że nigdy w życiu nie poczuje już niczego, poza palącą żądzą zemsty na tych, którzy uczynili to miłości jej życia.

- Bill, co tu się stało? Kto zabił Remusa? – wykrztusiła Tonks, gdy Amelia skończyła nastawiać ciało Fleur i opuściła barierę. Weasley siedział kompletnie bez ruchu. Uzdrowiciel pracował nad jego ranami. Zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle jeszcze żyje, ale wtedy Bill powoli odwrócił się w jej stronę.

- Riddle. To on dowodził, to on zabił Remusa. Szkoda, że go nie widziałaś, Tonks. Pełnia czy nie, po prostu wpadł w największy tłok i zaczął zdejmować jednego butoliza po drugim. Potem Charlie zaczął spuszczać Riddle'owi wpierdol po mugolsku, ale jeden z jego ludzi rzucił na niego klątwę. Cissy aportowała go do domu, a Remus skorzystał z okazji i skoczył na Riddle'a. I prawie go dorwał.

- A więc Voldemort jest wrażliwy na fizyczne ataki z bliska. To bardzo ważna informacja, Williamie. Chciałabym, żebyś opowiedział mi dokładnie co się stało – poprosiła Amelia. Bill westchnął ciężko i pokiwał głową. Zaczął od początku i opisywał wydarzenia najdokładniej, jak zapamiętał. Dzięki temu skupiał się na czymś pożytecznym, a nie na bólu. Fleur by tego chciała, choć póki co była to gorzka pociecha. Amelia i Tonks słuchały, jak wróg wywabił Adama na zewnątrz i jak rozpoczęło się starcie. Kiedy skończył, okazało się, że ma kilka swoich pytań.

- Dlaczego macie ze sobą uzdrowiciela?

- Zawsze mam w każdej drużynie przynajmniej jednego specjalistę od uzdrawiania. Mądra decyzja, biorąc pod uwagę wszystko, co się dzisiaj działo. Święty Mungo jest wypchany pod sufit – odpowiedziała niezadowolona Amelia.

- W takim razie zabierzmy wszystkich rannych do Gniazda Huncwotów – zaproponował Bill z nową energią. Gdzieś tam ciągle znajdowała się jego rodzina. Nie zamierzał pozwolić, żeby te skurwiele zabiły kolejną drogą jego sercu osobę.

- Co? – spytała Amelia, nie rozumiejąc. Skrzydło Szpitalne nie nadawało się do takich przypadków, a Madam Pomfrey dysponowała ogromną wiedzą i umiejętnościami, ale przecież się nie rozdwoi.

- Od jakiegoś czasu warzą i gromadzą maści i eliksiry uzdrawiające, a poza tym możemy liczyć na pomoc Dilys Derwent. Nie ty jedna uznałaś, że nauka uzdrawiania polowego może się na coś przydać.

- Jak to w ogóle możliwe? – spytała Madam Bones. Czyżby William doznał również urazu mózgu?

- Później wyjaśnię. Doprowadźcie mnie do porządku, to będę mógł otworzyć łącze Fiuu do Gniazda – powiedział Bill, wstając. Głos Fleur rozbrzmiał z tyłu jego głowy, zachęcając go do działania. Twoja rodzina wciąż walczy, ukochany. Nie rozpaczaj, gdy inni są w niebezpieczeństwie. Wciąż jestem przy tobie.


W ukrytej twierdzy na szczycie góry, która wznosiła się wysoko nad Hogwartem, Willow Desory, pierworodna córka Matriarchini, nerwowo chodziła w tę i z powrotem. Jej matka nie wracała od kilku dni. Samo w sobie nie stanowiło to powodu do niepokoju, ale jej intuicja podpowiadała, że coś jest nie tak. Przez ostatnie trzysta lat nauczyła się ufać swojej intuicji. Miała rację co do Obrońcy, a teraz zapewne nie myliła się co do matki.

Wyszła na balkon i szukała oświecenia w księżycu. Lśnił na nią jasno, dumny w swojej pełni. Ani jedna chmura nie ośmielała się przesłonić jego piękna tym, którzy przebywali poniżej. Tej nocy stworzenia mroku wędrowały, by czynić zło. Nawet na ten wysoki szczyt dobiegała pieśń wilkołaków, wzywających matkę-księżyc.

Nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie. Więcej nie potrzebowała. Odwróciła się, by wezwać siostry do broni. Zanim otworzyła usta, do jej uszu doleciał odległy dźwięk trzepoczących skrzydeł. Wszystkie sukkuby, poza jej matką, przebywały w siedzibie klanu. Tego była pewna. Podbiegła do krawędzi balkonu. Wychyliła się i ujrzała zbliżająca się sukkub, którą widziała pierwszy raz w życiu.

Willow zrobiła krok w tył, nie wiedząc czy nieznajoma to przyjaciel czy wróg. Emma wzleciała nad poręcz i zawisła na kilka sekund w powietrzu, po czym wylądowała na balkonie. Dyszała ciężko po długim locie. Nigdy nie odbyła tak długiej podróży na pełnej prędkości. Jej nagłe przybycie przyciągnęło uwagę innych sukkubów. Wkrótce balkon zapełnił się siostrami klanu, spodziewających się powrotu Matriarchini.

- Ty musisz być Emma Potter. Poznaję kryształ z herbem Rodu Potterów – powiedziała Brianna, przysuwając się bliżej do Emmy.

- A więc to siostra Obrońcy, którą szkoli mama? – domyśliła się Willow i podeszła bliżej do dziewczyny. Ta wzięła jeszcze kilka gwałtownych wdechów, a potem wyprostowała się z determinacją w oczach.

- SIOSTRY! Nasza Matriarchini została pojmana i poddana torturom przez Greybacka i jego watahę! Obrońca udał się, żeby ją uwolnić. Czy pozwolimy mu walczyć samemu!?


Bellatrix przyglądała się, jak Thorfinn Rowle rzuca na polanę zaklęcie, jakiego zażądała. Jeśli chodzi o Pottera, nie zamierzała zaniedbywać żadnego środka ostrożności. Zasłużył na jej szacunek, gdy niemal ją zabił przy ich pierwszym spotkaniu. Potraktował ją naprawdę mroczną i starożytną magią. A kiedy jej to zrobił, nie okazał nawet cienia żalu. Zabicie go będzie wspaniałym zwycięstwem. Zaczęła się zastanawiać co mu zabierze do swojej skrzyni z trofeami. Może te miecze, którymi zabił Pradawnego.

Nie zamierzała popełnić tego samego błędu, co przywódca wampirów, tego, który właśnie popełniał ten przygłupi wilkołak i jego wataha zapchlonych półgłówków. Nie zamierzała go lekceważyć. Wilkołaki posłużą do osłabienia go i zmuszą do ukazania wszystkich jego możliwości. Wtedy to ona zada ostateczny cios. Dopełni tym samym swojej zemsty na Lily i Jamesie.

Śmiały plan, ale miała jeden atut. Ogromny atut. Zajmowała ciało ukochanej. Ciało, które jak się przekonała, posiadało niemałą moc. Do samej zamiany pchnęła ją lekka ciekawość, ale teraz bez wątpienia czuła wszystkie atuty, jakie dawała jej kontrola nad tym ciałem. Regenerowało się na jej oczach. Na pozór wciąż wyglądała na pobitą i złamaną, ale jej obrażenia wewnętrzne wyleczyły się w stu procentach.

Nic dziwnego, że La Fey chciała ukraść moc tych stworów. Zadziwiała ją magia, jaką mogły produkować. Nie po raz pierwszy tej nocy Bellatrix zaczęła się zastanawiać, czy nie uczynić ciała sukkuba swoim na stałe. Skrzydła i ogon nie odrosną, a kolor włosów i karnację mogła zamaskować zwykłym zaklęciem maskującym. Gdyby dało się coś jeszcze zrobić z tą ciągłą ochotą na seks!

Nie no, serio, jak ta sukkub w ogóle funkcjonowała? Magia ją wzywała, a ochota, by sobie dogodzić stawała się coraz potężniejsza. Gdyby nie paskudny smród, który wydziałały wilkołaki i Śmierciożercy, nie potrafiłaby powstrzymać swojego popędu. Czarny Pan cuchnął najmocniej. Już prawie w ogóle jej nie pociągał. Nic dziwnego, że zawsze potrafili na nich polować z taką efektywnością.

- Zrobione, nie będzie żadnych cieni na polanie. To powinno nieco wyrównać szanse – powiedział jej Rowle. Uniosła brew i przechyliła głowę. Najwyraźniej oczekiwała pełnego raportu. Warknął z irytacją ale kontynuował: - Kiedy wejdzie na polanę, uaktywnią się uroki. Krew stwora jest na runach, więc tylko sukkub może przekroczyć okrąg. To wystarczająca pułapka?

- Wystarczająca, a następnym razem, gdy mi się meldujesz, masz mi patrzeć w oczy! – zganiła go Bellatrix. Gdy mężczyzna podniósł oczy, uderzyła go otwartą dłonią w policzek. Zaklął z bólu i przyłożył dłoń do rozciętej skóry twarzy. Kiedy ją odsunął, okazało się, że cztery ślady szponów biegły od ucha do ust. Potrzeba było kilku zaklęć uzdrawiających, by zamknąć rany. Lestrange zachwyciła się użytecznością delikatnych, ale najwyraźniej zabójczych pazurów stworzenia. Będzie musiała je dokładnie wypróbować później. Może wyżłobi pazurami swoje imię na Potterze, żeby mamunia wiedziała, kto zabił jej małego chłopczyka.

- Módl się, żeby nie zostały mi blizny, kobieto!

- To cię nauczy okazywać szacunek lepszym od ciebie! Możesz odejść – warknęła Bellatrix. Miał przynajmniej na tyle rozsądku, żeby przybrać zawstydzoną minę. Obrażoną, ale i zawstydzoną. Wywróciła oczami i spojrzała na miejsce, które wybrała jako miejsce bitwy, gdzie Pottera niedługo spotka kres. Wataha Greybacka czekała ukryta w gotowości. Wilkołak alfa niecierpliwie przechadzał się w tę i z powrotem. Jego wataha promieniowała mieszanymi uczuciami. Mimo swojej przewagi liczebnej odczuwali nerwowość. Kilku z nich rozważało ucieczkę, gdy tylko rozpocznie się walka.

Greyback wprost przeciwnie. Z radością wyglądał nadchodzącego starcia. Wierzył, że całe jego życie to przygotowanie na to największe zwycięstwo, na godnego wroga, przeciwko któremu będzie mógł sprawdzić swoją siłę. Księżyc wznosił się wysoko na niebie, więc miał najwięcej mocy. Wiatr zmienił kierunek i przyniósł ze sobą zapach, który przeniknął ciało Sashy do głębi. Nadchodził dawny kochanek sukkubiej matriarchini.

Greyback również go wyczuł i w mgnieniu oka znalazł się przy Bellatrix, przyciskając pazury do jej tętnicy. Jego szpony zagłębiły się na tyle, by przeciąć skórę. Nie miałby problemu, by wyrwać jej gardło. Bellatrix sięgnęła w tył i pokazała mu własne pazury.

- Wbij mocniej, a ci to urwę – syknęła do niego. Jej szpony wbiły się w część anatomii, której brak na pewno by odczuł. Oboje rozluźnili uścisk, gdy zza drzew wyłoniła się postać.


Voldemort wrócił do Dworu Lestrange'ów rozwścieczony, ale z konkretnym planem. Narcyza Malfoy, zdrajczyni krwi, umknęła zasłużonemu losowi, ale wiedział jak zadać tej kobiecie jeszcze bardziej zabójczy cios. Wyśle jej głowę jej syna zatkniętą na włóczni. Chłopak go rozczarował i nie widział powodu, by go oszczędzić, zwłaszcza że jego śmierć zniszczy kobietę równie pewnie jak Zaklęcie Śmierci.

Poruszał się korytarzami majestatycznej posiadłości. Nie natknął się na żadnego z podwładnych, którzy z reguły zadawali masę idiotycznych pytań. Budynek wydawał się zupełnie opustoszały. Powinno być tu chociaż kilku Śmierciożerców. Kiedy mijał zewnętrzne osłony, zauważył patrole. Jednak zlekceważył to i ruszył w stronę sypialni Bellatrix. Gwałtownie otworzył drzwi, ale pokój był pusty.

Po drugiej stronie posiadłości Draco i Sasha zdążali do gabinetu jego wuja i znajdującego się tam Fiuu, które stanowiło drogę ucieczki. Sasha stanęła jak wryta na widok potężnej gabloty, w której Bellatrix i jej mąż trzymali trofea zdarte z ofiar. Wisiała tam złamana różdżka z podpisem, który głosił, że należała do znanego aurora. Obok znajdowały się obrączki Edgara i Glorii Bones. Te i niezliczone inne jej nie interesowały. W przeciwieństwie do najnowszego eksponatu. Nie było przy nim podpisu, ale Sasha go nie potrzebowała. Ziała z wściekłości na widok swojego ogona.

Chwyciła pobliskie krzesło i jednym uderzeniem strzaskała gablotę będącą hołdem okropieństw, które popełniała ta straszna czarownica. Draco aż syknął, zaniepokojony, że ten hałas ściągnie na nich niepożądaną uwagę. Sasha zignorowała go, delikatnie uniosła ogon i przeciągnęła po nim dłonią. Draco podszedł do niej, a ona zamrugała, by pozbyć się łez z oczu. Zrobiła co w jej mocy, by jej nowy sojusznik nie wyczytał z jej twarzy jak bardzo jest wstrząśnięta. Młody mężczyzna od razu przejrzał jej fasadę, ale pozwolił jej zachować resztki godności. Czuł się dziwnie, widząc takie reakcje na ciele jego ciotki. Męstwo kobiety było urzekające, ale i niepokojące.

Nagły odgłos pospiesznych kroków przypomniał im, że wciąż daleko do bezpiecznego schronienia. Sasha wykorzystała swoją wściekłość i doświadczenie. Uderzyła, nim mężczyzna wyszedł zza rogu. Śmierciożerca nigdy nie dowiedział się, co odpowiadało za ten hałas. Z jego rozdartego garda trysnęła krew. Sasha wyciągnęła dłoń i delikatnie zamknęła usta Draco, który oszołomiony wpatrywał się w człowieka wykrwawiającego się na perski dywan jego ciotki.

- Jesteś z tym zajebiście niebezpieczna – powiedział Draco, gdy jego mózg przetworzył to, co przed chwilą widział.

- Jeśli to uważasz za imponujące, powinieneś zobaczyć co potrafię zrobić z ogonem, kiedy jest przytwierdzony do mojego tyłka – odpowiedziała Sasha, wzruszając ramionami. Zachichotała na widok jego miny. Najwyraźniej nie był gotowy na wizję, którą mu podsunęła. – Przepraszam za tą wizualizację. Jeśli ci to pomoże, mój prawdziwy tyłek jest znacznie ładniejszy od kościstej dupy twojej ciotki.

- Zawsze tak gadasz? – spytał nagle Draco. Interesował go tylko jeden tyłek. Nie należał on ani do jego ciotki, ani do sukkubów.

- Mimo mojego obecnego ciała, wciąż jestem ze swojej natury stworzeniem pożądania. Po czterech wiekach nie masz potrzeby wyrażania się delikatnie i oględnie – odpowiedziała mu bez cienia wstydu. Była w zgodzie z własną seksualnością i bardzo z tego dumna. Niestety Draco nie miał zadziorności Harry'ego, ale niewielu czarodziejów takową posiadało. Zapamiętała sobie, żeby w jego obecności nieco się ograniczyć. Nie chciała, żeby chłopak jej tu odleciał.

- Spadajmy stąd, zanim ktoś inny się pojawi – powiedział Draco, w oczywistej próbie zmiany tematu i pozbycia się wizji, które nawiedzały jego głowę. Szybko dotarli do Fiuu.

- Wywołaj Dwór Malfoyów, będę zaraz za tobą – polecił Draco, gdy Sasha weszła w kominek. Nigdy wcześniej nie podróżowała w ten sposób i trochę się denerwowała. Zawsze latała w miejsca, do których chciała się dostać. Na myśl, że być może już nigdy nie poleci, jej serce ścisnęła lodowata obręcz. Wzięła się w garść. Użalać się nad sobą może później. W jej obecnej sytuacji mogło ją to zabić.

- Czemu akurat tam? Czy Hogsmeade nie byłoby lepszym wyborem? – spytała zdumiona Sasha. Musieli dostać się do Zakazanego Lasu najszybciej jak to możliwe.

- Jesteś w ciele członka Wewnętrznego Kręgu, na którego głowę nałożono solidną nagrodę. Nie sądzisz, że pojawienie się tak po prostu w miasteczku pełnym czarodziejów nie jest najlepszym pomysłem? – spytał Draco, potrząsając głową. Sasha nie wiedziała jak uzyskać dostęp do magii jego ciotki, więc w razie niebezpieczeństwa on będzie musiał bronić ich oboje.

- Racja, zapomnij o Hogsmeade. Ale czemu Dwór Malfoyów? – naciskała Sasha. Draco instynktownie obejrzał się przez ramię. O rodzinnych sekretach nie należało mówić tak otwarcie. Całe szczęście, że o zrobił, bo na końcu korytarza stał Czarny Pan z jadowitą wściekłością na twarzy.

- RUCHY! – wrzasnął Draco na Sashę, wyciągając różdżkę. Chciała stanąć u jego boku, ale ją odepchnął. – Otwórz skrzydło sokoła… ukryte Fiuu w skrytce… biura Snape'a… powodzenia... – wydyszał Draco, parując kolejne klątwy. Nie mógł odwrócić oczu od Czarnego Pana nawet na moment, żeby się z nią pożegnać.

- Jesteś człowiekiem honoru, Draco Malfoyu. Dwór Malfoyów!

- Jesteś takim samym zdrajcą krwi jak ta kurwa, twoja matka! – warknął Voldemort, krocząc korytarzem w stronę zdrajcy. Szedł spokojnie, równym tempem, mimo nadlatujących w jego kierunku klątw. Z przyjemnością zabije tego chłopaka.

- Wiesz, przyjmę to jako komplement. Podobno twoja matka rozłożyła nogi przed mugolem. Twoja krew jest tak czysta jak obsikany śnieg – zakpił Draco i odsunął się z drogi purpurowemu zaklęciu. Nie zamierzał dać się sprowokować słowom Voldemorta, ale wyglądało na to, że jego słowa odniosły właśnie taki efekt. Draco wiedział, że będzie potrzebował jasnego umysłu, żeby przetrwać.

- Bezczelny smarkaczu! Jesteś zupełnie jak twoja matka. Ta kobieta próbował użyć na mnie Zaklęcia Śmierci, a potem uciekła z wrzaskiem u boku tego Weasleya, z którym się zadaje! – Voldemort znów próbował wyprowadzić Draco z równowagi, ale chłopak tylko się zaśmiał.

- Wasley to i tak klasę lepiej niż mój ojciec… Confringo!

Zaklęcie Eksplodujące nie zostało wycelowane w Voldemorta, tylko w sufit korytarza. Wiedział, że ta bezcelowa konwersacja ma przykuć jego uwagę i pozwolić Czarnemu Panu na zmniejszenie dzielącej ich odległości. Zdawał sobie sprawę, że nie przetrwa starcia na bezpośrednim kontakcie. Postanowił użyć sposobu Huncwotów i zmienić sytuację, w jakiej się znajdował.

Walący się sufit wypełnił gruzem i pyłem korytarz. Miał nadzieję, że zablokuje wszystkie nadlatujące w jego stronę klątwy. Wszedł w kominek i wywołał Dwór Malfoyów. Dokładnie w tej chwili z chmury wyleciało Zaklęcie Śmierci.

W chwili gdy Draco wyszedł z Fiuu, Sasha zdołała już otworzyć skrzydła sokoła. Pomacał się po klatce piersiowej, by upewnić się, że wszystko w nim w porządku, po czym zaśmiał się triumfalnie. Już rozumiał, czemu Huncwoci tak lubili stawiać się władzy. To było zajebiste.

- Wygrałeś? – spytała zdumiona Sasha.

- Uciekłem – sprostował Draco i zniszczył kominek. – Pocałowałem wczoraj Astorię i bardzo chciałbym to powtórzyć. A nie zrobię tego jak będę martwy – wyjaśnił. Złapał Sashę za rękę i pociągnął ją w stronę schodów, które pokazały się za tajnym przejściem.

- No tak. Jak zwykle chodzi o dziewczynę – zaśmiała się Sahsa i potrząsnęła głową.


Artur podszedł do Jamesa. Mężczyźni spojrzeli sobie w oczy i zachichotali. Trzeba nie lada mężczyzny, by poradzić sobie z poirytowaną rudowłosą kobieta, a co dopiero z dwiema. Albus Dumbledore na pewno do takich mężczyzn nie należał. Ponadto nikt nie wydawał się szczególnie zainteresowany przyjściem mu z pomocą. Nawet Hagrid, jego najlojalniejszy zwolennik, wiedział, że nie należy wkładać dłoni w ten pożar.

- Jak śmiałeś wykorzystywać moją rodzinę w taki sposób? – zawyła Molly. Cała dygotała z wściekłości. A wręcz czegoś jeszcze mocniejszego od wściekłości. – Próbowałeś zrobić z mojej córki niewolnicę Neville'a Longbottoma, używając jakiegoś fałszywego Długu Życia! Była nieszczęśliwa! Każdy to widział! A ty powiedziałeś mi, że to dla jej bezpieczeństwa! Zaufałam ci! Wierzyłam ci! Twoje kłamstwa pozbawiły mnie połowy rodziny!

- Rudzielce – zaśmiali się wspólnie James z Arturem. Jednak przedstawienie przerwało przybycie Zgredka, który ciągnął za sobą Adama i Jade.

- Pani Lily! Pani Lily! Pani Cissy powiedziała Zgredkowi, żeby wziąć dzieci do pani Lily, jeśli Śmierciożercy przyjdą! – krzyknął skrzat na całe gardło, przebijając się przez Wielką Salę. James gwałtownie obrócił się ku nadchodzącej postaci. Lily i Molly przerwały swój werbalny i magiczny atak na Dumbledore'a. Jednak obie obrzuciły go stanowczymi spojrzeniami, które wyraźnie mówiły, że to jeszcze nie koniec.

Stary czarodziej ucieszył się z odroczenia. Mógł się jedynie bronić przed obiema czarownicami. Wiedział, że gdyby przeszedł do ofensywy, musiałby się liczyć ze znacznie większą ilością napastników. Ufał swoim zdolnościom, ale zaczynał odczuwać swój zaawansowany wiek. Oparł się ciężko o stół nauczycielski. Nie mógł przegapić pełnych przygany spojrzeń niektórych nauczycieli, skierowanych w jego stronę.

- Zgredku, co się stało? Czy wszyscy są cali? Ranni? Nie żyją? GADAJ! – wrzeszczała Lily, biegnąć ku słudze Cissy. Biedne stworzenie usiłowało złapać oddech, a Adam i Jade rozglądali się wokół siebie z podziwem. W końcu dziewczynka odpowiedziała za skrzata.

- Adam wyszedł pomóc rannej pani i drzewa powiedziały mu, żeby uciekał… Ała, no co? Sam mi to powiedziałeś! – warknęła Jade na Adama, który wsadził jej kuksańca w bok. Najwyraźniej tej części miała nie zdradzać. Profesor Sprout od razu zwróciła na to uwagę. To o nim mówiła jej Emma. Zdecydowanie zamierzała porozmawiać z tym chłopcem jeszcze tego wieczoru.

- I co potem? – spytała niecierpliwie Lily, przerywając dziecięcą kłótnię.

- Jakiś pan mnie złapał, a Jade pobiegła po pomoc… - zaczął Adam, ale przerwała mu jego towarzyszka.

- Mama powiedziała, że mam zostać na miejscu, a ona i… - Jade przerwała i popatrzyła ze złością na Jamesa. – Ej! Miałeś chronić mamę. Obiecałeś!

- To tylko taka zabawa, skarbie. Mów dalej, proszę – uspokoiła ją Lily. Najmłodsza z sióstr Greengrass patrzyła to na nią, to na mężczyznę, którego uważała za Syriusza. James czuł na sobie spojrzenia licznych osób, ale to McGonagall najbardziej się przejmował.

Przez cały dzień stara nauczycielka widziała, jak Syriiusz wykonuje dziwne gesty. To jak chodził, jak się śmiał, nawet jego miny. I jeszcze to jak odnosił się do Lily. Uśmiechali się do siebie w sposób, który można by wręcz nazwać intymnym. Z kolei Lily wręcz promieniała radością przez cały dzień. McGonagall widziała ją taką tylko kiedy była z… nie, to niemożliwe.

Potarł nerwowo kark, a Minerva aż sapnęła. Ledwo słyszała historię, którą dzieci opowiadały Lily. Skupiała się na Syriuszu i na konflikcie między racjonalnym umysłem i desperacką nadzieją. Powoli do niego podeszła i ujęła jego twarz w dłonie. Spojrzała mu głęboko w oczy, szukając potwierdzenia, że nie zwariowała.

- W dniu mojego ślubu chciałaś mnie uspokoić. Powiedziałaś mi, że nie ma większej magii, niż siła miłości. Miałaś rację, Minnie – wyszeptał James, ujmując jej ręce i nazywając imieniem, na którego używanie pozwalała tylko jemu. Zarzuciła mu ramiona na szyję i nie próbowała nawet ukryć, jak łka ze szczęścia. Niegdyś by to kwestionowała, ale teraz pragnęła jedynie trzymać w ramionach osobę, która była dla niej jak syn.

- Potem ci wszystko opowiem, słowo – zapewnił swoją chrzestną James.

- MAMA! – krzyknęła Jade i popędziła Wielką Salą ku czworgu sponiewieranych bitwą Huncwotów. Ich ponure miny nie pozostawiały wiele wyobraźni. Adam dołączył do Jade i oboje rzucili się w ramiona swoich mam. Nagle w Wielkiej Sali znalazł się nie jeden, a dwóch Syriuszów, co nie uszło uwagi Dumbledore'a i jego Zakonu.

- Kim jesteś? – spytał ostro Dumbledore. Minerva stanęła przed Jamesem, chroniąc go przed wszystkimi, którzy mogliby chcieć go krzywdzić, łącznie z jej przyjaciółmi. Lily podeszła do Jamesa i obdarzyła go śmiałym, gryfońskim pocałunkiem prosto w usta. Jeśli to nie wstrząsnęło Dumbledorem, z pewnością dokonało tego rozproszenie zaklęć maskujących na twarzy Jamesa.


Gdy zwoływana jest Rada Starszych, zgodnie z tradycją wszystkie stada muszą się trzymać własnego terytorium. Jeśli ktokolwiek poza wodzem i jego dwoma ochroniarzami wychyli się za granicę, uznawane jest to za wypowiedzenie wojny. Macnair wiedział o tym i dlatego teraz zdołał otoczyć wszystkich wodzów, którzy znaleźli się na jego łasce. Powinien wiedzieć takie rzeczy. W końcu był Władcą Bestii Czarnego Pana.

- Nie ma dla was miejsca w naszym lesie, czarni magowie! Wasza obecność na tej świętej polanie to kolejny dowód na wasz obrzydliwy brak poszanowania dla naszej suwerenności i kultury! Ta obraza nie pozostanie bez odpowiedzi! – pieklił się Zakała. Podszedł kilka kroków w przód i stanął na zadnich nogach dla lepszego efektu. Gdyby on lub którykolwiek z ochroniarzy zdołali dostać się do rogu, mogliby zagrać na alarm. Jego stado przebywało najbliżej i wiedział, że dotrą tu błyskawicznie. A wówczas pozostali wodzowie mieliby wobec niego dług wdzięczności, co potrafiłby odpowiednio wykorzystać.

- Sadystyczna, porąbana suka! – pieklił się Thorfinn Rowle, który aportował się, trzymając się za poranioną twarz.

- Przyłapała cię na patrzeniu na jej cycki – zarechotał Macnair na widok zbliżającego się mężczyzny. Wściekłe spojrzenie kolegi powiedziało mu, że trafił w dziesiątkę.

- Wszystko jest gotowe u wilkołaka i tej suki. Na co tu czekamy? – burknął.

- Czarny Pan chce im powiedzieć parę słów, zanim ich wszystkich zabijemy – odpowiedział z dumą Macnair i z zadowoleniem dostrzegł, że centaur cofnął się na samo wspomnienie jego pana. Wszystko pójdzie lepiej niż mu się wydawało.

Jednak jego złudzenia rozwiał głos, który zabrzmiał za jego plecami:

- Chyba ci powiedziałam, że jeśli jeszcze raz wejdziesz do mojego lasu, zostaniesz surowo ukarany. Orkowie dowiedzieli się o tym w dość nieprzyjemny sposób – ostrzegła Ginny, wkraczając śmiało na polanę.

Blefowała. Jej serce waliło tak mocno, że miała wrażenie, że lada moment wyskoczy jej z piersi. Jednak musiała kupić pozostałym czas niezbędny do dotarcia na stanowiska.

- Kłamliwa czarownico, nie padnę ofiarą twoich sztuczek po raz drugi. To Bestia Cienia zabiła orków, a teraz go z tobą nie ma. Jesteś całkiem sama, a to oznacza, że ofiarują mojemu panu o jednego więźnia więcej. A on mnie za to wynagrodzi – Macnair wyszczerzył się w paskudnym uśmiechu. Ginny zatrzymała się przed Radą Starszych.

- Czy Rada Starszych uznaje i popiera moje roszczenie? – spytała, ignorując słowa Macnaira. Jeden po drugim wodzowie skłaniali głowy na zgodę. Przywódca jednorożców podkłusował do niej i skłonił się przed nią na znak szacunku. Ginny odwzajemniła gest. Jednorożec wspiął się na zadnie nogi zarżał. Ginny poczuła jak nagle spływa na nią niezwykły spokój. Taka była moc tego niezwykłego stworzenia.

- Daję głupcom, którzy ślepo podążają za Tomem Riddlem, ostatnią szansę na odejście w pokoju – ostrzegła Ginny, odwracając się do wrogów. Uniosła palec, by podkreślić swoje słowa. – Tylko jedną szansę, nim podzielicie los klanu orków i klanu wampirów Pradawnego.

Odpowiedział jej rechot Śmierciożerców. Z gęstwiny doszedł ryk rysia, a Ginny uśmiechnęła się upiornie do zwolenników Voldemorta.

- Żeby potem nie było, że nie ostrzegałam.


Harry stał w ludzkiej postaci tuż za granicą osłon. Okrywał go prochowiec ze skóry bazyliszka, ale nie miał ze sobą różdżki, jedynie bliźniacze ostrza lśniące w świetle księżyca. Uniósł je nad głowę, a one zaczęły świecić, absorbując blask ziemskiego satelity, aż światło objęło cała jego postać.

- Bogini Morrigu! Wielka Matko Księżyca i Najwyższa Bogini Wojny, Losu i Śmierci! Wejrzyj na to pole bitwy i obdarz mnie siłą, bym mógł chronić te, które mianowałaś swoimi córkami i pokonał zło! – wykrzyczał w niebiosa w języku sukkubów, by bogini wiedziała, że ma czyste serce. Wiatr wyszeptał jej odpowiedź dla tych, którzy wiedzieli jak słuchać.

- Nie lękaj się, wybrany wojowniku moich córek. Jeśli twoje serce jest czyste, twój miecz ostry, a twoja sprawa słuszna, skaza wroga nie przejdzie na ciebie. To przekazuję wszystkim, którzy kroczą drogą cnoty.

Harry zamknął oczy i uśmiechnął się, wiedząc, że ochrona bogini jest na swoim miejscu. W głębi duszy czuł, że to jedna z tych nocy, gdy los wielu zmieni się na zawsze. Czy na dobre, czy na okropne to się jeszcze okaże. Nie zapomniał lekcji Sashy. Bogini Morrigu jedynie obserwowała pole walki, nigdy się nie wtrącała. Zdarzało jej się jednak przydawać inspiracji w krytycznym momencie tym, których uznała za godnych i którzy mieli na tyle rozsądku, by przyjąć jej przewodnictwo.

Taki był dar, który udzielała tym, których kochała. Harry poczuł ostatnie tchnienie spokoju przed uwolnieniem Cienia i krwawej wściekłości, która miała spaść na głowy jego wrogów. Wszyscy mamy w głębi siebie bestię, która wychodzi w chwilach gniewu lub rozpaczy i pomaga zrobić to, co niezbędne do przetrwania. Większość ludzi trzyma ją w klatce, bo nie rozumieją samych siebie lub wstydzą się przyznać, że bestia jest częścią nich. Nie wiedzą, że jej obecność to błogosławieństwo, nie klątwa.

Inni traktują ją jako czystą moc, energię, nad która panują, do dowolnego wykorzystania.

To ignoranci, żyjący złudzeniami. Bestia w klatce pragnie jedynie wyrwać się na wolność, by stać się tym, czym zawsze miała być. Kiedy odmawia jej się tego prawa, w bestii narasta gniew, a kiedy się ją uwolni, uderza we wszystko, co znajdzie się w pobliżu. Wówczas zamiast zrozumienia spotyka się z potępieniem i znów jest zamykana. Tak cykl się domyka do chwili, kiedy bestia znów się uwolni.

Są wreszcie nieliczni, którzy odważą się z bestią współpracować i przyjąć swoją pierwotną stronę. To oni są prawdziwymi panami. Przyjmują mrok tak samo jak światłość. To niełatwa ścieżka, ale niezależnie od jej trudów, to jedyna droga, która wiedzie do prawdziwej równowagi. Jedynie ci, którzy w pełni znają swój umysł, serce i magię, mogą stać się niekwestowanymi panami samych siebie i bezpiecznie władać całą mocą wypływającą z ich wnętrza.

Harry otworzył oczy, które dojrzały rzeczy, których ani on ani Cień nie zdołaliby spostrzec w pojedynkę. Czuł uroki, które miały go spętać, czuł watahę wilkołaków, czekających w ukryciu w gotowości, czuł ich strach. Przeniknął za pułapki, które na niego czekały, gotowe do uruchomienia, gdy tylko zrobi krok w niewłaściwą stronę. Aż wreszcie dotarł do dwójki, która stanowiła powód jego przybycia.

Serca Greybacka i Sashy biły gwałtownie. Jego zapach mógł łatwo odczytać. Podekscytowanie nadchodzącą bitwą. Niegdyś Harry dołączyłby do niego z radością, by poczuć dreszczyk płynący z prawdziwego testu swoich zdolności. Jednak miłość dobrej kobiety pokazała mu, że to samolubna arogancja. Prawdziwą miarą mężczyzny było, jak przeżywał swoje życie, a nie to, co potrafił zrobić.

Harry miał własną watahę tych, którzy byli mu drodzy. Kiedyś byli tylko we trójkę: on, mama i Syriusz. Przez lata lista rosła: Promyczek, Lunatyk, Nimfa, Sasha i jej lud, ciocia Cissy, a teraz Emma, jego tato i najdroższa z nich wszystkich Ginny. Dla nich będzie walczył, zabijał, a jeśli przyjdzie konieczność, umrze.

Tam znajdowała się Sasha i wszystkie jego zmysły potwierdzały, że to rzeczywiście ona. Oczy Harry'ego prześliznęły się po jej zmaltretowanym ciele i poczuł ukłucie winy. Odebrali jej piękne skrzydła, ogon, ośmielili się ją bić i biczować. Jego wyrzuty sumienia zmieniły się w lodowatą, śmiertelną wściekłość. Jeśli Greyback chciał krwi, to ją dostanie.

- Pokaż mi, chłopcze! – warknął Greyback z drugiej strony polany. Harry zmienił się w formę hybrydową, nie dlatego że ktoś mu kazał, ale by przerazić watahę skurwysynów. Nocny wiatr przekazał mu, że się udało.

- I znowu się widzimy. Ale tym razem nie masz nic, co mógłbyś wymienić za swoją dawną kochankę, chłopcze! – kpił wilkołak, ale odpowiedział mu tylko warkot. Z tego co wilkołak słyszał o Potterze, spodziewał się bezczelnej odpowiedzi. Ta złowieszcza cisza działała mu na nerwy.

Usta Bellatrix wygięły się w uśmiechu. Spodziewali się, że chłopak będzie wytrącony z równowagi. Oszaleli ludzie popełniają błędy, ale lodowate, zabójcze spojrzenie Pottera nic nie zdradzało i tym zasłużył sobie na cień jej szacunku. Wiatr zmienił swój kierunek i przyniósł ku niej jego zapach. Bellatrix zaparło dech w piersi, gdy dotarł do jej zmysłów. Teraz lepiej rozumiała, czemu Desory tak zawzięcie nie chciała go zdradzić. Pachniał cudownie, a jego magia ją nęciła. Ciało sukkub gwałtownie zareagowało na jego obecność. Musiała użyć całej swojej nienawiści do niego i jego rodziców, by odepchnąć od siebie gwałtowną falę pożądania. Nie potrafiła zrozumieć jakim cudem ta kobieta w ogóle funkcjonowała w pobliżu Pottera.

- Wiesz co, Potter? Oddaj mi te miecze, a ja oddam ci tą sukę! – krzyknął przez polanę Greyback. Tym razem dostał odpowiedź.

- Nie układam się z trupami! – odkrzyknął Harry, unosząc ostrza nad głowę. Księżyc w pełni oświetlił broń, która przez moment wydawała się jaśnieć. Inkantacja, jaką wypowiadał, została zagłuszona gwałtownymi podmuchami wiatru, który zerwał się nie wiadomo czemu. Potter machnął swoim ostrzem na zewnątrz i uwolnił potężną falę magii. Ujawniła wszystkie zamaskowane wilkołaki i pułapki.

Wiatr znów się zmienił i Cień wciągnął w płuca zapach Sashy, który przywołał każde wspomnienie o niej. Z nimi napłynęły emocje, które podważyły jego samokontrolę. Ich pierwsze spotkanie i jej usta wygięte w figlarnym uśmiechu. Jej śmiech, który zawsze podnosił go na duchu, nieważne jak by nie był zdołowany. Jej poczucie humoru, które wzmacniało jej uwodzicielską naturę. A przede wszystkim pamiętał, że to ona zobaczyła mężczyznę tam, gdzie mama, Syriusz i Tonks wciąż widzieli chłopca. Uwierzyła w niego, gdy nawet on sam w siebie nie wierzył. W końcu nie zdołał powściągnąć kipiących emocji. Z bojowym rykiem ruszył do walki.

Pierwsze dwa wilkołaki zostały przecięte w pasie, gdy Cień przyklęknął i prześliznął się pod ich machającymi łapami. Miecze cięły ciało, jakby było rozgrzanym masłem. Ich moc sprawiła, że na ziemi wylądowały już tylko ludzkie ciała.

Cień wybił się w powietrze. Kopnął kolejnego wroga z przyprawiającym o mdłości trzaskiem, a następnie obrócił się, by wylądować między dwoma następnymi. Ich głowy pofrunęły, a ich ciała upadły na ziemię. Cień obrócił się na pięcie, unikając zabójczego ataku, który rozerwałby mu kręgosłup. Jednym ostrzem zablokował cios pazurów wymierzony w jego szyję, a drugim odciął nogę przeciwnika. I znów każda część ciała wilkołaka, której dotknęło księżycowe ostrze, zmieniała się w ludzką kończynę, mimo księżyca w pełni świecącego na niebie.

Greyback zawył ku księżycowi. Jego głos poniósł się przez Ziemię, dotarł do Hogwartu, Zakazanego Lasu, a w końcu również do Twierdzy Desory. W nim wybrzmiewała jego furia, jego duma i jego moc. Harcownicy padli, teraz czas na prawdziwą bitwę. Z drzew otaczających polanę odpowiedziały mu kolejne głosy. Liczne głosy. Na polanę wchodziły wilkołaki. Około setki. Prawdziwa wataha Grebacka pokazała kły, pragnąc tylko jednego. Zabić Bestię Cienia.


W następnym rozdziale:

- Draco i Sasha spotykają Tonks

- Nowi Huncwoci w Zakazanym Lesie

- Nevimort kontra Dumbledore


Od tłumacza: Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki! ta historia zostanie skończona, jak już wiele razy obiecywałem. Niemniej mam całą masę innych obowiązków i ta historia jest któraś w kolejce w priorytetach. Nie pomogą wasze prośby, błagania i groźby, bo czasu mam ile mam :) Niecierpliwych zachęcam do oryginału, namiary macie w pierwszym rozdziale.