Trochę zmian, póki co niewielkich.
Niniejszy tekst stanowi historię alternatywną.
Ktoś coś mówił. Głośno.
Jęknęłam, kiedy zdałam sobie sprawę, że to budzik w mojej komórce ustawiony na radio, co oznaczało, że pora wstawać. Zaciemniona sypialnia Erica sprawiała, że miałam tendencję do spania dłużej niż zwykle, więc zaczęłam nastawiać budzik, kiedy u niego nocowałam.
Pacnęłam ręką na oślep i wyłączyłam alarm. Zawsze zadziwiało mnie, że bez względu na to, jak bardzo byłam nieprzytomna, akurat w wypadku tej czynności za każdym razem trafiałam bez pudła.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy zapadła cisza. Po chwili odszukałam stojącą przy łóżku lampkę i zapaliłam ją. Pokój wypełnił się łagodnym światłem.
Odwróciłam się do Erica, który leżał z nosem przy moich karku. Tym razem pamiętał, żeby upewnić się przed świtem, że nie przytrzasnął moich włosów. Jego głowa robiła się strasznie ciężka, kiedy był nieprzytomny i już kilka razy musiałam się sporo nabiedzić, kiedy próbowałam ją rano przesunąć. Zmarszczyłam brwi, kiedy zauważyłam jego laptop leżący tuż przy łóżku. Eric musiał pracować na nim do samego brzasku, a może nawet trochę dłużej. Miałam nadzieję, że znowu nie przeciągnął struny i że nie obudzi się z bolącymi oczami. Eric był tak nieprzyzwyczajony do chorowania, że nie potrafił się oszczędzać.
Pocałowałam go w czoło zanim nie bez wysiłku zsunęłam z siebie jego przerzucone przez moją talię ramię i wyśliznęłam się z łóżka. Nie planowałam, że zostanę dziś na noc, więc nie miałam ze sobą świeżych ubrań. Na dodatek nie byłam pewna, czy Eric nie podarł mojej wczorajszej kreacji w strzępy. Na szczęście nauczona doświadczeniem byłam wystarczająco przezorna, żeby zostawić u niego na stałe szczoteczkę do zębów i kilka sztuk czystej bielizny – akurat na ten element garderoby Eric miał tak zgubny wpływ, że zapas mógł mi się przydać nawet jeśli wpadałam tylko na chwilę.
Oceniłam, że moje spodnie wciąż nadają się do użytku i postanowiłam pożyczyć od Erica czystą koszulę – z zawiniętymi rękawami i przewiązana w pasie prezentowała się na mnie całkiem nieźle. Kiedy już zdołałam skompletować ubranie, wyszłam z sypialni, aby stawić czoła nowemu dniu. Naturalne światło sprawiło, że od razu poczułam się bardziej rześka. Mimo to skierowałam się w pierwszej kolejności prosto do kuchni i do ekspresu do kawy – gdzie znalazłam kopertę z moim imieniem wypisanym ręką Erica. Był w niej jakieś przedmiot. Ciekawie zajrzałam do środka.
- Nie – powiedziałam na głos.
A jednak.
W kopercie były kluczyki do samochodu. Tyle tylko, że nie były to kluczyki do Corvetty.
- Eric, coś ty znowu zrobił? – jęknęłam.
Włączyłam ekspres, ale nie miałam wystarczająco siły woli, żeby poczekać, aż kawa się zaparzy, zanim upewnię się, co takiego tym razem wykręcił. Nie wytrzymałam i pobiegłam do garażu.
Jak mogłam się tego spodziewać, znalazłam w nim dwa samochody. Obok Corvetty stała wiśniowa Honda Civic prosto z taśmy produkcyjnej. Na przedniej szybie za wycieraczką zatknięta była kartka:
„Pam zarzekała się, że każda kobieta powinna mieć samochód dobrany pod kolor lakieru do paznokci. Dokumenty są w schowku. Możesz na mnie nakrzyczeć od razu, ale pamiętaj – zabicie martwego jest w jeszcze gorszym tonie niż kopanie leżącego.
Kocham,
E".
Przez chwilę stałam jak wmurowana.
Dam ci samochód – powiedział wczoraj, kiedy zastanawiałam się, jak dotrę do pracy. Cóż, jak powiedział, tak zrobił.
Wiedziałam, że tak to się skończy, jeśli szybko nie kupię samochodu. Przebiegły, przebiegły wampir. Świetnie to sobie wszystko wykalkulował – robienie mu awantury teraz, kiedy był nieprzytomny, mijało się z celem, a do wieczora zdążę ochłonąć. I jeszcze do tego na koniec próbuje mnie udobruchać podpisując się w ten sposób. Dobrze wiedział, że mnie rozmiękczy.
Swoją drogą, o co chodziło z Erikiem i deklaracjami uczuć na piśmie?
- Mówiłam, że nie potrzebuję drogiego samochodu! – rzuciłam w przestrzeń.
Obróciłam się na pięcie i wmaszerowałam tupiąc z powrotem do domu. Poszłam prosto do mojej torebki i wyciągnęłam najbardziej jaskrawą szminkę, jaką miałam, a potem zdecydowanym krokiem skierowałam się do sypialni Erica. Zamknęłam za sobą starannie podwójne drzwi (wbrew jego sugestii, nie chciałam go mimo wszystko zabić wpuszczając do środka słońce) i zapaliłam światło. Zatopiłam chmurne spojrzenie w nieruchomym Ericu.
Leżał sobie spokojnie z głową na poduszce, przykryty po żebra, cichy, jasny i rozczochrany. Obraz niewinności, myślałby kto.
- Myślisz, że jesteś taki sprytny, hm? – powiedziałam.
Oczywiście nie zareagował. Zmrużyłam oczy i podeszłam powoli do łóżka dzierżąc szminkę jak sztylet i namyślając się nad najlepszym planem odwetu. W końcu, nie mając lepszego pomysłu, odkręciłam pomadkę i pieczołowicie naniosłam na jego czoło szkarłatny napis „BUFON". Miałam cichą nadzieję, że nie spojrzy w lustro przed wyjściem z domu i że ktoś zobaczy go w tym stanie zanim zdąży zetrzeć moje bazgroły. W przebłysku geniuszu sięgnęłam po komórkę i zrobiłam mu zdjęcie, po czym natychmiast wysłałam je Pam.
Od razu poczułam się lepiej.
Wróciłam do kuchni w samą porę na moją kawę. Usiadłam z zadowolonym westchnieniem. Kawa zawsze poprawiała mi nastrój. Eric zaczął ostatnio trzymać dla mnie trochę lepiej przechowującej się żywności, więc mimo że nie spodziewał się wczoraj mojej wizyty, znalazłam coś do jedzenia. Rozłożyłam na stole notkę od Erica i przebiegłam ją jeszcze raz wzrokiem. Po krótkim wahaniu poskładałam ją i schowałam do portfela.
Mój spokój zmącił natarczywy dźwięk dzwonka w mojej komórce. Zerknęłam na wyświetlacz i zobaczyłam, że miałam już kilka nieodebranych połączeń.
- Amelia? – powiedziałam odbierając.
- Sookie! Całe szczęście.
- Czy coś się stało?
- Martwiłam się o ciebie. Powiedziałaś mi, że wrócisz wczoraj na noc.
- Och… Przepraszam, zapomniałam zadzwonić do ciebie i powiedzieć ci, że zmieniły mi się plany.
- Wszystko w porządku?
- Tak, przenocowałam u Erica.
- Uuuu-hm – odparła na to tylko Amelia i dobrze wiedziałam, co sobie pomyślała na temat przyczyn, dla których nie usłyszałam wczoraj w nocy jak dzwoniła. Nie mogłam jej za to winić, bo miała absolutną rację. – Udany wieczór?
Przygryzłam wargę.
- Owszem.
Nie mogłam opowiedzieć jej o Niallu, ani nie miałam ochoty rozwodzić się nad tym, w jaki konkretnie sposób ugościł mnie Eric. Tak naprawdę chciałam z kimś porozmawiać o moim nowoodkrytym pradziadku, ale wiedziałam, że powinnam zachować tę sprawę w tajemnicy, więc pozostawało mi tylko poczekać aż znowu zobaczę się z Erikiem.
- Wpadniesz przed pracą do domu?
- Tak. Nie wzięłam ze sobą roboczych ciuchów, muszę się przebrać.
- Jak dojedziesz?
- Eric zostawił mi samochód – powiedziałam po prostu nie mając siły na wyjaśnienia przez telefon – i tak czekała mnie jeszcze reakcja Amelii i całego miasta kiedy zobaczą rzeczony pojazd i kiedy już zorientują się, że nie tylko nim jeżdżę, ale też jestem jego właścicielką.
- W takim razie na ciebie czekam.
Zerknęłam na zegarek i zobaczyłam, że muszę się trochę pospieszyć, więc wymieniłam z Amelią pożegnania i wróciłam do mojego śniadania. Po skończonym posiłku posprzątałam po sobie (Eric prawie nie używał kuchni, więc byłam szczególnie wyczulona, żeby nie zostawić mu w niej bałaganu – byłoby oczywiste, że to ja go narobiłam), zebrałam manatki, pozamykałam dom i niepewnie wśliznęłam się z powrotem do garażu, aby zmierzyć się z moim nowym samochodem.
Wyciągnęłam kluczyki i skrzywiłam się, ale nie mogłam całkowicie stłumić tlącej się we mnie frajdy z wsiadania do nowego samochodu. Spędziłam chwilę na ustawianiu fotela i lusterek. Uśmiechnęłam się do siebie, kiedy zobaczyłam moje dłonie spoczywające na kierownicy, z paznokciami w dokładnie tym samym odcieniu co karoseria samochodu. Potrząsnęłam głową nad Pam i Erikiem. Jeśli ta dwójka zmówiła się przeciwko mnie, to od początku nie miałam żadnych szans wygrania tej potyczki. Cóż, mogło być gorzej. Przynajmniej Eric powstrzymał się częściowo i wybrał rozsądny samochód, choć naprawdę nie potrzebowałam fabrycznie nowego auta.
W końcu wyjechałam na drogę. Jedno musiałam przyznać – samochód był o wiele wygodniejszy od mojego starego grata, a jednocześnie czułam się w nim mimo wszystko nieco swobodniej niż w Corvecie. Włączyłam radio, którego jakości dźwięku nie potrafiłam nawet w pełni docenić. Było tam jeszcze kilka innych tajemniczych przycisków na desce rozdzielczej, których bałam się ruszać – nie byłabym zbytnio zaskoczona, gdybym znalazła gdzieś włącznik wodotrysku, albo działa laserowego. Znając Erica to drugie było nawet bardziej prawdopodobne. Oczywiście bak był pełen, więc dojechałam do domu beż żadnych przystanków po drodze.
Spodziewałam się, że Amelia rzuci jedno spojrzenie na samochód i na mnie w koszuli Erica i natychmiast będzie chciała dowiedzieć się więcej o moim wczorajszym wieczorze, ale spotkało mnie zaskoczenie: kiedy weszłam do domu, okazało się, że Amelia nie jest sama – siedziała w salonie w towarzystwie starszej, czarnoskórej kobiety i wyglądała dość niewyraźnie.
- Dzień dobry – powiedziałam w stronę jej gościa nie chcąc być nieuprzejma.
- Sookie, – odezwała się słabo Amelia – to jest Octavia Fant, moja mentorka.
O, cholera. Wiedziałam, kim była Octavia – czarownicą sprawującą nad Amelią bezpośredni nadzór w Nowym Orleanie. Straciły kontakt po Katrinie i choć wiedziałam skądinąd, że Amelia była zatroskana o jej los, niekoniecznie miała ochotę się z nią spotykać – miało to sporo wspólnego z faktem, że nasz kot, Bob, był tak naprawdę pechowym kochankiem Amelii, którego niechcący przemieniła w zwierzę podczas jakiegoś odważnego eksperymentu magiczno-erotycznego i nie potrafiła odczarować.
Octavia miała ostre rysy twarzy, władcze, pełne godności spojrzenie i umysł, którego nie mogłam odczytać.
- Sookie Stackhause – przedstawiłam się. – Miło panią poznać. Amelia wiele o pani opowiadała.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zadzwonił telefon.
- Proszę wybaczyć – powiedziałam i poszłam odebrać.
Czułam lekką ulgę, że mam wymówkę, by się wycofać – to znaczy póki nie dowiedziałam się, w jakiej sprawie do mnie dzwoniono.
- Halo?
- Sookie?
- Alcide? – powiedziałam zaniepokojona jego zmienionym głosem. Był zachrypnięty i brzmiał, jakby płakał. – Wszystko w porządku?
- Czytałaś gazety? – odpowiedział pytaniem.
- Nie. Co się stało?
- Maria-Star nie żyje. Została zamordowana.
Wciągnęłam gwałtownie oddech. Maria-Star Cooper była dziewczyną Alcide'a.
- Alcide, tak mi przykro! Nie miałam pojęcia.
Mówiłam szczerze. Było mi strasznie żal Alcide'a, który był dobrym facetem, ale miał wyjątkowego pecha jeśli chodzi o romantyczne związki – to już druga jego dziewczyna, która kończyła martwa. O ile Debbie Pelt zabiłam własnoręcznie (w samoobronie!) i uważałam ją za niezrównoważoną sukę, o tyle Marię lubiłam. I dopiero co widziałam ją na weselu, całą i zdrową. Jej śmierć była wstrząsem.
- Jak do tego doszło? Czy wiesz, kto to zrobił?
- Podejrzewam, że Patrick Furnan mógł być w to zamieszany. Uważa mnie za zagrożenie od czasu, kiedy zabił mojego ojca. Jeśli mam rację, też możesz być w niebezpieczeństwie – w czasie pojedynku podważyłaś jego uczciwość na naszą korzyść. Wie, że zraniłoby mnie, gdyby coś ci się stało.
- Okej – powiedziałam ponuro. – Dzięki za ostrzeżenie.
Będę musiała powiedzieć Ericowi, że znowu ktoś może chcieć mnie zabić. Nie specjalnie paliłam się do zobaczenia jego reakcji.
- Posłuchaj, Sookie, być może mogłabyś pomóc nam ustalić, kto za tym stoi.
- W jaki sposób? – zapytałam ostrożnie, powstrzymując się od głośnego jęknięcia.
Ku mojemu zaskoczeniu nie zasugerował jednak użycia telepatii:
- Wciąż mieszkasz z czarownicą?
- Owszem.
- Mogłabyś ją namówić, żeby przyszła do mieszkania Marii-Star i spróbowała odczytać, co się tam wydarzyło? Wiedzielibyśmy wtedy, czy faktycznie były w to zamieszane wilkołaki.
Spojrzałam niepewnie w stronę salonu, w którym Amelia ciągle siedziała razem z Octavią. Nie byłam przekonana, czy to dobry moment, ale rozumiałam powagę sytuacji.
- Zapytam jej – powiedziałam. – Ma w tej chwili gościa. Oddzwonię do ciebie, kiedy będę mieć odpowiedź.
- To może być ważne, Sookie, także ze względu na twoje bezpieczeństwo.
- Wiem. Postaram się. Trzymaj się, Alcide.
Przedstawiłam sprawę czarownicom bez większej nadziei na sukces, ale ku mojemu zaskoczeniu po wyrażeniu początkowej dezaprobaty dla pomysłu Octavia nie tylko nie powstrzymała Amelii, ale też dała się namówić na pomoc. Przypuszczam, że miał z tym coś wspólnego fakt, że sama odniosła porażkę przy próbie odczarowania Boba. A może po prostu była samotna?
Oddzwoniłam od Alcide'a i ustaliliśmy, że wyśle kogoś po wiedźmy, ale nie miałam w planie im towarzyszyć – szłam do pracy.
Zdałam sobie sprawę, że trochę za bardzo zmarudziłam, więc w pośpiechu zmieniłam ciuchy i wskoczyłam z powrotem do samochodu. Przyznaję, że docisnęłam trochę pedał gazu, żeby się nie spóźnić – i oczywiście już po kilku minutach na pustym odcinku drogi machnął na mnie policjant. Zaklęłam z cicha i zjechałam na pobocze. Trzeba mieć moje szczęście, żeby dostać mandat ten jeden raz na rok, kiedy akurat przekroczy się dozwoloną prędkość. Zrezygnowana opuściłam szybę i sięgnęłam do schowka, w którym zgodnie ze słowami Erica powinnam znaleźć dokumenty.
Ale kiedy zerknęłam w lusterko zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Idący w moją stronę mężczyzna miał na sobie górę od munduru, ale nie byłam całkiem pewna co do kroju jego ciemnych spodni. Jeździł na motorze, nie radiowozem i nie był żadnym ze znajomych mi policjantów z posterunku w Bon Temps. Zgodnie z moim szóstym zmysłem nie był też człowiekiem, ale wilkołakiem. Byłam na zasłoniętym drzewami, ustronnym odcinku trasy. Ostrzeżenie Alcide'a zadźwięczało mi w głowie, zwłaszcza że myśli rzekomego policjanta były pełne agresji i trzymał w ręce… O, cholera.
Podchodził do okna, kiedy ze schowka wypadły niezauważone przeze mnie w roztargnieniu dwa przedmioty. Złapałam odruchowo jeden z nich – ciężki i zimny.
Kocham cię, Eric – pomyślałam, kiedy opuściłam wzrok by spojrzeć prosto na leżący w mojej dłoni pistolet.
