Kolejne tygodnie można by było określić mianem spokojnych, jeśli opierać się na relacjach Rity Skeeter, z niezwykłym zacięciem skupiającej się na domniemanych romansach żony Ministra z szefem Departamentu Obrotu Zagranicznego Magicznymi Stworzeniami oraz skandalu wokół odwołania Turnieju Trójmagicznego, rzekomo z inicjatywy goblińsko-mugolskiej grupy nacisku. Było też od licha o modowych trendach na czystokrwistych salonach, dewastowaniu dobytku kulturowego przez szkolne wycieczki i antykoncepcyjnych właściwościach okładania piersi kiszoną kapustą. W codziennej syriuszowej rutynie, skupiającej się wokół organizowania regularnych dostaw do odbiorców na Pokątnej, bardziej sporadycznych – dla Zakonu oraz zajmowania się właściwym wkładem wojennym, stałe miejsce zajmował jego kwadrans z bajkopisarską twórczością panny Skeeter. Nie przyznałby się do tego głośno, ale czytanie tych nieistotnych bzdur, podlanych od serca absurdem, dawało mu na chwilę poczucie, że jest względnie normalnie.
Prawda, że codziennie jacyś ludzie ginęli, ale Syriusz żył i zamierzał ten stan utrzymać.
Zdecydowali z Vitalią nie pchać się na pierwszą linię i z niejakim zaskoczeniem przyjął spokojną reakcję Dumbledore'a, który nie wydawał się zdegustowany, gdy Syriusz wreszcie do niego dotarł i przedstawił mu swój pogląd w kwestii własnego zaangażowania w to wszystko. Inaczej się miała sytuacja, jeśli chodziło o jego dawnych szkolnych kolegów, dość gromadnie zasilających szeregi Jasnej Strony, których spojrzenia nierzadko odbijały jakiś zawód czy nawet pogardę. Dla nich Black był tchórzem, szukającym jedynie ochrony Zakonu i chowającym się za plecami innych, narażających życie. Osiemnastolatek obawiał się napotkać to samo w oczach Jamesa i Remusa, jednak ci wydawali się jego decyzją raczej uspokojeni, przywołując liczne dowody na tendencję Syriusza do ściągania na siebie najgorszego syfu. Rogacz nawet, ku przerażeniu zarówno swemu jak i syriuszowemu, użył w jednym zdaniu nazwiska Blacka w zestawieniu ze słowem dojrzałość. Akceptacja przyjaciół zupełnie chłopakowi wystarczała, a resztę miał gdzieś i ubawiła go nawet myśl, jak jeszcze niedawno uznanie innych było jego priorytetem. Teraz miał bardziej przyziemne podejście do tematu.
Zajęło mu dobre trzy dni szukanie dla siebie miejsca w Zakonie, zanim skierował się do dyrektora z konkretnymi pomysłami. Nie chciał w organizacji po prostu być, ale planował wziąć się za coś sensownego, a nikt nie był w stanie ocenić jego przydatności w takim stopniu, jak on sam. Jaki jest sens robić cokolwiek w wysoce nieefektywny sposób, skoro można w pełni czerpać ze swoich talentów?
Oczywiście, całkiem nieźle radził sobie w pojedynkach i zaklęciach, nie najgorzej szło mu z transmutacją, wszystko to jednak na poziomie owutemowym. Przy takim Moodym czy McGonagall był tylko mięsem armatnim ze strzelniczą tarczą na plecach. Na ubitej ziemi nie mógłby zapewne sprostać swoim ślizgońskim rówieśnikom, równie tłumnie zasilającym przeciwną stronę, bo oni – w odróżnieniu od niego – nie mieli hamulców i sięgali do Czarnej Magii z entuzjazmem dzieci, którym dano do ręki nową zabawkę, taką z górnej półki. Efektem tego, w ciągu ośmiu tygodni dwoje Kurokonów i jeden Gryfon z jego szkolnego rocznika wylądowało na cmentarzu, kolejna trójka straciła magię i oswajała się ze swoim świeżo nabytym charłactwem w Mungu, po sąsiedzku mając pół tuzina rówieśników z obrażeniami, wymagającymi specjalistycznej pomocy.
Po dwóch miesiącach wzgarda i poczucie wyższości, którym bywał częstowany na dzień dobry, zniknęły z oczu osiemnasto i dziewiętnastolatków, kiedy w nie spoglądał, trafiając na dawnych kolegów ze szkolnej ławy na mieście albo w ramach obowiązków zawodowych. Zderzenie z rzeczywistością pozwoliło im zdobyć wiedzę, którą on przyswoił jeszcze w Hogwarcie. To nie była wojna dla naiwnych dzieciaków. Syriusz nie miał zamiaru na własne życzenie dać się zabić, bo jakkolwiek heroicznie to brzmiało, taka perwersyjna forma samobójstwa, jak wystawienie się doświadczonym mrocznym czarodziejom pod różdżki, nikomu w szerszej perspektywie by się nie przysłużyła.
Taki przynajmniej miał pogląd na sprawę, dopóki pewnego grudniowego popołudnia, w ramach swojego zadania łącznika, nie trafił pod właściwy adres z ratującą życie przesyłką.
Jakieś dwa kwadranse za późno.
Severus nie mógł narzekać na brak zajęcia, jednak – o ile jeszcze w Hogwarcie marzył o zamknięciu się w pracowni, przesiąkniętej zapachem mikstur i nie odrywaniu się od paleniska przez tydzień – teraz nie potrafił się tym cieszyć. Pracował na pełnych obrotach, bo przecież z czegoś trzeba było płacić rachunki, a i zamówienia dla Zakonu spływały lawinowo. Zadowolenie z życia zabierały mu jednak zewsząd napływające sygnały, zapowiadające wojnę.
To, co miało miejsce od miesięcy, a może już lat, w jego oczach było jedynie silną destabilizacją w czarodziejskim świecie. Trup słał się gęsto, ale nie można było mówić jeszcze o regularnych działaniach zbrojnych, a Ministerstwo starało się tuszować wszelkie śmierciożercze ekscesy, udając, że ma nad tym kontrolę. Wśród czarodziejów pogłębiał się jednak strach i chociaż Severus nie wiedział wiele o faktycznych działaniach Zakonu Feniksa, bo unikali tego tematu w rozmowach z Syriuszem, jedno było pewne – Jasna Strona dawała ciała na całej linii.
Ludzie Dumbledore'a w żadnym razie nie prowadzili działań zaczepnych, a raczej reagowali na ruchy popleczników Lorda Voldemorta. A i to nieudolnie, o czym świadczyła słabo maskowana frustracja Blacka, który wydawał się odwalać robotę opiekuna dla ułomnych, przenosząc informacje i ostrzeżenia dla potencjalnych celów śmierciożerców. Wojownicy Jasnej Strony zwyczajnie byli w stałej defensywie, liżąc rany i w popłochu zaszywając się głębiej w konspiracji. Ilość leczniczych eliksirów, jakie dla nich warzył świeżo zwerbowany mistrz eliksirów sygnalizowała, że nie ma podstaw do choćby umiarkowanego optymizmu.
To wszystko było za mało.
W ramach odskoczni Severus zaczął pracować nad niezależnymi projektami, biorąc na warsztat mikstury uzdrawiające, bo te wydawały się najbardziej chodliwe. Bazując na doświadczeniach z Wywarem Tojadowym i bezoarowym antidotum, poświęcił sporo nocy na modyfikowanie Eliksiru Wiggenowego w ten sposób, by można go było podawać prewencyjnie, a właściwe skutki lecznicze wywoływało zaistnienie czynnika aktywującego. Wyniki wydawały się zadowalające, zwłaszcza z punktu widzenia potencjalnych użytkowników, z których w obecnej sytuacji połowa zapewne nie miała większych szans na przeżycie, ze względu na niemożliwość doraźnego podawania ratującej życie mikstury. Chwilami jednak wydawało się to chłopakowi niemal bezsensowne, skoro ci idioci nie mieli dość rozumu, by dbać o swoje tyłki we własnym zakresie.
Snape nie był absolutnym sceptykiem i jego instynkt samozachowawczy kazał mu kibicować Jasnej Stronie, ale pozostawał realistą i miał świadomość, że na obecnych zasadach Zakon tego nie przetrzyma. I przegra. W przeważającej części jego szeregi zasilali świeży absolwenci Hogwartu, oderwani od rzeczywistości i nieświadomi potencjału wroga. Severus przypominał sobie, co kiedyś Syriusz mówił o ceremoniale pojedynkowym, wpajanym im w szkole i teraz on sam jedynie kwitował to ironicznym uśmiechem. Większość tych entuzjastycznych osiemnastolatków miała szansę szybciej skończyć w sosnowej jesionce, niż uzmysłowić sobie, że słowa honorowy i uczciwy nie funkcjonują na wojennej scenie.
Jego umysł porzucił podobne myśli, a oczy szerzej się otworzyły, gdy nagle poczuł coś dziwnie znajomego, a niespodziewanego. Zadrżał i odsunął się od blatu, zapełnionego sporą ilością wysoce niebezpiecznych ingrediencji, w obawie spowodowania nieprzewidzianej eksplozji. Oparł się o ścianę, kiedy ponownie pojawił się gdzieś głęboko, blisko jego magicznego rdzenia impuls, nieprzyjemnie kojarzący mu się z pewnym wydarzeniem.
I nogi się prawie pod nim ugięły chwilę później, ale odepchnął od siebie czarne myśli, starając się wytłumić narastający niepokój. Problem polegał na tym, że nie wyczuł charakterystycznych wahań poziomu swojej mocy, co zasygnalizowałby mu, że ktoś porwał się na magię Syriusza, uruchamiając reakcję jego tarczy. To było coś zupełnie innego, jak zagrożenie życia, ale niezwiązane bezpośrednio z zaatakowaniem magii Blacka, bo z tą nic się nie działo. Zaczął głębiej oddychać, usiłując wrócić do równowagi, bo ostatnim, czego teraz potrzebował, było bezsensowne popadanie w histerię.
Severus nigdy nie popadał w histerię, ale analizował i wyciągał wnioski.
Może z zaklęciem tarczy było coś nie tak? W końcu zostało powołane do istnienia w nietypowych warunkach, samorzutnie i niewerbalnie. A jeśli nie chodzi tylko o zwykłą tarczę, odbijającą obcą klątwę, ale o coś głębszego. Jakiś inny rodzaj magicznej więzi?
Pogratulować, wściekł się na samego siebie, nawet nie wiem, jakim zaklęciem związałem się permanentnie z tym idiotą.
Wiele wskazywało, że jeśli Severus nie przedsięweźmie jakichś działań, to szybko się uwolni od tego upierdliwego połączenia, bo tamten geniusz najwyraźniej już znajdował się na granicy życia i śmierci. Nie myśląc za wiele, wypadł ze swojej pracowni do kuchni, gdzie zgodnie z jego przewidywaniami rezydowała jasnowłosa luba Blacka, potencjalne źródło informacji.
– Austen, gdzie jest Syriusz? – zapytał od progu głosem, który zapewne ją przestraszył, ale nie było co udawać, że wszystko w porządku.
– Nie wiem, robi coś dla Zakonu, a z tego jednego mi się nie spowiada – wyjaśniła powoli, uważnie go obserwując. – Snape, co się dzieje?
– Fiuukaj do Lupina i Pottera, mają pięć minut na ustalenie lokalizacji Syriusza. Nie wiem, co się dzieje, ale nie jest dobrze.
Wszystko na pozór wydawało się w porządku, dopóki nie przekroczył furtki i nie sięgnął do klamki drzwi wejściowych. Były uchylone. Wtedy też zdał sobie sprawę z braku zaklęć ochronnych, które powinien wyczuć dookoła domu. W sytuacji, kiedy był sam, zgodnie z procedurą miał obowiązek natychmiast wysłać wiadomość do Zakonu. Nie miał jednak pewności, że istnieje potrzeba stawiać ludzi na nogi, bo może zwyczajnie durny Thomas Hawkins olał środki bezpieczeństwa i wyszedł na chwilę po gazetę. W takim razie tego idiotę czekał jedynie poważny opieprz i do tego nie był potrzebny Moody ani Dumbledore, bo Black doskonale potrafił się wczuć w rolę, po dwóch latach przyswajania kwiecistego języka Seva.
Porządnie już nabuzowany pchnął drzwi, a te ustąpiły ze skrzypieniem i do środka wlał się słoneczny blask, oświetlając spory korytarz połączony z salonem. W głębi zamajaczyły schody, prowadzące na piętro. Nie odważył się zawołać gospodarza po imieniu, zamiast tego rzucił niewerbalnie Homenum revelio i wyczuł pojedynczą ludzką obecność na wyższej kondygnacji, po rozkładzie domu zapewne w sypialni. Odetchnął z ulgą, szykując w myślach wiązankę, którą poczęstuje tego zidiociałego lekkoducha i bez ceregieli kopnął drzwi, stojące mu na drodze.
Nawet nie zorientował się dokładnie, z której strony uderzył w niego czar petryfikujący.
Nie walnął jednak jak kłoda o podłogę, bo inne zaklęcie utrzymało go w pionie. Usłyszał odgłos uderzającej o podłogę cedrowej różdżki, do której dołączyła torba z przesyłką dla zapewne już świętej pamięci Hawkinsa. Sam Syriusz był sparaliżowany w dosłownym tego słowa znaczeniu, najgorsze wydało się jednak to, że pozostał świadomy, nie mogąc nawet odwrócić wzroku od ściany przed sobą, nie z powodu zaklęcia, a głębokiego szoku.
Sypialnię pierwotnie pokrywała tapeta w stonowanych pomarańczach i żółcieniach, a przynajmniej tak zgadywał na podstawie kawałka ściany w rogu pomieszczenia, oddzielonego parawanem i dlatego ocalonego przed dekoratorską inwencją młodej kobiety z różdżką, aktualnie stojącej na niskiej komodzie i z fascynacją przyglądającej się swojemu dziełu.
Rdzawe linie, układające się w ornamentalne wzory, pokrywały większość sufitu, sporą część podłogi i niemal w całości ściany oraz okno wychodzące na ulicę.
Syriusz przez dłuższą chwilę wgapiał się niemo w upiorne mazaje. Malunek robił wrażenie, to na pewno, a jednak brak precyzji przy nakładaniu farby psuł efekt końcowy, jakby artyście brakowało nie tyle pewnej ręki, co cierpliwości przy kolejnych pociągnięciach pędzla. Nie, do czegoś takiego nie można było użyć pędzla, pomyślał oszołomiony. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakichś innych przyborów malarskich i pojemnika z farbą, ignorując oczywistość. Dopiero po dobrej minucie ta mniej sparaliżowana część jego mózgu przyswoiła, że źródłem malarskiego uniesienia było starannie pocięte, niepodobne do ludzkiego ciała truchło Thomasa Hawkinsa, walające się obok komody, u stóp amatorskiej dekoratorki wnętrz. Natychmiast rozpoznał ją, chociaż stała do niego plecami.
Tego niepokojąco wesołego głosiku nie można było pomylić z żadnym innym.
– Zabrakło mi na sufit, a obiecałam temu szlamowatemu ścierwu, że pomaluję nim całe piętro. Masz niezwykłe wyczucie czasu, kuzynie.
Czarnowłosa piękność z gracją zeskoczyła z niewysokiego mebla, ochlapując wysokie buty kroplami krzepnącej już krwi. Jej równie czerwone usta rozciągnęły się w niemal radosnym uśmiechu i to było bardziej przerażające niż cokolwiek innego, co do tej pory Syriusz zobaczył w tym domu.
Bellatrix Lestrange, z domu Black, nie można było nazwać w żadnym razie odrobinę szaloną. Ona była klinicznym przypadkiem psychopatki.
– Diffindo – wyszeptała, kierując różdżkę w stronę jego unieruchomionego ciała i chłopak poczuł, chociaż przecież nie miał władzy nad mięśniami i nerwami, jak jego prawe ramię kaleczy głębokie rozcięcie, niemal chirurgicznie precyzyjne, a po jego ręku ścieka strużka ciepłej krwi, skapując na podłogę i łącząc się z rdzawymi śladami dokonanego dwa kwadransy wcześniej morderstwa.
Do pierwszej rany po chwili musiały dołączyć kolejne, bo Bellatrix ponownie poruszyła różdżką, a w jej spojrzeniu, jako odpowiedź na zadawane cierpienie, pojawiła się euforia. Naprawdę nie miał prawa tego odczuwać, więc zapewne była to projekcja jego mózgu, jednak fantomowe ból wydawał się co najmniej tak silny, jakby był jak najbardziej rzeczywisty. Nie mógł się ruszyć, spiąć mięśni, przywołać chociażby grymasu na twarzy i to napawało go lękiem. Z drugiej strony jakaś jego część czerpała z tego masochistyczną przyjemność, bo ta psychopatka nie mogła dzięki temu zobaczyć, jak Syriusz skręcał się w agonii pod wpływem jej tortury. Miał nadzieję, że jego szare oczy nie odbijały śmiertelnego strachu, spowalniającego bicie serca.
Jedno było pewne – nigdy w życiu nie miał jeszcze tak przejebane.
W zupełnym oderwaniu od tego, co właśnie się działo, jakby z boku obserwował, jak Bellatrix lewitowała jego krew, której zapewne uzbierała się już pokaźna kałuża, by rozmazać ją na nieskalanej jeszcze jej artyzmem części sufitu. Niespodziewanie zamarła, z obrzydzeniem szpecącym nieskazitelną twarz, rozchlapując posokę na podłodze.
– Świętokradztwo – powiedziała w przestrzeń, nie wiedział, czy bardziej do niego, czy do siebie. – Krew Blacków, choćby i skażona słabością, nie będzie ozdabiać mugolskiej rudery.
Szarpnęła różdżką i czar pertyfikujący nagle puścił, a ciało chłopaka głucho upadło na mokrą, zakrwawioną posadzkę. Poczułby ulgę, gdyby nie fala bólu w pokaleczonym ramieniu, dotąd blokowanego szokiem i działaniem porażającego synapsy zaklęcia. Poza tymi szczegółami nie było mowy, żeby ta suka go puściła, a i on nie miał dość siły, aby wyjść stąd na własnych nogach.
Musiał intensywnie myśleć, w końcu był specem od zaimprowizowanych akcji. Nie miał jednak różdżki, a bez niej nie mógł się nawet deportować. Cholera, nie był w fizycznym stanie, by dokonać udanej teleportacji, nie rozszczepiając po drodze połowy swojego ciała.
– Syriuszu, to takie żenujące, nie uważasz? Jak można być takim idiotą, by wejść do domu ze złamanymi magicznymi zabezpieczeniami, wykopując drzwi? – zakpiła Lestrange. Tutaj musiał jej przyznać rację, był skończonym idiotą. – Coraz bardziej upewniam się, że jesteś jednak adoptowany.
– Ku mojej głębokiej rozpaczy, nie jestem. Sprawdziłem wszystkimi znanymi mi zaklęciami. Też wolałem się upewnić – odpowiedział chrapliwym głosem, zamiast trzymać język za zębami. Zarobił za to masywnym obcasem w twarz.
Gorączkowo rozważał opcje, modląc się w duchu, by Bellatrix nic nie straciła przez ostatnie lata ze swojej gadatliwości, bo ta jej przypadłość kupiłaby mu trochę czasu. Sęk w tym, że równie dobrze mogła gwarantować wszystkie nieprzyjemne ewentualności od głębokich ran ciętych, przez trwałe okaleczenie, po niekoniecznie bezbolesną śmierć. Syriuszowi nie uśmiechał się taki scenariusz. Mógł przeobrazić się w animagiczną formę i próbować zwiać, jednak kuzynka zapewne szybko by go dorwała w tym stanie, a w czworonożnej postaci nie był władnym używać magii. Bez różdżki dałby radę rzucić kilka prostych zaklęć, ale nic trwale wyłączającego tę wariatkę z walki. Chyba, że wystarczyłoby ją rozproszyć na moment. Co jednak dałoby mu kilka sekund?
Rozejrzał się z poziomu podłogi po pokoju, nie znajdując żadnej potencjalnej broni. I jego wzrok zatrzymał się na torbie, którą ze sobą przytaszczył, aktualnie walającej się obok jego nóg. Pakunek był dla Hawkinsa i kurier nie znał jego zawartości, ale co mógłby otrzymać od Zakonu zbieg na awaryjną ewentualność? Nie zwykłą wiadomość czy zapasową różdżkę, bo te zmieściłyby się w kopercie. Przesyłka nie była też szczególnie ciężka, nic w niej nie chlupało ani nie usłyszał szczęku szkła, charakterystycznego dla fiolek z eliksirami.
Pozostawała ostatnia ewentualność, bo poza wymienionymi Zakon dostarczał jeszcze tylko jednego rodzaju zaopatrzenie, na wypadek konieczności szybkiej ewakuacji. Z niemal stuprocentowym prawdopodobieństwem obok syriuszowych stóp leżała przepustka do wydostania się stąd w cholerę. Oby w jednym kawałku.
– Jakie nasze małe Lwiątko dzisiaj małomówne. Spodziewałam się wojownika, a na podłodze zwija się przestraszone kocię. Dowód na to, że nie jesteś wart swojej magii.
Zignorował, usiłując skupić własną magiczną aurę bliżej serca, czego nauczył się, rzucając czary bezróżdżkowe. To miało szansę się udać, jeśli tylko upiorne babsko przesunie się nieco w lewo. Musiał ją sprowokować, by się ruszyła z miejsca i podniosła nogę, przydeptującą jego cedrową różdżkę.
– Bella, czy Rudolf cierpi na niedomaganie i potrzebujesz rozładować libido wyżywając się na ścianach cudzych sypialni i mężczyznach lepiej obdarzonych niż szacowny małżonek?
Przez sekundę obawiał się, że przegiął, dostrzegłszy niebezpieczny błysk w czarnych oczach.
Avada, jak nic.
Lestrange zrobiła w jego kierunku dwa szybkie kroki, unosząc różdżkę, nie cisnęła w niego jednak Niewybaczalnym, a przynajmniej nie tym, którego się spodziewał. Niewielka pociecha.
– Crucio.
O kurwa, Syriusz, jesteś skończonym debilem, przebiegło mu przez myśl, kiedy uderzyła go fala nieumiejscowionego bólu, obejmującego całe jego jestestwo. Nerwy pod skórą wydały się zwęglać jego tkanki od środka, promieniując aż do kości. W pierwszym odruchu wyprężył ciało, starając się osłonić zranioną rękę, ale już po kilku haustach powietrza, rozdzierających płuca, dał sobie spokój, zapominając o nic nie znaczących, krwawiących szramach na ramieniu. Nie mógł dłużej zaciskać zębów, chroniąc resztki godności, bo całe jego ciało było rozszarpaną raną. Usłyszał potępieńcze wrzaski i po dobrych dziesięciu sekundach dotarło do niego, że to on się tak wydziera. Nim kobieta skończyła, cofając różdżkę i pozwalając bezwładnie opaść mu na ziemię, zdążył ochrypnąć.
Bardzo powoli odzyskał jasność widzenia i mgliście uświadomił sobie, że rzucając się po podłodze, upadł na torbę, którą ze sobą przyniósł. Ostrożnie sięgnął do środka drżącymi dłońmi, przykrywając cenną zdobycz ciałem. Pozdzierane do krwi palce rozdarły papier, w który opatulony była nieregularnych kształtów przesyłka. Bał się dotknąć zawartości, bo nie wiedział, co go czeka po drugiej stronie. Nie mógł się stąd ruszyć nieuzbrojony.
– Uparłeś się nie odzywać, zamiast zabawiać damę konwersacją?
Lestrange wydawała się prawdziwie zawiedziona z tą jej miną niewinnie skrzywdzonego dziecka.
– Jesteś… obłąkana… – wyszeptał, ogniskując wzrok na fragmencie podłogi, gdzie ostatni raz widział swoją różdżkę.
– Jaki elokwentny. Jeszcze jedna runda i ładnie przeprosisz – syknęła, ponownie podnosząc w jego stronę rękę. – Cru…
– Accio, różdżka!
Bellatrix nie dokończyła, ukontentowana pierwszym przejawem oporu. Obróciła głowę i uchwyciła wzrokiem tor lotu wezwanego przedmiotu. Nie wyglądała na szczególnie przejętą, jakby traktowała wybieg Syriusza jako urozmaicenie zabawy.
– Pieprzona wariatka – rzucił jej w twarz i zacisnął dłoń, ukrytą we wnętrzu torby, na świstokliku, który – ironicznie – okazał się być gumową kaczuszką.
Bellatrix ruszyła z mordem w oczach do przodu, ale nim go dopadła, świat zawirował, a Syriusz poczuł szarpnięcie i oderwał się od śliskiej podłogi, by po chwili upaść z kaczuchą w dłoni w zaspę na jakiejś pieprzonej polanie, w środku zamarzniętej głuszy.
Los go nienawidził.
Poderwał się z ośnieżonej ziemi, na tyle jednak gwałtownie, że zamiast spróbować stanąć na nogach zgiął się wpół i zwymiotował, odrobinę zdziwiony, że nie zrobił tego na widok pokrwawionych ścian albo bezpośrednio po Cruciatusie. Zastrzyk adrenaliny, dzięki któremu jakoś się trzymał, nagle puścił, zwalając go z nóg w śnieg, powoli zabarwiający się na malinowo.
Cudownie, nawet jeśli się nie wykrwawi, to za kilka godzin wychłodzi się na śmierć.
O ile nie zeżrą go wilki. Albo niedźwiedzie.
W jego obecnym stanie teleportacja zakończy się rozszczepieniem, nie było mowy o stworzeniu świstoklika, bo ledwo trzymał w dłoni różdżkę. Jego największym dylematem było teraz: czy użyć zaklęć leczących, by zatamować upływ krwi, czy może ogrzewających, aby nie umrzeć z wychłodzenia. Zmieniał zdanie co kilka minut przez pół godziny, zanim zdecydował spróbować się z grubsza zaleczyć, co stanowiło nie lada wyzwanie, bo zesztywniałe palce nie były już władne utrzymać różdżki. Po zmianie położenia słońca na nieboskłonie uświadomił sobie, że co chwila tracił przytomność i nawet w chwilowych przebłyskach świadomości pozostawał w stanie otępienia.
Naprawdę sprawy miały się niezaciekawie.
Jeśli myślał, że to był jeden z najgorszych dni jego życia, zweryfikował swój pogląd jakąś godzinę później, przyznając mu zdecydowanie pierwsze miejsce, kiedy poczuł wibracje wokół kamienia, osadzonego w pierścieniu, który zaklął dla niego James przed zeszłą Gwiazdką. Wcześniej nie miał wątpliwej przyjemności przetestować właściwości artefaktu, sygnalizującego stan bliski śmiertelnemu wyczerpaniu magicznemu jednego z dwóch pozostałych posiadaczy podobnej biżuterii.
Wpadł w panikę, analizując sytuację.
Nie wiedział, czy w niebezpieczeństwie był James, czy może Remus, a sprawdzić mógł to, używając pierścienia jako świstoklika. Wystarczyło go zdjąć i ponownie założyć, by znaleźć się w promieniu kilku metrów od zagrożonego przyjaciela. Tyle, że sam był w gównianym stanie, by cokolwiek pomóc. Nie mógł nic…
Idiota.
Pierścień był świstoklikiem! Gdziekolwiek by nie trafił, tutaj za kwadrans czy dwa, o ile wcześniej nie dorwie go jakiś grubszy zwierz, będzie trupem. Naprawdę nie mogło być gorzej. A poza tym, pierścieni było trzy, tak jak ich właścicieli. Ten trzeci, którykolwiek by to nie był, wyciągnie z tego pozostałą dwójkę.
Niewiele się zastanawiając, skostniałymi z zimna palcami zsunął pierścień i odetchnął głębiej, by poczuć w płucach otrzeźwiające, mroźne powietrze, po czym ponownie nałożył magiczny artefakt na właściwy palec.
I znów oderwał się od – tym razem zmarzniętej – ziemi, by po chwili z łoskotem i jękiem walnąć w polakierowaną podłogę.
– Vitalia, nie rozumiem. Co niby ma być z Syriuszem? Musisz wiedzieć, że nie mogę ci podać adresu, pod którym…
Severusowi powoli zaczynały puszczać nerwy i przysunął się bliżej kominka.
– Lupin, w dupie mam adres domu, jego mieszkańców i resztę szanownego Zakonu. Masz znaleźć Syriusza i upewnić się, że nie jest sztywny. Coś mam powtórzyć drukowanymi?
– Snape? – padło z zielonkawych płomieni innym głosem. – Dobra, odezwę się za chwilę.
To była bardzo długa chwila, niezwykle długie kilkanaście minut. Wreszcie płomienie ponownie buchnęły, ale tym razem w palenisku nie ukazała się niczyja twarz, za to z kominka wypadło dwóch osiemnastolatków, którym daleko było do spokoju.
– Skąd wiedziałeś, u licha, że coś się dzieje? – napadł na Severusa Potter, z mocno trąconym nerwem.
– Po pierwsze, nie twój interes. Po drugie, nie będziesz na mnie darł japy, brudząc sadzą mój dywan. A po trzecie, co się konkretnie dzieje? Znalazłeś go?
– Dostałem od McGonagall adres i aportowałem się w sypialni wymazanej od podłogi po sufit w krwawe wzory, wszystko aż się lepi, na podłodze pocięte zwłoki, ani żywej duszy – referował, a Severus stanął bliżej okna, żeby mroźne powietrze trochę go otrzeźwiło, bo w tym momencie miał potrzebę opróżnić żołądek z resztek śniadania. – Znalazłem ledwo wyczuwalne ślady magii Łapy, jego pustą szkolną torbę przy drzwiach i kałużę świeższej krwi, ale za cholerę nie wiem, co to wszystko znaczy.
– Czyli… zwiał im albo go zgarnęli – odkrywczo podsumował Lupin. – Tylko jakoś nie mam pomysłów, gdzie on może być.
– Nie musimy wiedzieć, gdzie konkretnie się znajduje, żeby do niego dotrzeć – zrewidował Severus, coś sobie przypominając. – Skąd wiedzieliście ostatnio, w Hogsmeade, że z Syriuszem coś się dzieje i jakim cudem się aportowaliście we właściwym miejscu?
Potter z Lupinem wymienili znaczące spojrzenia i chwilę milczeli.
– Kurwa, zoblivatujcie mnie za kwadrans, jeśli to poprawi wasze samopoczucie. Chodzi o to, czy można to z aportacją powtórzyć.
– To nie była zwykła teleportacja i nie można, nie w tym przypadku – zanegował Potter. – To zaklęcie runiczne, pierścienie wzajemnie odpowiadają na swoją magię i reagują, jeśli któryś z nas nagle zaczyna ją tracić. Teraz nie reagują, więc Łapa nie ma problemu z odpływem swojej magii. Jeśli nie może z niej korzystać, to z powodu fizycznych obrażeń. Nie dotrzemy do niego w ten sposób.
– Świstoklik – wyszeptała nagle Vitalia, dotąd milcząco przysłuchująca się burzy mózgów. Poderwała się z miejsca i zaczęła chodzić po pokoju. – Syriusz miał dostarczyć przesyłkę, ale torba była pusta. Gdyby chodziło o lecznicze eliksiry czy coś w tym rodzaju, śmierciożercy by tego nie ukradli, wychodząc. Przesyłką był awaryjny świstoklik, a Syriusz wpadł by na to szybciej niż my. Użyłby go, żeby zwiać, jeśli trafił na silniejszego przeciwnika. Musimy szybko ustalić, jak skonfigurowany był świstoklik, bo krew w tej sypialni może oznaczać, że on jest naprawdę ranny i dlatego nie może się samodzielnie teleportować.
– Niegłupie, Vitalia – z uznaniem stwierdził Potter i szybko przemierzył pomieszczenie. – Idziesz? – zawołał na wilkołaka, ładując się do kominka.
– Moment, coś mi jeszcze chodzi po głowie. A gdybyśmy ściągnęli go tutaj?
Teraz Severus nie nadążał.
– Jak to ściągnęli tutaj?
– Lunatyku, nie da rady. – Potter ostudził entuzjazm kolegi. – Łapa mógłby wykorzystać pierścień tylko wtedy, gdyby któryś z nas dwóch zaczął tracić magię.
– Wykorzystać do czego? – dopytał Snape, ale szybko jego tok rozumowania wskoczył na właściwe tory. – Chyba nie powiecie mi, że pierścienie są świstoklikami. Kurwa, nie można było od razu?
– Cholera, ile razy można… – zirytowanym głosem zaczął Potter. – Pierścień działa jako świstoklik pod warunkiem zaistnienia okoliczności, o których była już mowa. Bez tego to tylko kawałek biżuterii.
Czarne oczy patrzyły w przestrzeń, a i cała reszta Severusa miała ględzenie tego padalca gdzieś. Jego ślizgoński umysł podsuwał mu już zarys planu. I severusowy plan był lepszy niż ten z ustalaniem współrzędnych przeniesienia dla świstoklika z przesyłki. Jego sposób był przede wszystkim szybszy w realizacji, bo już stracili dobrą godzinę na bieganie po kominkach i debaty akademickie.
– Potter z Austen idą tropem świstoklika z przesyłki. Lupin zostaje, mam pewien pomysł – zadecydował Snape i olał towarzystwo, schodząc do pracowni.
Kiedy wrócił po minucie, miał przy sobie fiolkę z błękitną cieczą i zastał w pokoju gościnnym tylko wilkołaka.
– Eliksir Regulusa? – Pytanie zabrzmiało, jakby Lupin i tak znał odpowiedź. Severus przytaknął w milczeniu. – Snape, lepiej się nie nastawiaj. Żeby plan zadziałał, Syriusz musi sam użyć pierścienia. Nie mamy pewności, że w ogóle będzie myślał przytomnie – zastrzegł wilkołak, sięgając po szklaną fiolkę. – Coś powinienem wiedzieć?
– Mikstura jest uaktywniana użyciem dowolnego zaklęcia. Sześć do ośmiu dni bez różdżki, kilkanaście godzin do doby bez wyczuwania magii. Nic fajnego, ale przejściowe. Przetestowałem.
Tamten trochę sztywno skinął głową i przełknął odmierzoną dawkę. Następnie poszło już z górki, chociaż mina pechowca, który robił za wabika, wiele mówiła o jego aktualnym stanie psychicznym, zdecydowanie nie do pozazdroszczenia. Minęło dobre dziesięć minut od łyknięcia przez Lupina eliksiru, a potem jego uaktywnienia i Severus zaczął mieć niewesołe myśli. Z dużym prawdopodobieństwem niepotrzebnie wymusił na wilkołaku tydzień charłactwa, bo najwyraźniej plan nie wypalił.
I wtedy na środku salonu z impetem uderzył o podłogę unurzany w skrzepłej już krwi – Severus bardzo miał nadzieję, że nie swojej – wyraźnie wyczerpany fizycznie, wykrwawiony i poważnie poraniony Syriusz.
Lupin rzucił się w jego kierunku i ostrożnie obrócił go na plecy, starając się nie urazić mocno pokaleczonego prawego ramienia. Z miejsca zabrał się do zatamowania co groźniejszyh ran, po mugolsku przewiązując je kawałkami porwanej koszuli. Chociaż sam Severus nie ruszył się o centymetr, stojąc kilka kroków za plecami pozostałej dwójki, gorączkowo szukał wzrokiem szarości tęczówek.
– Syriusz?
W reakcji na wezwanie po imieniu ranny załapał kontakt z otoczeniem, rozpoznając głos Lupina i otworzył na chwilę oczy. Natychmiast, choć wciąż nieco nieprzytomnie, odnalazł wzrokiem onyksowe spojrzenie i wyszczerzył się jak kretyn.
– Chłopaki, wiszę wam skrzynkę Ogden's Old – wyszeptały jego usta, wskazując na wyraźne osłabienie. – A teraz dotaszczcie mnie do łazienki, bo jeśli zaraz nie zmyję z siebie resztek Hawkinsa, to się porzygam, a jestem przywiązany do tego dywanu i chcę zachować resztki godności.
Przez kolejnych kilka godzin na zmianę tracił i odzyskiwał przytomność, ledwie rejestrując, jak Lunatyk zmył z niego ohydnie cuchnącą krew i zainstalował w łóżku, co chwila faszerując go eliksirami zbijającymi gorączkę i zasklepiającymi skaleczenia. Kiedy sytuacja się ustabilizowała, przyszła kolej na regenerujące ohydztwo, jak zorientował się Syriusz po cierpkim posmaku wiggenowej kory i ziół. Gdzieś mignął mu Sev, doglądający zapewne dawkowania mikstur, ale trzymający się na dystans. Black nie był właściwie do końca pewien, czy rozmazująca się w drzwiach sylwetka jego ślizgońskiego przyjaciela nie była omamem.
Jawa i sen zlewały mu się w jedno.
Był z tego stanu otumanienia względnie zadowolony, bo przynajmniej nie czuł przez większość czasu bólu każdej komórki swojego ciała. Zdawał sobie sprawę, że nawet po serii leczniczych mikstur i zaklęć nadal będzie obolały przez kilka dni, ale to była naprawdę niska cena.
Powinien stamtąd nie wrócić, gdyby przyjaciele nie uparli się z desperacją ściągnąć go z powrotem.
Z grubsza zorientował się sam w ogólnym planie, mającym na celu ratowanie jego tyłka. Jedynym brakującym elementem było to, skąd reszta wiedziała, że sprawy odrobinę wymknęły mu się spod kontroli. Kilka godzin po trafieniu na Ealing Road, w przebłysku świadomości, zdał sobie sprawę z obecności w pobliżu Vitalii oraz Jamesa i wymusił odrobinę szczegółów, które niewiele mu rozjaśniły. To nie Zakon Feniksa rzucił mu się na ratunek, jakkolwiek Rogacz zapewne nie przebierał w środkach, robiąc wszystko, co było możliwe, aby uzyskać pomoc.
Wreszcie dowiedział się, że Lupin złamał kilka zasad i obraził paru szacownych czarodziejów starszego pokolenia, żeby dowiedzieć się od ręki, jakie było zadanie Syriusza i dzięki temu Potter szybko aportował się do sypialni Thomasa Hawkinsa, gdzie zapewne przeżył nie taki znów mały szok. Nawet kiedy Vitalia rozgryzła kwestię awaryjnej ucieczki kuriera, ekipa ratunkowa była w czarnej dupie, bo łańcuch dowodzenia walnął się jego przyjaciołom kłodą pod nogi, uniemożliwiając dotarcie do osoby, która przygotowała świstoklik. Kiedy szantażem i groźbą Rogacz wymusił kontakt z jego wytwórcą, okazało się, że i tak kto inny zna konkretną lokalizację, do której odsyłało zaklęcie Portusa, a tożsamość rzeczonego chroni… zaklęcie Fideliusa. Pół doby zajęło Vitalii i Jamesowi poruszanie się po omacku i bieganie po kominkach, by ostatecznie trafić na mur nie do przejścia. Rzeczywiście, zabezpieczenia Zakonu były niemal doskonałe w swej konspiratorskości, problem polegał na tym, że nie wiadomo co chroniły, skoro uniemożliwiały udzielenie pomocy osobie, dla której zostały stworzone.
Pominąć należało już milczeniem fakt, że Bellatrix ewidentnie czekała na kuriera, jakby się go spodziewając. Wszystkie te idealne zabezpieczenia nie dość, że nie uchroniły Hawkinsa, to prawie wysłały do piachu także Syriusza, bo Zakon nie dysponował wiarygodnymi informacjami.
Czysta paranoja.
Potrzebował porozmawiać z Sevem, ale ten w zasadzie się nie pojawiał, widocznie siedząc godzinami w pracowni. W końcu, następnego dnia, rekonwalescent zwlekł się z łóżka, korzystając z okoliczności, że Vitalia akurat nie warowała przy drzwiach i zdecydował uzupełnić luki z wczorajszego dnia u kompetentnego źródła. Udało mu się nawet nie spaść ze schodów i potknął się dopiero w progu niszy mistrza eliksirów, zataczając się na szafkę pod ścianą.
– Jeśli forma już dopisuje, to może sobie zapolujesz na jakiegoś śmierciożercę, geniuszu? – warknął na jego widok Snape, wywołując w szarych oczach rozbawienie.
Syriusz bardzo potrzebował, żeby ktoś go zwyczajnie zjechał za głupotę, a nie tylko się nad nim trząsł, jak reszta ferajny, patrząca na Blacka z wkurzającym zaniepokojeniem, jakby wymagał specjalnej troski. To, że wszystko już było dobrze nie zmieniało faktu, iż pozostawał idiotą. Potrzebował opieprzu, a nie chuchania.
I akurat w tej chwili Opatrzność zdecydowała udowodnić mu, że jak zwykle nie miał racji.
Ciałem chłopaka nagle wstrząsnęły dreszcze i nogi się pod nim ugięły. Runąłby na kamienną posadzkę, gdyby Sev nie asekurował go z nietypową dla siebie delikatnością, układając ostrożnie na podłodze. Drgawki nie ustały przez dobrych kilka minut, przejmując władzę nad syriuszowymi mięśniami i ścięgnami. Nie był to rodzaj bólu, jaki odczuwał, wijąc się pod Cruciatusem Bellatrix, ale jakby jego odległe echo.
Zawładnęło nim przerażenie, ale stopniowo odpłynęło, wraz z zanikaniem dziwnej reakcji organizmu.
– Co to było? – zapytał głucho mistrz eliksirów.
– Nie wiem. Myślę, że to po Cruciatusie, którym mnie poczęstowała kuzynka Bella. Nie miałeś okazji poznać? Cudowna kobieta – objaśnił przesadnie lekko, unosząc się do pozycji siedzącej. Odruchowo podniósł wzrok i zszokowało go głęboko to, co znalazł w onyksowych oczach, przypatrujących się intensywnie.
Już to kiedyś widział, dwa lata temu, po napiętnowaniu Lily przez Regulusa. Absolutna, niepohamowana determinacja.
– Sev?
Ten nie zareagował od razu, zatopiony we własnych myślach. Nieobecny i trochę nieswój. Black nie potrafił wyjaśnić dlaczego, ale wiedział, że coś się w chłopaku przed nim zmieniło i niekoniecznie mu się to podobało. Poczuł na plecach zupełnie innego rodzaju dreszcze.
– To była wtórna reakcja organizmu, raczej jednorazowa. Objawy będą się nasilać i kumulować, jeśli znowu dasz się tak urządzić, więc radziłbym chodzić bezpieczniejszymi ulicami – stwierdził wreszcie Snape rzeczowo i odwrócił się w stronę blatu. – Opierając się na doświadczeniach z twoją mądrością życiową, popracuję nad jakimś eliksirem zaradczym, na wszelki wypadek.
– Skąd wiedziałeś? Postawiłeś resztę na nogi, jak się zdążyłem zorientować, ale skąd…?
– Nie wiem. Przeczucie – uciął tamten krótko. – A teraz wypad z mojej podłogi. Jeśli zdecydujesz znów krwawić, ufajdasz mi płytki.
– Dzięki, Sev – wyszeptał Syriusz nieskładnie, podnosząc się chwiejnie, ale zanim stanął na nogach, silne ramiona ponownie go powaliły na glebę.
– Ty mi, kurwa, nie dziękuj, tylko używaj mózgu i nie daj się zabić, pieprzony idioto!
Wybuch chłopaka był na pewno niespodziewany, ale nie dobór słów wstrząsnął Syriuszem, a ładunek emocjonalny, który przyjaciel z pasją z siebie uwolnił, rzucając się na niego w napadzie złości. Było w tym, o dziwo, całe mnóstwo szorstkiej troski, lęku i głębokiego przejęcia. Przesuwając wzrokiem po lekko dygoczącej twarzy, tak rzadko nieobleczonej w maskę, Black z trudem wytrzymał ostre jak stal spojrzenie czarnych oczu i miał ochotę zapaść się w siebie pod wpływem tej tortury, byle nigdy więcej już nie oglądać przyjaciela takim, jak teraz.
I nagle wiedział. Sev w jakiś sposób, zupełnie niewytłumaczalny, wyczuł dzięki ich magicznej więzi, że Syriusz wtedy umierał. To teraz mówiły czarne jak węgiel, bezdenne źrenice i okalające je onyksowe tęczówki, nie odbijające żadnych błysków, ale dziwnie przymatowione. W końcu opuścił wzrok, nie mogąc dłużej patrzeć na chłopaka, pochylonego nad nim. Było w tym za dużo... wszystkiego.
Nic, co dałoby się ubrać w słowa.
Od zawsze sympatyzuję z zastępem bardziej mrocznych bohaterów z uniwersum Pani Rowling i uwielbiam Ślizgonów (za ich podejście do życia, niekoniecznie personalnie), Bellatrix, Malfoyów (płci wszelakiej), Toma Riddle'a i Severusa (bo jakżeby inaczej). Syriusz też jest dla mnie postacią nieco pokrętną, co należy rozumieć jako komplement. Stąd należy się spodziewać powyższych person w dalszej fabule.
Komentarze wszelakie niezmiennie doceniam.
Dzięki Zetsubou Hime za uwagi. Przyswojono z zamiarem stosowania w praktyce :)
Kwestia kontynuacji... "Just business" będzie miało 53 rozdziały. A po nim będzie ciąg dalszy, pod innym tytułem. Żeby już NIKT nie miał wątpliwości ;)
