Shanica: Hej, rozdziały są już dość długie! Ostatni zajął mi chyba 18 stron w edytorze tekstu. Czcionką 10! W korekcie to potwory. Szczególnie jeśli człowiek jest na wakacjach i ma tyle innych rzeczy do roboty 😊. No ale, oto Twoja akcja. Mam nadzieję, że Ci wystarczy. Uściski z wakacji dla nerdów!
Swoją drogą to chyba najbardziej odjechany rozdział w tym opowiadaniu. Życzę dobrej zabawy.
N/A: Witajcie wspaniali czytelnicy. Jak zawsze dziękuję za Wasze komentarze i tak dalej. Sprawiają, że chora autorka się uśmiecha. Czuję się coraz lepiej, więc przy odrobinie szczęścia wstawię następny rozdział odrobinę szybciej. Nie mogę uwierzyć, że nic nie dodawałam od zeszłego roku! xx
Za ten rozdział Emily zasługuje na większe podziękowania niż jestem w stanie jej zapewnić. Mój umysł był nieźle pomieszany a ona pięknie posprzątała cały ten bałagan.
31 października
Kiedy sierżant Paul Clarke o siedemnastej przybył do niewyróżniającego się vana na swoją trzecią męczącą nocną zmianę we frustrująco niecharakterystycznej wiosce, było zimno i mocno padało. Pospiesznie pożegnał się z kierowcą, skinął głową sierżantowi, którego zmieniał i pomknął do bezpiecznego vana.
- Dobry wieczór, chłopaki. – przywitał się, wsiadając. Natychmiast po zamknięciu drzwi trzymał ręce przed wentylatorem i tarł nimi o siebie.
- Dobry wieczór, sierżancie. - odparł szeregowy Williams, wystawiając głowę spomiędzy przednich foteli, a potem dodał z nadzieją. - Przyniosłeś może biszkopty?
Paul zaśmiał się pod nosem.
- Kolejny taki dzień, co? - spytał. Włożył rękę do plecaka, a potem z fanfarą pasującą bardziej do magika wyciągnął beżowe plastikowe pudełko, na którym jego żona napisała „Ciasteczka czekoladowe z orzechami". Rzucił je zadowolonemu Williamsowi. - Nie wygadajcie się mojej żonie. Będzie wkurzona, że dla was podkradłem jej wypieki. - trzej mężczyźni przytaknęli w ciszy, usta mieli zajęte przeżuwaniem biszkoptów. Paul też wziął sobie jednego. - Czyli co, zupełnie nic się dzisiaj nie wydarzyło?
- Nic. - odparł Jones. - Chyba, że liczysz bogatego palanta w 911, który przemknął tędy dziesięć minut temu.
- Nie liczę. - mruknął z rezygnacją Paul, wyciągając z plecaka termos i podając go chłopakom. - Więc jak myślicie, KGB odwołało akcję po śmierci dziewczyny? Wiem, że według Piątki była dość nisko w szeregach, ale może to nieprawda?
- Ta. - odparł Williams, nalewając sobie herbaty i podając termos Petersowi. - Jeśli Granger wszystkim dowodziła, to może Ogden i Lunatyk nic nie zrobią bez jej rozkazu.
- Myślisz, że wiedzą co jej się stało? - spytał Jones.
- To trochę dziwne, że starczyło jej intelektu i technologii by uciec z siedziby głównej Piątki, ale nie by wyleczyć się z infekcji. - powiedział wolno Peters. Zwykle był cichym żołnierzem. Lubił wszystko przemyśleć zanim wyraził swoją opinię i to się czuło. - Moim zdaniem straciła z nimi kontakt i nie miała do kogo zwrócić się o pomoc, po tym jak została zaatakowana. Czy co tam innego skończyło się dla niej tą raną.
- Musiała być sama. - dodał Jones. - Jak inaczej wylądowałaby na brzegu Tamizy? - zastanawiał się przez chwilę. - Chyba, że... Ogden i ten drugi... wkurzyli się, że dała się złapać, więc zabili ją i wrzucili do rzeki.
Paul uśmiechnął się do siebie. Nic tak nie pomagało utrzymać dobrego humoru jak trochę teorii na temat niezłej tajemnicy. Zrelaksował się i słuchał jak żołnierze pogodnie kłócą się z tyłu, jednocześnie wypatrując podejrzanego zachowania na ulicy. Deszcz trochę się uspokoił i Paul uśmiechnął się, kiedy dwóch chłopców przebranych za dynie przemknęło pomiędzy vanem i samochodem zaparkowanym przed nim. Wyższy z dwójki zatrzymał mniejszego, kiedy dotarli do ulicy i teatralnym gestem rozejrzał się w lewo i w prawo. Paul był pod wrażeniem tego odpowiedzialnego zachowania. To znaczy do momentu, kiedy wyższa dynia zaśmiała się radośnie i pomknęła przez ulicę, a mniejsza zachichotała i pognała za nią. W nieporęcznych kostiumach biegło im się ciężko, ale bezpiecznie dotarli na drugą stronę.
Paul obserwował dwoje dzieci aż do rogu, gdzie (zajęte grą w berka) ledwo wyminęło wysoką postać w czymś, co Paul uznał za kostium ponurego żniwiarza, który chyba zapomniał swojej kosy. Mężczyzna potrząsnął głową. Dzieci to jedno, ale że dorosły facet bawił się w te idiotyczne przebieranki?
- Widzicie tego dziwaka? - rzucił przez ramię.
Usłyszał, jak wstają, by lepiej zobaczyć entuzjastę kostiumów, który właśnie mijał vana.
- Jak myślicie, gdzie on idzie? - w głosie Williamsa zabrzmiała dziwna nuta.
Paul spojrzał na niego, a potem znów na faceta w kostiumie, którego widział w bocznym lusterku i pomyślał, że wie o czym mówił Williams. Noc Duchów czy nie, to trochę dziwne by przebrany człowiek wędrował samotnie, a nie otoczony przez pijaków w podobnych strojach. Coś jeszcze było nie tak, zdał sobie sprawę Paul. Mężczyzna chował prawą rękę pod płaszczem (jakby trzymał broń), ale wychodził z miasta... Paul obrócił się do Williamsa.
- Co myślisz, szeregowy?
- Nie jestem pewien, ale wygląda trochę podejrzanie.
- Myślisz, że to może być ten Dumbledore, za którym tak gania Piątka? - naciskał Paul. Nie miał pewności czy zachowanie mężczyzny było podejrzane i nie mógł wymyślić powodu, dla którego Dumbledore miałby się przebrać, skoro nikt i tak nie wiedział jak wyglądał. Ale ważna czy nie, to była najciekawsza rzecz jaka wydarzyła się w ciągu ostatnich trzech dni.
Williams niepewnie potrząsnął głową.
- Nie wiem, ale...
Resztę zdania zagłuszył wstrząsający ziemią huk. Van zatrząsnął się dookoła nich, a to co Paul zobaczył w lusterku sprawiło, że serce mu się zatrzymało. Mrugnął kilka razy, pewien, że to tylko jego wyobraźnia, ale żniwiarz wyciągnął spod kostiumu wąską pałeczkę, a z niej (Paul znów mrugnął) wystrzeliwały kolorowe światła, skierowane w stronę pozbawionej ciała głowy, która latała w powietrzu, kołysząc dziko długimi białymi włosami i pasującą brodą.
- Sierżancie, sierżancie! - zawołał słabo Peters. - Widzi pan to?
Paul przecisnął się na tył vana, by wyjrzeć przez tylne okno.
- Na wszystko co święte, co się dzieje? - mruknął do siebie, kiedy latająca głowa podskoczyła w powietrzu, by uniknąć kolorowych świateł produkowanych przez pałeczkę ubranego na czarno mężczyzny.
- To coś związanego z Nocą Duchów? - spytał zdumiony Williams. - Wiecie, coś w stylu strasznego pokazu czy jakoś tak?
Paul potrząsnął głową ze zdumieniem. Nagle pod brodatą głową pojawiło się ciało, wysokie i chude (należące do starego człowieka) ubranego w jasnoniebieską podomkę w gwiazdki.
- Co do diaska! - zawołał Paul, kiedy kolejny dreszcz wstrząsnął vanem i ziemia pomiędzy dwoma dziwnymi mężczyznami pękła, tworząc rozpadlinę na środku ulicy. Wtedy zauważył, że białowłosy starzec też miał w ręku kawałek drewna, którym zawirował nad głową. Ogromne drzewo z ogrodu przed pobliskim domem zostało wyrwane z korzeniami i poszybowało w stronę żniwiarza, po drodze stając w ogniu. „Jak magia" pomyślał oszołomiony Paul. Przez wszystkie lata służby nigdy nie widział niczego takiego.
Nagle drzewo zniknęło, pozostawiając po sobie tylko płomienie, które zmieniły kierunek i pomknęły w stronę mężczyzny w niebieskiej sukience. Starzec stał plecami do vana. Rozrzucił ramiona szeroko, a ogień ściemniał i zmienił się w czarny dym tak gęsty, że Paul nie widział ubranej na czarno postaci, kiedy ta zaatakowała.
Z lewej strony vana rozległ się krzyk i Paul oderwał wzrok od bitwy, by zobaczyć kobietę stojącą na ganku i patrzącą na to wszystko z przerażeniem. „Cywile" pomyślał Paul. Cokolwiek tu się działo, było zbyt niebezpieczne. W tych domach znajdowali się niewinni ludzie. On i jego podkomendni musieli wyeliminować zagrożenie.
- Dobra, panowie. - oznajmił. - Jest ich tylko dwóch. Wypalimy strzały ostrzegawcze, damy im szansę na pójście po dobroci, ale ruszymy do akcji, jeśli będzie trzeba. Bez względu na to czy to żart czy nie, wszystko zaszło za daleko.
Odrobinę otworzył tylne drzwi i usłyszał wysoki śmiech.
- Będziesz musiał bardziej się postarać, Dumbledore!
- Dumbledore! - powtórzyli trzej zszokowani mężczyźni.
- To oni, sierżancie! - krzyknął Williams, kierując szeroko otwarte oczy na Paula. - Rosjanie, wiedziałem, że mają szalone gadżety, ale Jezu!
- Chwila moment. - powiedział Paul, wyciągając swoje radio z uchwytu i nacisnął boczny guzik. - Davis, zgłoś się. - odpowiedź nie nadeszła. Powtórzył czynność. - Davis, zgłoś się.
Paul znów nacisnął guzik i znów nie otrzymał odpowiedzi. Peters spojrzał na niego.
- Czy Piątka nie mówiła, że szpiedzy mają jaką super zagłuszającą technologię?
- Masz rację. - Paul przytaknął, patrząc z aprobatą na trzech mężczyzn czekających z wyciągniętą bronią na jego rozkazy. - No dobra, będziemy to po prostu musieli zrobić sami. Ten w niebieskim - Paul wskazał nieczynnym radiem. - ten drugi nazwał go Dumbledorem. Tylko to musimy wiedzieć. To on jest szefem, na którego czekaliśmy. MI5 dało rozkaz, by go sprowadzić żywego lub martwego. Zdejmijcie go w pierwszej kolejności, potem zajmiemy się ponurym żniwiarzem.
Zamaszystym ruchem otworzył drzwi i jego podwładni rzucili się do akcji, jak jeden mąż lądując na ulicy i gnając do przodu z karabinami na pogotowiu i zaciętymi minami.
Voldemort niepokoił się. Nie że przegra, ale że napotkał Dumbledore'a. Dyrektor czekał na niego, a już to było niepokojące, uznał, machając różdżką w stronę lecącego palącego się drzewa i posyłając płomienie z powrotem w stronę Dumbledore'a. Wcześniej zastanawiał się nad brakiem wyzwania jakie stawiało przed nim to zadanie, ale tego nie planował. Nigdy nie walczył ze starym czarodziejem, ale Dumbledore był tak samo potężnym przeciwnikiem jak Voldemort się spodziewał. Na chwilę pochłonął go gęsty dym, który nie uczynił mu żadnej krzywdy, choć wszystko stało się czarne.
- Będziesz musiał bardziej się postarać, Dumbledore! - zakpił, transmutując dym w pozbawioną koloru, duszącą chmurę, którą posłał w stronę swego największego wroga.
Wymienili kolejne ataki, a chmura podpełzła bliżej, najwyraźniej niewidoczna. Nagle Dumbledore rzucił czar, którego Voldemort nie rozpoznał. Powietrze przeszyła seria krótkich ostrych trzasków i Voldemort rzucił zaklęcie tarczy, by się ochronić. „Jakiej magii używał Dumbledore?" Voldemort był dziwnie zadowolony (podobało mu się, że wielki czarodziej zdał się na mało znane zaklęcia) i posłał dyrektorowi wściekłe spojrzenie. Dźwięk strzałów dalej niósł się echem dookoła nich, kiedy na oczach Voldemorta jego przeciwnik padł na kolana. Twarz Dumbledore'a wygięła się w paroksyzmie bólu, a potem stała się straszliwie pusta. Voldemort stracił z oczu stare oblicze, bo Dumbledore padł twarzą w dół na asfalt i nie poruszył się już. Tylko czerwona plama rosła coraz bardziej na tyle jego niebieskiej szaty.
Voldemort nie rozumiał. Nie rzucił żadnego zaklęcia. Czekał na efekty nieznanego czaru. Potem ich zobaczył: mugole i to trzech, w hełmach i niosących ogromne karabiny. Ten dźwięk, zrozumiał Voldemort, to byli oni, ci mugole. Spojrzał na Dumbledore'a. „Mugole" wściekł się, odbierający czarodziejowi życie swoją prymitywną bronią. Te brudne kreatury, jak śmiały odbierać mu jego zwycięstwo? Jak śmieli zabijać lepszych od siebie, swoich prawowitych władców?
Jego różdżka przecięła powietrze w kierunku nadchodzących szumowin. Zapłacą za to. Zapłacą za zniszczenie potężnego czarodzieja, zapewni im to bolesny koniec. Mugol najbliżej niego krzyknął z bólu, kiedy klątwa odcięła mu rękę. Pozostali dwaj wycelowali z karabinów i druga klątwa przecięła ich na pół, a oni padając wydali z siebie stłumione wrzaski. Nagle pojawił się czwarty mężczyzna, trochę starszy od pozostałych, w biegu. Kiedy trzecia klątwa trafiła w cel, głowa nowoprzybyłego spadła z jego ramion, a jego ciało runęło za nią na ziemię.
Voldemort uśmiechnął się. Głupi mugole, te obrzydliwe kreatury zasługiwały na ból, pomyślał. Ten bez broni jeszcze żył, ale kiedy się Voldemort zbliżał leżał tylko na mokrej ulicy i jęczał.
- Crucio. - zamruczał Voldemort, a rudy mężczyzna zadrgał, wrzeszcząc z bólu. „Tak" pomyślał Voldemort. „Tak, zasługiwali na to." Zostawił rannego mugola drgającego na ziemi. Jeszcze trochę pożyje, co tylko wzmacniało brutalną scenę, a Voldemort chciał, by sprawa się rozniosła. Wielki Dumbledore zabity przez tych, których próbował chronić. To przypieczętuje przyszłość jego ruchu. Teraz już nikt mu się nie sprzeciwi. Mugole naprawdę zagrażali wszystkiemu co ukochali czarodzieje.
Teraz doprowadzi swoje zdanie do końca. Potterowie myśleli, że są bezpieczni, że Dumbledore go powstrzyma, ale nie mieli racji. I to za sprawą zwierzęcej, nieukierunkowanej przemocy, której używali mugole. Dom nie był daleko, tuż za rogiem. Voldemort nie musiał iść długo do swego celu, miejsca, gdzie stworzy się historia. Pochłonęła go chwała, którą już osiągnął tej nocy. Nie mógł uczynić jej bardziej pamiętną nawet gdyby próbował. Mugole, którzy udowodnili, że są dokładnie tak samo brutalni jak się spodziewał, Dumbledore martwy, jego najgłośniejszy przeciwnik pokonany i teraz jeszcze chłopiec. Zalała go fala perfekcji. Była ciepła, prawie jak przyjemność, radość, że nadszedł czas na zmianę świata.
Gdy tak kroczył ciemną ulicą, duma uderzyła mu do głowy. I wtedy, tuż przed sobą, zobaczył mały domek, w którym rozegra się ostatnia scena. Zdumiał się. Zasłony były odsłonięte i przez okno wyraźnie widział chłopca, powód swojej obecności tutaj. Nie wydawali się podejrzliwi, czy chociaż zmartwieni. James Potter trzymał chłopca na kolanach i ku jego rozbawieniu tworzył różdżką chmurki kolorowego dymu. Voldemort wyciągnął rękę i otworzył na oścież furtkę. Skrzywił się czując palące mrowienie w prawym ramieniu. Spojrzał w dół i zobaczył, że jego czarny płaszcz czerwieniał od krwi. Stanął.
„Mugole" pomyślał zjadliwie. Te obrzydliwe zwierzęta śmiały dotknąć go swą barbarzyńską bronią, co za czelność! Może ciepło w jego piersi to nie radość, ale znacznie bardziej obce uczucie, ból. Ale Lord Voldemort raniony przez mugoli? Co za komiczny pomysł.
Znów spojrzał na ranę. Pomysł może i był komiczny, ale Voldemort bez wątpienia ją czuł. Pozbył się pocisku, który utkwił w jego ramieniu. Ból zmniejszył się, a Voldemort parsknął śmiechem. Głupi mugole i ich prymitywne narzędzia może i wystarczyli by pokonać Dumbledore'a, ale nie Lorda Voldemorta.
- Magenta. - powiedział James, dokładnie wymawiając sylaby, a z jego różdżki wyleciała jaskraworóżowa chmurka. Siedzący w fotelu ustawionym najbliżej okna Remus wyszczerzył zęby. Stąd miał dobry widok na ulicę, bez wyglądania przy tym zbyt podejrzanie. I co ważniejsze, nie będąc przy tym widocznym z zewnątrz.
- Dobrze, że pozna tyle odcieni różu. - zauważył Remus, wywracając oczami na widok Jamesa i jego nad wyraz skomplikowanych kolorów. - Są straszliwie pożyteczne.
Właśnie spędzili dziesięć minut kłócąc się czy gumiguta to prawdziwy kolor czy też nie. Remus dalej był w połowie przekonany, że James go wymyślił, mimo że jego przyjaciel podał mu szczegółowe argumenty na istnienie takiej barwy, a także przemyślane wytłumaczenie, w którym powoływał się na jakiej afrykańskie plemię i odwołania do starej angielskiej literatury. Atak racjonalnej myśli doprowadził Remusa do wniosku, że wolność Jamesa nie mogła nadejść zbyt wcześnie. W zamknięciu czytał za dużo i teraz wiedział tajemnie rzeczy, o których Remus nie miał pojęcia. To było nienaturalne.
W oddali coś huknęło i Remus znów podskoczył ze strachu. Brzmiało jak wystrzały z broni palnej. James był chyba lekko rozbawiony, ale nie żartował z krzywienia się.
- Nigdy jeszcze nie słyszałem tylu na raz. - powiedział tylko ze zdumioną miną.
- Aż tylu? - spytał słabo Remus, myśląc sobie, że Dolina Godryka to przecież żadne śródmieście z gangami czy częstymi strzelaninami. - Rogaczu, to był mugolski karabin.
- Tak. - przytaknął James, pokazując swoją znajomość faktów tajemnych. - Nazywają je strzelbami. Można je usłyszeć o świcie albo zachodzie słońca, zazwyczaj częściej w weekend. Lily mówi, że mugole mają sezon polowań. Wiesz, na kuropatwy, bażanty i takie tam.
Remus przemyślał to i doszedł do wniosku, że dźwięki nie pasowały do żadnego myśliwego jakiego napotkał. Pomyślał też, że strzały nie dobiegały ze strony miasta, a nie otwartych pól, a nie wydawało mu się, by mugole znajdowali tam zbyt wiele ptaków łownych, nie mówiąc już o takiej ilości, by strzelać do nich tyloma kulami na raz.
Spojrzał znów za okno, zastanawiając się co się mogło dziać. Było już prawie ciemno, a bębnienie deszczu o okna czasami stawało się mocniejsze, a potem slabło, kiedy dął wiatr. Usłyszał jak ze schodów schodzi Lily i zaczął się niepokoić. Jeśli poda kolację będzie musiał usiąść w kuchni, a przez to straci swój świetny punkt widokowy.
- Wy chłopcy jesteście dzisiejszego wieczora strasznie cisi. Zaczynałam się martwić. - powiedziała Lily, wkraczając do pokoju. Gdy na nią spojrzał, na skraju pola widzenia mignęła mu ledwo widzialna plama. Remus pospiesznie odwrócił się o okna. - Mógłbyś zaciągnąć zasłony, Remusie? - poprosiła Lily, schylając się by podnieść Harry'ego.
Remus nie odpowiedział. Nie mógł odpowiedzieć. Ubrana w twarz postać z kapturem na głowie właśnie otwierała furtkę.
- Rogaczu. - odezwał się Remus cicho i zachrypniętym głosem. - Rogaczu, łap za różdżkę, on tu jest.
Umysł Remusa pędził do przodu, ale jego ciało nie chciało zareagować, całkiem jakby utknął w swoim ukrytym fotelu. Gdzie się podział Dumbledore? Co się stało? To chyba najgorsza możliwa sytuacja.
- Rogaczu. - powtórzył głośniej, chociaż jego głos dalej był dziwnie spokojny, jakby nie chciał przestraszyć lękliwego zwierzęcia. - Łap za różdżkę. On tu jest.
- Kto tu jest? - spytał James, podając Harry'ego matce i spoglądając na Remusa ze zdumieniem.
- Voldemort. - powiedział Remus, a jego członki wreszcie rzuciły się do akcji. Skoczył na równe nogi i wyciągnął różdżkę, powtarzając pospiesznie. - Voldemort, Rogaczu!
W mgnieniu oka był w połowie drogi na korytarz, a James nie potrzebował ani chwili, by się przystosować.
- Lily - oznajmił stanowczo. - bierz Harry'ego, my go zatrzymamy.
Napotkał spojrzenie Remusa, a ten ze zdumieniem nie dostrzegł w jego oczach paniki. Hermiona powiedziała, że James był tak zdenerwowany po przybyciu Voldemorta, że zostawił swoją jedyną broń na kanapie, ale ten James zachował całkowity spokój.
Lily nie powiedziała ani słowa, mijając dwóch mężczyzn z Harrym przyciśniętym do piersi i tylko wspięła się na schody, cały czas zwiększając tempo.
- Gotowy, bracie? - spytał James, a potem obrócił się, by rzucić zaklęcie tarczy na schody, a potem stanął obok Remusa. Dwaj mężczyźni wypełnili sobą korytarz wiodący do reszty domu.
Serce Remusa obijało się o jego żebra. Czy był gotów? Czy był gotów na śmierć? Nie wiedział. Był jednak gotowy, by spróbować uratować tych ludzi. Co do tego miał pewność. „Liczy się każda sekunda" powiedział rozsądny głos w jego głowie zagłuszając ten spanikowany. „Wyjdźcie mu na spotkanie, nie pozwólcie mu wejść do środka." Stopy niosły Remusa w stronę drzwi bez zastanowienia. Kiedy patrzył jak jego ręka zbliża się do klamki, wydawało mu się to dziwnym koszmarem.
James dalej był u jego boku.
- Lunatyku, co ty...
- Wyjdźmy mu na spotkanie. Nie możemy wpuścić go do domu, tam jest Harry.
Z tymi słowami, szarpnięciem otworzył drzwi. Wyszedł na próg, a James był tylko o krok za nim. W tej samej chwili wyciągnął różdżkę i wycelował ją w zakapturzoną postać, która znajdowała się znacznie bliżej niż się spodziewał. Światło z korytarza wylało się na ścieżkę w ogródku i przez krótką chwilę dostrzegli twarz Voldemorta w cieniu pod kapturem. Blada skóra i czerwone oczy sprawiły, że Remus zadrżał i zawołał:
- Drętwota!
Obok niego James zrobił to samo.
Różdżka Voldemorta poruszyła się prawie ze znudzeniem, całkiem jakby odpychał słabiutkie zaklęcia, a potem ruch zmienił się i przez ułamek sekundy Remus miał pewność, że zaraz pomknie w ich stronę klątwa uśmiercająca. Ale widok dwóch szarżujących na niego przeciwników, sprawił, że Voldemort się zawahał. Potem znaczenie zaklęcia stało się jasne. Dwa słupy podtrzymujące małą werandę zniknęły, a dach wydał z siebie złowieszczy jęczący trzask. Remus zeskoczył ze stopnia, by uniknąć upadającej konstrukcji. Przez skok znalazł się znacznie bliżej zdumionego Voldemorta i szczęśliwe nie na linii strzału zielonego światła, które właśnie opuściło różdżkę Voldemorta. Za nim rozległ się huk i Remus usłyszał jęk bólu Jamesa, ale nie mógł się odwrócić, bo stracił już element zaskoczenia i prosto w jego pierś celowała różdżka.
- Wilk. - syknął zimny głos spod kaptura. - Robisz teraz za psa strażniczego u czarodziejów? Greyback będzie bardzo rozczarowany.
Remus poczuł, jak kpina zmniejsza jego strach. Nie mógł wymyślić nic lepszego niż zasłużenie sobie na rozczarowanie Greybacka, z wyjątkiem może trupa Voldemorta na progu Potterów. Zdał sobie jednak sprawę, że bez względu na szlachetność, w tym momencie zwykły oszałamiacz nie wystarczy. Trzeba było zabić albo zostać zabitym. Skupił się na najkrótszą chwile i wrzasnął:
- Avada Kedavra!
Bardzo się ucieszył, że ćwiczył klątwę, bo uczucie, które przemknęło wzdłuż jego ramienia, kiedy wypowiedział słowo było obrzydliwe i nigdy nie dałby sobie z nim rady, gdyby się na to nie przygotował. Oczy Voldemorta otworzyły się szerzej pod kapturem i Remus zobaczył jak wąskie usta naśladują jego własne słowa. Z roztargnieniem pomyślał, że reakcje jego przeciwnika wydawały się ograniczone, jakby niezdecydowane. Nie zamierzał tego jednak kwestionować, bo cokolwiek powodowało ociąganie się Voldemorta, właśnie ratowało Remusowi życie.
Dzieliło ich zaledwie kilka metrów, kiedy dwie zielone błyskawice się zderzyły. A potem, tak jak mówiła Hermiona, lecące zaklęcia złączył się i zieleń przemieniła się w złoto. Nić połączenia stała się grubsza, drgając, a potem rozciągając się w formie złotej liny łączącej czubek różdżki Remusa z różdżką Voldemorta.
Remus prawie się uśmiechnął. Gdyby się na to nie przygotował z pewnością wpadłby w panikę. Różdżka wibrowała mu gwałtownie w dłoni, kiedy zbliżał się powoli. Światło z korytarza za nim oświetliło twarz Voldemorta, na której widniał strach. Szeroko otwarte, czerwone oczy podążały ścieżką lśniącej nici aż na twarz Remusa i wilkołak nie mógł się powstrzymać. Uśmiechnął się tak szeroko jak potrafił, próbując ukryć tętniący w jego żyłach strach. Dumbledore'a dalej nie było, a to mogło znaczyć tylko jedno. James nie wydał z siebie ani dźwięku, odkąd padła weranda. Z pewnością przyszedłby Remusowi z pomocą, gdyby tylko mógł, a to znaczyło, że Lupin został sam. Sam i walczący różdżką, która mogła odwrócić uwagę Voldemorta, ale nie go wykończyć. Ale nie mógł pokazać tego przeciwnikowi, więc zmusił się do szerszego uśmiechu i zaśmiał się, przypominając przy tym wariata podobnego Voldemortowi i w tym samym momencie się poruszył. Ku jego ogromnemu zdumieniu Voldemort cofnął się o kilka kroków, z daleka od domu i na trawnik.
Remus usłyszał skrzypnięcie i trzask nad sobą, ale nie spojrzał do góry, bo w tym momencie lśniące paciorkowe światła pojawiły się na złotej nicy rozciągając się pomiędzy różdżkami i zaczęły prześlizgiwać się po połączeniu. Nagle, bez ostrzeżenia błysnęło czerwone światło oszałamiacza miotniętego z nieba. Przemknęło obok Remusa i walnęło Voldemorta prosto w pierś, a on padł na bok. Świetlana nić dalej łączyła ich różdżki. Kiedy oczy Voldemorta uciekły pod czaszkę, Remus szarpnął swoją w bok i przerwał więź.
„Rogacz" pomyślał Remus. „Nic mu nie jest i plan zadziałał!Odwróciłem uwagę Voldemorta i James go trafił."
Podszedł do oszołomionej postaci i pochylił się, by wyciągnąć różdżkę ze zwiotczałych pajęczych palców, zauważając przy okazji, że z rany na ramieniu Voldemorta płynęła krew. Wzruszył ramionami, myśląc, że przynajmniej Voldemort nie przemknął się obok Dumbledore'a bez szwanku. Później mogli zdecydować co zrobić, ale na razie krwawiący Voldemort wydał mu się wybitnie nieprzyjemnym pomysłem, więc Remus mruknął:
- Incancerous
Czarne sznury oplotły nieprzytomnego czarnoksiężnika. Potem Remus odwrócił się, zastanawiając się czemu James jeszcze do niego dołączył i dostrzegł mignięcie kasztanu nad sobą. Podnosząc głowę ujrzał Lily w połowie zwisającą z okna sypialni dziecięcej, z cały czas wyciągniętą różdżką w ręku i całkowicie oszołomioną miną.
Nieco później tego wieczora Hermiona znalazła się przy kuchennym stole Potterów. Nie wydawało jej się by ta sytuacja mogła stać się bardziej kuriozalna, nawet gdyby spróbowała. Martwe i zakrwawione ciało Voldemorta leżało związane na podłodze w przedpokoju, obaj Syriusz i Remus ciągle wybuchali nienaturalnie brzmiącym chichotem, który trwał tylko kilka sekund zanim zamierał (co Hermiona uznawała za oznakę szoku) a Lily podawała potrawkę i udawała, że wszystko było normalnie z wyjątkiem śladów łez, które stale spływały po jej twarzy. James nie robił nic z wyjątkiem trzymania torebki mrożonego groszku na głowie i marudzeniu o tym, że stracił całą zabawę.
Nikt właściwie nie wiedział co robić, bo wioskę zalali mugole, szukający osoby, która zabiła żołnierzy. Remus wybrał się na przeszpiegi, kiedy tylko zabezpieczył Voldemorta i zostawił Lily, by zajęła się nieprzytomnym Jamesem. Ale kiedy dotarł na miejsce ataku, ledwo zdążył złapać pelerynę niewidkę i zarzucić ją na ramiona, zanim z piskiem opon pojawili się mugole z karabinami. Bojąc się odkrycia i aresztowania, uciekł. Po tym co spotkało Hermionę wiedział, że nie należy nie doceniać mugoli. Jeśli odkryją w nim Remusa Lunatyka to wszystko może stać się o wiele bardziej skomplikowane. Pobiegł więc z powrotem do Potterów z głową pełną obrazów zastrzelonego Dumbledore'a leżącego na ziemi, blisko ciał rozczłonkowanych mugoli. Jedynym plusem było to, że po powrocie znalazł Voldemorta już nie oszołomionego, ale martwego od upływu krwi i szoku spowodowanego przez ranę ramienia.
Hermiona także była w potężnym szoku. Liczyła, że Dumbledore zadba by Hermiona Granger, która będzie dorastać w tym czasie, bez wojny i pewnie bez przyjaźni z Ronem czy Harrym, będzie gotowa cofnąć się w czasie i upewnić się, że to pozostanie prawdziwa przeszłość, a oryginalna linia czasu nie powróci. Teraz musiała wymyślić inny sposób na zapewnienie, że wszystko przebiegnie tak jak powinno. Zgromadziła tyle informacji, które należało przekazać dalej i miała tyle żyć i decyzji to subtelnego zaaranżowania (specjalność Dumbledore'a), a ona nie miała planu zapasowego.
Siedziała przy stole wpatrując się w miskę z potrawką, którą postawiła przed nią bezgłośnie płacząca Lily i myślała. Gdyby została mogłaby to chyba zrobić sama, ale czy to nie stworzyłoby jakiegoś szalonego paradoksu czasowego? Może Remus mógłby pokazać jej notatki. On dałby radę zaprezentować jej to tak, by czuła się komfortowo, może nawet lepiej niż sam Dumbledore. Ale pozostawał problem czy w ogóle by się poznali, gdyby Remusa nie zatrudniono w Hogwarcie (co jak się zorientowała mogłoby nie mieć miejsca bez Dumbledore'a, który by go poparł). Wtedy Remus mogły w ogóle jej nie znać. Więc może to też nie był dobry wybór.
Nagle pod stołem czyjaś dłoń ścisnęła jej kolano i Syriusz szepnął jej do ucha.
- Musimy im powiedzieć zanim wyślę patronusa do Moody'ego. Wątpię by uznał to za dobry pomysł, ale muszą wiedzieć co się tak naprawdę stało zanim zaczną odpowiadać na pytania Ministerstwa.
Hermiona przytaknęła. Miał oczywiście rację. Ministerstwo nie wiedziało jeszcze, że Voldemort nie żył, nie mówiąc już o Dumbledorze, ale niedługo pojawią się na miejscu i zaczną pytać co się stało. Najprawdopodobniej zabiorą się za zmienianie wszystkim pamięci, a Hermiona musiała się stąd wynieść na długo przed tym.
- Dobrze. - odmruknęła, kładąc dłoń na jego własnej - Do roboty, lepiej to zniosą z twoich ust.
Syriusz widocznie pobladł.
- Jesteś pewna? Całkiem skopałem mówienie Lunatykowi...
- Mówienie Lunatykowi czego? - spytał James zza zamrożonego groszku.
Syriusz skrzywił się i odwrócił się do swojego najlepszego przyjaciela, przełykając nerwowo.
- Całkiem skopałem mówienie Lunatykowi kim Hermiona tak naprawdę jest i dlaczego tu przybyła.
James opuścił groszek, by spojrzeć na Remusa, który wstał i przytaknął.
- Oj tak. - zgodził się wilkołak, przechodząc dookoła stołu, by stanąć za Syriuszem i Hermioną. - Lily, chodź tu i usiądź. Musimy wyjaśnić wam kilka rzeczy zanim dotrze tu Ministerstwo, a wiesz, że to już niedługo.
