A oto dodatek, na który wszyscy czekali i który powinien nieco wyjaśnić, do czego właściwie służy zaklęcie Dumbledore'a.
Dodatek: Pokaz siły
Albus zamknął oczy, podczas gdy Hestia Jones krążyła wokół niego, od czasu do czasu mamrocząc uspokajające słowa, czy rzucając zaklęcie, które rozluźniało jego ścierpnięte mięśnie. Argus Veritaserum wiele ryzykował, znowu przemycając tu Hestię, więc nie mogła pozostać na długo. Albus sam właściwie nie był pewny, czy to okaże się tego warte. Równie dobrze mógł pod wpływem bezruchrząszcza rozpaczać nad niepowodzeniem swojego zaklęcia, jak robił to już przez kilka ostatnich tygodni, odkąd zdał sobie sprawę co zrobił źle.
Co nie powstrzymało jego umysłu przed rozwodzeniem się nad tym kolejny raz, obsesyjnie rozpamiętując porażkę.
Rzucił zaklęcie z zamiarem zmiany percepcji Harry'ego z przychylnej mu na taką, która zaczęłaby mu przeszkadzać, żeby utrzymywać go w rozchwianiu emocjonalnym i nie pozwalając mu przygotować się na oskarżenie jego rodziców czy Dumbledore'a o cokolwiek. Jego przyjaciele powinni stać się nadopiekuńczy. Jego sojusznicy powinni zacząć popełniać błędy, które w walce kosztowałyby ich życie. Jego wrogowie powinni robić wszystko, co było w ich mocy, żeby go skrzywdzić. Uczniowie, którzy czuli choć lekką niechęć wobec Harry'ego, teraz powinni czuć nienawiść, przez co Hogwart stałby się dla niego polem bitwy. Albus zdawał sobie sprawę z tego, że zaklęcie pominie tych, którzy są stale pochwyceni między dwoma stanami umysłów – czyli wilkołaki, czy tę kobietę Lestrange'ów, którą zatrudniła Minerwa – ale oni byli zaledwie niewielką częścią czarodziejskiej populacji. Nie istniało żadne niebezpieczeństwo, że ktoś odkryje, co się dzieje, ponieważ zaklęcie sterowałoby myślami każdego, kto zacząłby się czegoś domyślać, po czym pożre jego wspomnienia.
Jego własne myśli były w stanie rozprzestrzeniać się wraz z efektami zaklęcia, więc będzie w stanie obserwować wszystko, nawet jeśli nie będzie w stanie tego powstrzymać. Albus wierzył, że to mu wystarczy. Zobaczy jak Harry będzie załamywał się powoli, aż w końcu zrozumie, że nie jest w stanie poradzić sobie z całym światem czarodziejów. Do czasu rozprawy Lily i Jamesa okazałby się wyjątkowo nieporadnym świadkiem, a ponieważ większość członków Wizengamotu stałaby się do niego wrogo nastawiona, to pewnie Potterowie wyszliby na wolność. Albus był przekonany, że z czasem to samo przytrafiłoby się też jemu. Opinia publiczna coraz bardziej przechylała się w kierunku myślenia, że musiał być niewinny, bo był przecież kimś, kogo od zawsze kochali, szanowali i wiedzieli, że pracował dla dobra czarodziejskiego świata – znali go lepiej od dwóch członków swojego społeczeństwa, którzy odizolowali się od niego tak dawno temu, że teraz łatwo było szkalować ich, niegdyś znakomitą, opinię. Dzięki nieustannej pracy Argusa nad prasą, dzięki zaklęciu i Lily i Jamesowi na wolności, prędzej czy później nawet Harry w końcu zacznie błagać, żeby go wypuszczono na wolność. Albus był przekonany, że wyjdzie w marcu z ministerstwa w pełni chwały.
Nie doszło do tego. Zaklęcie zawiesiło się na Ravenclawie w Hogwarcie, bo to był dom, w którym znajdowało się najwięcej wrogich Harry'emu ludzi, po czym wpłynęło na jego uczniów dokładnie tak, jak Albus miał na to nadzieję. Niektórzy członkowie Wizengamotu, jak i pracownicy ministerstwa, mamrotali o tym, że nigdy nie ufali Harry'emu; jak niby można ufać dziecku o lordowskiej mocy, które nie chce zadeklarować się Światłu? Kilku tych, którzy lubili Harry'ego, jak aurorka Mallory, faktycznie stali się nadopiekuńczy.
Jednak sojusznicy Harry'ego, jak i ci, którzy byli mu najbliżsi – jego brat, Severus, młody Malfoy – w dalszym ciągu mieli niezmienione umysły. Albusa to z początku zaskoczyło, ale ostatecznie uznał, że tak potężny, mroczny czarodziej jak Charles Rosier–Henlin musi być ostrożny i przyzwyczajony do nie podejmowania pochopnych decyzji, bez względu na to, czego by nie podpowiadały mu jego emocje. Severus był ograniczony swoją pozycją w Hogwarcie, więc nie mógł go często opuszczać, a młodego Malfoya ograniczał jego wiek, jak i potrzeba ciągłego znajdowania się w pobliżu Harry'ego. Prędzej czy później równowaga się zachwieje i zaczną bezwiednie doprowadzać Harry'ego do szału równie mocno, co jego wrogowie.
Czas jednak mijał i do niczego takiego nie dochodziło, a Albus dowiedział się, czemu tak jest, dopiero w noc bitwy o Leśną Twierdzę, kiedy to miał okazję na porównanie myśli transformowanych wilkołaków do myśli walczących mrocznych czarodziejów.
Umysł Charlesa Rosiera–Henlina był równie niezmieniony, co umysły Hawthorn Parkinson, czy Remusa Lupina. Zaklęcie odcisnęło się nieco mocniej na Henrietcie Bulstrode, ale ona była w tej chwili bardziej wrogiem Harry'ego, niż jego sojusznikiem. Pragnienie zemsty Lucjusza Malfoya zostało zawyżone (i choć Albusowi było żal Lily i Jamesa, to przecież nie mógł powiedzieć Hestii o Lucjuszu bez wyjawiania własnego zaklęcia), ale zaczął ją planować z własnej woli, zanim jeszcze mgła Albusa zaczęła się rozprzestrzeniać. Pozostali zdawali się być równie niewzruszeni co Charles i wilkołaki.
Kiedy się od nich odsunął i przyjrzał im uważniej, dopiero wtedy Albus zorientował się, że coś, co w jego oczach wyglądało jak niezliczone, maleńkie, srebrne rączki, pracujące z uporem w ich umysłach, nie robiące tam niczego poza rozwiązywaniem sieci w chwili, w której te usiłowały się tam zagnieździć. Nie były w stanie poinformować sojuszników Harry'ego o istnieniu zaklęcia, bo sam Harry nie zdawał sobie sprawy z jego istnienia. Robiły jednak co było w ich mocy, żeby nie pozwolić sieciom przymuszenia zacisnąć się wokół umysłu, o ile dana osoba nie miała już własnego zła w głowie.
Harry był tak bardzo vatesem, że w odpowiedzi na zaklęcie Albusa, rozsiewał nieświadomy wpływ na ludzi wokół siebie i rozrywał ich sieci. Pragnął wolności, niekończących się możliwości, zwłaszcza dla tych, którzy byli mu najbliżsi, ale też dla tych, którzy pragnęli za nim podążać. Jeśli z własnej woli postanowią stać się nadopiekuńczy, czy też zwrócą się przeciw niemu, to co innego. Jeśli nie znał ich za dobrze, albo winił ich za coś, tak jak winił aurorkę Mallory za areszt jego rodziców i Albusa, to jego ochrona ich nie obejmowała. Ale Harry, jego wola i magia, wspólnie chroniły ludzi, którym uważał, że coś zawdzięcza, przed zewnętrznym wpływem, który mógłby zaważyć na ich decyzjach.
Albus nigdy nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu stawić czoła prawdziwemu vatesowi. Nawet, kiedy chłopiec zaczął okazywać pierwsze oznaki, Albusowi wciąż wydawało się, że ten zboczy w końcu z tej ścieżki. Jak niby on jest w stanie w dalszym ciągu po niej kroczyć? Falco Parkinson zapewnił Albusa, że to powinno być niemożliwe, że ktoś musiałby poświęcić własną magię dla dobra magicznych stworzeń, przy jednoczesnym nie naciskaniu na wolę innych tak, żeby byli w stanie się w pełni rozwinąć. Żaden czarodziej na poziomie lorda nie byłby w stanie tego osiągnąć. Ich magia była zbyt ważną ich częścią. Śpiewała w nich, więc albo w niej żyli i używali jej dla dobra czarodziejskiego świata, albo czuli potrzebę ciągłego jej powiększania i korumpowania nią innych, jak to się stało w przypadku Toma.
Wyglądało jednak na to, że żadna z tych rzeczy nie przytrafiła się Harry'emu. Był vatesem, wyzwolicielem, niszczycielem spokoju i bezpieczeństwa. Był vatesem do tego stopnia, że wyczuwał sieci, kiedy te się tworzyły i automatycznie je zwalczał. Albus podejrzewał, że gdyby zaklęcie pętało wspomnienia, a nie po prostu je niszczyło, to magia Harry'ego wyzwoliłaby z okowów nawet pamięć ofiar. Wyglądało na to, że Harry nie był w stanie tolerować jakichkolwiek sieci wokół siebie.
Ta myśl przerażała Albusa niezmiernie, że jego piękny, delikatny, czarodziejski świat, ta delikatna bańka mydlana, o której spokój i bezpieczeństwo walczył całe życie, może ulec zniszczeniu. Sieci były wplecione w sam fundament świata czarodziejów, dzięki nim większość czarodziejów i czarownic nie musiała się obawiać o takie kwestie jak następny posiłek, czy też to, czy po wyjściu z domu nie zostaną brutalnie zgwałceni przez centaura. Albus kochał ten świat. Rozumiał, że Harry miał dobre intencje, ale przeprowadzał je w zły sposób, przez co Albus nie był w stanie po prostu pozwolić mu na swobodę działania, żeby jego pragnienie wolności zrujnowało wszystkim życie.
– Mój panie.
Albus zamrugał, wyrwany ze swoich rozmyślań. Hestia delikatnie przyłożyła mu kubek z wodą do ust, więc napił się i kiwnął do niej głową.
– Dzisiaj potrzebuję rzucić tylko jedno zaklęcie, moja droga – powiedział, po czym zamknął oczy.
Nie zakończy swojego przymuszenia – jeszcze nie. Severus już niemal je rozgryzł, ale nie będzie wiedział, co ono oznacza, ponieważ kompletnie nie zna się na tego typu zaklęciach. W dodatku będzie w stanie o nim porozmawiać z bardzo niewielką grupą ludzi, jak na przykład tą kobietą Lestrange'ów, ale Albus był gotów się założyć, że do tego nie dojdzie. Podejmował ryzyko całe swoje życie, zawsze w imię dobra czarodziejskiego świata. Był dla niego zdolny poświęcić Lily i Jamesa. To będzie po prostu kolejne poświęcenie.
– Transformo Kingsley Shacklebolt – wymamrotał.
Jego przymuszenie, unoszące się leniwie wokół umysłu Kingsleya, zacisnęło się w sieć. Albus poczuł, jak zalewa go fala ulgi, że przynajmniej jest w stanie przejąć kontrolę nad Kingsleyem, za którym Harry osobiście nie przepadał, więc jego ochrona go nie objęła.
Kiedy się skoncentrował i zaczął przelewać to, co mu pozostało z jego mocy po wykonaniu tak potężnego zaklęcia przymuszenia, poczuł ukłucie żalu. Poświęcał kolejną osobę, która była gotowa za nim podążać, w ten sam sposób, w jaki poświęcił Lily i Jamesa, pozostawiając ich zemście Lucjusza Malfoya, jak kiedyś poświęcił Harry'ego i Connora, pozostawiając ich na pastwę Voldemorta. Był już jednak przyzwyczajony do podejmowania tego rodzaju decyzji i wiedział, że ratuje nimi coś więcej, niż tylko pojedyncze osoby: czarodziejski świat, który kochał całym sercem i nie miał zamiaru pozwolić, żeby ktoś go zniszczył. Był gotów pozwolić wszystkim się znienawidzić, byle tylko uchować ich przy życiu.
Wiedział, że to wszystko zaszło już za daleko. Bez względu na to, czy to właśnie było jego celem czy nie, Harry wyrósł na w pełni rozwiniętego vatesa, który z premedytacją przeprowadzał swoje niebezpieczne cuda i transformacje. Wyraźnie nie myślał o tym, jak to się odbije na interesie społecznym.
– Kingsley Shacklebolt, damnari inter sicarios – wymamrotał Albus.
Przymuszenie pomknęło w bardzo konkretnym kierunku, wyżerając sobie niewielkie miejsce, tylko dla siebie, w samym środku umysłu Kingsleya, po czym w nim osiadło. Ożyje dopiero w dniu rozprawy Lily i Jamesa, szesnastego listopada, która to data nadchodziła już wielkimi krokami.
Serce ścisnęło się Albusowi z bólu, a kiedy otworzył oczy, poczuł jak wzbierają w nich łzy, ale spojrzał na twarz Hestii.
– Czy możesz nikomu nie mówić o tym, co tu dzisiaj usłyszałaś?
Młoda czarownica wyprostowała się, promieniując dumą i lojalnością. Pokręciła głową.
– Nie, mój panie. Nigdy. Wiem, że robi pan wszystko co w pańskiej mocy, żeby tylko uchronić nasz świat.
Albus pokiwał głową, po czym pozwolił jej użyć na sobie bezruchrząszcza, żeby ten go znowu unieruchomił. Jego umysł momentalnie przeniósł się do zaklęcia, bo chciał mieć Harry'ego na oku. Jego myśli były pełne żałoby.
Naprawdę mi przykro, Harry. Stwarzasz jednak zagrożenie, które może zaszkodzić wszystkim mieszkańcom Brytanii. Naprawdę nie mogę dłużej się wahać. Muszę cię wreszcie uciszyć, raz a solidnie. Uratuje to nasz świat – w dwojaki sposób, bo wówczas przepowiednia będzie musiała skupić się na twoim bracie. Tak strasznie mi przykro. Wydaje mi się jednak, że gdybyś był na moim miejscu, gdybyś wciąż zajmował miejsce, które miałeś jeszcze trzy lata temu, kiedy byłeś w stanie myśleć o innych sprawach niż tylko własnych celach i życiu, to byś się ze mną zgodził.
