ROZDZIAŁ 49
„Pieczęć od dziecka przygniatającą większość emocji złamało jedno oświadczenie."
/ „Przepraszam"…/
Świat wirował, kołysał się i chwiał, jak gdyby postawiono go na grzbiecie galopującego naokoło pokładu statku konia. Głowa pulsowała tępo, pod czaszką dudniło i grzmiało jak podczas najgorszej, hałaśliwej burzy. Powieki, ciężkie niby ołów, uchyliły się powoli, mozolnie, pozwalając ujrzeć czerń rozświetloną bladym, słabym światłem pochodzącym z jedynej w okolicy pochodni. Pomarańczowy blask ślizgał się po nierównych ścianach, brudnej podłodze i leżących bezwładnie ciałach. Tonks zamrugała, spoglądając na własną dłoń, po której pełzały cienkie, długie cienie… krat?
/ Krew… Trupy… Rozszarpane i nadgryzione… Potwory… Niekształtne i przerażające…/
Gdy tylko migoczące w umyśle urywki połączyły się w jedno spójne wspomnienie, Nimfadora, oparłszy się łokciami o ziemię, poderwała się. I natychmiast tego czynu pożałowała. Żołądek ścisnęła niewidzialna, ciasna pętla, a pod oczyma zatańczyły połyskujące, natrętne plamy jasności. Merlinie… Merlinie… - Chwyciła się kurczowo za brzuch, opierając czoło o chłodne, pokryte pyłem oraz kurzem podłoże. Merlinie… Merlinie… - powtarzała w kółko niczym najpiękniejszą, najważniejszą w życiu modlitwę. Modlitwę zdolną wyciągnąć ją z piekła własnych myśli, modlitwę otrzeźwiającą zaćmiony umysł.
- Gdzie my… - wycharczał Syriusz, przyciskając drżąca rękę do krwawiącego obficie boku. Znowu to samo miejsce – przeklął w myślach. – Jest chyba wrażliwsze od walki z hybrydami – dodał z grymasem krzywiącym usta, przypominając sobie mimowolnie ostatnią bitwę w misji tropienia krzyżówek. Uderzenie w szybę wystawową apteki nie należało do przyjemny, a teraz było gorzej.
- Łapa? – Różowowłosa usiadła z trudem, rejestrując na swoim ciele liczne stłuczenia i siniaki. Musiała nieźle się pogruchotać podczas spadania przez tamten tunel, jaki otworzył im się pod nogami… poprzedniego dnia?
Nie wiedziała, ile godzin czy dób minęło od tego, jak złapano ich w ohydną pułapkę. Smród szkarłatnej posoki nadal trzymał się ich poszarpanych ubrań, zamknięta przestrzeń nie dawała możliwość przekonania się czy aktualnie jest dzień, czy też noc. Mustang, podniósłszy się wreszcie z sykiem, oparł się o zimne pręty. Kraty.
- Jesteśmy zamknięci – powiedział, rozglądając się bacznie naokoło w poszukiwaniu dalszych wskazówek.
- Brawo, geniuszu, sam bym nie zauważył – rzekł kwaśno Black, nie mogąc utrzymać języka za zębami ze względu na ból, okoliczności i dezorientację.
- Syri! – skarciła go Tonks, po czym westchnęła i podpełzła do niego, nie ważąc się wstać. Nadal wszystko kręciło się wokół niej, toteż nie ufała swoim nogom oraz równowadze. – Daj, opatrzę to. – Oderwała długie pasmo od swojej aba, będącej w kiepskim stanie, należy dodać, i zaczęła łatać ranę kuzyna.
Pułkownik spojrzał na nich krótko, aby następnie zlustrować ponownie najbliższe, widoczne otoczenie. Reszta, znajdująca się poza niewielkim obszarem pod opieką płomienia, pozostawała we władaniu gęstych mroków, przez które nie sposób było cokolwiek zobaczyć. Intuicja zatrzęsła się, wrzasnęła mu wprost do ucha „Coś tu jest nie tak!". I rzeczywiście, czegoś tutaj brakowało. A może, kogoś?
- Tańczący? – Syriusz i Nimfadora natychmiast zwrócili na niego uwagę, czując kłujące, targające wnętrza zaniepokojenie. – Kuso. – Podparł się o szprychę metalu i dźwignął, szukając podwładnego. Na małym terenie celi nie było po nim śladu, a światło nie sięgało na tyle daleko, by odnaleźć go poza nią, na korytarzu.
Rozbrzmiałe nagle kroki przerwały możliwą dyskusję, zatrzymały oddechy w krtaniach w oczekiwaniu. Wkrótce gość, czy raczej gospodarz, wkroczył w strefę widzialności i ukazał im się w całej okazałości. Był to średniej wielkości, szczupły mężczyzna o porytej zmarszczkami skórze, który na nosie miał prostokątne okulary i ubrany był w jasny, prążkowany garnitur. Najbardziej przyciągające były jednak źrenice wypełnione niemym, zakotwiczonym na dnie duszy szaleństwem, a także wargi rozciągnięte w błędnym uśmiechu.
- Witam, witam w moich skromnych progach – odezwał się niezbyt sympatycznym tonem. – Jak się podobała niespodzianka? Moje maleństwa chyba nie napędziły wam stracha?
Mustang zacisnął zęby, odruchowo pragnąc potraktować delikwenta groźbą użycia alchemii ognia. Lecz przeszkadzał mu spory problem – nie miał swoich rękawiczek przyozdobionych kręgiem. Pistolet, wcześniej tkwiący w kaburze przy pasie, także gdzieś się zapodział. Nieznajomy zarechotał, dostrzegłszy zdezorientowanie więźniów, którzy na darmo sięgali po swoją broń.
- Skonfiskowałem wam zabawki, moi drodzy – powiedział wesoło. – Nie mogłem przecież pozwolić, żebyście skrzywdzili siebie i mnie, prawda? – rzekł do nich niczym do małych dzieci, grożąc na domiar palcem jak przestrzegający przed niewłaściwymi czynami rodzic.
Nimfadora, przezwyciężywszy słabość oraz złapawszy stabilność, dopadła do krat jednym susem i sięgnęła ku agresorowi przywodząc na myśl rozwścieczoną orlicę.
- Gdzie on jest? – wrzasnęła, samej dziwiąc się nad tym, że jest w stanie to zrobić. Najwidoczniej urazy nie sięgały zbytnio klatki piersiowej, co było nie lada szczęściem. – Dokąd zabrałeś Hari'ego? – Mężczyzna, wcześniej ledwo cofnąwszy się w tył, zaśmiał się głośno.
- Hari'ego? – powtórzył jadowicie, po czym pstryknął palcami. Kolejne trzy pochodnie zajaśniały niestabilnym ogniem. – Niewiele osób go tak nazywa. Któż by pomyślał, że dzieciak znajdzie sobie przyjaciół.
Szok odbił się na twarzach trójki, gdy dojrzeli Wilka przykutego do przeciwległego muru ciężkimi, szerokimi okowami obejmującymi nadgarstki i wpijające się w nie wygłodniale. Raikou klęczał, ale kolana jego ledwo dotykały szarej podłogi, przez co cały ciężar jego ciała spoczywał na rozstawionych na boki ramionach. Smukła dłoń pochylonego gospodarza pochwyciła podbródek młodzieńca i zadarła go ku górze, dzięki czemu zauważyli jeszcze jeden szczegół: materiał biegnący wokół głowy i przysłaniający szmaragdowe oczy.
- Co mu zrobiłeś? – Tonks szarpnęła się ze złością, nie mogąc znieść obezwładniającej niemożności. Tak bardzo chciała uderzyć nieznajomego, sieknąć go paskudną klątwą, odtrącić od majora czym prędzej.
Jednocześnie w jej sercu zalęgło się jak pasożyt przerażenie wywołane najróżniejszymi hipotezami dotyczącymi stanu, w jakim znajdował się Raikou. Nie chciała dopuścić do siebie najgorszych z nich, jednak one tkwiły wewnątrz niej i jedynie czekały, aż będą mogły wypłynąć na powierzchnię i pożreć zdrowy rozsądek wraz z zahamowaniami. Merlinie, Merlinie…
- Ależ spokojnie, jest tylko nieprzytomny – odparł elegant, tarmosząc kruczoczarne kosmyki dawnego królika doświadczalnego. – Jak mógłbym go skrzywdzić? Jest mi jak syn! – dopowiedział z udawanym, nieznośnie fałszywym oburzeniem. Nie wyprostował się, a miast tego przykucnął przy wilku, wypuściwszy go wreszcie z uścisku. – Tak nawiasem, chyba się jeszcze nie przedstawiłem.
- Nie obchodzi mnie twoje imię, draniu! – wrzasnął Syriusz, zakleszczając palce na prowizorycznym opatrunku i niemal powodując ponowny krwotok. – Masz go zostawić!
- Jestem Kasper – zignorował go gospodarz – i niezwykle miło mi was poznać. A teraz może ocucimy naszego drogiego szczeniaka? Jestem pewien, że chętnie dołączy do naszej rozmowy. – Nie czekając na ich reakcję, spoliczkował Wilka, aż w tunelu - zbudowanym z nieregularnych, wilgotnych cegieł, między którymi tkwiła glina oraz lita skała – rozniosło się ostre pacnięcie. Jakże zabawne dla niego było oglądanie całego tego cyrku, mierzenia się z nagą, bezlitosną prawdą, czułego spotkania po tylu latach.
Mustang zaklął, analizując ich beznadziejne położenie i z trudem przezwyciężając trawiącą go obawę o podwładnego. Sytuacja nie była kolorowa, raczej można ją było śmiało określić mianem „tragiczna". Dwójka czarodziei i on, Płomienny, zamknięci byli w celi bez jakiejkolwiek broni czy narzędzia zdolnego ich wydostać, natomiast kruczowłosego młodzieńca skutecznie skrępowano. Jeżeli nie wymyślą nic dobrego, odpowiedniego, to pozostaną na łasce fanatycznego faceta. Lecz jak mieli przedsięwziąć jakiekolwiek plany, skoro nie mieli nic, co by im pomogło? Bez alchemii, eliksirów czy czarów niezdolni byli do czegokolwiek, co zbliżyłoby ich do ucieczki. Chikushiou!
- Hari… Hari! – Nimfadora osunęła się na ziemię, zakleszczając zbielałe dłonie na zimnych prętach i drżąc z nagromadzonych negatywnych emocji skierowanych na agresora. – Hari!
/ „Wszystko w porządku?"… „Leż, twoje rany jeszcze się nie zagoiły"… „Wierzę w ciebie"… „Obiecaj!"… „Uciekaj!"… „Biegnij!"… „Hari!"/
- Hari! – Drgnął, czując przeszywające go na wskroś cierpienie i odrętwienie kłujące go od łopatek po nadgarstki. Zdezorientowany i schorowany czuł się jak na jachcie, którego celem było jak najczęstsze doprowadzanie pasażerów do wymiotów. I ten krzyk, tak boleśnie znajomy, wyryty w pamięci głębokimi ścieżkami.
- Al… ice… - wychrypiał, na wpół przytomny, zawieszony między rzeczywistością a mglistą jawą.
Silne, następne uderzenie pozbawiło go tchu, a wrzaski wibrujące w przestrzeni katowały jego czułe uszy. Z każdej strony otaczał go przytłaczający mrok, napięte do granic mięśnie trzęsły się spazmatycznie, płuca paliły, jak gdyby wrzucono do nich garść rozżarzonych węgli. Zakrztusił się własnym oddechem, nie mogąc złapać pełnego tchu, nie potrafiąc uspokoić łaknącego ulgi organizmu. Nani o…
- Och, proszę, któż to się obudził? – odezwał się plugawy, złośliwy głos, wydzierający go brutalnie z resztek pustego snu.
/ „Bierz ich!"… Mściwy rechot… „Pozbądź się go!"… Lśniące srebro… /
- Ojciec – wypowiedział ten wyraz niby najgorsze przekleństwo, wręcz wypluł go, jakby był czymś niegodnym zawitania na świecie.
- Nie zapomniałeś o mnie, dzieciaku? Jakież to wzruszające! – Kasper pogładził zlepione krwią włosy Raikou, nie zważając na ostrzegawcze warczenie. – Postanowiłeś wrócić do domu nawet po tym, jak kazałem cię zabić? – Tonks i Syriusz sapnęli zszokowani tą nowiną, jeszcze bardziej, o ile to możliwe, blednąc. Roy skrzywił się, nie mając wątpliwości odnośnie stanu umysłowego eleganta. Ten człowiek jest chory!
Hari syknął podobny do rozjuszonej patykiem kobry, lecz nie zaprzestał tylko na tym. Z trudem oparł stopy o podłoże i podźwignął się – drżąc, walcząc o powietrze - o kilka centymetrów z zamiarem odgryzienia dłoni Ojca. Zęby kłapnęły o siebie, łapiąc jedynie gęstą, duszną nicość. Ogarnięty delirium Wilk przywodził teraz na myśl przedstawiciela gatunku, od którego wzięło się jego przezwisko – zaszczuty, gotowy rozszarpać w obronie czy nawet dla własnej przyjemności, rubinowej zemsty.
Rozerwać gardło, ugodzić w nerw, przeciąć mięsień pod żebrem, wydrapać oczy…
- No już, skąd tyle agresji? – zakpił Kasper z perfidnym uśmieszkiem. – Gdybym wiedział, że masz w sobie zadatki na tak zdolnego alchemika, zastanowiłbym się dłużej nad twoją egzekucją. Dokonałem takiego wyboru, ponieważ byłeś moim najsłabszym tworem. Zapłaciłeś największą cenę za to, czym cię obdarowałem – ciągnął dalej, a ton jego zabarwiał się stopniowo złością. – Niewdzięczny kundel, którego siłę i szybkość zmazała choroba! Niewdzięczny kundel, który mimo iż mizerny śmiał mi się sprzeciwić! Spójrz na siebie, żałosny dzieciaku! Zobacz, do czego się doprowadziłeś! – Zamachnął się, jakby chcąc jeszcze raz spoliczkować byłego podopiecznego, ale jedynie świsnął mu tuż przed nosem.
Raikou najeżył się, tak mocno zaciskając szczęki, że z kącika ust popłynęła stróżka metalicznej w smaku czerwieni. Nie ważne były teraz miliardy igieł pustoszących wnętrze płuc, nie istotne było wyczerpanie czy kompani zmuszeni słuchać tej wymiany zdań. Liczyła się wyłącznie czysta, wrząca wściekłość.
- Nie prosiłem o to przekleństwo! – wrzasnął, zdzierając sobie suchą, piekącą krtań. Echo poniosło się po korytarzu niby niewidzialna fala, do której dołączyło ochoczo brzęczenie łańcuchów.
A potem nastąpiły… cisza, milczenie, nic. Wszystko wydawało się zamarznąć, znieruchomieć, zatrzymać się niczym groteskowe, szare rzeźby po brzegi wypełnione nienawiścią bądź innymi dołującymi uczuciami. Te, które wyłamały się z tego pierścienia zastygłego czasu były pomarańczowe języki ognia, balansujące i plujące mdłym światłem w ograniczonym zasięgu.
- Przekleństwo, powiadasz? – cichy, niebezpiecznie brzmiący szept. – Już wtedy tak to nazwałeś, czyż nie? Ta cholera ci to wpoiła, tak? Powinienem był sam cię uczyć, zamiast pozwalać jej to robić. – Kasper wyprostował się, spoglądając lodowato na Hari'ego. Wtem twarz jego ozdobił mściwy grymas nie zwiastujący niczego pozytywnego. – Dobrze, że dostała to, na co zasłużyła. – Odwrócił się, sprężystym krokiem opuszczając ich towarzystwo i kierując się do swych oddalonych kwater.
Gdyby nie przepaska kryjąca szmaragdowe oczy, trójka dorosłych dostrzegłaby, jak te rozszerzają się z niedowierzania i strachu. Blada cera młodzieńca konkurowała teraz z najbielszą kredą, uzewnętrzniając targający nim wewnętrzny sztorm. Pieczęć od dziecka przygniatającą większość emocji złamało jedno oświadczenie, jedno zdanie siejące w niedoświadczonej psyche chaos.
/ Cichy śmiech… Delikatny niczym jedwab chichot… „Wiem, że ty też cierpisz"… Ciepłe spojrzenie… Delikatny dotyk na policzku… „Wierzę w ciebie, wiesz?" /
- Alice… Kisama*… Wracaj, Ibn awa*! Co jej zrobiłeś? Kusotare*! Wracaj tutaj! Akeud*! Pieprzony draniu! – przekleństwa i wyzwiska zalały tunel, dublując się, mieszając i niknąc bezpowrotnie.
Nimfadora, Syriusz oraz Roy, niezdolni – nawet Płomienny! – wykrztusić słowa, patrzeli na miotającego się, oszalałego Wilka w osłupieniu. Nigdy nie przypuszczali, że ta zraniona – teraz dopiero zdawali sobie sprawę, jak wielka jest to szrama – samotna hybryda o ironicznym nastawieniu do świata może się tak zachowywać; może popaść w furię spowodowaną stratą kogoś, kogo z pewnością dawno nie spotkała. Jak wielkie łączyły Tańczącego więzi z Alice, skoro spod materiału przewiązanego przez głowę wychyliły się krystaliczne łzy, tworzące w zetknięciu z brudem rozmazane smugi na policzkach? Skoro mocował się z okowami tak silnie, że bordowe ścieżki zarysowały się na przedramionach poskręcanymi szlakami? Skoro krzyczał i złorzeczył nawet tedy, gdy głos stał się ochrypły, a z gardła wyrywały się zduszane, chrapliwe kaszlnięcia protestujących oskrzeli.
- Hari! – zawołała Tonks rozpaczliwie, wyjąc w duchu na taki widok. Merlinie… Merlinie… – Hari, uspokój się, proszę! Kaleczysz się! – spróbowała ponownie, tak bardzo pragnąc wydostać się z klatki, przygarnąć go do siebie, przytulić, pocieszyć, wyrwać z kręgu cierpienia, nienawiści.
Black wraz z Mustangiem nie wtrącali się, nie przeszkadzając różowowłosej w zmitygowaniu, ujarzmieniu Wilka. Ona najlepiej się do tego nadawała – już wcześniej zauważyli, że jej osoba miała zbawienny, kojący wpływ na Raikou, zwłaszcza po polowaniu na twory Toma. Tak, jak gdyby Nimfadora wyzwalała w nim to, o czym zdawał się dawno temu zapomnieć, czego w dzieciństwie go pozbawiono. Nic w tym dziwnego, skoro już od samego początku ich znajomości traktowała go życzliwiej niż pozostali czarodzieje – wyłączając Hermionę, Ginny oraz Albusa – oferując po prostu… przyjaźń, którą zaakceptował dopiero w zrujnowanym, wyniszczonym miasteczku.
Kajdany brzdąknęły i umilkły, sygnalizując to, iż drobne, skulone ciało w końcu zawisło bez ruchu. Czarne pasma wymykające się spod tkaniny spowijały oblicze, chowając je przed otoczeniem, broniąc przed zewnętrznym, łamiącym wolę złem. Ramiona dygotały lekko, spomiędzy sinych warg uciekały urywane westchnienia nawiedzającego go bólu. Jedynym, co widział, była pusta ciemność, okalająca go zewsząd jak ciasne więzi.
- Musimy stąd zwiewać – odezwał się po ciągnącej się ciszy Łapa, ostrożnie podnosząc na nogi i w dalszym ciągu przyciskając dłoń do prowizorycznego opatrunku.
- Nie mamy zbytnio jak – odparł Roy, podejmując temat i, jak iż był w pełni sprawy – nie licząc siniaków oraz stłuczeń – przespacerował się po ich ograniczonej, dostępnej powierzchni.
Nie liczył na znalezienie czegoś, co wspomogłoby ich w ucieczce. Bardziej chciał oczyścić myśli i ukoić nerwy, które nadszarpnęła wizyta gospodarza. Ojciec – tak zatytułował go Tańczący, a to zaś przypomniało Mustangowi o ich rozmowie tamtego pamiętnego dnia, gdy udało im się go schwytać i wcielić w szeregi armii. Oznaczało to jasno, że młodzieniec przez te wszystkie lata poszukiwał właśnie tego, opętanego, szalonego człowieka, który przemienił go w hybrydę. Lecz z ich wcześniejszej konwersacji wywnioskował, iż Wilkowi bardziej zależało na wydarciu z rąk Kaspra tajemniczej Alice niż dokonaniu na nim zemsty.
- Jakieś pomysły? – zapytał, zatrzymując się przy chłodnych, grubych prętach strzegących ich wolności.
Gdyby miał swoje rękawiczki czy chociażby któryś z kruszców używanych w płomiennej alchemii, stopiłby wredną stal w parę marnych sekund. A tak, mógł jedynie wpatrywać się w nie uparcie, jakby licząc, że same ugną się pod jego wzrokiem. Niemożność wydostania się stąd przyprawiała o migrenę i frustrację, które nie były zbyt sympatyczną i pożyteczną kombinacją. Już osobno dawały się we znaki, a razem…
- Cholera, nie możemy się poddać – syknął rozeźlony Syriusz, odsuwając rozmyślanie o niedawnej wizycie eleganta na rzecz obmyślenia jakiegokolwiek planu, dzięki któremu wydostaliby się na powierzchnię.
To, że utknęli głęboko pod ziemią dowodziło kilka elementów otoczenia, jak chociażby korytarz wydrążony w litej skale, której nie byłoby tak wiele tam na górze. No i jeszcze to wejście będące niemal pionowym tunelem, przez które to się tutaj dostali. Tak, nie było wątpliwości, że znajdowali się pod gorącymi, nagrzanymi oddechem A'tar piaskami pustyni.
- Nikt nie zamierza – powiedziała już spokojniej Tonks, również wstając i co chwilę rzucając zmartwione spojrzenia na Raikou. – Hari, wiesz, gdzie dokładnie jesteśmy? – zapytała cicho, z nietypową dla niej nieśmiałością.
Nie chciała męczyć towarzysza, nie chciała do niczego go zmuszać, mając w pamięci incydent, którego byli świadkami. Teraz współpraca z młodzieńcem mogła być utrudniona przez niechciane wspomnienia, rozchwiane emocje wywołane przez Kaspra czy też sam specyficzny charakter majora.
Wilk poruszył się nieco, krzywiąc z powodu odrętwienia, jakie opanowało ręce oraz górną część klatki piersiowej, zwłaszcza łopatki. Zastrzygł zwierzęcymi uszyma, przysłuchując się wszelkim dźwiękom, jakie do niego docierały. Co prawda nadal nie odsunął od siebie całego zdenerwowania, paniki, lecz nie zamierzał tkwić tutaj do końca swojego żywota. Musiał uwolnić się jak najprędzej i znaleźć Alice, przekonać się, co się stało. Pomścić ją.
- Jestem przykuty do ściany, więc najprawdopodobniej ulokował nas w zachodniej części. Tylko tutaj zawsze były takie kajdany, ale ten bydlak mógł coś zmienić – odpowiedział, przeklinając się za chorobliwie słaby, ochrypły ton.
- Znasz drogę do wyjścia? – zadała kolejne pytanie Tonks, podbudowana tym, że przyjaciel nie zamknął się w sobie całkowicie.
Przypuszczała, że pomagał im ze względu na własne cele, dla swych korzyści, jakimi są możliwość odnalezienia JEJ, a także dopadnięcie Ojca. Nimfadorze nie mieściło się w głowie, jak można traktować człowieka tak, jak robił to Kasper. Jak można w ogóle igrać ze stworzeniami, mieszając ich geny, bawiąc się w stwórcę i jeszcze oczekiwać przez to pokłonów oraz wdzięczności. Przecież on wyłącznie krzywdził, zdzierał ze swych obiektów człowieczeństwo i wystawiał je na okrucieństwo świata, szyderstwa, lekceważenie, potępienie.
- Oczywiście – odezwał się Hari. – Mieszkałem tutaj – dodał, jakby powątpiewając w inteligencję kobiety.
Ta uśmiechnęła się blado. Wraca nasz ironiczny Tańczący – przemknęło jej przez głowę. – To dobrze, będzie łatwiej.
- A co nam to da, skoro jesteśmy, cholera, uziemieni? – warknął Syriusz, bezskutecznie łowiąc wzrokiem wyjście z denerwującej, kiepskiej sytuacji.
- Na początek wystarczy – rzuciła aurorka. – A raczej na koniec – skorygowała, po czym zachichotała pod nosem z własnego żartu.
Atmosfera rozluźniła się znacznie, napięcie spadło, umożliwiając optymistyczniejsze myślenie, planowanie i postrzeganie tego, czego nie sposób było dojrzeć przez zaćmiony umysł. Trójka usiadła razem, opierając się o siebie nawzajem i dyskutując na tyle głośno, aby słyszał to też major i na tyle cicho, żeby słowa nie uleciały korytarzem. Według zapewnień Tańczącego, był on długi, wijący się i mający liczne odgałęzienia, więc ich rozmowa nie powinna dotrzeć do gospodarza kręcącego się gdzieś na północnym-wschodzie. Tam miał kwatery, laboratorium oraz bibliotekę, tam też spędzał większą część doby. Raikou zawsze też mógł ich ostrzec przed jego przybyciem, jako iż jego zmysły były bardziej rozwinięte od ich i mógł bez problemu zarejestrować wystarczająco wcześnie kroki Kaspra czy jego samego. Nie krepowali się więc dłużej, stawiając wszystkie karty na przetrwanie.
- Masz na sobie mundur, Zapalniczko? – zapytał po godzinie wysnuwanych propozycji Wilk, przypomniawszy sobie coś istotnego dzięki kamykowi, który rzucony bez celu przez Black zachrzęścił o nierówną ścianę. Inspiracja wszakże bierze się z różnych źródeł i nie należy przy tym grymasić. On nie narzekał.
- Ta, ale każda kieszeń została przetrząśnięta i wyczyszczona – odpowiedział Płomienny, nie kłopocząc się ponownym sprawdzeniem, czy czegoś nie ominął. Robił to już co najmniej pięć razy i nie było szans na to, aby nagle, ni stąd ni zowąd, cokolwiek się w nich pojawiło.
Hari jednak uśmiechnął się z satysfakcją, nie zważając na niezrozumienie kompanów. Nawet go nie widział, toteż mógł pozwolić sobie na samowolną nadzieję połączoną z mściwym wyszczerzem. Tak, wydostaną się stąd łatwiej, niż przypuszczał. Obiecał też sobie, że już nigdy nie skrytykuje pułkownika za wieczne noszenie służbowego odzienia niezależnie od pory roku, okazji czy kraju.
W końcu to jego zboczenie na coś się przyda.
*Kisama - jap. "ty", lecz w odzewie agresywnym, nienawistnym.
*Ibn awa - bed. "szakal", co jest traktowane jako obelga.
*Kusotare - jap. "drań". Coś w tym stylu.
*Akeud - bed. "przeklęty", traktowane jak obelga.
