Na kalendarzu 18 maja, godzina późna - czas na rozdział! :)

slimarwen, Anuii, hulku12, Pantero, KarboVictorio, MinamiDaisy, Ayane L, Shaililo, jupixx i Neverquite - oczywiście bardzo dziękuję wam za komentarze. Jestem wam niezmiernie wdzięczna, że mnie z ich pomocą wspieracie i dajecie siłę do tłumaczenia kolejnych rozdziałów.

slimarwen, już po przerwie i myślę (mam nadzieję), że wcale nie było tak źle. Czas szybko mija i (przynajmniej ja) nawet nie spostrzegłam, kiedy to wszystko zleciało. A czy miło spędziłam "wolny czas" - no cóż, byłam /bardzo/ zajęta, ale myślę, że można chyba powiedzieć, iż moje plany wypaliły :). A co do odzyskania przez Izara wrażliwości na magię - doskonale rozumiem, dlaczego cię ucieszyła. To pewna nieoderwalna część niego samego i chyba wszystkim było trochę dziwnie, gdy nagle tej umiejętności nie miał. O tym, czy wynalazek zostanie ponownie użyty, nic nie mówię. A tak w ogóle, dobrze, że potrafisz odnajdywać pozytywne punkty złych sytuacji. Tak, poprzez ujawnienie tego, iż Izar jest śmierciożercą z pewnością będzie on zmuszony spędzać trochę więcej czasu z Voldemortem. I śmierciożercami. Temat Regulusa również przemilczam, przepraszam. hulk12, tak, wiem, czekanie było okropne, ale - siła wyższa. Wierzę jednak, że nie było tak źle i że nawet się nie spostrzegłeś, jak ten czas minął :). Pantero, na kalendarzu 18 maja, więc mam nadzieję, że miło spędziłaś ostatnie tygodnie :). Cieszę się, że poprzedni rozdział ci się podobał. Chciałabym powiedzieć coś na temat Regulusa, ale nie chcę nic zdradzić, dlatego akurat to muszę przemilczeć. Aczkolwiek powinno być od teraz więcej Toma. Tak myślę. jupixx, spokojnie, spokojnie :). W razie, gdyby rozdziały nie pojawiały się wtedy, gdy się zwykle pojawiają, radzę przejrzeć notki, które wstawiam przed każdym rozdziałem. Choć ogólnie polecam na nie chociaż zerkać. Zwykle znajdują się w nich tylko odpowiedzi na komentarze, podziękowania za nie i moje życzenia miłego czytania, aczkolwiek czasami znaleźć tam też można jakieś ważniejsze informacje - właśnie na przykład o przerwie w publikowaniu rozdziałów. Informacja na temat statusu każdego fica widnieje również na moim profilu - tam też znajduje się informacja kiedy jest on publikowany i czy nie ma przypadkiem jakiejś przerwy. Ze swojej strony natomiast zapewniam, że fic zostanie przetłumaczony do końca - nigdy nie porzucam tego, co zaczynam. Już i tak zbyt wiele jest w fandomie opowiadań nieukończonych. Neverquite, nie ma sprawy, naprawdę dziękuję za komentarz :). A co do obawy o utratę magii przez Izara i Voldemorta - jak ja to mówię: wszystko jest możliwe. Także dobrze, że nie wykluczałaś takiej opcji. I tak, Czarny Pan z pewnością miał wpływ na chronienie Izara przez Augustusa. Wątpię, by w przeciwnym wypadku się na to zdecydował. Cieszę się również, że spodobała ci się postać Jamesa. I masz rację, że Izar prędzej czy później ze stratą ojca musiałby się pogodzić. Chociaż tutaj mamy nie tyle stratę, co zdradę, a to jednak musiało wpłynąć na niego odrobinę inaczej. Tak myślę. A przesilenie zimowe przed nami, oj, przed nami! :)

Miłego czytania!

Betowały dwie wspaniałe osoby - Felly oraz anga971. Obu im z całego serca dziękuję za wyłapywanie moich brzydkich błędów :).


Gdy umiera dzisiaj

Część druga

Rozdział dwudziesty drugi

- Panie Riddle! Panie Riddle!

Lucjusz wślizgnął się za tłum reporterów i fotografów, na próżno próbując ukryć swój pełen zadowolenia uśmieszek. Jego chytry wzrok przesunął po rozświetlonych fleszach aparatów oraz zdesperowanych twarzach dziennikarzy, gdy ci pchali się do przodu i próbowali uzyskać odpowiedzi na pytania, które interesowały ich czytelników. Jednak najbardziej zachwycającym elementem całego tego obrazu był niezadowolony podsekretarz Riddle. Lub raczej… były podsekretarz Riddle.

Nieco wcześniej tego ranka Minister Rufus Scrimgeour w końcu wykorzystał swoją pozycję i zdjął Toma Riddle'a z zajmowanego przez niego stanowiska podsekretarza. I chociaż jak najbardziej miał do tego prawo, istniała możliwość apelacji tej decyzji. Rufus nie miał w końcu żadnych wiarygodnych dowodów na zaangażowanie Riddle'a w toczącą się wojnę. Zwolnił go za pomocą przysługujących mu praw jedynie w oparciu o swoją podejrzliwość. A chociaż zakwestionowanie decyzji Scrimgeoura oraz wygranie rozprawy z pewnością nie sprawiłoby większych trudności, Riddle miał zamiar wycofać się odrobinę i swoimi manipulacyjnymi słowami wpłynąć na opinię społeczeństwa.

Prawda była taka, że Czarny Pan miał nadzieję, iż Scrimgeour zachowa się w taki właśnie sposób. Nareszcie rozpoczęła się na całego polityczna część wojny i Riddle zacznie teraz siać w społeczeństwie wątpliwości dotyczące obecnego Ministra. Wkrótce czarodzieje będą coraz bardziej się ku niemu chylić i w magicznym świecie zaczną zachodzić zmiany.

Lucjusz miał po prostu zaszczyt bycia w tej elitarnej grupie śmierciożerców, którzy znali prawdziwe plany Lorda Voldemorta. Lub raczej Riddle'a. Znajdowali się w niej jeszcze tylko Bellatriks Lestrange oraz Izar i Regulus Black. To oni właśnie byli obecni na Grimmauld Place, gdy Voldemort ujawniał swoje kolejne kroki. Chociaż akurat Bellatriks ani trochę nie interesowały eleganckie manewry polityczne, a pogłoski mówiły, że Regulus Black na dobre opuścił szeregi śmierciożerców.

Tak więc jedyna osoba, która mogłaby cieszyć się wraz z nim tym wspaniałym widowiskiem, była teraz najprawdopodobniej poza granicami kraju. Co za szkoda. Chociaż potrafił to zrozumieć. Jak na razie.

Lucjusz przyłapał się na tym, że się szeroko uśmiecha, mimo że zwykle wolał zachowywać w miejscach publicznych maskę obojętności. Izar Black był naprawdę niezwykłym okazem.

Chłopca nie było w szeregach śmierciożerców przez wiele tygodni. I choć większość popleczników Czarnego Pana – z powodu jego powtarzających się wizyt u Lily Potter i jej męża – wierzyła, że był zdrajcą, Lucjusz…. ponownie… miał przywilej bycia świadomym, że nieobecność Izara była testem lojalności. I to właśnie tę lojalność udowodnił zaledwie kilka dni temu. Lucjusz nie mógłby być bardziej zachwycony tym, jak Izar ujawnił swoje poparcie dla Czarnego Pana.

Gdyby tylko więcej ludzi potrafiło być tak odważnych i dumnych ze swojej lojalności jak Izar Black. Sposób, w jaki został zdemaskowany, z pewnością zadowolił Czarnego Pana. Podczas tygodni jego nieobecności Lucjusz zauważył u Riddle'a wyraźny wzrost wybuchowości. Nic nie potrafiło go zadowolić. A jednak ostatniej nocy, po rajdzie, humor Voldemorta wyraźnie się poprawił.

Wydarzenia w Ministerstwie spowodowały, że jego szacunek wobec Izara jeszcze bardziej się powiększył. Znajdował się wewnątrz piekielnego wynalazku Niewymownych, gdy został on aktywowany. Czuł, jak jego magia niebezpiecznie słabnie, a jego ciało ogarnia czyste wyczerpanie, powoli rozpuszczając w nicość jego dumę i honor. Lucjusz wiedział, co było celem tego wynalazku i był również świadom, że gdyby nie udało się go powstrzymać, nigdy już nie byłby w stanie żyć z samym sobą.

Przerażało go, że jego wrogowie wiedzieli, jak zbudować urządzenie, które potrafiło zabrać czarodziejowi magię. Chociaż przyłapał się również na tym, że nie potrafił się tym zbytnio przejmować. Ciemność miała po swojej stronie czarodzieja, który wiedział wszystko o tym wynalazku, a także posiadał wiedzę, jak go zatrzymać.

Lucjusz pamiętał, jak klęczał na zimnej ziemi wewnątrz barier tego ustrojstwa oraz przerażenie, które krążyło w jego krwi. Nigdy nie czuł się tak haniebnie jak wówczas. Klęczał tam, krzycząc z szoku wywołanego nieodczuwaniem… nieodczuwaniem tej kojącej wagi mocy i magii. Tylko poprzez na wpół przymknięte oczy… Merlinie… błagał Izara i Czarnego Pana, by jakimś cudem zatrzymali ten wynalazek.

Przez kilka pierwszych godzin od tego incydentu nie potrafił przypomnieć sobie, co się wydarzyło, tak był zawstydzony i zhańbiony swoim zachowaniem. Patrząc na to z perspektywy czasu, mógł tylko zachwycać się, jak pięknie wyglądał Izar, gdy był tak zdeterminowany, by zniszczyć to urządzenie.

- Co pan sądzi o podjętej przez Ministra Scrimgeoura decyzji o ściągnięciu pana z funkcji podsekretarza? Ma pan zamiar ją zakwestionować?

Lucjusz zwrócił swoją uwagę z powrotem na to, co działo się w teraźniejszości i zaczął obserwować z zaintrygowaniem, jak Tom Riddle w końcu zatrzymuje się przed tłoczącymi się reporterami. Ktoś postronny powiedziałby pewnie, że wygląda na umęczonego i wyczerpanego, ale gdyby uważniej mu się przyjrzeć, można by dostrzec drapieżny i ostry błysk przebijający się przez jego zaczarowane na brązowo oczy.

Riddle przeczesał chaotycznie szpakowate włosy swoją podstarzałą ręką.

- Przykro mi żegnać się ze stanowiskiem, które zajmowałem wiernie przez tak wiele lat – odparł ostatecznie opanowanym głosem. Otaczający go tłum wydawał się jeszcze bardziej ku niemu pochylić, zachwycony jego zachowaniem. – Przez cały ten okres miałem na uwadze wyłącznie dobro Ministerstwa. Ministerstwa oraz Wielkiej Brytanii i zamieszkujących ją ludzi.

Bardzo umiejętne wymiganie się od odpowiedzenia na pytanie. Lucjusz wiedział, że Riddle na pewno za wszelką cenę będzie próbował go uniknąć. Choć wyglądało na to, że sami reporterzy zapomnieli, o co tak dokładnie pytali.

Riddle zdjął okulary i zaczął pocierać je chusteczką.

- Pomimo mojej wierności wobec Ministerstwa, muszę przyznać, że czuję ulgę z powodu zakończenia pracy u boku Rufusa Scrimgeoura.

Te słowa wywołały pojawienie się szeregu nowych pytań, jednak Riddle wciąż skupiał się nonszalancko na czyszczonych okularach. Lucjusz pokręcił nosem i oparł się niedbale o daleki filar, obserwując rozwój wydarzeń. To przejdzie do historii. I pragnął zapamiętać z tego każdy najdrobniejszy szczegół.

- Kiedy Rufus Scrimgeour został wybrany na Ministra – zaczął ponownie Riddle, uciszając reporterów – nie mogłem się doczekać zmian, jakie wprowadzi w Ministerstwie. Czarodziejski świat musi się rozwijać, podążać za ciągle zmieniającym się czasem. Przez wiele dekad opieraliśmy się na tej samej polityce, tych samych przekonaniach i tych samych prawach. Myślałem, że Scrimgeour będzie człowiekiem, który zmieni nasze Ministerstwo na lepsze.

Były to, oczywiście, kłamstwa. Żołądek Lucjusza rozgrzał się z tłumionego rozbawienia. Riddle doskonale wiedział, jakim człowiekiem jest Scrimgeour i to właśnie dlatego wręcz własnoręcznie posadził go na fotelu Ministra.

Były podsekretarz przechylił na bok głowę, w końcu kończąc czyszczenie szkieł swoich okularów, które chwilę później umieścił z powrotem na nosie, a następnie napotkał wzrok otaczających go reporterów z nową intensywnością.

- Niestety Scrimgeour jedynie wywrócił Ministerstwo do góry nogami i stworzył w Departamentach jeszcze większą korupcję. Nie przeczę, że był znakomitym aurorem, jednak nigdy nie stanie się dobrym liderem naszego społeczeństwa. Jego jedynym celem jest zniszczenie armii śmierciożerców. Podchodzi do tego w niewłaściwy sposób.

Nieźle. Riddle subtelnie wskazał wszystkim słabe strony obecnego Ministra. Oświadczył, że Rufus był przyzwoitym aurorem i że tym właśnie na zawsze pozostanie. Że nie zmieni się w polityka.

- A w jaki sposób, według pana, Minister Scrimgeour miałby poprawić swoje podejście? – zapytał jeden z reporterów.

- Nie chciałbym nikogo obrazić – zaczął Riddle – ale myślę, że Minister Scrimgeour nigdy nie będzie w stanie rozważyć żadnych innych metod, prócz brutalnej siły. – Riddle pokręcił głową, uśmiechając się czarująco. – A ta armia śmierciożerców będzie reagowała na jego atak ze zdwojoną siłą. Nie sądzę, by zmniejszyli swoje najazdy na mugoli i czarodziejów bez jakiegoś kompromisu.

To spowodowało, że większość reporterów zastygła w szoku, zanim ich samonotujące pióra zaczęły skrobać szybko po pergaminach. Lucjusz kiwnął głową, będąc pod wrażeniem subtelności Riddle'a.

- Kompromisu? Mielibyśmy pójść z terrorystami na kompromis? – wykrzyknął jeden z reporterów, którego twarz przybrała wyraz zaskoczenia oraz obrzydzenia.

Jego reakcja była zrozumiała. Społeczeństwo będzie początkowo oburzone proponowanym przez Riddle'a pomysłem. Kiedy jednak Rufus będzie dalej udowadniał swoją nieskuteczność, ludzie zaczną dostrzegać, że jego metody nie działają i ostatecznie zwrócą się do Riddle'a. Był to naprawdę genialny plan.

Były podsekretarz w odpowiedzi zamrugał tylko z sympatią na reportera.

- Nie popieram sposobu, w jaki śmierciożercy wygłaszają swoje opinie. Nie podoba mi się zabijanie i destrukcja. Sądzę jednak, że rozsądnie byłoby pójść na kompromis względem niektórych ich postulatów. Oczywiście w granicach rozsądku. Porozumienie się z nimi sprawi, że Wielka Brytania nie będzie narażona na niebezpieczeństwo, a także powstrzyma rajdy oraz mordowanie naszych najbliższych oraz dzieci.

- A co sprawia, że sądzi pan, iż śmierciożercy zgodzą się na kompromis? – zapytała kobieta w pierwszym rzędzie.

Riddle zachichotał z rozbawieniem i zaczął kierować się do wyjścia z Ministerstwa, oddalając się do reporterów.

- Śmierciożercy po prostu dramatyzują. Najzwyczajniej w świecie pragną zostać usłyszani.

To był koniec wywiadu, choć Lucjusz wiedział, że nadejdą kolejne. Prasa była zainteresowana tym nowym spojrzeniem na sprawę, a opinia publiczna z wielką chęcią usłyszy coś więcej o tym „skandalicznym" poglądzie na wojnę. W tej chwili Rufus wciąż wczepiał mocno swoje pazury w przychylność Brytyjczyków. Jeszcze kilka rajdów i więcej strat, a plan Riddle'a sam zacznie przynosić korzyści.

- Izar Black! – krzyknął ktoś na oddalające się plecy Riddle'a.

Lucjusz, który również zamierzał już odchodzić, przystanął, oceniając z zaciekawieniem reakcję Czarnego Pana. Wiedział, że nie wini on Izara za to, że ujawnił bycie śmierciożercą, jednak wierzył, że nie podoba mu się fakt, iż jego śmierciożerca jest ścigany… i trzyma się od niego z daleka.

Ramiona Riddle'a zesztywniały odrobinę i w jego spojrzeniu pojawiła się zaborczość, gdy zwrócił się do śmiałej reporterki.

- Co z nim? – mruknął cicho i niebezpiecznie. Gdy tylko pojawiła się możliwość, że w stronę jego ulubionego śmierciożercy skieruje się jakieś zagrożenie, w jego postawie ujawniło się odrobinę jego natury Czarnego Pana.

Kobieta miała przynajmniej na tyle rozumu, by wyglądać na zawstydzoną, jednak jej pragnienie zyskania jakiejś dobrej historyjki pchnęło ją do kontynuowania:

- Jest poszukiwanym kryminalistą, oskarżonym o przyłączenie się w szeregi śmierciożerców. Wielu aurorów i Niewymownych na własne oczy widziało jego zdradę w noc ataku. Wiem, że nie był pańskim politycznym spadkobiercą zbyt długo, jednak co pan myśli o jego zaangażowaniu w działalność śmierciożerców?

- Dzieci są bardzo podatne na wpływy – wyszeptał w odpowiedzi Riddle. – Izar Black z pierwszej ręki doświadczył słabego dowodzenia Ministra Scrimgeoura i najprawdopodobniej zdecydował, że chce w taki sposób sprzeciwić się jego oszustwom. Znam Izara. To bardzo inteligentny, młody człowiek. Nigdy nie poparłby jakiejś sprawy, nie znając możliwych konsekwencji. – Riddle podniósł rękę, gdy znów rozbrzmiały pytania. – To wszystko.

Lucjusz patrzył, jak Tom Riddle odchodzi. Nastawiał się na to, że Izar pojawi się na uroczystości przesilenia zimowego, co z pewnością poprawi humor Czarnego Pana. Świętowanie nie byłoby zbyt przyjemne, gdyby ich Pan był w parszywym nastroju.

Wiedział, że urzędnicy Ministerstwa będą obserwowali bramy jego rezydencji, dlatego wysłał młodemu Blackowi świstoklik, który sprowadzi go prosto do środka.

Nie dostał jeszcze jednak żadnej odpowiedzi. Mimo to znał Izara wystarczająco dobrze, by wierzyć, że ten nigdy nie przepuściłby okazji, aby zrobić dobre wejście.


Izar stał przy oknie, wpatrując się z odrętwieniem w śnieżny krajobraz szkockiej rezydencji Blacków, mimo że z powodu mocno oszronionej szyby nie widział go zbyt dobrze. Poranne promienie słoneczne padały na co grubsze kawałki lodu i mocno się od nich odbijały, oślepiając go do tego stopnia, że niemal nie mógł na nie patrzeć.

Nareszcie nadszedł dzień, gdy Lucjusz i Narcyza otworzą swój dom przed politycznymi gośćmi i poplecznikami Czarnego Pana. Skrzaty szorowały teraz pewnie każdy cal ich dworku i polerowały wszystkie złote klamki oraz świeczniki. Był to też dzień, gdy w końcu skontaktuje się z Voldemortem. Istniało wiele rzeczy, które chciał z nim przedyskutować. No i ogarniała go też ta… ta zwykła chęć bycia blisko tego pieprzonego, aroganckiego dupka.

Izar odetchnął głęboko, mrużąc oczy na okno. Ostatnie dwa dni były obfitujące w wydarzenia, pełne morderstw, gróźb i szpiegostwa. Osobiście odwiedził każdego niewymownego, który miał jakikolwiek wkład w budowę wynalazku, pomijając tylko Lily i Connera Orana. Tego drugiego zostawił sobie na koniec, chcąc, by chłopiec bał się jak diabli o swoje życie, kiedy usłyszy o śmierci swoich współpracowników.

Z siedemnastu Niewymownych, którzy pracowali nad tym urządzeniem, dwunastu własnoręcznie zabił, a czterem udało się żarliwie przekonać go, że nigdy nie przyszłoby im do głowy ponowne stworzenie czegoś takiego. Darował im życie, ale ostrzegł, że będzie się im od teraz uważnie przyglądał.

A ostatni?

- Dobrze spałaś? – mruknął, wciąż kierując twarz ku oknu, by ukryć pojawiający się na niej uśmieszek.

Za jego plecami ktoś ostro wciągnął powietrze. Jego wyostrzony słuch z łatwością wychwycił jej szaleńczo bijące serce. Kobieta była ostatnią Niewymowną, jaką odwiedził zeszłej nocy. Elizabeth Spenelli, urocza szlama z czarnymi włosami i wstrząsająco niebieskimi oczami.

Celem Izara było zniszczeniu w jak najkrótszym czasie jak największej liczby Niewymownych. Gdyby się z tym ociągał, Ministerstwo przeniosłoby ich w jakieś bezpieczne miejsce i umieściło wokół niego śmiesznie dużą ilość barier ochronnych. On nie miał natomiast ochoty się z nimi babrać, także swoje polowanie zakończył już wczoraj.

Gdy przybył do domu Elizabeth, było zdecydowanie za późno. O tak późnej godzinie – lub raczej tak wczesnej – nie był w stanie trzeźwo myśleć, kiedy zaczęła histerycznie płakać i błagać go, by jej nie zabijał. Zabrał ją więc tutaj, aby przespać się z decyzją, czy darować jej życie, czy ją może jednak zabić.

Smutne było jednak to, że ostatecznie nie zmrużył nawet oka. Przybył „Prorok Codzienny" z wiadomością usunięcia Riddle'a ze stanowiska podsekretarza i Izar bez przerwy nad tym od tamtego czasu rozmyślał. Zastanawiał się zresztą również nad wieloma innymi rzeczami, tymi minionymi i obecnymi. Łącznie z Regulusem. I Aidenem.

Po tym, jak opuścił świętego Munga w noc rajdu, teleportował się na Grimmauld, aby spakować kilka rzeczy – głównie horkruksy, nad którymi pracował, i wszystko to, co warte było ocalenia. Aiden poinformował go, że „czerwonooki" mężczyzna przybył tutaj rano, gdy Izar był w Ministerstwie. Według jego słów Voldemort siłą wywołał u niego wizję, aby zobaczyć mgliste przebłyski zbliżającego się ataku.

Wywoływanie siłą wizji u jasnowidzów było dla nich niezwykle bolesne. Izar złościł się cicho na Voldemorta, kiedy Aiden, w celu udowodnienia prawdziwości swoich słów, pokazał mu wysuszone plamy krwi, które znajdowały się na jego koszulce – pozostałość krwawiącego nosa. Czarny Pan nigdy więcej nie podniesie tak ręki na Aidena. Gdyby posunął się za daleko, umysł dzieciaka mógłby się całkowicie rozpaść. Poza tym ten chłopiec należał do niego, a nie Voldemorta.

Niemniej jednak Izar przeprosił Aidena, że nie było go wtedy na Grimmauld i szybko zaczął się pakować. Widząc to, dzieciak wybuchł płaczem i zaczął błagać go, by nie odchodził. Twierdził, że jeśli to teraz zrobi, będzie to ostatni raz, kiedy się widzą. Izar ledwie zwrócił na to wtedy uwagę, odpychając Aidena, aby ten nie zastawiał mu przejścia.

Spoglądając na to z perspektywy czasu, zastanawiał się, czy naprawdę był to ostatni raz, gdy widział tego zasmarkanego bachora. A jeśli rzeczywiście tak było, czy to znaczyło, że był to ostatni raz, gdy widział swojego ojca?

Mimo że pragnął, by Regulus był przy nim teraz obecny, wiedział, że tak będzie lepiej. Ten mężczyzna ukrywał się przez większość życia. Zasługiwał na to, by choć raz żyć stosunkowo normalnie. Poza tym potrzebowali przynajmniej jednego Blacka, który mógłby zachowywać pozory. Co nie zmieniało faktu, że zastanawiała go ta nagła zmiana poglądów jego ojca i jego dobry nastrój, który wydawał się znacznie zbyt promienny, biorąc pod uwagę konsekwencje jego stanu.

Izar odetchnął głęboko, by się uspokoić. Z założonymi za plecami rękoma spojrzał w kryształki lodu.

Severus Snape. To on grzebał i kopał w umyśle Regulusa podczas jego powrotu do zdrowia. Izar nie miał pojęcia, co zaszło między nimi ani co sobie wyjaśnili. Ale jeśli istniał ktoś, kogo mógłby winić, był to właśnie Snape. I miał szczery zamiar zmierzyć się z nim w czasie przesilenia zimowego.

- Spałam najlepiej jak mogłam, biorąc pod uwagę okoliczności – oznajmiła kobieta, wytracając go z zadumy.

- To znaczy? – wycedził ze znużeniem Izar. W jego głowie pulsowała migrena. Nie powinien tu być, rozmawiać z nią w takim stanie. Był wyczerpany, wściekły i zniecierpliwiony. Jego decyzja o jej losie będzie nieprzemyślana. Chyba że, oczywiście, uda mu się w ciągu najbliższych kilku sekund odnaleźć w sobie choć namiastkę tolerancji.

Mało prawdopodobne.

- Drzwi były zamknięte. Okna zatrzaśnięte. Nie mogłam nawet skorzystać z toalety. Jak myślisz, jak mi minęła noc? – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Doskonale wiem, dlaczego mnie porwałeś.

Izar wreszcie odwrócił się od okna i na nią spojrzał. Siedziała przy dużym stole śniadaniowym, ale leżące przed nią jedzenie pozostało nietknięte. On również nie jadł. Przygotował je dla nich skrzat domowy urzędujący w szkockiej rezydencji Blacków. Na szczęście Izar był w stanie wejść do dworku bez żadnych przeszkód. Najwyraźniej Regulus, pomimo swojej niechęci do wspierania wojny, wciąż pozwalał mu pałętać się po nieruchomościach Blacków i ich skarbcach. Nie żeby Izar zamierzał pozostać tu zbyt długo…

- Och tak? – mruknął, powoli się do niej zbliżając. – Więc jak myślisz, dlaczego cię porwałem?

Jej niebieskie oczy były niezwykle jasne, zwracając jego uwagę na bystrość i inteligencję, która lśniła pod ich powierzchnią. Białka miała zaczerwienione, a wrażliwą skórę wokół rzęs opuchniętą. Płakała w nocy, jednak teraz na jej twarzy nie było widać żadnych śladów łez. Zamiast tego uparcie uniosła wysoko brodę. Dochodziła już pewnie do czterdziestki. Uważał, że była bardzo atrakcyjna, pomimo swojej szlamowatej krwi.

- Chcesz, bym pomogła ci skonstruować kolejny taki wynalazek dla Ciemnej Strony. – Jej górna warga wykrzywiła się, a w jej oczach pojawiło się agresywne obrzydzenie. – Wolałabym już umrzeć, niż wam pomóc.

I to mu wystarczyło. Jej odmowa wiązała się głównie z niechęcią wobec Ciemnej Strony, a nie samego urządzenia. Wszyscy inni, których oszczędził, wyraźnie sprzeciwiali się wynalazkowi, a nie śmierciożercom. Właściwie w żaden sposób nie wyrazili nawet swojej niechęci wobec Mrocznych czarodziejów i innych związanych z nimi rzeczy. Byli po prostu zawstydzeni tym, co stworzyli. Przytłoczeni i przerażeni władzą, jaką mieli w swoich dłoniach.

- Lizzy, Lizzy… - wyszeptał, cmokając z dezaprobatą językiem. Pochylił się w jej kierunku ponad stołem, wyciągając dłoń, by przesunąć palcem po jej wyrazistej kości policzkowej. Uśmiechnął się lekko, gdy próbowała odsunąć od niego głowę, ale szybko ją przytrzymał. – Masz męża? Lub może dzieci?

- Nic ci nie powiem – splunęła.

Izar pochylił głowę, ściskając nasadę swojego nosa.

- Twoja strata – mruknął zmęczonym głosem. – Chciałem wiedzieć, komu posłać kondolencje.

Zanim zdążyłaby wykrztusić choćby słowo, Izar wskazał na nią różdżką i rzucił zaklęcie zabijające. Jej gibkie ciało opadło bezwładnie do przodu, nim zsunęło się na podłogę. Izar zamrugał, gdy spostrzegł, że mięśnie jej pęcherza rozluźniły się, roznosząc po pokoju ostry zapach moczu.

Naprawdę czuła potrzebę skorzystania z toalety… Chyba był okropnym gospodarzem.

Odsunął się od stołu i przeszedł przez jadalnię w stronę swojej sypialni. Skrzat domowy zajmie się wkrótce jej ciałem. W międzyczasie musiał jeszcze rozwiązać zagadkę horkruksa. Zastanawiał się, czy wrażliwość na magię da mu jakąś przewagę w rozwikłaniu właściwości, jakie powinna mieć fałszywka.

Tygodnie zajęło mu znalezienie sposobu na wprowadzenie Czarnej Magii do szczura w taki sposób, by go ona nie zabiła. Jednak mroczne klątwy i zaklęcia były dość porywcze i nie lubiły pozostawać w zamkniętej przestrzeni blisko siebie, nie powodując sobie nawzajem żadnych uszkodzeń. Potrzebował czegoś jeszcze, ale nie był w stanie wyliczyć żadnego konkretnego rozwiązania.

Wszedł do pokoju i otworzył kufer, jednocześnie ignorując Nagini i jej nalegania, aby się nią zająć. Dzięki swojej wrażliwości na magię już od progu wiedział, że wynalazek się nie powiódł, nie musiał go nawet widzieć. Był śliski, ciemny i niebywale zły. Dokładnie taki, jaki powinien być horkruks, ale to nie wystarczyło. To musiało być bardziej intensywne i odrobinę kuszące, aby przyciągnąć do siebie swoją ofiarę. Emocje Jasnego czarodzieja, który będzie go szukać, powinny zostać przez niego pobudzone. Intensywna Czarna Magia powinna sprawiać, że będzie czuł się w jej towarzystwie niezręcznie.

Tylko jak? Co za zaklęcie, bądź urok, mógł stworzyć taką intensywność? Co mogło sprawić, że wszystkie Ciemne zaklęcia scalą się w jedno i stworzą fałszywego horkruksa?

Izar chwycił klatkę ze szczurem i podniósł ją bliżej twarzy, aby się jej przyjrzeć. Magia wirowała wokół zwierzęcia, otulając go cieniami. Wyraźnie widział, jak Ciemne zaklęcia walczą w nim ze sobą i zastanawiał się, co mogłoby sprawić, że przestaną skakać sobie do gardła i powodować nieszczęścia.

Jasne zaklęcia nie zadziałają. Na tak małej przestrzeni zostałyby bez problemu pokonane przez silną Czarną Magię.

Chyba że, oczywiście, byłoby to potężne Jasne zaklęcie bądź ofiara. Jak dusza. Bądź miłość. Lub…

Lub siła życiowa.

Izar skrzyżował nogi, czując, jak ogarnia go pobudzenie. Wlanie w wynalazek swojej siły życiowej mogłoby zadziałać. I nie musiałby nawet oddawać jej całej. Jedynie małą część energii, która z czasem uzupełni się, jeśli tylko będzie się dobrze odżywiał i spał. Gdyby był człowiekiem, stworzenie siedmiu horkruksów najprawdopodobniej by go zabiło, jeśli do każdego z nich wlałby trochę swojej energii. Biorąc jednak pod uwagę, że był na wieczność martwy, to tylko go osłabi… i być może sprawi, że przez kilka godzin, może dni, będzie wykończony.

Istniały zaklęcia, które czarodziej mógł rzucić na ofiarę znajdującą się na skraju śmierci. Czary, które przenosiły czyjeś życie – lub raczej energię – do umierającej, kochanej osoby. Dzięki temu pozostawała żywa wystarczająco długo, by mogła uzyskać pomoc uzdrowiciela.

Było to, jak na jego gust, nieco zbyt Jasne zaklęcie, jednak konieczne, jeśli chciał zakończyć konstrukcję fałszywego horkruksa.

Odstawił szczura, nagle znacznie pewniejszy i chętny do działania.

- Och, Nagini, moja droga – syknął z rozkoszą. – Chodź do mnie.


- Czuję się dziwnie… to takie uczucie mrowienia. Łuski mi nie odpadły, prawda?

Izar przewrócił się na drugi bok, gdy irytujące syczenie rozbrzmiało tuż obok jego ucha, wyrywając go ze snu.

- Obudź się, ty głupi człowieku. Coś ty mi tym razem zrobił? Patrzyłam się na tego wspaniałego szczura godzinami, czekając cierpliwie na swój posiłek, a kiedy przyszedłeś, padłeś tu bezużytecznie. Natychmiast wyciągnij go z tej klatki i…

- Bądź cicho! – syknął gniewnie Izar. Jego brwi zmarszczyły się, gdy powoli zamrugał i otworzył oczy. Szybko rozejrzał się po otoczeniu, po czym ponownie przymknął powieki, przypominając sobie, dlaczego tak konieczne jest oddanie części swojej siły życiowej. W tym momencie trudno mu było przywołać jakiś szczególnie ważny powód, dla którego było to tak strasznie ważne. Czuł się gównianie.

- Dobrze, w końcu się obudziłeś. – Jej głos uciszył się trochę z niepokoju i rozwidlony język połaskotał skórę powyżej jego brwi.

Izar westchnął, pozwalając temu głupiemu wężowi się pocieszać, podczas gdy przypominał sobie wydarzenia, które doprowadziły go do utraty świadomości. Nagini przeżyła połączenie z wieloma Ciemnymi zaklęciami, skarżąc się jedynie, że targają nią mdłości. Jeśli węże mogły w ogóle mieć mdłości, od tego trzeba zacząć. Następnie Izar kontynuował rytuał i wyciągnął z siebie odrobinę swojej siły życiowej, a następnie włożył ją w Nagini. Nie miał nawet okazji zobaczyć rezultatów, nim niezwłocznie stracił przytomność.

Teraz, gdy leżał na podłodze i się koncentrował, był w stanie wyczuć Nagini jak latarnię morską. Jego wrażliwość na magię tylko jeszcze bardziej pomagała mu spostrzec zaklęcia i przytłaczającą ciemność, jednak nawet gdyby jej nie posiadał, rezultat byłby taki sam – tylko bardziej wyciszony. Była doskonała. I Jasna Strona bez wątpienia pomyli ją z prawdziwym horkruksem. Izar natomiast upewnił się, by umieścić w niej klątwę samopoświęcenia. Dzięki temu, gdy tylko ktoś spróbuje ją zabić, sam również zostanie zniszczony.

Jego żołądek ścisnęło zadowolenie z siebie, ale niestety nie miał siły czuć niczego więcej, tak bardzo był wykończony.

Zrzędząc, odepchnął Nagini od swojej twarzy. Wciąż zaspanymi oczami przyjrzał się otoczeniu, nim jego uwaga skupiła się na ciemniejącym niebie.

W jego głowie natychmiast rozbrzmiał alarm. Wgramolił się na nogi, ale musiał przytrzymać się ściany, kiedy świat zaczął wirować mu przed oczami. Przecierając twarz, próbował uspokoić targające nim mdłości, czując, że coś ohydnego podchodzi mu do gardła. Nieśmiertelni nie wymiotowali, prawda?

Było późne popołudnie, co znaczyło, że był już spóźniony na zgromadzenie z okazji przesilenia zimowego u Malfoyów. Teraz, kiedy udało mu się już trochę otrząsnąć, poczuł nawet stałe pieczenie swojego Mrocznego Znaku, choć nie było to zacięte czy jakoś specjalnie bolesne. Zupełnie jakby jego spóźnienie sprawiało Czarnemu Panu kłopot. Nie był on jeszcze wściekły, ale powoli zaczynał ku temu właśnie zmierzać. W pewnej małej części Izara zrodziła się chęć przybycia do rezydencji Malfoyów jutro, aby zagrać Voldemortowi na nerwach.

Ignorując niezadowolone syki Nagini, kiedy szturchnął ją czubkiem buta, Izar skierował się do swojego kufra. Musiał przygotować się na zgromadzenie. Na pewno nie mógł udać się na nie w zakurzonych i pobrudzonych szatach.

Po czasie, jaki wydawał się długą, wlekącą się w nieskończoność godziną, Izar zmagał się z opuszczeniem prysznica i ubraniem się. Stanął przed wysokim lustrem, próbując wygładzić swój płaszcz. Specjalnie wybrał na ten wieczór te właśnie szaty. Nie tylko musiał czuć się pewnie, gdy stawi czoła szczegółowo analizującym go śmierciozercom, ale również przedstawi Voldemortowi Nagini. Wybór ubrań był małostkowym zmartwieniem, jednak musiał przyznać, że czarne szaty z wysokim kołnierzem, ozdobione czerwonymi akcentami z pewnością wyglądały… twarzowo. Znacznie lepiej niż białe płaszcze, do których noszenia nieustannie zmuszał go Voldemort.

Przesunął dłonią po swoich ciemnych włosach i uśmiechnął się, gdy wolnym krokiem wrócił do kufra.

- Musisz wejść z powrotem do swojej klatki – syknął do Nagini, szukając świstoklika, który posłał mu Malfoy.

- Nie ma mowy – odparł urażony wąż. – Nie zwracałeś na mnie uwagi przez całe dnie, a teraz oczekujesz, że wcisnę się do ciasnej klatki?

Jej wyniosłość robiła się śmieszna. Biorąc pod uwagę jego wyczerpanie, nie wiedział, jak długo jeszcze będzie w stanie z nią wytrzymać, zanim pęknie.

- Spotkasz się dzisiaj ze swoim Mistrzem. Nie chcę, by ktokolwiek inny cię zobaczył. - Wyciągnął srebrny łańcuszek z górnej części kufra i krytycznie się mu przyjrzał, gdy tylko spostrzegł połyskujące wokół niego spokojnie fale magii. Taka droga rzecz, zamieniona w zwykły świstoklik.

Choć niczego innego się po Malfoyach nie spodziewał.

Nagini syknęła zrzędliwie, przesuwając powoli swoje długie ciało do jego kufra.

- Mam nadzieję, że będzie znacznie lepszym opiekunem niż ty – zażartowała.

Izar mruknął z roztargnieniem, zatrzaskując kufer, gdy tylko do niego weszła.

- Nie martw się – mruknął. – Doskonale do siebie pasujecie. – Albo osobowości Czarnego Pana i Nagini się ze sobą zderzą, albo Czarny Pan najzwyczajniej w świecie rozpieści tego irytującego węża, bo są do siebie tacy podobni. Chociaż, jak tak teraz o tym myślał, był pewien, że Czarny Pan z miejsca zacznie ją, jak wszystkich innych, oswajać i ostatecznie sprawi, że Nagini zmieni się w uległą breję mięsa.

Rozejrzał się po ciemnym i pustym pokoju, myśląc o ostatnim przesileniu zimowym, na którym towarzyszył mu Regulus. W tym roku będzie na nim sam, zdany tylko na siebie. Miał szczerą nadzieję, że wyczerpanie energii życiowej nie sprawi, iż nie będzie mógł dotrzymać kroku wszelkim groźbom czy złośliwym komentarzom.

Biorąc głęboki oddech, chwycił jedną dłonią rączkę kufra, a drugą swoją różdżkę i świstoklik. Stuknął w niego i rezydencja Blacków pozostała daleko w tyle, kiedy zaczął podróżować przez czas i przestrzeń.

Siła, z jaką wylądował na podłodze sprawiła, że kolana się pod nim ugięły, jednak poza tym pozostał wyprostowany i dumny. Powoli pozwolił swoim zmysłom skupić się na pomieszczeniu, zanim w końcu otworzył oczy.

W rogu słyszał tykanie odliczającego sekundy zegara szafkowego. Jego uwagę zwróciło ciepło kominka stojącego po jego prawej, tak samo jak bijące niedaleko serce, które po jego przyjeździe przyśpieszyło i stało się bardziej podekscytowane. Mężczyzna, do którego należało, pozostał jednak cichy i nieruchomy.

- Lucjuszu – przywitał się szeptem Izar, otwierając oczy i natychmiast dostrzegając siedzącą dostojnie w fotelu głowę rodu Malfoyów.

Byli sami w salonie udekorowanym grubym perskim dywanem i z barkiem stojącym po przeciwległej stronie pod zdobionym złotą ramą lustrem. Jego kufer zniknął, gdy tylko położył go na ziemię, najpewniej pojawiając się w wyznaczonym mu pokoju. Izar nie zawracał sobie tym zbytnio głowy. Bariery, jakimi go otoczył, zrobią paskudną niespodziankę każdemu, kto będzie na tyle głupi, aby próbować go ruszyć.

Schował różdżkę, uważnie obserwowany przez zadowolonego z siebie Lucjusza, po czym powoli podszedł do barku. Przyjrzał się różnym alkoholom, udając zainteresowanie, choć tak naprawdę nie miał najmniejszego zamiaru czegokolwiek stąd wypić.

- Czy powinienem… - urwał i odłożył szczypce do lodu z powrotem do schłodzonej miski, nim kontynuował: - Czy powinienem czuć się zaszczycony, że zaniedbujesz swoich innych gości tylko po to, by czekać na moje nie do końca pewne przybycie? – zapytał zuchwale.

- Wiedziałem, że przybędziesz – odparł z przyjemnością Lucjusz. – A Czarny Pan jest nieświadomy twojego przybycia. Myślę, że będzie to dla niego miła niespodzianka.

- Czarny Pan nigdy nie jest nieświadomy, Lucjuszu – skarcił go lekko Izar. – Tak samo jak nie cieszy się z niespodzianek w taki sam sposób jak ty czy ja. – Młodzieniec odwrócił się w końcu od kostek lodu, które przypominały bardziej diamenciki, aniżeli matową, zamrożoną wodę.

Splendor i blichtr rezydencji Malfoyów przynosiły Izarowi spokój. Był wśród ludzi, którzy przekładali urodę oraz powodzenie ponad manipulację i zdradę. Gdy był tutaj, nie mógł pozwolić sobie na emocjonalne zdenerwowanie, jeśli ktoś postanowił wycofać się z wojny. Ponieważ mimo iż pragnął, aby Regulus pozostał szczęśliwy, jego ojciec kładł na jego barki ogromny ciężar. Jeśli Czarny Pan dowie się o tym, że odmówił choćby popierania Ciemnej Strony, Izar będę musiał interweniować, zanim Voldemort w jakikolwiek sposób go skrzywdzi. Regulus już raz Czarnego Pana zdradził. Gdy jego ojciec oświadczył, że pozostanie neutralny, już lepiej by było, aby sobie to darował i trzymał swoją pieprzoną gębę na kłódkę.

Szczególnie Lucjusz był dla niego wytchnieniem. Malfoy był kimś, kogo towarzystwo sprawiało Izarowi przyjemność. Jego osobowość była niczym cholerne złoto.

- Myślę, że masz rację – odparł blondyn. – Choć każdy z nas będzie w obecności Czarnego Pana nieco bardziej spokojny, kiedy się w końcu pojawisz.

Izar uniósł brwi.

- Co to niby znaczy?

Usta Lucjusza wykrzywił okrutny i rozbawiony uśmieszek.

- Ostatnie pięć tygodni twojej nieobecności były dla śmierciożerców absolutnie wyczerpujące. Być może i lubią mówić coś innego, ale równie dobrze jak ja wiedzą, że Czarny Pan był znacznie bardziej skory do zadawania kar. Na początku nie potrafiłem określić źródła problemu, jednak w końcu odnalazłem wspólny mianownik. To ty i twoja nieobecność sprawiły, że Czarny Pan niemal postradał zmysły.

Mężczyzna wręcz jednoznacznie sugerował tymi słowami jego relację z Voldemortem. I choć niewątpliwie miał w swoich podejrzeniach rację, beznamiętna maska na twarzy Izara ani na chwilę się nie zachwiała.

- To ciekawe, że myślisz, iż Czarny Pan postradał zmysły, Lucjuszu. Czyż nie sądzisz, że nasz Pan jak najbardziej ma prawo karać popleczników, którzy popełnili jakiś błąd? – odparował.

Mężczyzna uśmiechnął się tylko lekko w odpowiedzi. Wyglądał dziś jeszcze dostojniej niż zazwyczaj, ubrany w czarny garnitur z pasującym do niego satynowym płaszczem zarzuconym na ramiona. Jego długie blond włosy zostały zagarnięte do tyłu w związany na karku, schludny kucyk, podkreślając jego chłodne rysy twarzy. Zimne, szare oczy mogły zwieść wiele osób, jednak Izar z łatwością dostrzegał w nich ciepło.

- Prezentujesz się jak zwykle wspaniale. Gotowy do działania, inteligentny i niewiarygodnie oszałamiający – mruknął Lucjusz, gdy sam również przesunął wzrokiem po jego ciele, nim spojrzał w jego twarz. – Jednak twoje oczy mówią co innego.

Izar wzruszył lekko i elegancko ramionami.

- Spanie, gdy ucieka się przed aurorami, nie jest najprostsze, Lucjuszu.

Mężczyzna wstał z fotela i powoli do niego podszedł.

- Chodź. Zaprowadzę cię na tyły domu.

Izar pozwolił, by spoczywająca na jego ramieniu dłoń poprowadziła go w kierunku podwórka, które zajmowali śmierciożercy.

- Podnieś mnie na duchu – zaczął, gdy przemierzyli szeregi korytarzy i zbliżyli się do znajomych drzwi, które pamiętał z zeszłego roku. Jeszcze kilka kroków i będą na zewnątrz. – Śmierciożercy wciąż pragną mojej śmierci, tak?

Lucjusz posłał mu szybkie spojrzenie.

- Sądzili, że zdradziłeś Czarnego Pana. Zupełnie jak twój ojciec. Ponownie. – Na wspomnienie Regulusa twarz Lucjusza pociemniała. – Nie wszyscy śmierciożercy mogą poszczycić się moją inteligencją. Większość uważa, że twoja wierność jest niezachwiana. Inni natomiast pozwalają, by kierowała nimi zazdrość. Wsadziliby ci nóż w plecy, gdybyś tylko pozwolił sobie na chwilę słabości.

- I dobrze – odparł wesoło Izar. – Przynajmniej nic się nie zmieniło.

Blondyn uniósł z rozbawieniem brew, nim w końcu puścił jego ramię i kiwnął w stronę śmierciożercy trzeciej rangi, który pilnował drzwi. Ten pochylił głowę w chłodnym powitaniu i odsunął się, aby pozwolić mu wejść. Malfoy przeszedł przez drzwi pierwszy, po czym przytrzymał je otwarte dla Izara. Młodzieniec nawet się nie zawahał, tylko przekroczył próg, z radością wracając tam, gdzie było jego miejsce.

Tegorocznym tematem przewodnim bez dwóch zdań był ogień, woda i lód. Po rozległej altanie porozstawiane były małe fontanny i strumyczki, nad których wodą tańczyły niebiesko-czerwone płomienie, mieszając się ze sobą i tworząc egzotyczny fiolet. Centralnymi elementami pooddzielanych stołów były lodowe rzeźby, u których podstaw mieniły się różnokolorowe kamienie szlachetne. Na stołach podane już były drogie potrawy, których ciepło i soczysty aromat unosił się po podgrzewanym podwórku. Małe, przypominające lód naczynia zostały stylowo wyrzeźbione i przywieszone w pobliżu sklepienia namiotu, a wewnątrz nich tliły się niewielkie płomyki, które oferowały gościom słabe oświetlenie.

Podobnie jak w zeszłym roku, trzy poziomy, na jakie podzielone zostało podwórko, odzwierciedlały hierarchię śmierciożerców. Na najwyższym z nich, składającym się z ciemnych stołów i krzeseł, znajdował się Czarny Pan ze swoim ekskluzywnym Wewnętrznym Kręgiem. Obszar, w którym Izar obecnie stał, zarezerwowany był dla śmierciożerców drugiej rangi i nieco dalej znajdowały się trzy stopnie, które prowadziły do popleczników znajdujących się w szeregach najniżej.

- Jak zwykle śmiesznie imponujące – mruknął cicho do Lucjusza.

Blondyn skinął głową.

- Z pewnością przekażę Narcyzie twój komplement.

- Izarze!

Młodzieniec odwrócił się w samą porę, aby chwycić w ramiona i niechętnie utrzymać w pozycji pionowej zarówno siebie, jak i Daphne. Zesztywniał, gdy jej drobne ramiona owinęły się wokół jego torsu. Na szczęście dość szybko go puściła, nie chcąc zwracać na nich jeszcze większej uwagi. Spojrzała na Izara, a jej wymalowane usta ułożyły się w miękki uśmiech.

- Tak bardzo za tobą tęskniłam – wyszeptała na tyle cicho, by tylko on mógł to usłyszeć.

Daphne nie pojawiała się zbyt często w jego myślach przez ostatnie kilka tygodni. Tak naprawdę zeszłym razem, gdy jego uwaga skupiona była tylko i wyłącznie na niej, znajdowali się na balu w Ministerstwie, zanim jeszcze Rufus Scrimgeour został wybrany na Ministra. Jej widok okazał się jednak dla niego nieoczekiwanie przyjemny. Jeszcze rok temu w życiu by nie przypuszczał, że będzie czerpał przyjemność z obecności swoich znajomych ze szkoły.

- Doskonale wiesz, że mi również ciebie brakowało – zapewnił ją, umieszczając dłonie na jej szczupłych ramionach. Poczuł na swoim karku oddech Lucjusza i natychmiast zwrócił uwagę na to, jak ten nad nim wisiał. To było wkurzające.

Uśmiech Daphne przyciemnił się, gdy i ona spostrzegła stojącego przy nich uparcie Lucjusza.

- Czy Izar jest oczekiwany gdzieś indziej? – Wyciągnęła rękę, by przygładzić szaty młodzieńca, zanim wskazała w kierunku poziomu zarezerwowanego dla śmierciożerców trzeciej rangi. – Bo wielu z nas chciałoby z nim porozmawiać. – Posłała Lucjuszowi czarujący uśmiech. Izar wiedział, że był on również przebiegły. – Chyba nie pozbawisz Draco szansy spotkania się z Izarem, czyż nie?

Lucjusz położył dłoń na ramieniu Blacka, szarpiąc go z dala od uścisku Daphne. Izar skrzywił się, niezbyt zadowolony ze znalezienia się w takiej sytuacji. Zwłaszcza gdy stali w centrum zainteresowanych spojrzeń śmierciożerców. Dlatego też nie ukazał na swojej twarzy żadnych emocji i jedynie zaciśnięcie ust wskazywało na to, że nie podobało mu się, iż sprzeczali się o niego, jakby go tu nie było.

- Obawiam się, że Czarny Pan zażądał już o jego obecności, panno Greengrass – odparł gładko Lucjusz. Na wspomnienie Voldemorta dziewczyna niechętnie puściła szaty Izara. – Jestem pewien, że wraz z moim synem będziesz miała później aż zanadto czasu, by z nim porozmawiać.

Izar wyczuwał na sobie różne spojrzenia. Jednak tylko jedna para oczu sprawiała, że miał ciarki. Jego żołądek zacisnął się gorąco, gdy pomyślał o tym, iż znów jest tak blisko Czarnego Pana. Miał on swój arogancki i bezwarunkowy urok. Izar musiał niechętnie przyznać, że brakowało mu jego przytłaczającej obecności i wyzwań, chociaż nigdy w życiu by tego na głos nie powiedział. Potrzebował kogoś, z kim rozmowy znów będą dla niego wyzwaniem. A tylko Voldemort potrafił temu sprostać.

- Obiecujesz? – Daphne pochyliła się ku niemu, całkowicie ignorując Lucjusza.

Wyplątał się z uścisku ich obu.

- Masz moje słowo – odpowiedział, uspokajając ją. Spróbowała się uśmiechnąć, ale w jej oczach pojawiło się coś głębszego niż urażenie odmową zamienienia kilku słów. Przyglądał się jej przez chwilę, ale zanim mógłby dojść do jakichkolwiek wniosków, Lucjusz minął go, wskazując, aby za nim podążył.

Spacer w kierunku wzniesienia dla Wewnętrznego Kręgu był znacznie prostszy niż ten rok temu. Miał teraz więcej pewności siebie, był bardziej świadomy swoich umiejętności i zdolności, by się bronić. Pomimo okoliczności związanych z wynalazkiem Connera Orana, nie był zbyt zaniepokojony osądem śmierciożerców.

Kiedy podszedł do stołu, został zmuszony w końcu podnieść wzrok i z łatwością napotkał szkarłatne oczy o zniekształconych źrenicach. Reakcja na ponowne spotkanie z Voldemortem była zauważalna i dość… niepokojąca, jeśli ktoś pytałby go o zdanie. Szybko odwrócił od niego spojrzenie, ale wcześniej zdążył zauważyć na wargach mężczyzny zadowolony uśmieszek. Och, Voldemort nie miał pojęcia, że Izar doskonale widzi jego magię, która odzwierciedlała podekscytowanie i podniecenie, jakie sam czuł. Pomiędzy nimi pojawiło się napięcie, równie ciężkie i duszące, co wcześniej.

- Słodziutki Izarze – przywitała go śpiewnym tonem Ballatriks. Swoimi długimi, podobnymi do szponów paznokciami poklepała puste krzesło obok siebie. – W końcu zaszczyciłeś nas swoją obecnością. Bałam się już, że jesteś przytrzymywany przez Ministerstwo… lub swojego ojca.

Izar posłał jej lekki uśmieszek, po czym zajął miejsce.

- I miałbym przepuścić okazję, by znowu zobaczyć te wszystkie przystojnie szczerzące się twarze? – Spojrzał wymownie na siedzącą przy stole grupę nachmurzonych i krzywiących się śmierciożerców. – Nigdy.

Pozwolił, by jego uwaga skupiła się na siedzącym naprzeciwko Czarnym Panu. Mężczyzna wyglądał na rozluźnionego, gdy całkowicie opierał się o swoje krzesło, ostrym i krytycznym okiem obserwując rozwój wydarzeń. Jego uwaga skupiona była jednak przede wszystkim na Izarze. I im dłużej się mu przyglądał, tym bardziej w jego oczach pojawiał się podejrzany i niebezpieczny błysk. Co takiego widział? Lub co myślał? Izar zmarszczył na niego brwi, zastanawiając się, co tym razem wiedział wszystkowiedzący Czarny Pan.

Black ukrywał przed nim kilka rzeczy. Fakt, że Regulus mógł wiedzieć o tym, iż jest magicznym stworzeniem. Lily i jej tajemnice. Chwiejące się wsparcie Regulusa i horkruksy, które stworzył, poświęcając swoją energię życiową. Dziedzic Blacków nie wiedział, co Voldemort powiedziałby, gdyby dowiedział się o tym ostatnim. Albo uzna to za coś niezbędnego do zniszczenia kilku członków Jasnej Strony, albo za żałosne, skoro Izar się przez to w taki sposób osłabiał.

I pomimo że Izar miał kilka rzeczy, o których wolałby, aby Voldemort nie wiedział, również Czarny Pan miał mu wiele do wytłumaczenia. Na przykład mentalny atak na Aidena oraz to, że nie zawiesił jego działalności w szeregach śmierciożerców tylko po to, by pozbierał się po ataku Regulusa, ale również dlatego, że przy pomocy Rufusa chciał sprawić jego lojalność. A to było dla niego obraźliwe. Czyż nie poświęcił już Voldemortowi wszystkiego, co miał?

Izar pozwolił, by bunt pojawił się w jego oczach, gdy odwzajemnił spojrzenie Voldemorta.

- Mój Panie – przywitał się, niechętnie opuszczając służalczo wzrok na rzecz otaczających go śmierciożerców. Siedzący po prawej stronie Voldemorta Lucjusz wydawał się niemal trząść z promieniującego od niego podekscytowania.

- Izarze – wyszeptał jedwabiście w odpowiedzi Voldemort. Jego długie palce zastukały w kielich, który trzymał w ręku. – Dobrze widzieć, że powróciłeś do moich szeregów właściwie nienaruszony.

Izar prychnął.

- To była długa, ale produktywna nieobecność. – Za pomocą oczu spróbował poinformować Voldemorta, że cieszył się swoim czasem spędzonym z dala od śmierciożerców i że w żaden sposób on na niego nie wpłynął. Na ustach Czarnego Pana pojawił się cień uśmiechu, który zapewnił go, że mężczyzna ani trochę mu nie wierzy.

- Bardzo produktywna – powtórzył wyniośle jego słowa Evelyn Mulciber. Był jednym z trzech członków Wewnętrznego Kręgu, którzy uczęszczali do szkoły z Tomem Riddle'em. Dwoma pozostałymi byli Ayers Rosier oraz Cene Lestrange. I chociaż zarówno Lestrange, jak i Rosier mieli swoje dzieci w Wewnętrznym Kręgu, syn Mulcibera miał najniższą rangę. To też powodowało, że Evelyn był wobec wszystkich strasznie zgorzkniały. – Proszę bardzo, powiedz nam o tym, jak pracowałeś z Niewymownymi… i Potterami.

- Obawiam się, że szczegóły mojej pracy uszłyby twojej ograniczonej inteligencji – odparł gorzko Izar. Siedząca obok niego Bellatriks zachichotała pod nosem, przysuwając się odrobinę bliżej niego, jakby oferując wsparcie. Tylko że on go nie potrzebował.

Szczęka Evelyna zacisnęła się mocno, ale zanim miałby okazję odpowiedzieć, nad stołem pochylił się zwykle cichy Ayers Rosier. Światło wiszącej ponad jego głową świecy odbijało się od jego łysiny.

- Chciałbym dowiedzieć się czegoś o wynalazku, który stworzyli Niewymowni, jeśli jesteś w stanie coś powiedzieć. Pracowałeś jako szpieg, prawda? – To pytanie zadane zostało z czystej ciekawości, a nie szyderczo. Siedzący obok niego bracia Lestrange skinęli głową, a w oczach ich obu lśniło równe zainteresowanie.

Izar zauważył, że także inni członkowie Wewnętrznego Kręgu pod wpływem pytania Ayersa zwrócili na niego swoją uwagę. Wiedział, że to nieuniknione. Śmierciożercy pragnęli dowiedzieć się, co się stało tamtej nocy.

- Prowadziłem prace mające na celu jego sabotażowanie, owszem, jednak został ukończony za moimi plecami bez mojej wiedzy. – Przemilczał fakt, że to Rufus poinstruował Connera Orana, aby trzymał przed nim prawdziwe postępy nad wynalazkiem w tajemnicy. Wolałby, aby śmierciożercy pozostali nieświadomi jego udanego oszustwa. – Co do samego wynalazku – kontynuował – to nie mogę o nim wiele powiedzieć, jako że wiąże mnie umowa milczenia. Jestem jednak pewien, że ci, którzy znajdowali się w jego zasięgu wiedzą, do czego jest zdolny.

- Wydziera magię! – wykrzyknął głośno Barty Crouch Junior.

Izar poczuł za swoimi plecami nagłe zastygnięcie śmierciożerców drugiej rangi, którzy podsłuchiwali ich rozmowę. Młodzieniec sądził, że dyskutowali na ten temat już od jakiegoś czasu. Martwili się tym wynalazkiem, a do tego byli zdezorientowani i przerażeni. Większość z nich nie znała szczegółów tego, co się wydarzyło, jako że nie znajdowali się wtedy wewnątrz jego barier, jednak to nie powstrzymywało ich od obawiania się tego, do czego zdolni są Niewymowni oraz Ministerstwo.

- Przepraszam za ten wybuch, mój Panie – kontynuował ciszej Barty. Młody śmierciożerca pochylił się bliżej Voldemorta, a jego oczy zwęziły się z niepokoju i żądzy krwi. – Ale co powstrzymuje ich przed skonstruowaniem drugiego takiego urządzenia? Teraz, kiedy wszyscy wiedzą, iż Black jest jednym z nas, nie możemy mieć oka na ten Departament.

Voldemort machnął tylko na te słowa lekceważąco ręką. Nie wyglądał na zbyt zaniepokojonego. Ale, z drugiej strony, nic nigdy nie wydawało się go martwić.

- Jestem pewien, że pan Black ma to pod kontrolą. Mam rację, dziecko? Ciężko pracowałeś przez ostatnich kilka godzin. Byłeś bardzo zajęty.

Śmierciożercy znów skierowali swój wzrok na Izara, jedni z niedowierzaniem, inni z ciekawością. Młodzieniec posłał Voldemortowi miażdżące spojrzenie.

- Obaliłem Niewymownych, którzy przyłożyli rękę do budowy tego wynalazku. Mam w Departamencie także szpiegów, którym mogę ufać. Długo jeszcze nie stworzą ponownie takiego urządzenia.

- A co to niby za szpiedzy? – zapytał z nutą podejrzliwości Lucjusz.

Izar pokręcił głową, zastanawiając się, dlaczego w ogóle boryka się z tymi idiotami. Czuł ogarniające jego ciało zmęczenie i zdał sobie sprawę, że przybycie dzisiaj do rezydencji Malfoyów nie było najlepszą decyzją. Był zbyt słaby, zbyt wykończony, aby radzić sobie z tymi wszystkimi pytaniami. Kiedy obudził się po stworzeniu wewnątrz Nagini horkruksa, odczuwany przez niego entuzjazm przysłonił mu zdolność do logicznego myślenia. Nie mógł doczekać się bycia z powrotem wśród śmierciożerców… pogrywania sobie z nimi i obrażania ich. Oczywiste jednak było, że rozmawianie z nimi w takim stanie nie było zbyt mądre.

I pomyśleć, że będzie musiał radzić sobie jeszcze później z Voldemortem...

Nie było mowy, by udało mu się wymigać od rozmowy z Riddle'em. Po samym płonącym spojrzeniu, jakie otrzymywał, Izar wiedział, że wszelki opór pójdzie na marne.

Bellatriks roześmiała się bez tchu, przysuwając się do niego i owijając rękę wokół jego ramion. Kosmyki jej długich włosów musnęły jego policzek.

- Daj spokój, Lucjuszu. Izar z pewnością nie mówi o swojej szlamowatej suce, czyż nie, mój drogi?

- Potter – syknął z obrzydzeniem jeden z braci Lestrange.

- Tak, Lily Potter, kochanej i obcej matce Izara. Żonie osławionego aurora, Jamesa Pottera. – Evelyn Mulciber czuł najwyraźniej potrzebę doprecyzowania, uśmiechając się zarazem wyzywająco w kierunku Izara. – I najwyraźniej zaufanym szpiegu, który miałby ostrzec nas o tym, iż rozpoczęto budowę kolejnego urządzenia.

Izar podniósł szklankę wody, spoglądając w ten przejrzysty płyn, by uspokoić swój gwałtownie wzrastający, niestabilny temperament. Otaczający go świat zaczął wirować i robić się coraz bardziej niewyraźny. Nie pomagało również to, że jego palce się trzęsły, przez co woda wewnątrz kielicha uciekła poza jego krawędzie i poplamiła obrus.

- Mam wszystko pod kontrolą, Mulciber. Mam ją pod kontrolą.

- Lub raczej tak mówisz – mruknął w odpowiedzi mężczyzna. – Osobiście uważam, że twoja ślepa wiara w matkę jest dość… - Mężczyzna urwał, wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie. – Słodka.

Dziedzic Blacków zachichotał złowieszczo, odkładając puchar z wodą i odsuwając się poza zasięg rąk Bellatriks. Odpychając od siebie swoją słabnącą determinację, skupił się na byciu spokojnym i racjonalnym.

- To zabawne, że wierzysz, iż to moja matka jest informatorem, którego mam w Departamencie Tajemnic. Szkoda, że tak bardzo mija się to z prawdą. – Izar uniósł brwi, rzucając Mulciberowi wyzywające spojrzenie. – Naprawdę myślisz, że przejrzałeś mnie na wylot, co?

- Ty bezczelny bachorze…

- Chociaż twoje opanowanie w czasie rozmowy z szesnastolatkiem robi na mnie ogromne wrażenie, Mulciber, zaczyna mnie to nużyć – wtrącił się w końcu w rozmowę Czarny Pan, zanim Mulciber mógłby kontynuować swoją tyradę. Starszy śmierciożerca zaczerwienił się mocno, gdy jego towarzysze zaczęli chichotać z jego nieszczęścia. Jednak pomimo że Voldemort zwracał się do Mulcibera, jego oczy uważnie przyglądały się Izarowi. – Pozwól chłopaki mieć kilka tajemnic. Wierzę, że służy naszej sprawie najlepiej, jak potrafi. Być może powinieneś wziąć z niego przykład, Mulciberze. Kiedy ostatnio sam zrobiłeś coś wartościowego?

Był to jeden z nielicznych przypadków, gdy Voldemort stanął po stronie Izara na oczach śmierciożerców, a mówiąc dokładniej: Wewnętrznego Kręgu. I pomimo że posiadanie Czarnego Pana za swoimi plecami było ekscytujące, Izar uważał, że sam może walczyć w swoich bitwach. Dzisiaj, ze względu na swoje zmęczenie i chorobę, mógł potrzebować wsparcia, jednak samą sytuacją potrafił zająć się sam. Niemniej jednak zabawnie było patrzeć, jak Voldemort sprowadza kogoś do pionu, upokarzając go.

- Możesz odejść – oznajmił zza stołu Izarowi Voldemort ponad rechotem śmierciożerców. I mimo że słowa zostały sformułowane w taki a nie inny sposób, Izar wiedział, iż był to rozkaz. – Skończymy tę dyskusję na osobności.

Och, zobaczcie tylko, Voldemort robił sobie wymówkę, aby również móc wcześniej opuścić przyjęcie. Cudownie.

Izar zacisnął mocno usta i wstał z gracją z krzesła, a następnie skłonił się w pasie. Wiedział, że nie było to jego ostatnie spotkanie z Wewnętrznym Kręgiem w czasie uroczystości przesilenia zimowego. Voldemort najpewniej wyczuł jego niestabilność i z tego powodu zakończył rozmowę.

Po szybkim ukłonie, Izar obrócił się na pięcie i ruszył w dół po schodach, wymownie nie zwracając na uczniów Hogwartu najmniejszej uwagi. Będzie jeszcze wystarczająco wiele okazji, aby z nimi porozmawiać. Miał też nadzieję, że Daphne będzie w stanie odczytać mowę jego ciała wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, by za nim nie podążać. Zresztą, wkrótce ruszy za nim również Czarny Pan, co z pewnością zwiększy jej niechęć do pobiegnięcia za nim.

Gdy tylko wszedł do dworku Malfoyów, zaczął błądzić wieloma korytarzami, nim w końcu znalazł się z daleka od wścibskich oczu innych ludzi. Otulony cieniami, Izar oparł plecy o ścianę i zamknął oczy. Pozwolił sobie na kilka chwil słabości. Jeśli miał stawić czoła Voldemortowi, będzie potrzebował tak wielu skradzionych chwil spokoju, jak tylko będzie w stanie odnaleźć. Musiał być w czasie tej rozmowy jak najbardziej skupiony i spostrzegawczy.

Pomimo ogarniających go mdłości i zmęczenia, bycie tutaj wpłynęło dobrze na jego samopoczucie. To tutaj było jego miejsce i cieszył się każdą spędzoną tu chwilą. Zaczarowane na grafitowo-zielono oczy otworzyły się gwałtownie, gdy wyczuł zmianę w atmosferze. Voldemort wszedł do rezydencji. Odepchnąwszy się od ściany, Izar wyprostował ramiona i powoli ruszył korytarzem. Kiedy silna aura wzmocniła się, przyłapał się na tym, że nie może się doczekać, aż ją spotka. Był w stanie niemal namacalnie wyczuć bliskość i magię Czarnego Pana. I nagle poczuł powolnie pieszczące jego krzyż palce, zanim Voldemort nagle go minął.

Gdyby nie miał wyostrzonego wzroku, Czarny Pan byłby tylko ciemniejszym fragmentem i tak już pogrążonego w mroku korytarza. Izar przyglądał się przez chwilę wysokiej postaci, zanim podążył za nim w równie szybkim tempie.

Mężczyzna prowadził go po korytarzach rezydencji Malfoyów, najwyraźniej zmierzając do swoich własnych komnat. A, znając Lucjusza, Czarnemu Panu zarezerwowane zostało zapewnie całe skrzydło.

Zawahał się, gdy Voldemort skręcił nagle w połowie korytarza i zniknął wewnątrz pokoju. Drzwi pozostały otwarte, zachęcając go, by zrobił to samo.

Powolny i spokojny uśmieszek wykrzywił usta Izara, gdy pewnie wszedł do pomieszczenia.

Drzwi zatrzasnęły się za jego plecami.