Świat mugoli

London Bridge is falling down, my fair lady…


Voldemort stał w cieniu przy bramie Hyde Parku, otoczony silnymi zaklęciami maskującymi oraz odpychającymi mugoli i patrzył na morze ludzi i pojazdów. Słuchał odgłosów miasta. Obok niego Lucjusz Malfoy krzywił się na wszystko co widział.

— Błagam o wybaczenie, mój Panie, jednak czemu spotykamy się z naszym kontaktem tutaj, ze wszystkich miejsc?

— Przestań się krzywić i posłuchaj, Lucjuszu — Voldemort nie zaszczycił Malfoya nawet przelotnym spojrzeniem.

— Co mam usłyszeć, mój Panie?

— Miasto. Miasto mające dwa tysiące lat, jeśli nie więcej. Dwa tysiące lat, tysiące, nie, miliony żyjących, kochających, płaczących i umierających istot na jednym kawałku ziemi. Dwa tysiące lat życia ludzi i magii z całego świata zbiegają się w jednym miejscu, które niegdyś rządziło imperium, które obejmowało jedną czwartą powierzchni planety i utrzymywało silne stosunki handlowe z resztą, a co więcej, umiejscowione jest na wyspie mającej silne powiązanie z Avalonem, którego moc przesyca Wielką Brytanię. To dlatego w Wielkiej Brytanii rodzi się niezwykły odsetek potężnych czarnoksiężników lub mają tu rodzinę związaną przez krew. Dumbledore, Grindelwald, ja i w przyszłości Harry.

Lucjusz pokiwał głową w zrozumieniu.

— Trzech z najpotężniejszych w mocy, a z pewnością czterech najbardziej wpływowych w świcie magów ostatniego stulecia.

— Zgadza się, trzech Brytyjczyków, jeden z brytyjskimi krewnymi. Jest powód, dla którego Merlin urodził się w Wielkiej Brytanii, podobnie jak czterech założycieli Hogwartu. Magia jest nieodłączną częścią naszej wyspy, a Londyn jest szczególnie dobrym tego przykładem z jego magiczną dzielnicą handlową — powiedział Voldemort. — To miasto żyje, Lucjuszu, w taki sposób, jaki niewiele innych robi.

— Możesz z nim porozmawiać, mój Panie? — zapytał Malfoy, przerażony samym pomysłem.

— Pewnie mógłbym, jak sądzę, ale wolałbym nie ryzykować — odparł cicho Czarny Pan. — Podczas mego szaleństwa zadałem mu wiele ran, i szczerze mówiąc, wolałbym nie antagonizować tak starego i potężnego genius loci. Wystarczy mi wysłuchanie jego magicznego szumu…

Z bramy wyszedł stary mężczyzna, skutecznie przerywając im rozmowę. Lucjusz patrzył z pogardą na jego obdarty strój i prawie rozpadający się instrument, z którego dobiegała upiorna melodia.

London Bridge is falling down, falling down, falling down. London Bridge is falling down, my fair lady… Kataryniarz zatrzymał się przed Czarnym Panem, pokręcił kilka razy korbą, odtwarzając kilka razy piosenkę, aż odszedł. Ku przerażeniu Lucjusza, Lord Voldemort się uśmiechał.

— Cóż, wszystko idzie po naszej myśli.

— To był jeden z naszych kontaktów? — głos Malfoya wprost ociekał obrzydzeniem.

— Twoje niedowierzanie jest komiczne, Lucjuszu. Ale nie, ten człowiek został tylko opłacony przez kontakt do przekazania wiadomości. Widzisz, nawet gdybyśmy mieli ogon, który nas bacznie obserwuje, to nigdy by się nie domyślił, że w ogóle doszło do wymiany informacji.

I Lucjusz musiał się w tym zgodzić ze swoim Panem. Nawet Alastor Moody z całą swoją paranoją nie mógłby się domyślić, że obdarty włóczęga z równie obdartą katarynką może przekazywać informacje. Lucjusz nie znał kodu jakim posługiwał się szpieg Czarnego Pana, jednak nie zdarzyło się to po raz pierwszy. Już za czasów poprzedniego powstania tylko Czarny Pan znał wszystkie szyfry, ku irytacji większości z wewnętrznego kręgu. Szczególnie Bellatrix była głośna w swoich protestach, gdyż uważała się za wystarczająco ważną, by wiedzieć wszystko co się dzieje. Cóż, nie była.

Lucjusz został wyrwany ze swoich myśli przez ruch po jego prawej stronie. Dwie dziewczyny przebiegły koło niego i wpadły przez bramę do parku. Obie były ubrane obscenicznie, w spodnie ściśle przylegające do ich nóg, nie miały też żadnych płaszczy tylko jakieś okrycia, śliskie, napompowane swetry, które odsłaniały za dużo jak na gust mężczyzny. Między innymi nie lubił tego w mugolakach, przynosili ze sobą swoją rozwiązłą modę i obyczaje. A Dumbledore nie uważał za słuszne, by narzucić reguły ubioru również na czas wolny od zajęć dydaktycznych. Za czasów jego ojca w Hogwarcie wszystkie młode damy wyglądały odpowiednio. Cóż, była jedna Gryfonka, która otwarcie nosiła spodnie i męskie koszule, jednak jej rodzice byli Amerykanami, więc choć dyrektor Dippet nie pochwalał jej zachowania, to przymykał oko, tłumacząc to jako dziwactwo cudzoziemców. Lucjusz zacisnął zęby, Narcyza śmiałaby się otwarcie, gdyby tylko dowiedziała się o jego rozważaniach na temat ubioru.

— Czy skończyłeś już przeklinać mugolski świat, Lucjuszu? — zapytał Czarny Pan. Kąciki jego ust były lekko uniesione w cichym rozbawieniu.

— Panie, nie mogę zrozumieć jak możesz tolerować ten świat? Tak… plugawy i brudny…

— Może jest to spowodowane moim tłem? — Voldemort ruszył ze swojego miejsca przy bramie i płynnie wmieszał się w tłum, by przejść na drugą stronę ulicy. Malfoy ruszył za nim.

Weszli do luksusowego hotelu i po krótkiej wymianie zdań boy odprowadził obu mężczyzn do restauracji, która o tej porze dnia była prawie pusta. Zajęli miejsce z dala od okien i z dobrym widokiem na drzwi. Ostrożności nigdy za wiele.

Kelner odszedł po przyjęciu zamówienia i Lucjusz pozwolił sobie na kontemplację miejsca, w którym przebywał. Nie po raz pierwszy znalazł się w mugolskiej restauracji i dotychczas zawsze wolał ich magiczny odpowiednik, jednak nawet on musiał docenić wygląd tego miejsca. Będzie musiał zapamiętać umiejscowienie hotelu, gdyby ponownie miał się spotkać z Ericiem Greengrassem. Ekscentryczny czarodziej lubił umawiać się na spotkania biznesowe w mugolskich okolicach, by drwić z niewygody swoich kontrahentów.

Obsługa była szybka i profesjonalna. Lucjusz zauważył, że Czarny Pan jest dużo swobodniejszy z mugolskim otoczeniem niż on sam. Oczywiście wiedział o korzeniach swojego Pana, jednak dotychczas nie bardzo rozumiał co się za tym kryje.

— Szpieg, Lucjuszu?

— Ach, tak — młodszy czarodziej odstawił porcelanową filiżankę na spodeczek i przesunął palcem po złotej obwódce. — Odzywa się dość regularnie, co nie jest zaskoczeniem.

— Ou? A co jest?

— Próbuje rozszerzyć swoją sieć kontaktów. Już nie tylko koncentruje się na mojej żonie, drobne wiadomości znajdują żony Parkinsona, Crabbe'a, Goyle'a i Rosiera.

Czarny Pan przechylił głowę i chwilę kontemplował swoją herbatę.

— Nie rozumiem w tym wszystkim Rosiera.

— Najprawdopodobniej ma dostęp do archiwum ministerstwa i stamtąd bierze nazwiska.

— Jest to słuszny tok rozumowania, jednak wiadomo było od dawna, że kuzyn Evana nie był moim zwolennikiem. Ze względu na swoją uprawę ziół był zawsze neutralny. Jego strona rodziny dostarczała składników do eliksirów leczniczych każdej ze stron toczącej się akurat wojny, zaopatrywali renomowane szpitale jak i szemrane przychodnie. Jestem więc pewien, że Rosier jest mocno urażony takim podejściem do niego.

Lucjusz mrugnął. Nie pomyślał o tym wcześniej, tym bardziej że Narcyza nie wspominała o wrażeniach jakie wywarły dane akcje na jej przyjaciółkach.

— O czym to świadczy?

— Nasz szpieg jest młody i ambitny. Dołączył do ministerstwa dość niedawno, jednak szybko wspiął się po szczeblach kariery, niespotykanie szybko bym powiedział. Ma albo wyjątkowo dobre koneksje lub trafił na szczęśliwy zbieg okoliczności, który zapewnił mu awans.

— Panie, nadal nie uważasz, że to kobieta?

— Gdyby to była młoda dama, bardzo by się wyróżniała w szeregach. Każdy zwracałby na nią uwagę. Chyba że pracuje z Niewymownymi… — Voldemort rozważył na moment ten pomysł. — Oni jednak mają inne metody i nie angażują się w całe to zamieszanie.

Wszystko to, co Lucjusz miał powiedzieć zostało przerwane przez ostry dźwięk dobiegający od jednego z zajętych stolików. Mężczyzna w średnim wieku wstał, wyciągnął średniej wielkości rzecz ze swojej kieszeni i spojrzał na nie. Następnie przeprosił cicho swoich towarzyszy i wyszedł na zewnątrz. Rzecz w jego ręce nadal wydawała te nieprzyjemne, dzwoniące odgłosy.

— Doprawdy, pomysłowość mugoli nie zna granic.

— Ta głośnia rzecz ma więc swoje zastosowanie?

— Tak, jest czymś w rodzaju lusterka dwukierunkowego, tylko pozwala kontaktować się z większą ilością osób.

Lucjusz prawie zazdrośnie spojrzał na powracającego mężczyznę.

— Jestem pewien, że działanie lusterek również można rozszerzyć — powiedział z nutą pogardy, by ukryć bycie pod wrażeniem czegoś co jest mugolskie.

— Ach i tu dochodzimy do clou stagnacji czarodziejskiego świata — Czarny Pan zatoczył ręką po sali, jakby zwracając dodatkową uwagę Malfoya na to, do czego zdolni są mugole. — Jest tyle rzeczy, w których niemagiczni nas wyprzedzili i pewnie zastanawiasz się dlaczego. A odpowiedź jest całkiem prosta. Ponieważ większość ludzi w magicznym świecie jest leniwych. Są całkowicie zadowoleni z przeciętnego życia i nawet nie pomyślą o rozwinięciu spektrum swoich zdolności. Magia jako sztuka nie ma granic, a każdy, kto posiada absolutną moc magii, może być najbardziej błyskotliwym artystą, który tworzy nieprawdopodobne rzeczy. Jednak, większość ludzi jest zadowolona z tego, że spędzają siedem lata w Hogwarcie, marnując się na próżnowaniu czasu, podczas gdy jedna z najobszerniejszych bibliotek znajduje się w odległości krótkiego spaceru od nich. Niewielu wie o tym, jednak każdy absolwent, który ma szczęście przemierzać te uświęcone sale, może przyjść i w wolnym momencie czytać tomy przechowywane w bibliotece, ale faktem jest, że większość ludzi nie zawraca sobie tym głowy. Po zdaniu egzaminów dostają pracę, żyją szczęśliwym życiem i chętnie zapominają o wspaniałościach, które kryje Hogwart. Nie rozwijają się, a tym samym nie rozwijają rzeczy, którymi się otaczają. Możemy chełpić się tym, że mamy sieć Fiuu i możemy przeprowadzać rozmowy używając kominka z kimkolwiek zechcemy, jeśli i oni są podłączeni, ale i mugole stworzyli coś do rozmowy na duże odległości. Następnie poszli o krok dalej i uczynili urządzenie do rozmów przenośnym. Gdyby czarodzieje mieli taką rządzę rozwoju, jaką mają niemagiczni, to już dawno rządziliby całą planetą, Lucjuszu. Nie pomyl się, mój przyjacielu, nie zachwycam się nad mugolami, szanuję ich za osiągnięcia jakie dokonali. Kiedy czarodziejski świat się zatrzymał i pogrążył w stagnacji, oni urośli i stali się godnymi wrogami. To już nie jest piętnasty wiek, kiedy magia ścierała się z kosą i kijem, a jakoś duża część czarodziejów nie zauważyła tej zmiany.

Między czarodziejami zapadła cisza.

— Lucjuszu! — poirytowany głos Czarnego Pana wyrwał wspomnianego mężczyznę z zadumy.

Lucjusz Malfoy napiął się, po czym przepraszająco pochylił głowę.

— Wybacz mi, mój Panie. Myślałem o tym, co przed chwilą powiedziałeś i musiałem odpłynąć.

— Mogę to zrozumieć. Nie codziennie przeżywa się zderzenie kultur. — Lord Voldemort spojrzał w stronę okna wychodzącego na ulicę pełną ludzi i pojazdów. — Mugole… — Czarny Pan prychnął i lekko, prawie niezauważalnie się uśmiechnął — jak łatwo poddają się urokowi magicznych istot, zawsze swędziało ich, by nam zaimponować, być w naszym towarzystwie i mieć przywilej rozmawiania z nami. Są najbardziej podatnym na zagrożenia gatunkiem humanoidalnym, który istniał na Ziemi. Choć są potężni sami w sobie, a ich umysły są tak wspaniałe, że nawet najinteligentniejsi z nas nie potrafią tego pojąć. Natura nigdy nie była niesprawiedliwa, Lucjuszu. Z drugiej strony, mugole mają wiele wad, ich rasa była najsłabsza spośród wszystkich, ale są najbardziej postępowi i najbardziej zaludnili planetę, by to zrównoważyć. To czyni ich potężnymi w ten sposób. Można porównać ich do dzieci, które są zaangażowane w swój mały świat, ale nie wiedzą nic o większym obrazie.

Lucjusz cenił sobie czas spędzany sam na sam ze swoim Panem, właśnie dla takich chwil. Mógł poznać myśli najpotężniejszego mrocznego czarodzieja oraz poszerzyć własną wiedzę. Mimo że nie podobało mu się wytykanie wad czarodziejskiego świata, wiedział o ich istnieniu, choć wygodnie wolał o nich zapominać. Jak widać, Czarny Pan również o nich wiedział i zamierzał im przeciwdziałać, doprowadzając czarodziejów do należnego miejsca.

— Stopniowo przejmując władzę i ujawniając prawdę naszemu społeczeństwu, powinniśmy sprawić, że nasz sen się spełni.

— Mam nadzieję, że nie jesteś tak słabego umysłu jak nasz były minister Knot — powiedział z lekkim rozbawieniem Czarny Pan, kiwając na kelnera po kieliszek wina.

— Mój Panie?

— Sądził on, że Albus Dumbledore, jego niezłomny sojusznik i doradca jest tylko miłym staruszkiem, który będzie spokojnie pozwalał rozgrywać się wydarzeniom, jak osoba nieposiadająca żadnej władzy.

Lucjusz nie powstrzymał się od pokazania, co myśli nieznacznie prychając.

— Wiem — na ustach Voldemorta tańczył uśmieszek. — Jeszcze w zeszłym roku ten człowiek dość głośno wykrzykiwał swoje obawy o tym, jak to Dumbledore chciał go zastąpić. Jednak w głębi duszy wierzył, iż dyrektor wydawał się szczęśliwy rządząc swoją szkołą, otoczony swoimi uczniami, protegowanymi i dziwnymi przyrządami, jedząc swoje dziwaczne mugolskie słodycze i powoli popadając w starcze szaleństwo.

— Nawet Knot nie mógł być tak głupi — powiedział Lucjusz z niesmakiem.

— Och, był. Nie widział tego, co ma tuż przed oczami. Dumbledore zajmował najwyższe stanowiska w tym państwie, gdzie osoba na stołku ministra jest tylko mało istotnym figurantem. Nawet sekretarz ma więcej mocy — Voldemort pokręcił głową. — Dodatkowo, Dumbledore mam wpływ na umysły młodych ludzi, ich postrzeganie świata i przyszłe poglądy polityczne. Knot całkowicie zapomniał, że dzieci to przyszli wyborcy. Umbridge zrobiła wiele złego ministerstwu swoją polityką stosowaną w Hogwarcie.

— Wszystko więc obraca się wokół Dumbledore'a.

— Niestety, nie wystarczy tylko odsunąć go od władzy, trzeba jeszcze przebić się do umysłów społeczeństwa, które ten czarodziej wychował.

— Kiedy tak to przedstawiasz Panie, to wydaje się dość trudne.

— I takie właśnie jest. Jeszcze będąc w Hogwarcie zastanawiałem się, czemu polityka czarodziejskiej Wielkiej Brytanii jest tak skażona korupcją i intrygami, przecież stare rodziny powinny trzymać wszystko twardą ręką. Gdyby tak było, to taka pół krwi Umbridge nigdy nie zaszłaby tak wysoko.

— Mój Panie, jeśli spojrzysz na Wizengamot…

— Lucjuszu, nie ukrywajmy, jednymi z najstarszych rodzin, które liczyły się w ostatnich pięćdziesięciu latach byli Malfoyowie oraz Blackowie, których korzenie są francuskie. Możesz myśleć o sobie jak o Brytyjczyku, jednak nim nie jesteś. Stawiasz siebie i swoją rodzinę ponad dobro kraju lub rodziny królewskiej.

Wszelkie argumenty, które Lucjusz miał właśnie przełknął ciężko.

— Jeśli miałbym wymienić na poczekaniu jakiś ród, który jest równie starożytny co twój, to powiedziałbym Ogden lub Fortescue. Inni albo wżenili się w inne rody, albo stali się dawno temu charłakami i w ostateczności wyginęli.

— a Ollivanderowie? — zapytał Malfoy.

— Pochodzą z krajów śródziemnomorskich.

— Wydaje się, że Potterowie byli od wieków.

— Cóż, Potterowie to tak naprawdę ciekawy przypadek. Wywodzą się z bardzo starej angielskiej rodziny, to prawda, jednak ze względu na tę właśnie rodzinę, trzymali się na uboczu. Zauważ, że Cantankerus Nott nie wymienia ich w swojej Nienaruszalnej Dwudziestce Ósemce, chociaż w 1930 roku byli oni całkowicie czystej krwi.

— Masz rację Panie. Czemu nikt nigdy się nad tym nie zastanawiał?

— To proste, Potterowie nigdy nie przysięgli lojalności koronie.

Lucjusz wciągnął gwałtownie powietrze.

— Zainteresowałem się tym, gdy okazało się, że Harry ma swoje barwy rodzinne, jednak nie wydawało się, by posiadał tytuł. I tak oto odkryłem długo ukrywaną tajemnicę Potterów.

Oczywiście Voldemort nie chciał mówić Malfoyowi, że w dużej mierze pomógł mu odkryć prawdę pierścień ślubny Harry'ego. Jego sługa nie musiał o tym wiedzieć.

— Panie, czy może wiesz dlaczego tak się stało?

— Podążali starymi drogami, czcili dawno zapomniane przez innych bóstwa i odprawiali zagrzebane w mrokach czasu rytuały. I to po prostu płynie w ich krwi — dodał prawie szeptem Czarny Pan.

Lucjusz domyślał się, że nie powinien usłyszeć ostatniej części wypowiedzi, chciał jak najwięcej skorzystać z otwartej postawy swego Pana.

— Tak, zauważyłem, że Harry podąża za drogami przodków.

— Robi to raczej instynktownie, niewiele wie o rodzinach szlacheckich, starożytnych tradycjach i historii, która jest tak istotną częścią naszego życia. Nawet Rea nie był przygotowywany jeszcze do tego aspektu zwyczajów oraz kultury.

— Jednak z tego co słyszałem od Bellatrix, to jest dość mocno zainteresowany obrzędowością.

— Jest. I nie jestem pewny, czy to dobrze, czy nie. — Voldemort potarł brodę. — Dość odważnie powiedział mi, że tylko głupcy debatują o planach bogów. Ci, którzy zostali obdarzeni magią, zostali wybrani z jakiegoś powodu i to jest ich pierworództwo, to jest ich prawo i obowiązek nauczyć się używania magii w pełni swoich możliwości. Dlatego został zbudowany Hogwart, Castelobruxo, Durmstrang, czy Beauxbatons. Tak, by każdy mógł się nauczyć magii, a nie tylko nieliczni uprzywilejowani lub wystarczający szczęśliwcy, którzy zostali wybrani przez mistrzów swej profesji na swoich uczniów.

— Wyjątkowo głębokie przemyślenia jak na kogoś tak młodą. Jesteś pobłogosławioną osobą, skoro los dał ci tak inteligentną małżonkę, mój Panie.

Lucjusz był pod wrażeniem rozważań chłopca. Nawet jeśli były to tak naprawdę przekonania Rei, to i tak wątpił, by każdy osiemnastolatek był tak przemyślany.

— Widzisz Lucjuszu, osobiście uważam, że każdy człowiek ma swoje przeznaczenie. Naszym obowiązkiem jest podążać za nim oraz zaakceptować je, bez względu na to, gdzie go ono prowadzi. Los wyznaczył Rei pewne zadanie — Voldemort spojrzał poważnie na Malfoya — miał być moim uziemieniem. Gdy zniknął równowaga została zachwiana, wszyscy z was mogliście to odczuć na własnej skórze. Całkowicie straciłem sens po śmierci chłopca, wiem o tym. Chociaż dopiero po rytuale rezurekcji odzyskałem zmysły. — Czarny Pan podniósł kieliszek i zawirował rubinowym płynem. — Krew jest niesamowitą rzeczą. Najbardziej zmienną a jednocześnie niezmienną częścią każdej żywej istoty. Może być przekształcona za pomocą magii, zbrukana przez choroby i zebrana do wykonania najmroczniejszych i najjaśniejszych rodzajów magii. Jest też jedyną istotą, która nie może kłamać.

— Jest też powodem braku porozumienia między magicznymi istotami na całym świecie — dodał Lucjusz.

— Tak, jest — zgodził się Voldemort. — Jednakże ten konflikt trwał na długo przed narodzinami Salazara Slytherina i wątpię, byśmy w historii zapisali się jako ci, którzy go zakończyli.

Ich rozmowa została przerwana przez podejście kelnera niosącego główne danie. Lucjusz mógł przyznać, że jego kaczka prezentowała się lepiej niż ta, którą przyrządzają jego skrzaty domowe. Mugole mieli swoje zastosowanie, teraz był tego absolutnie pewien. Czarny Pan wydawał się wśród nich bardzo swobodny. Najprawdopodobniej ktokolwiek z grupy Dumbledore'a nie uwierzyłby, ze mają z nim do czynienia, jeśli teraz ktoś by ich zobaczył. Z resztą, Harry był w tym tak podobny do Czarnego Pana. Gdyby nie Cassini, to pewnie nie znalazłby chłopaka w mugolskim świecie.

— Panie, sądzę że złożę wniosek podczas następnej rady wydziału Hogwartu, by położyć większy nacisk na mugoloznawstwo. Nie zrobi nam nic dobrego, jeśli nasze przyszłe pokolenia nie będą miały odpowiedniej wiedzy na temat świata, który ich otacza.

Voldemort pokiwał głową. To był jeden z głównych powodów, czemu zabrał Lucjusza za sobą. Wiedział, że Malfoy włoży cały swój czas i zaangażowanie jeśli będzie sądził, iż sam doszedł do odpowiednich wniosków i tylko prosił go o pozwolenie na działanie. Ta metoda również znakomicie sprawdzała się na jego ojcu. Ta rodzina była czasami zbyt dumna dla własnego dobra, gdyż dzięki tej dumie łatwo było nimi manipulować. Trzeba było tylko wiedzieć, za które sznurki pociągnąć, by robili wszystko co się chciało. Musiał teraz dopilnować, by Lucjusz nie zrobił się w swoich działaniach zbyt entuzjastyczny.

— Lucjuszu, czy domyślasz się powodu spotkania, które ostatnio miało miejsce? I czemu trzymam niestabilnych Śmierciożerców na tak krótkiej smyczy, nie pozwalając im w najmniejszym stopniu złagodzić frustracji na mugolach?

Lucjusz miał kilka pomysłów, jednak był bardziej ciekawy wyjaśnień swojego Pana, wolał więc milczeć.

— Oprócz śmiercionośnej przewagi mugoli, o której już ci wspominałem, nie mamy żadnej siły, by przeciwstawić się Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów. Podczas, gdy Konfederacji nie obchodzi zbytnio, kto rządzi Wielką Brytanią, to dbają o Statut Tajemnicy. Już podczas pierwszego przejęcia, dali mi jasno do zrozumienia, że poradzą sobie z wszelkimi jego naruszeniami, podejmując szybkie i zdecydowane działania.

Lucjusz zamrugał, nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy z takiego zagrożenia.

— Podczas gdy MKC nigdy by nie zawracała sobie głowy, gdyby okazjonalny czarodziej korzystał z przeklinania mugoli, to już cały czarodziejski rząd robiący to lub nie nadzorując własnych obywateli, to zupełnie inna sprawa. W końcu to, co zrobili z ostatnim czarodziejskim rządem, który otwarcie podjął akcję na dużą skalę przeciwko mugolom, nie było czymś, co ktoś chciałby powtórzyć. Czarnoksiężnicy z niegdysiejszego wielkiego miasta Tunguska mogli o tym świadczyć. Albo raczej mogliby, gdyby zostało z nich cokolwiek. Bądź z pięknego i dumnego miasta, które niegdyś zamieszkiwali.

Dobrze, teraz Lucjusz już znał poziom zagrożenia i zadrżał. Znów podziękował bogom za to, że Czarny Pan odzyskał rozum.

— Zawsze byłem ciekaw jak Grindelwald radził sobie z Konfederacją lub jakie posiadał na nich informację, że praktycznie pozwolili mu robić co mu się żywnie podoba.

— Właściwy materiał na szantaż otwiera wiele dróg… — zaoferował swoją myśl Lucjusz.

— Dobry stary Gellert nawiązał współpracę z Hitlerem i ujawnił nasz świat mugolom. Cóż, do dziś nie jest pewny status przywódcy III Rzeszy, wielu historyków podejrzewa, że był charłakiem. Jednak to nie zmienia faktu, że Grindelwald wstrząsnął fundamentami świata jaki w tamtych czasach znaliśmy — Voldemort utknął na chwilę w wspomnieniach. — Harry coś wspominał o zaangażowaniu uczuciowym między Grindelwaldem a Dumbledore'em, myślę że będzie to trzeba zbadać dokładniej.

Lucjusz oniemiał na moment. Skąd ten chłopak czerpał wszystkie te informacje. Mógł tylko prosić bogów, by ciekawość nie zabiła tego konkretnego kota.

— Tak Panie. Od kogo należy zacząć?

— Z pewnością od Bathildy Bagshot. Możesz też spróbować u samego źródła.

— Wątpię by Dumbledore chciał się podzielić ze mną wrażliwymi szczegółami ze swojego życia.

— Nie mam na myśli starego dyrektora — Czarny Pan pomachał ręką. — Jestem pewien, że Gellert jest tak znudzony, iż z chęcią porozmawia z kimkolwiek o czymkolwiek.

Malfoy zamrugał.

— Panie, czy będzie on w odpowiedniej kondycji umysłowej do tego?

— Lucjuszu, Lucjuszu… Mówi się, że społeczeństwo może być osądzone przez to, jak traktuje swoich więźniów… Cóż, magiczne społeczeństwo Wielkiej Brytanii traktuje swoich więźniów wyjątkowo dobrze, torturuje ich wysyłając na prostą drogą do demencji i szaleństwa —Voldemort uśmiechnął się nieprzyjemnie. — W porównaniu do Azkabanu, więzienie założone przez Grindelwalda wygląda jak ośrodek wypoczynkowy, chociaż nikt by się nie ośmielił tak głośno powiedzieć o Nurmengardzie.

— Rozumiem, Panie. Wdrożę wszystkie plany w ruch jak najszybciej.

— Bardzo dobrze.

Czarny Pan kiwnął na kelnera, by ten przyniósł rachunek za ich posiłek. Wystarczy bratania się z mugolami jak na jeden dzień.


~ II ~


Nota autora: jako że rozmowa między Lucjuszem a Czarnym Panem wyszła raczej przyzwoitej długości, robię z niej osobny rozdział. Lucjusz został zmanipulowany, by robił tak jak Voldemort chce. Och Voldi, ty stary Ślizgonie...

Chcę usłyszeć Wasze teorie na temat szpiega ministerstwa. Malfoy nadal uważa, że jest nim jakaś kobieta. Natomiast Tom obstaje przy mężczyźnie. Macie jakieś podejrzenia co do tożsamości tejże osoby?

Co do samego rozdziału, to czuję że zbyt długo nad nim pracowałam, jednak z całym zamieszaniem jaki się ostatnio wydarzył w moim życiu, to i tak się cieszę, że go skończyłam.

radekxpl123 - osobiście bardziej bym sądziła, że Harry byłby rozczarowany Tonks, a wkurzony na Dumbledore'a. W końcu to on był pomysłodawcą całego planu, a Dora została po prostu wykorzystana ze względu na swoje umiejętności.

TenebrisUchiha - zrobię hurtową odpowiedź na wszystkie komentarze.

Lucjusz dorosły jest, nie będzie się bawił w takie rzeczy jak odsuwanie krzesła. Ma też jakiś tam instynkt samozachowawczy.

Niestety rowerzyści wpadający na ludzi to plaga. I najczęściej taki nawet się nie zatrzyma, by sprawdzić czy nic nikomu się nie stało.

IrisTurner - dziękuję bardzo za komentarz. Jest mi bardzo miło usłyszeć, że moje opowiadanie się podoba. Staram się włożyć całe serce w to co piszę. Nie znam niestety francuskiego i musiałam wesprzeć się tłumaczem.

Merci beaucoup pour votre commentaire. Je suis très heureux d'apprendre que mon histoire est appréciée. J'essaie de mettre mon cœur dans ce que j'écris. Je ne connais malheureusement pas le français et je devais me débrouiller avec un traducteur.

Szecherezada -mój Harry ma ten luksus posiadania perspektywy do oceny tego co się wokół niego dzieje. Plus, ma kogoś do kogo może się zwrócić o pomoc. W kanonie, nawet gdyby Harry przestał ufać Dumbledore'owi, to i tak nie miał alternatywnej osoby, do której mógł pójść. Dyrektor był mniejszym złem.

ios - inne niedokończone opowiadanie powoli się piszę. Bardziej powoli od Żyje się..., gdyż jest ono moim głównym projektem obecnie. Cieszy mnie, że dostąpiłam zaszczytu Twego komentarza. Wszelkie uwagi od czytelników podbudowują pisarzy, stąd ja staram zostawiać choćby kilka słów pod historiami, które sama czytam.

Jeszcze raz dziękuję za uznanie. Jeśli chodzi o bohaterów, to chciałam coś zostawić z kanonu, jednocześnie dając im swoją własną osobowość. Staram się nie podążać ścieżkami innych autorów, którzy zbijają genialny pomysł pozbywając postacie ich charakterów. Jeśli chodzi o fabułę, to wykorzystuję wiele luk, które pozostawia seria Harry'ego Pottera, a które same proszą się o odpowiedzi.

Kai Shouri - na wstępie, chciałabym Ci bardzo gorąco podziękować za Twój komentarz. Kiedy spojrzałam na książki okiem osoby dorosłej, te pozostawiły mi pewien niedosyt, stąd wziął się pomysł na to właśnie opowiadanie. Bazowanie na kanonie i nie tylko wbijanie szpili, gdy coś jest nielogicznego, ale także dodawanie własnych elementów pozwalających żyć bohaterom i się rozwijać. Zgadzam się z Tobą w 100%, że Rowling poświęciła za mało miejsca na kulturę i tradycje czarodziejskiego świata. Chociaż jest to wspaniałe otwarcie dla pisarzy fanfiction, możemy puścić wodze fantazji i stworzyć niesamowity świat, w którym żyją dobrze znani bohaterowie.

Dziękuję za pomysł. Szczerze powiedziawszy, to jakoś wcześniej nie pomyślałam o konfrontacji Harry'ego z mugolakami. Bardziej koncentruję się na jego obecnych przyjaciołach i młodszych rocznikach, niż grupie ludzi przeżywających szok kulturowy i biologiczny w tym przypadku. A jest to coś o czym warto napisać, choćby tylko małą wstawkę.

Mi osobiście podobają się historie, w których Voldemort nie wybrał drogi terroru, tylko walczył na arenie politycznej. W sumie, gdyby nie nadmierna liczba horkruksów, byłby genialnym politykiem, zwłaszcza jako psychopata. Cóż, mój Voldemort się nie zmieni. Naprawdę nie wiem jak można wierzyć, że taki człowiek jak on stanie się puchatym króliczkiem (chyba, że mówimy o morderczym króliku z filmu Monty Python i Święty Graal).

Dumbledore próbuje nakłonić Harry'ego do walki, gdyż to jedyny plan jaki ma. Zarówno on, jak i kanoniczny Voldemort zbyt mocno wierzą w prawdziwość słów przepowiedni. Przecież, gdyby stary Albus nie polegał na proroctwie, to mógł zająć się Czarnym Panem sam i to dużo wcześniej. Zgubą Dumbledore'a, a także Voldemorta, jest właśnie przepowiednia. Obecnie Harry rozbił wszystkie nadzieje dyrektora, a Albus jest zbyt słaby by knuć jakieś nowe intrygi. Dyrektor będzie jeszcze próbował, ale już nie z chłopcem.

I wena i czas zawsze się przydają.

zywek - odpowiedź na Twoje pytanie zniszczyłaby całą przyszłą fabułę, więc pozwolę sobie pozostawić takie newralgiczne informacje dla siebie.

wilk - również żałuję Brutusa Malfoya, jednak jest to dobre wytłumaczenie sporu między tymi konkretnymi dwiema rodzinami. Rwoling nigdy nie wyjaśniła czemu Malfoyowie i Weasley tak bardzo się nie lubią, a musiało to być coś skandalicznego, skoro spór trwał przez wiele pokoleń. A zaostrzył się na linii Lucjusz - Artur.


Z okazji zbliżającej się Wielkanocy, życzę Wszystkim wesołych chwil, smacznego święconego i mokrego dyngusa.