Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.
Rozdział 53
Draco i Sasha w ciele Bellatrix zdążali w stronę Wielkiej Sali. Młody czarodziej był prawie pewien, że właśnie tam znajdzie profesor Potter. Dziwił się jedynie, że nie wpadli na żadnego błąkającego się ucznia. Jednak gdy dotarli do schodów, ich szczęście się wyczerpało. Drogę, jeszcze chwilę wcześniej pustą, zastąpiła im wściekła Nimfadora Lupin. Gdy tylko Draco i Sasha zeszli z ostatniego schodka, w rękach Tonks pojawiła się różdżka, a dzieliło ich tylko kilkadziesiąt metrów.
- Widzę, że dokonałeś wyboru, Draco. Wspieranie znanego Śmierciożercy zapewni ci szybka drogę do Azkabanu. Mam trochę osobistych spraw z ciotunią Bellą do załatwienia, więc dla dobra Cissy dam wam pięć minut przewagi. Proponuję, żebyś stąd spadał póki możesz – ostrzegła Tonks śmiertelnie poważnym tonem. Ku jej zdumieniu Draco zasłonił własnym ciałem osobę, którą uważała za swoją szalona ciotkę.
- Nie pozwolę ci jej zabić. Ona tylko wygląda jak ciotka Bella – próbował tłumaczyć Draco, ale jego kuzynka nie zamierzała tego słuchać.
- Gówno prawda! Nie wciskaj mi tu kitu! Mapa nigdy nie kłamie! To jest Bellatrix Lestange! – warknęła Tonks. Przybyła do Hogwartu, żeby porozmawiać z Jamesem, ale teraz miała w swoich rękach sukę, która to wszystko zaczęła. Dzięki Merlinowi, że poszła najpierw do Gniazda, inaczej przegapiłaby tę dwójkę, która pojawiła się w biurze Snape'a.
- To skomplikowane, musisz mi uwierzyć! – błagał Draco, ale musiał umilknąć, by odbić ogłuszacz wystrzelony przez nacierającą auror. Tonks ruszyła powolnym, ale równym krokiem, spodziewając się, że jej ciotka otworzy do niej ogień. Kobieta stała jednak w miejscu, obracając w rękach coś, co wyglądało na bicz. Wydawało się, że ma mieszane uczucia co do dołączenia do walki.
Tonks nie zamierzała pozwolić, żeby szansa wymknęła jej się z rąk. Ruszyła ku nim biegiem, odpalając coraz bardziej zabójczy potok klątw. Draco znów musiał przejść do defensywy i jedynie blokował nadlatujące czary. Znów poczuł, że jest w tarapatach. Zaryzykował i pokrył posadzkę między nimi olejem. Miał nadzieję, że zatrzyma to atak auror i pozwoli im znaleźć inną drogę do Wielkiej Sali. Jednak za ryzyko przyszło mu zapłacić. Dostał ogłuszaczem w pierś i z hukiem uderzył w ścianę wznoszącą się za jego plecami.
Tonks wyskoczyła w powietrze i odbiła się od pobliskiej ściany. W szczytowym momencie lotu wystrzeliła sieć z różdżki. Sieć przykleiła się do sufitu korytarza. Użyła jej, by przemieścić się do wnęki okiennej po drugiej stronie przejścia. Stamtąd wybiła się ponownie i znów użyła zaklęcia sieci, żeby przenieść się na drugą stronę, nieco bliżej swojego celu. Zatrzymała się mniej więcej w pół drogi.
Sasha widziała szaleństwo w oczach Tonks. Widziała ten wyraz twarzy u niejednej czarownicy i czarodzieja. Niestety zawsze kończyło się to nieszczęściem tego, kogo ogarniało szaleństwo, osób w jej pobliżu lub ich wszystkich. Tonks nie kupowała wyjaśnień Draco. Prawdę mówiąc Sashy też było ciężko w to uwierzyć, a w końcu ona to przeżywała. Pomyślała o rozkazie, by dopaść Bellatrix żywą lub martwą i zaczął działać jej instynkt przetrwania. W desperacji machnęła biczem ze swojego ogona ku pobliskiemu stojakowi na świece. Tak jak planowała, stojak wywrócił się, a kilka świec wylądowało na oleju, którym Draco spryskał podłogę.
Olej stanął w płomieniach i wkrótce Tonks otoczył szalejący ogień. Udało jej się dotrzeć do wnęki okiennej. Zaklęciem zamrażającym zmieniła palącą ognistą nawałnicę w ciepła bryzę. Następnie przywołała szkolną miotłę, co pozwoliło jej ominąć płonącą ciecz na podłodze.
Sasha wiedziała, że kończy im się czas, więc podbiegła do Draco i potrząsnęła nim, żeby odzyskał przytomność. Jęknął cicho, a Sasha z ulgą wypuściła powietrze, choć wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymuje oddech. Niestety nie mieli czasu, by mógł spokojnie dojść do siebie. Zamiast tego sukub uderzyła go mocno otwartą dłonią w policzek. Gwałtownie otworzył oczy i przez kilka chwil ogniskował wzrok.
- Jasna cholera, kobieto! Nawet na chwilę nie można cię samej zostawić! – wrzasnął na nią, gdy pomagała mu stanąć na nogi.
- Jest inna droga do Wielkiej Sali? – spytała Sasha, szaleńczo rozglądając się za drogą ucieczki.
- Dziedziniec, ale tam będziemy odsłonięci.
- Ona jest szalona, wolę być odsłonięta niż martwa.
– Dorwę was oboje! – ryknął Tonks z wnęki okiennej, a jej oczy i włosy przybrały odcień krwistej czerwieni.
- Dzięki za potwierdzenie moich słów! – odkrzyknęła jej Sasha.
- Ruchy – Draco skierował ją w stronę najbliższego okna. Świetnie, będą musieli skakać. – Pójdę pierwszy, a potem cię wylewituję – poinstruował.
Sasha skinęła głową. Kątem oka dojrzała zbliżająca się rozmazaną postać i odskoczyła w chwili, gdy przemknęła między nimi Tonks na miotle. Jej szybka reakcja pozwoliła jej uniknąć obrażeń, ale Draco otrzymał kopniaka i wypadł za okno. Sasha nie miała czasu na sprawdzenie, czy wszystko z nim w porządku, bo Tonks zeskoczyła z miotły i dobrze wymierzonym kopniakiem podcięła jej nogi. Oszalała auror mocno przycisnęła kolanami ramiona Sashy do ziemi. Potem całym ciężarem ciała usiadła na piersi sukkub, która nagle straciła dech w piersi. Potem wcisnęła różdżkę pod podbródek kobiety, którą uważała za ciotkę Bellę.
- Powiedz jakim diabelnym sposobem przywróciłaś Jamesa do życia, to może pozwolę ci żyć! – warknęła Tonks. Sasha zrobiła wielkie oczy. Dopiero teraz zrozumiała, że Śmierciożercom naprawdę się udało. Sprowadzili Jamesa z powrotem i oczywiście musiała to zrobić ta wariatka, która ukradła jej ciało. Działała tu jakaś większa moc, czy jak?
- Niee… …iem – zachrypiała szczere Sasha. Tonks z całej siły uderzyła ją w twarz, a potem wcisnęła różdżkę między żebra. Sasha poczuła jak piecze ją skóra i pojawiły się na niej bąble po oparzeniach. Po dwudziestu sekundach różdżka wróciła do szyi Sashy.
- NIE OKŁAMUJ MNIE! Mogę tak cały dzień. Wiesz czemu? Bo nie zapomniałam co mi zrobiłaś w Posiadłości Lestrange'ów. I jak się czujesz po drugiej stronie, suko?
- Nie jestem… AAAAAAAAAAAAAA!
- Gadaj, albo zacznę cię przekonywać kwasem w gębę! – zawyła Tonks. Sasha wiedziała, że nie ma sensu przemawiać do jej rozumu. Wtedy przypomniała sobie ruch, który Harry wykorzystał podczas jednej z nocy, gdy rozbawieni uprawiali seks.
- Nie mogę… oddych… - wydyszała Sasha, z trudem łapiąc powietrze. Tonks uniosła odrobinę pośladki, by jej ciotka mogła mówić. Nie potrzebowała tu żadnego omdlenia. Tyle miejsca wystarczyło Sashy. Szarpnęła mocno nogami. Zahaczyła pięty pod brodą oszalałej kobiety. Pociągnęła z całej siły i tył głowy Tonks uderzył o podłogę z głośnym trzaskiem. Po chwili kobieta zwiotczała.
Sasha zakaszlała i wciągnęła w płuca słodkie powietrze. Czuła każdy obolały mięsień w ciele Bellatrix. Usiadła na Tonks i sprawdziła, czy kobieta nie doznała zbyt poważnych obrażeń. W myślach podziękowała bogini sprośnego seksu, że kiedy Harry pokazał jej ten manewr, byli w miękkim łóżku.
Uniosła wzrok, słysząc zaklęcia użyte w celu zgaszenia ognia. Dotarło do niej, że pozycja w jakiej się znajduje nie należy do najlepszych. Obrońcy raczej nie przyjmą dobrze osławionej Śmierciożerczyni, znanej z morderstw i tortur, siedzącej na ciele powalonej auror. Z drugiej strony korytarza znajdowało się kilkoro młodych Huncwotów. Jej podejrzenia okazały się słuszne, gdy w jej kierunku pomknęło kilka klątw. Nie miała już sił, żeby przed nimi uciekać, więc spięła się, czekając na uderzenie. Kilkanaście centymetrów przed nią magia rozbiła się nieszkodliwie o tarczę.
- Bolało.
Sasha gwałtownie odwróciła się w stronę głosu i ujrzała Draco Malfoya, który wspinał się przez okno. Powoli pokuśtykał do niej i pomógł jej się podnieść. Cały czas celował różdżką w stronę zagrożenia na końcu korytarza. Zapadła głucha cisza. Obie strony obserwowały się nawzajem w poszukiwaniu słabości. Tak się na tym skupili, że kiedy przez okno wleciał sokół i przeciął powietrze między Sashą i Draco, wszyscy aż podskoczyli. Ptak poleciał w dół korytarza, a Draco odwrócił się ku pierwotnemu celowi.
- To nie jest tym, na co wygląda. Moja ciotka zmieniła stronę i zabieram ją do profesor Potter. Ta kobieta nas zaatakowała i musieliśmy się bronić – usiłował ich zmylić Draco. W sumie można to było uznać za prawdę, w zależności od punktu widzenia. Wrogowie nie wyglądali na przekonanych. Draco wzruszył ramionami. Zawsze warto próbować.
- A czemu niby mielibyśmy wierzyć jednemu słowu z twojej butoliziej gęby, Malfoy? – rzucił Colin Creevey, a jego towarzysze pokiwali głowami. Draco skupił się na nich tak bardzo, że nie zorientował się, że sokół wylądował tuż za nim i Sashą.
- Prawdę mówiąc sam bym sobie nie uwierzył, ale moja ciotka nie ma różdżki, a to się chyba liczy, nie? No serio, jaki Śmierciożerca zbliżyłby się do wroga, nie mając jak się bronić? Nawet ona nie jest taka szalona.
- Ma to jakiś sens, dziewczęta i chłopcy, ale mimo wszystko nie ma co ryzykować – odezwał się delikatny głos za ich plecami, a Draco poczuł, jak unoszą mu się kąciki ust. Ona tu była, a Draco nie mógł się powstrzymać przed odwróceniem głowy i popatrzeniem na nią. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nawet się nie zorientował. Sasha dostała w plecy i została transmutowana w małą, czarną mysz. Draco poczuł się zdradzony przez Astorię. Młodsza z sióstr Greengrass wyciągnęła rękę i poprosiła uprzejmie: - Draco, oddaj mi, proszę, swoją różdżkę.
Przez kilka sekund patrzył na nią bez ruchu, a jego stara osobowość ścierała się z nową. Kusiło go, by cisnąć klątwą i uciekać, z drugiej strony czuł honorowe zobowiązanie do obrony Sashy. A dodatkowo w oczach Astorii widział czułość, która aż krzyczała, żeby jej zaufał. Nagle zrezygnował z postawy obronnej, a jego ciało rozluźniło się, jakby z jego barków ktoś zdjął jakiś wielki ciężar. Skinął głową i obrócił różdżkę. Wyciągnął ją w stronę Astorii rękojeścią naprzód. Ujęła różdżkę i wyszeptała „dziękuję". Szybko schował ją do kieszeni i transmutowała go w mała białą mysz.
- Zabiorę te dwójkę do profesor Potter. Wy posprzątajcie ten bajzel i weźcie Tonks do Gniazda. Wezwijcie Dylis, niech ją obejrzy na wszelki wypadek – poleciła im Astroia i zmieniła się ponownie w sokoła. Chwyciła obie myszy w szpony i wyleciała przez okno, nim ktokolwiek zdołał wyrazić sprzeciw.
- Jak ona może być taka spokojna? – spytał Ron, kryjący się na swoim miejscu w cieniu drzew Zakazanego Lasu. Hermiona położyła mu dłoń na ramieniu. Uśmiechnął się słabo, przyjmując pociechę i znów spojrzał na swoją siostrę, otoczoną przez wroga. Hermiona wiedziała, że Ron nie może znieść, że nie stoi u boku siostry. A co gorsza bał się o nich wszystkich, bo to jego ułożony naprędce plan właśnie realizowali. Jasne, to był najlepszy plan, który mógł skutecznie usunąć wielu wrogów za jednym zamachem. Co nie znaczyło, że mu się podobał.
- Nie jest spokojna, chociaż już wcześniej w to grała. Serce jej wali jak młot. Po prostu nie może sobie pozwolić na okazywanie strachu – powiedziała Daphne, przywołując do siebie po cichu róg Zakały.
- Dalej mi się nie podoba, że moja siostra jest tam bez ochrony – szepnął George, podchodząc do jej boku. Wziął ją za rękę i uśmiechnął się, gdy dziewczyna się nie odsunęła. Wręcz przeciwnie, ścisnęła lekko. Zdecydowanie obiecujący znak. – Nie żebym wątpił w jej zdolności. To kwestia bycia starszym bratem i takie tam.
- Więc jak rozumiem prawdziwe pytanie brzmi, czy ty się dobrze czujesz? – spytała Daphne z uśmiechem i mrugnęła do niego. George parsknął i nachylił się jej do ucha.
- Kilka całusów pomogłoby moim nerwom. Poświęcisz się dla dobra drużyny, Blondi? – zasugerował George, unosząc brwi.
- Być może, ale czas nas goni. Jeden wystarczy? – odparła Daphne i dodała delikatnym i zmysłowym tonem: - Jeśli się spiszesz, pozwolę ci zobaczyć jaki mam kolor majtek.
- Se… serio – sapnął zaskoczony rudzielec.
- Nie – zachichotała. Lily miała rację, to była dobra zabawa. George udał, że jest oburzony, ale w rzeczywistości się cieszył. Doceniał jej nerwy i pomysł. Dorwała go tym razem, a on kompletnie niczego się nie spodziewał. Może jeszcze jest dla niej nadzieja. A wtedy Daphne pociągnęła go w dół i porządnie pocałowała. – To tylko przystawka. Nie zawiedź mnie – powiedziała, po czym odeszła krokiem, którego nauczyła ją Ginny. Oczy George'a niemal przykleiły się do jej pośladków.
- Braciszku, popraw spodnie – skarcił go Fred, który właśnie przybył świstoklikiem z torbą wypełnioną różnorakim dobrem. Cicho i tak szybko jak to było możliwe, rozdał jej zawartość pozostałym Huncwotom. Na samym końcu wyciągnął nowe miotły: swoją i George'a i ich stare pałki do quidditcha. Bliźniacy dosiedli i wzbili się w powietrze.
- Jak widzę korzystają ze swoich atutów – parsknął Dean i trącił ramieniem Seamusa.
- Wystarczy, że podrzucicie te granaty wysoko w górę. My wycelujemy tam gdzie trzeba – wyjaśnił Fred, po czym obaj wystrzelili w górę, przedzierając się przez korony drzew.
Kilkadziesiąt metrów dalej Tracy Davis dygotała z zimna. Nie lubiła przebywać tak blisko dementorów, ale jej patronus był najbardziej efektywny przeciwko nim. Tyle tylko, że była przerażona, przemarznięta i za nic nie potrafiła przywołać wspomnienia wystarczająco silnego, by zasilić to zaklęcie. Luna, widząc co się z nią dzieje, zrobiła najbardziej logiczną rzecz w tej sytuacji. Rozchyliła szatę starszej dziewczyny i wśliznęła się pod nią, by podzielić się ciepłem swojego ciała.
Tak zaskoczyła tym Tracy, że Ślizgonka cofnęła się, aż oparła się o drzewo, za którym się chowała. Luna zignorowała to i mocniej przycisnęła się do koleżanki. Potem zaczęła pocierać jej ramiona, by pomóc jej się rozgrzać. Tracy nie poczuła się zniesmaczona, ani oburzona tym niespodziewanym zachowaniem. Wręcz przeciwnie, całkiem jej się to podobało. Do tej pory jakoś nie podejrzewała o to Luny, ale Krukonkę zawsze było trudno rozgryźć.
Tracy lubiła Lunę i często z nią flirtowała. Ale blondynka nigdy nie reagowała, ani pozytywnie, ani negatywnie. Tracy założyła, że Luna po prostu nie rozumie, co robi i stwierdziła, że pozostaną jedynie przyjaciółkami. Przez ostatnich kilka tygodni Tracy zrozumiała, że umysł Luny po prostu pracuje nieco inaczej niż innych ludzi. Jej logika, choć czasem dziecinna, bywała genialna. Dla większości ludzi była dziwna, ale Tracy uznawała ją za odświeżającą i całkiem uroczą. Tracy żałowała, że Luna nie czuje do niej czegoś więcej. Nawet ten gest to po prostu logiczny umysł nie zważający na społeczne konwenanse, jak to często z Krukonką bywało.
- Nie jest ci lepiej? Myślałam, że zmarzłaś? – spytała Luna, widząc jak Tracy marszczy brwi. Prawdę mówiąc Ślizgonka czuła się niesamowicie. Ciało Luny było miękkie, ciepłe i pociągające, ale tego Tracy nie mogła jej powiedzieć. Nie chciała też jej powiedzieć jak bardzo Luna ją zachwyca i jak bardzo chciałaby ją teraz pocałować.
- Nie, nie, to bardzo pomaga. Po prostu… wiesz… boję się, że moje wspomnienie nie jest wystarczająco silne – odpowiedziała Tracy, unikając głównego problemu, choć jej słowa były zgodne z prawdą. Luna miała niesamowity dar rozpoznawania kłamstwa. Widziała, że Krukonka tego nie kupuje, więc dodała: - Wszyscy na nas liczą. Nie chcę, żeby komuś stała się krzywda, bo jestem za słaba.
- Wierzę w ciebie. Ale jeśli nie masz wystarczająco mocnego wspomnienia, po prostu musimy je stworzyć – odpowiedziała Luna swoim rozmarzonym głosem, jakby było to najbardziej logiczne rozwiązanie na świecie i zbliżyła swoje usta do jej warg. W żadnym wypadku nie można tego było uznać za niewinne ani platoniczne. Luna wykonała kolejne agresywne i szokujące posunięcie i pogłębiła pocałunek, wciskając się w ciało Tracy. Jej krukoński język zaatakował ślizgońskie terytorium, ale nie napotkał żadnego oporu poza pełnym zachwytu westchnieniem.
W swoich wcześniejszych doświadczeniach to Tracy była stroną z inicjatywą. Teraz asertywnośc Luny była dla niej cudowna. Blondynka przesunęła ustami i językiem po jej żuchwie, a potem zassała płatek ucha, podczas gdy jej dłonie zacisnęły się na kształtnym tyłku Ślizgonki.
- Luna, co… o taaak… znaczy…
- Ciiiiii… Nie myśl… czuj – wyszeptała jej Luna do ucha, po czym zeszła w dół jej szyi. Zrobiła tak, jak Luna poleciła i z jej ust wyrwał się jęk. Dłonie Lovgood powędrowały po jej żebrach i delikatnie pogładziły skraj jej piersi. Potem dłoń Luny znalazła rękę Tracy, w której Ślizgonka trzymała różdżkę. Uniosła ich złączone dłonie nad głowę. – Niech twoje emocje poprowadzą twoją magię – poradziła, a Tracy bez namysłu zrobiła to, o co ją poprosiła. Potężny przezroczysty orzeł wyskoczył z jej różdżki i szybował nad ich głową, oczekując rozkazów.
- Jest piękny – oceniła Luna, wtulając się w Tracy. Ślizgonka w odpowiedzi wsunęła palce w jej złociste pukle i wciągnęła do płuc jej zapach.
- Ty jesteś piękna – powiedziała Tracy, przesuwając się na policzek Luny. Blondynka uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała. Wolna dłoń Luny odnalazła drugą rękę Tracy i wspólnie uniosły różdżkę Krukonki. Najczystsze światło wystrzeliło z różdżki Luny i uderzyło w kryształowego orła Tracy. Powoli wypełniło go czystymi uczuciami z głębi ich serc. Kiedy Tracy naładowała go w pełni, rozkazała mu lecieć na wysoką gałąź drzewa, tuż obok najbliższego dementora.
Przez dziesięć sekund Dumbledore i James Potter mierzyli się wrogimi spojrzeniami, a w Wielkiej Sali panowała głucha cisza. Albus uznał, że musi się dowiedzieć, czy to faktycznie prawdziwy James Potter, więc ma prawo zaatakować jego umysł. Normalnie Lily cisnęłaby w niego klątwą za samą taką myśl. To jednak był cyrk Jamesa i jego małpy, a on nalegał, że jeśli staruch tego spróbuje, Lily ma się nie wtrącać.
Albus agresywnie uderzył w mentalne osłony Jamesa. Dyrektor usprawiedliwił się, że zbyt wiele żywotów leży na szali, żeby postępować zgodnie z zasadami. Przez chwilę prawie uwierzył we własne kłamstwo, które powtarzał od lat, jak wymówkę dla własnych czynów. Dla niego samego brzmiało to jednak równie pusto, jak dla innych. Początkowo James opierał mu się z całych sił, ale gdy Albus miał już zrezygnować z bezcelowej ofensywy, James opuścił gardę i przywołał go gestem. Jego uśmiech wyglądał zupełnie jak jego syna i Albus świetnie zrozumiał tę minę.
- Jak? – tylko tyle zdołał wykrztusić Dumbledore, gdy wyszedł z jego umysłu. Powinien wiedzieć, że Syriusz nauczył przyjaciela wszystkiego co Blackowie wiedzą o sztukach umysłu.
- Straciłeś nasze zaufanie odkąd wystawiłeś moją rodzinę na rzeź, ty skurwysynu! – warknął James. Zacisnął palce na różdżce tak mocno, że pobielały mu kłykcie. Przez głowę przemykały mu jedna klątwa za drugą, ale nawet te najokrutniejsze wydawały mu się zbyt łagodne. Jeśli chodzi o zdradę i krzywdy wyrządzane jego rodzinie, James nie należał do ludzi skłonnych do wybaczania.
- To Peter Pettigrew zdradził twoją rodzinę, James – Dumbledore udał troskę i zrobił minę, jakby oskarżenia bardzo go zraniły. Widział, że w oczach członków Zakonu narastała nieufność. Nikt nie przyszedł mu na odsiecz podczas konfrontacji z Molly i Lily.
- WIEDZIAŁEŚ, ŻE PRZYJĄŁ MROCZNY ZNAK I TO JESZCZE ZANIM ZROBILIŚMY GO NASZYM STRAŻNIKIEM TAJEMNICY! – rozdarł się James i śmiało postąpił do przodu. Okrzyki zdumienia były jeszcze głośniejsze niż reakcje na jego powrót zza grobu. Albus wiedział, że musi się uporać z tym problemem bardzo delikatnie, inaczej straci jeszcze więcej poparcia.
- Peter dla mnie szpiegował. Musiał przyjąć znak, żeby zachować pozory. James, bądź rozsądny.
- Nie mów mi po imieniu, jakbyśmy wciąż byli przyjaciółmi! Ten skurwiel wczoraj próbował zabić mojego syna. Harry okazał się lepszy i wydarł wszystkie tajemnice Pettigrewa z jego słabego umysłu, tajemnice, które ostatecznie pozwoliły mi znów połączyć się z moją rodziną. Może to twoja marionetka dokonała czynu, ale twoje ręce nie są czyste.
- Dobrzy ludzie umierali wówczas, tak jak umierają teraz. Żeby Wybraniec mógł pokonać Voldemorta, musiał najpierw zostać naznaczony przez Czarnego Pana. Przepowiednia tego wymagała. Musiało się to dokonać dla dobra wielu.
- Wydałeś moją rodzinę i Longbottomów na rzeź z powodu jakiejś przeklętej przepowiedni, którą wygłosiła ta idiotka! – wrzasnęła Lily, wskazując na profesor Trelawney.
- No naprawdę, Albusie, co ty sobie myślałeś? Bez urazy, Sybillo, ale przepowiadasz moją śmierć co roku, odkąd tu jestem, a jak widzisz wcale nie zamierzam kopnąć w kalendarz – dorzuciła wicedyrektor.
- Minervo, Sybila pochodzi z cenionego rodu wieszczów. Przepowiednia mówiła o Neville'u albo o Harrym. Byłem niemal pewny, że prawdziwy Wybraniec przeżyje. To niefortunne, że straciliśmy niewinnych, ale… - gadał Albus jak najęty, a uciszył go dopiero szczery wybuch złości innej niewinnej istoty.
- JESTEŚ ZŁYM CZŁOWIEKIEM! TAK JAK CI, CO ZABILI TATĘ! – krzyknęła Jade i schowała twarzyczkę na piersi mamy. Na twarzach kobiet, w tym wielu z Zakonu, pojawiły się miny wiele mówiące na temat ogólnego nastawienia zebranych do Albusa Dumbledore'a. Ciszę przerwała Narcyza Black, która przeszła przez salę, żeby przekazać dyrektorowi swoje własne przemyślenia na temat jego cennego większego dobra.
- Społeczeństwo, którego przetrwanie wymaga zabicia niewinnego dziecka, nie jest społeczeństwem, które warto ratować. Może i lord Orion Black rozkazał mi poślubić Lucjusza i skazał mnie na małżeństwo bez miłości, ale uczynił to, żebym mogła być jego prawdziwym szpiegiem i miał na tyle przyzwoitości, żeby błagać mnie o wybaczenie za to, co uczynił. Nie masz honoru, Albusie Dumbledore i nie różnisz się od Voldemorta! – podsumowała Narcyza i odwróciła się od niego, jak od śmiecia, którym był. Kiedy odchodziła, Molly patrzyła na nią, jakby zobaczyła ducha. Nie o takiej Narcyzie Malfoy słyszała. Artur zauważył jej minę i uznał, że jego żona powinna dowiedzieć się paru rzeczy. W związku z tym odciągnął ją na bok i wyszeptał:
- Gdyby nie praca, jaką ta kobieta wykonała jako szpieg, Tonks nigdy nie zdołałaby uwolnić naszej dziewczynki. Mamy u niej wielki dług, którego nigdy nie zdołamy spłacić do końca. Twojego umysłu nie zakrywają już plany Dumbledore'a. Użyj go i zobacz drugie i trzecie dno – poradził Artur, a Molly popatrzyła na niego wstrząśnięta. Usiłowała jakoś ogarnąć jego słowa, które kompletnie wywracały wszystko, w co tak długo wierzyła. Pokiwała głową z nieobecnym spojrzeniem.
- DUMBLEDORE, TY STARY SKURWYSYNU! – ktoś wrzasnął za plecami Albusa. Dyrektor odwrócił się gwałtownie i ujrzał Neville'a, który celował w niego różdżką.
- Neville, musisz… - zaczął Albus, pewny, że zdoła przemówić chłopakowi do rozumu. Nie zwrócił jednak uwagi na czerwony poblask w jego oczach.
- SECTUSEMPRA!
Dumbledore poleciał w tył, a z ran na jego piersi trysnęła krew. Nevimort wiedział, że zaraz wybuchnie walka między starcem i Jamesem i musiał być szybszy od Pottera.
- To za moją matkę i mojego ojca. Za to, co zrobiłeś z moim życiem, powinieneś odpowiedzieć głową, ale nie zamierzam tak łatwo ci odpuszczać. Zgnijesz w Azkabanie, choćby doprowadzenie do tego miało się okazać ostatnią rzeczą, którą w życiu zrobię.
Madam Pomfrey podbiegła do Albusa i pospiesznie zatamowała krwawienie. Trzeba jednak było przetransportować go do Świętego Munga, by właściwie usunąć efekty klątwy.
- Neville, czemu? – spytała, nie przerywając opatrywania pacjenta i przygotowań do przeniesienia go do szpitala.
- Spiskował, by doprowadzić do rodobójstwa Rodu Longbottomów. Jestem w prawie. Zmienił mnie w kogoś, kto obrzydza nawet mnie – skłamał z łatwością zrodzoną z dekad doświadczenia. Potem popatrzył na Romildę dla dodatkowego efektu. – Dzięki miłości dobrej kobiety chyba zaczynam być kimś, z kogo moi rodzice mogliby być dumni.
Potem przeniósł spojrzenie na Molly i kontynuował z udawanym żalem:
- Molly, strasznie przepraszam za to, jak traktowałem Ginny. Miała rację, że zostawiła mnie dla Harry'ego. Na własne oczy widziałem, jak bardzo jest jej oddany. Pasuje do niego, tak jak ja pasuję do Romildy… Teraz to rozumiem.
Bo niby czemu miałby nie podlizać się również Potterom. Rozpoznawał pierścień na palcu Jamesa i właśnie pokonał Albusa, by zdobyć jego różdżkę. Krążyło wiele plotek, jakoby dziedzictwo Potterów było peleryną-niewidką. Jeśli jakaś stara historia przetrwała tyle lat, działo się tak nie bez powodu.
James pochylił się, podniósł różdżkę Dumbledore'a i poczuł jak coś dziwnego przepływa przez jego ciało. Zupełnie jakby jakaś moc została mu przyznana. Uznał, że to dlatego, że różdżka Dumbledore'a była potężna i chciałby ją posiąść. Jednak James wiedział, że Longbottom zdobył ją uczciwie. Dumbledore powinien się bronić, zamiast bronić się czczą gadaniną. Chłopak nie ukrywał, jakie ma zamiary.
- Wydaje mi się, że to należy do ciebie. Neville, prawda? – spytał James, niechętnie wręczając Neville'owi nową różdżkę.
- To dzięki tobie. Mam nadzieję, że nasze rody znów złączą się w sojuszu – odpowiedział z szacunkiem Nevimort. Teraz musiał tylko dorwać Pottera i starca na osobności.
- Na razie jest w stanie stabilnym – oznajmiła Madam Pomfrey z ulgą. Nie była specjalnie zadowolona z ostatnich czynów dyrektora, ale swoją pracę traktowała bardzo poważnie. – Muszę zabrać go do Skrzydła Szpitalnego, nim będzie go można przenieść do Świętego Munga.
- Zabiorę go i upewnię się, że nie będzie mógł korzystać z magii, gdyby się obudził – zaoferował James i uniósł Albusa zaklęciem nad podłogę.
- Mógłbym z tobą pójść? Chciałbym się dowiedzieć, jak to można zrobić – poprosił Nevimort najbardziej uprzejmym tonem, na jaki go było stać. James skinął głowę i dwójka czarodziejów, Dumbledore i Madam Pomfrey ruszyli w stronę Skrzydła Szpitalnego.
Wilkołaki atakowały Cienia ze wszystkich stron, ale to nie mogło go powstrzymać przed dotarciem do celu. Uwolni Sashę, choćby miało go to kosztować życie. Oczywiście nie znaczyło to, że pozwoli bandzie włochatych, zapchlonych kundli, by zabili go bez odpowiedniej zapłaty. Cień zmobilizował wszystkie siły i ruszył do przodu tak szybko, jak zdołał, zmniejszając dystans między nim i Sashą.
Przepychał się przez rosnącą bandę. Za pomocą mieczy odbijał wymierzone w niego pazury. Walka z nimi wszystkimi byłaby bezcelowa i czasochłonna. Cień wybił się w górę, a przy lądowaniu wbił swoje Księżycowe Ostrza głęboko w ziemię.
- Tremora Maximus! – warknął, a przez ostrza popłynęła jego magia. Efekt był natychmiastowy i widowiskowy. Grunt pofalował, jak powierzchnia stawu po wrzuceniu kamienia, a z ziemi wystrzeliły kamienne szpikulce. Wilkołaki, które nie zostały nabite, poleciały wstecz, odrzucone potężną falę uderzeniową. Cień nie miał czasu na oglądanie martwych wilkołaków. Ruszył z pełną prędkością w kierunku Greybacka.
Druga fala wrogów zaczęła się zbliżać. Ci byli znacznie więksi i wiedzieli, jak posługiwać się magią. Zablokowali jego drogę. Cień rzucił przed siebie Księżycowe Ostrza, które wbiły się w dwa wilkołaki. Padły martwe na ziemię, a Cień minął ich wyszarpując ostrza. Nie zwolnił nawet na moment. Kolejne dwa zaatakowało go z flanki. Jeden uderzył wysoko, drugi nisko. Odczuł te ciosy, ale zdołał się wyśliznąć, nim któryś z nich mógł go dobrze chwycić. Właśnie podnosił się na nogi, gdy kolejny wilkołak wbił się w niego z tyłu i obaj upadli na ziemię.
Jego gardło zaatakowały kły i cuchnący oddech, ale to szpony Cienia dotarły do celu jako pierwsze. Pozostali dwaj usiłowali przytrzymać go na ziemi, a największy z dotychczasowych przeciwników wybił się w górę, by spaść na niego całym ciężarem cielska. W jego stronę sunęły kły i pazury żądne krwi. Nagle pojawił się błysk i cienki, czarny ogon owinął się wokół szyi wilkołaka. Nagła zmiana kierunku i zwrotu wywołała w szyi głośny trzask.
Dwa wilkołaki, które trzymały Cienia przy ziemi, poczuły nagle na swoich karkach zgrabne stopy sukubów. Ich ogony owinęły się wokół karków bestii. Willow i Bree mrugnęły do Cienia i uniosły wilkołaki w nocne niebo. Po kilkudziesięciu metrach wypuściły ich, by sprawdzić, czy potrafią latać. Okazało się, że jednak nie potrafią. Wkrótce niebo przesłoniły sukuby atakujące wilkołaki. Niektóre dawały bestiom improwizowane lekcje latania, inne skręcały wrogom karki lub szpikowały futra dziesiątkami strzał.
Greyback widział, jak wilki z jego watahy padają martwe jeden za drugim. Z wściekłości i pośpiechu cisnął za sobą Bellatrix w ciele sukuba, nie troszcząc się, gdzie wyląduje. Kobieta uderzyła w drzewo i ześliznęła się na korzenie. Potrzebowała kilku chwil, by dojść do siebie i znów przejrzeć na oczy. Zobaczyła hipnotyzujący taniec. Potter znów ruszył w przód i odpierał zabójcze ataki, rozdając na prawo i lewo kontruderzenia, zawsze brutalne, choć niekoniecznie śmiertelne. Bez wahania, beż żalu, bez litości. Tylko śmierć i okaleczenie wszystkim, którzy stali między nim i nią.
Znów jej ciało zareagowało na jego magię, a jej serce na oddanie sukub, której ciało posiadła. Walczył z pasją, jakiej nigdy nie widziała. Nawet nie wiedziała, że coś takiego jest możliwe. Był kompletnym przeciwieństwem Czarnego Pana we wszystkim, poza mocą i determinacją. Reprezentował wszystko, czego w czarodziejski świecie nienawidziła, a jednak nie mogła opanować narastającego pragnienia, by wziąć go do łoża. Czy to tylko pożądanie sukub? Nie była pewna i ta świadomość zmroziła ją do szpiku kości.
Tymczasem sukuby walczyły na śmierć i życie z wilkołakami. W głębi serca Bellatrix czuła dumę ze swojego klanu. To jeszcze bardziej wyprowadziło ją z równowagi. Czyżby zaczynała tracić kontrolę nad tym ciałem? Stłumiła te uczucia dzięki swoim wieloletnim doświadczeniom w sztukach umysłu. Ponownie spojrzała na pole bitwy. Na samym środku, wśród bitewnego chaosu, spotkali się Greyback i Potter.
Bellatrix z desperacją pomyślała, że musi odzyskać kontrolę. Uderzyła z całej siły twarzą o wystający korzeń drzewa. Jej złamany nos i rozbita twarz wypełniły się krwią. Ból pomógł jej się skupić, a krew przytłumiła jej szalejące zmysły. Nie zamierzała pozwolić, by coś tak trywialnego jak narastające podniecenie oderwało ją od jej obowiązków. Niech to szlag, wiedziała, że to ciało sukub sprawi jej problemy!
Hellcat prześliznęła się obok mrocznych sił Tomusia i dotarła do Zakały. W szczękach niosła jego róg. Wśliznęła się za niego i po ogonie wdrapała mu się na grzbiet. Dwójka ochroniarzy wodza centaurów ustawiła się tak, by zasłonić jej manewr. Podreptała ku jego tułowiowi, a Zakała sięgnął do tyłu po róg. Hellcat wręczyła mu go i zeskoczyła, by ostrzec pozostałych członków Rady, że muszą się dotknąć.
Otarła się bezgłośnie o nogi Ginny, by powiadomić ją, że Rada realizuje plan. Póki co Ginny prowokowała Mcnaira by nieprzerwanie gadał. Udało jej się na tyle dobrze, że Śmierciożerca właśnie wyzywał ją od kurwy co zdradziła swoją krew zadając się z Potterem. Musiała użyć całej swojej samokontroli, by nie wyrwać mu twarzy tu i teraz.
Harry był dziesięć razy lepszym mężczyzną niż ta żałosna imitacja człowieka. Obrzydliwiec będzie pierwszym, którego zamierzała zabić. Dzięki treningowi Daphne, Ginny zdołała utrzymać na twarzy wyraz rozbawienia przez cały czas, gdy on obrzucał ją plugawymi wyzwiskami. Kiedy dojrzała patronusa Tracy, który wylądował na gałęzi w pobliżu dużej grupy dementorów, zrozumiała, że lepszej chwili nie będzie. Już czas.
- Nudzisz mnie – Ginny ziewnęła szeroko i klepnęła się kilka razy w usta dla lepszego efektu. To by znak. Natychmiast wszyscy Huncwoci ruszyli ku wspólnemu celowi.
- Ty rozpuszczona suko. Pokażę ci, jak należy… - więcej nie zdołał powiedzieć, bo Ginny spadła na niego niczym błyskawica. Nim do niego dotarła, transformowała się w swoją formę hybrydową. Furia zacisnęła szpony na gardle Mcnaira. Przyciągnęła go bliżej i wydała z siebie przerażający ryk, z którego jej partner byłby dumny.
Kiedy Ginny zmieniła się w Furię, Hellcat zmieniła się w Daphne. Młoda kobieta rzuciła w stronę rady dwie rzeczy. Pierwszą był pył ciemności, który wręczył jej George. Las pogrążył się w nieprzeniknionym mroku. Ostrzegła ich wcześniej, by się tego spodziewali i nie ruszali się z miejsca. Drugą świstoklik, który miał zabrać ich na polanę, której używali Huncwoci. Usłyszała słodki dźwięk powietrza, które pędziło, by wypełnić pustkę pozostało po członkach Rady, którzy zniknęli z pola bitwy. Nie słyszała też bicia ich serc. Teraz Padma, Parvati, Justin i Terry musieli odprowadzić wodzów na ich terytoria.
Rozległy się głośne, ale znajome dźwięki. To dwie pałki do quidditcha odbijały specjalnie przygotowane granaty. Pierwszym był Granat Upiorosmoka, zrodzony w pokręconych ale genialnych umysłach bliźniaków Weasleyów. Wybuchł pośrodku dużej grupy gargulców, które obsiadły wysoki buk. Natychmiast pokryła je lepka, zielona masa. Przykleiła je do drzewa i do siebie nawzajem. Tylko kilka stworów zdołało się wyrwać. Drugi granat wydał donośny huk bomby sonicznej. Bliźniacy uważali to za genialne. Trzy olbrzymy, między którymi wybuchł, nie okazały podobnej aprobaty. W chaosie i dezorientacji jeden z nich upuścił maczugę na nogę kolegi. Po chwili cała trójka walczyła między sobą.
Kryształowy orzeł Tracy wleciał w sam środek grupy dementrów i rozpostarł skrzydła. Na wszystkie strony rozbłysło czyste światło Luny, a dementorzy umykali tak szybko jak mogli, wyjąc z bólu. Te najbliżej otrzymały bezpośrednie trafienia i runęły na ziemię. Luna i Tracy podeszły do nich, wciąż trzymając się za ręce. Wymieniły kolejny czuły pocałunek na szczęście, a potem Tracy wyszeptała, że wierzy w Lunę. Blondwłosa Krukonka uśmiechnęła się, spojrzała w niebo i pomyślała, że ma nadzieję, że jej mama patrzy na to wszystko z góry.
- Spiriotus Pilfer Negato! – zawołała Luna, rzucając zaklęcie, przy którego tworzeniu zginęła jej mama. Jej mama zawsze uważała, że pocałunek dementora to straszna śmierć. Uważała, że każda dusza powinna być osądzona przez moc większą niż Ministerstwo Magii. Luna zgadzała się z tym i, by uhonorować mamę, dopracowywała zaklęcie. Kluczowe było, by rzucającego zaklęcie przepełniała radość, miłość i życie. Luna doświadczyła w życiu tych wszystkich rzeczy, ale aż do momentu pocałunku z Tracy nie czuła ich naraz. Upadli dementorzy zawyli z bólu, a ich czarne peleryny rozdarły się, uwalniając tysiące dusz, które wzleciały w nocne niebo.
Zakała dmuchnął w róg, który wydał długi, czysty dźwięk. Centaury postanowiły zostać i walczyć o swoją ziemię i prawo do życia na niej. Zdołał zadąć jeszcze raz, nim padł ścięty Zaklęciem Śmierci. Nigdy nie usłyszał odległego grzmotu setek kopyt galopujących w jego kierunku.
To wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy potrzebnym, by Furia dotarła do Mcnaira. Uniosła w górę mężczyznę, a jego stopy wisiały bezsilnie nad ziemią. Wówczas Furia uwolniła elektryczność, która przepłynęła przez aroganckiego mułojada. Jego agonalne wrzaski przeraziły Śmierciożerców bardziej, niż zawartość jelit spływająca po drgających nogach. Furia odrzuciła szczątki w stronę wrogów i ruszyła ku kolejnemu celowi.
Gabriella właśnie kończyła opowieść o wszystkim, co wydarzyło się na Grimmauld Place, gdy przez drzwi Wielkiej Sali wleciał sokół i wylądował na jednej z ław w pobliżu zgromadzonych. W jednym ze szponów trzymał biała mysz, w drugim czarną. Przyjrzał się zebranym czarodziejom i czarownicom. Sokół przechylił łeb, jakby się nad nimi zastanawiał.
- Co się stało, skarbie? – spytała Gabriella, wychodząc przed szereg. Sokół zmienił się w jej córkę Astorię. Spojrzała na myszy, które trzymała w rękach i znów uniosła wzrok na matkę.
- Jak to mawia Harry, „Houston, mamy problem". Nie wiem co to za gość ten Houston, ale wydaje mi się, że to pasuje do sytuacji – zaczęła dziewczyna.
- To nie są myszy, prawda? – spytał Syriusz, dobywając różdżki.
- Żadnych różdżek! Posłuchajcie co mam do powiedzenia, zanim zaczniecie ciskać klątwami – prosiła Astoria, kierując swoje słowa do Lily. Wiedziała, że rudowłosa kobieta ma najspokojniejszy temperament i największy wpływ na grupę. Nauczycielka zaklęć uniosła jedną brew w minie wyrażającej powątpiewanie, niemniej skinęła potakująco głową.
- Dobrze. Chłopcy, zachowujcie się. To powinno być ciekawe – poleciła Lily i gestem poleciła Astorii, by kontynuowała. Biała mysz jako pierwsza zmieniła się w człowieka. Draco wyglądał na bardzo zadowolonego z powrotu do swojego oryginalnego stanu.
- Dziękuję, że mi zaufałeś, Draco. Nie mogłam wymyślić innego sposobu na dostarczenie was tu tak, żeby nikomu nie stała się krzywda – powiedziała Astoria i odprężyła się, gdy młodzieniec posłał jej lekki uśmiech. Potem spytała Lily: - Jest ranny. Czy mogłaby pani mu się przyjrzeć?
Lily zrobiła krok naprzód, by uczynić zadość prośbie, ale powstrzymała ją dłoń, która opadła jej na ramię. Cissy wystąpiła naprzód i dokładnie przyjrzała się synowi. W jej oczach zabłysły łzy, tak samo jak w oczach Malfoya. Draco zignorował obrażenia i mocno przytulił matkę z siłą, która zawstydziłaby Molly Weasley.
- Wiedziałem, że żyjesz – powiedział przez łzy, wtulony w jej włosy. Cissy trzymała go mocno, ciesząc się tą najcenniejsza chwilą.
- Przepraszam, że musiałam cię zostawić z tym potworem – załkała Cissy w odpowiedzi, ale Draco nie zamierzał tego słuchać.
- Wtedy byłem kimś innym. Zrobiłaś to, co musiałaś. Potrzebowałem trochę czasu i dojrzałości, ale w końcu wysłałaś profesor Potter, żeby pokazała mi drogę, prawda?
- Wystarczy tych formalności. Od teraz mów mi po prostu ciociu Lily – poprawiła go najstarsza przyjaciółka jego mamy. Matka i syn zaśmiali się i podziękowali Lily. Tą czułą scenę przerwały odgłosy walki napływające od strony Zakazanego Lasu.
- SZLAG! Eee, dobra, krótka wersja, bo nie mamy czasu – zaczęła wyjaśniać Astoria, tak szybko jak tylko mogła. – Butolizy i ich banda złych i brzydkich pojmali Radę Starszych. Ci z nas, którzy tam ćwiczyli, ruszyli im na pomoc, ale mają duża przewagę liczebną.
- Kto tam jest? – spytał Syriusz.
- Ginny dowodzi w polu, a Hesta zbiera armię goblinów. Nie wiemy ile jej to zajmie. Na razie mamy Daphne, Freda, George'a, Rona, Hermionę, Susan, Hannę, Terry'ego, Justina i bliźniaczki Patil. Daphne wysłała mnie tu po pomoc. Po drodze wpadłam na kilkoro naszych Huncwotów, którzy atakowali Draco i ją – Astoria wskazała na czarną mysz. – Tonks leżała nieprzytomna.
- Co z nią? – spytał Syriusz, zatroskany o kuzynkę. Ciągle jeszcze nie przekazał jej wieści o Remusie.
- Nie wiem. Kazałam im zabrać ją do Gniazda i przywołać Dylis, żeby ją obejrzała – uspokoiła go Astoria.
- A jaka jest historia stojąca za tym gryzoniem? – spytała Lily, podejrzliwie zerkając na mysz.
- Lepiej żeby Draco to wyjaśnił.
Ale Lily nie czekała na wyjaśnienia, tylko rzuciła zaklęcie odwracające transmutację. W Wielkiej Sali pojawiła się Bellatrix Lestrange. Lily przez chwilę stała wstrząśnięta, ale za moment wyszarpnęła różdżkę i wycelowała ją między oczy wiedźmy. Draco szybko oderwał się od swojej mamy i wskoczył między Lily i Sashę.
- Nie rób jej krzywdy! To przyjaciółka! To nie moja ciotka… tak jakby – wyjaśniał pospiesznie.
- Ocipiałeś? Każdy mój zmysł informuje mnie, że to Bellatrix Lestrange! – wrzasnęła na niego Lily. Musiała przywołać całą swoją kontrolę, inaczej odrzuciłaby chłopaka na bok i zakończyła życie tej suki raz na zawsze.
- Syriuszu, słyszałeś o legionie Krwawej Hrabiny? – spytała Sasha Lorda Blacka w jej ojczystym języku. Wiedziała, że ją zrozumie. Syriusz spojrzał na nią zdumiony. Z tego co wiedział, Bellatrix nie znała mowy sukubów. Sasha odgarnęła włosy, by ukazać kolczyk, który wiązał ją ze złą wiedźmą.
- Czy ona właśnie odezwała się w mowie sukubów? – spytała Lily Syriusza. Nie znała tego języka za dobrze, ale wystarczająco często słyszała, jak Harry i Sasha w nim rozmawiają, by rozpoznać nietypowy dialekt. Jej macierzyński instynkt się obudził i zaczęła mieć naprawdę złe przeczucia co do tej sprawy. – Co powiedziała?
- Drogi Merlinie! Bello, nie zrobiłaś tego! – wykrzyknęła Cissy, rozpoznając kolczyk, który nosiła jej siostra. Potem spojrzała w oczy Bellatrix z ogromnym współczuciem. – Kim jesteś?
- Sasha Desory – odpowiedziała z delikatnością, której ani Syriusz ani Cissy nigdy wcześniej nie słyszeli w głosie Bellatrix. Potem odwróciła się w stronę Lily. Spojrzały sobie w oczy, a Sasha opuściła bariery w swoim umyśle, by umożliwić Lily zbadanie go Legilimencją. Profesor Potter nie była w tym tak dobra jak Syriusz, ale posiadała pewne umiejętności. Po policzku Lily spłynęła łza, gdy zrozumiała, co Sahsa wycierpiała dla jej syna.
- Pachnie jak ja, wygląda jak ja, a ty świetnie znasz jego naturę, która każe mu za wszelką cenę chronić tych, którzy są mu bliscy. Dziś mamy pełnię, a ona jest na zewnątrz. To znaczy, że moje ciało powinno być już zupełnie uzdrowione. Nie potrafię odtworzyć skrzydeł i ogona, a żadna z nas nie może przejąć kontroli nad magią tej drugiej. To znaczy, że ona i Nala są równe siłą. Bardzo chciałabym odzyskać swoje ciało, ale nawet się nie waż zawahać, jeśli będziesz miała okazję ją zabić – powiedziała Sasha.
Lily zmieniła się w lwicę i wybiegła z Wielkiej Sali w poszukiwaniu syna.
Od tłumacza: Ja żyję :) To tak jakbyście wątpili. Historia na pewno zostanie skończona, dzięki wszystkim, którzy się o nią dopytują.
W międzyczasie możecie zajrzeć na mojego bloga o książkach "Z pierwszej półki" (zpierwszejpolki. blox. pl - usuńcie spacje po kropkach), gdzie staram się na bieżąco wrzucać ciekawe recenzje książek. Znajdziecie tam tez moją opinię o "Harrym Potterze i Przeklętym Dziecku" (spojler: nie jest pochlebna)
