ROZDZIAŁ 52

Napalony szeryf i Komnata Życzeń

Teodor

– Macie być grzeczni i nie zawracajcie głowy profesor McGonagall – poprosiła babcia.

– Cioci Minerwie, babciu, nie żadnej profesor – prychnęła Leen.

– Przypominam ci, moja droga, że od września pani profesor i lepiej zacznij się przyzwyczajać. – Starsza kobieta uśmiechnęła się nieco złośliwie do wnuczki.

– Musiałaś mi przypomnieć? – odburknęła. – Wcale mi się nie pali do szkoły.

– Jak myślisz, w jakim będziesz domu? – spytałem.

– Na pewno nie w twoim – odparła z wyższością, a po chwili spojrzała na mnie, znacząco unosząc brew.

– Jak mnie przydzielano to tiara wahała się między Gryffindorem a Slytherinem – wyznałem.

– Czujesz, jak byśmy wszyscy trafili do domu ojca? – Całą czwórką, łącznie z powściągliwą profesor transmutacji, uśmiechnęliśmy się na tę myśl.

– Już sobie wyobrażam Severusa, jaki byłby dumny i napuszony – westchnęła Minerwa.

– Dla Severusa to nie ma większego znaczenia – odparła z zamyśleniem babcia. – Jest bardzo dumny z Teodora w Gryffindorze i zapewne byłby tak samo dumny, gdyby trafił do każdego innego domu. – Zaczerwieniłem się na te słowa.

– No, to prawda – przyznała dziewczynka. – Tata czasem przynosi jego eseje do domu i pokazuje mamie, i chodzi wtedy o tak. – Leen zadarła głowę, ściągnęła usta w dzióbek i zarzuciła włosami. – Będzie z niego prawdziwy Mistrz – ryknęła grubym głosem.

– Wcale nie jestem jakiś dobry z eliksirów – jęknąłem cicho.

– Tata wie lepiej – prychnęła dziewczynka.

– Minerwo, jesteś pewna, że mogę ich u ciebie zostawić? – Babcia odetchnęła ciężko i spojrzała z troską na nauczycielkę transmutacji.

– Oczywiście, moja droga. Mogą tutaj zostać tak długo, jak tylko zechcą – zapewniła. – I obiecuję mieć ich na oku. Poproszę także duchy, by informowały mnie, gdyby pan Snape i panna Snape próbowali coś przeskrobać.

Zrobiliśmy niewinne miny i po chwili mocno uściskaliśmy babcię.

– I Teo, jesteś pewny, że chcesz się spotkać z panią Lupin? – spytała z troską.

– Rozmawiałem o tym wcześniej już z mamą i ona powiedziała, że decyzja należy tylko do mnie – westchnąłem. – Nie jestem pewien, czy chcę ją widzieć, ale Terry chyba tego potrzebuje. Był bardzo przestraszony, przed wyjazdem na wakacje.

– A ja mogę tutaj zostać sama jutro? – Leen zaświeciły się oczy.

– Oczywiście, że nie. – Eileen spojrzała na nią złowrogo. – Jutro rano wrócisz do domu, skarbeńku.

– Ale babciu nic się nie nacieszymy pustym Hogwartem przez pół dnia – protestowała.

– Eileen, dzieci mogą tutaj zostać dłużej, to żaden kłopot – wtrąciła Minerwa. – I tak będę musiała was odwiedzić po wizycie u Lily. Mogę ich zabrać tutaj z powrotem.

– Dobrze, ale jeśli będą za bardzo wchodziły ci na głowę, nie wahaj się ani przez chwilę, żeby ich odesłać – poprosiła babcia i ponownie nas uścisnęła. Pożegnała się z profesor McGonagall i zniknęła w kominku.

– Doszły mnie słuchy, że zamierzacie znaleźć Komnatę Życzeń – odezwała się poważnym tonem.

– Profesorek Davis nam opowiadał i później trochę czytaliśmy, i babcia potwierdziła, że ona tutaj gdzieś jest i mama z tatą też o niej widzą, i my też chcielibyśmy, ciociu – wyrzuciła z siebie Leen.

– Wasi rodzice znają położenie Komnaty Życzeń? – zdziwiła się Minerwa, a my przytaknęliśmy. – To wiele wyjaśnia. – Uśmiechnęła się pod nosem. – Możecie przeszukiwać zamek ile tylko chcecie, ale na mnie nie liczcie, ja nie mam zielonego pojęcia, gdzie ona się znajduje. Mam też sporo pracy z listami do pierwszorocznych – jęknęła z rezygnacją. – Proszę jedynie, żebyście byli ostrożni, a jeśli coś się wydarzy, zabłądzicie albo wpadniecie w jedną z pułapek, zawołajcie Prawie Bezgłowego Nicka, dobrze? – Pokiwaliśmy gorliwie głowami. – I o drugiej widzę was na obiedzie – nakazała i z cichym westchnieniem wróciła do swoich komnat.

– Gdzie zaczynamy? – Leen spojrzała na mnie badawczo.

Stałem na środku naszego salonu w hogwardzkim mieszkaniu i rozglądałem się z uwagą

– Ładnie tu. – Podszedłem do kominka i z zamyśleniem przyglądałem się stojącym tam zdjęciom. Od dłuższego czasu gzyms zdobiła także moja fotografia. Pośrodku stało zdjęcie całej naszej rodziny, a po bokach były porozstawiane uśmiechnięte portrety dzieciaków. Mama rzuciła na wszystko co ze mną związane zaklęcia kamuflujące, ale byłem przekonany, że to już długo nie potrwa, że niebawem nie będę musiał się ukrywać. Byłem dziwnie spokojny o powodzenie misji rodziców. Bezwiednie wodziłem palcem po drewnianych ramkach i rozmyślałem nad swoją rodziną.

– Mama się zna na urządzaniu – mruknęła Leen i stanęła obok. – Za dwa miesiące nie będę już mogła tutaj mieszkać – westchnęła nieco zmartwiona.

– Martwisz się? – zdziwiłem się.

– Trochę.

– Czym? – Zaskoczył mnie jej brak pewności siebie. – Jesteś najmądrzejszą dziewczyną jaką znam. Co ja gadam? Nie ma w szkole tak mądrego ucznia, który by ci dorównał. Poradzisz sobie – zapewniłem.

– Nie o to chodzi, tylko … wiesz, jestem córką taty. – Leen nieco posmutniała i z rezygnacją opadła na kanapę. – Tata jest najlepszym tatą na świecie i nie zamieniłabym go na nikogo innego, ale inni znają go jedynie jako wampira z lochów, postrach eliksirów. Sam zresztą wiesz.

– Bardzo ci dokuczają? – Usiadłem obok niej i spojrzałem na siostrę zmartwionym wzrokiem.

– Teraz trochę mniej, zwłaszcza, że siedzę ciągle z Lee albo bliźniakami. Nikt mi przy nich nie dokucza, ale … to wcale nie jest miło wciąż wysłuchiwać te uwagi o ojcu, a czasem i mamie – wyznała. – To już nudne, słyszeć po raz kolejny, że tata podaje mamie eliksiry miłosne, że mama jest brzydka, ale używa zaklęć modyfikujących urodę, że bliźniaczki władają czarną magią i są szkolne na zabójców. Kiedyś usłyszałam, że tata … że tata … że zabił dziadków i ciebie, jak byłeś mały, bo … mama specjalnie nie wypiła eliksiru i zaszła w ciążę, żeby go usidlić i że rzucił jakieś zaklęcia, żeby straciła wzrok, by ją torturować. To przykre, słuchać takich rzeczy.

– Wiem – przytaknąłem. – I sam się boję, jak będę sobie z tym radził, gdy już wszyscy się dowiedzą kim jestem.

– Ciebie wszyscy lubią – zapewniła z uśmiechem Leen. – Mnie uważają za przemądrzałą, złośliwą smarkulę.

– Lubią Harry'ego Pottera – westchnąłem. – Jak moi kumple się dowiedzą … w dodatku okłamywałem ich przez tyle czasu.

– Nie miałeś wyjścia, oni to zrozumieją – pocieszyła. – A jak nie to znaczy, że nie są warci twojej przyjaźni.

– Wiesz, chyba się tym nie przejmuję – zaśmiałem się. – Tym co sobie pomyślą Neville, Ron czy inni. Mam was i to najlepsze co mi się w życiu mogło przydarzyć. – Leen uścisnęła mnie mocno i przez chwilę siedzieliśmy w ciszy na kanapie.

– Hermiona cię lubi – szepnęła. – Podoba ci się?

– Hermiona? – wrzasnąłem. – To moja przyjaciółka.

– Przecież wiem, ale o ile się nie mylę to też dziewczyna, nie? Całkiem ładna. – Leen pokiwała głową z pewną miną.

– Ładna? Hermiona? – Patrzyłem na nią, jak na dziwoląga.

– Nie mów, że nie zauważyłeś – parsknęła śmiechem.

– Nigdy się jej nie przyglądałem. – Zrobiłem zamyśloną minę. – No w sumie to nie jest taka brzydka, chyba.

– Jest ładna – zapewniła ze śmiechem.

– A co z tobą i panem Jordanem? – odciąłem się.

– A co ma być? – Leen udała zaskoczoną.

– Dobrze wiesz o co pytam. Tata już wie? – Posłałem jej ironiczne spojrzenie.

– Teo, ja mam jedenaście lat. – Wywróciła oczami.

– No i?

– Lee zaczyna od poniedziałku pracę u taty, a tata chyba zapomniał, że obiecał mi już rok temu, że będę mogła mu pomagać przez całe wakacje – odparła obojętnym tonem.

– Ha, podoba ci się – wykrzyknąłem, a Leen mocno się zarumieniła. – Całowałaś się z nim?

– Żartujesz? Jakby tata nas przyłapał, a na pewno by nas przyłapał …

– No tak – jęknąłem. – O, nie. Tata nie lubi Hermiony.

– Ha, podoba ci się – przedrzeźniała mnie.

– Właściwie to jest jedyną dziewczyną, z którą w ogóle rozmawiam. – Wysiliłem się na obojętny ton.

– Tata się tylko zgrywa. – Eileen machnęła obojętnie ręką. – Wciąż w domu na nią narzeka, że nadgorliwa, że zarozumiała, że wszystko wie i takie tam, ale tak naprawdę to jest zadowolony, że ma taką uczennicę. Kilka razy rozmawiał o niej z mamą i kiedyś nawet przyniósł mamie jej esej do przeczytania i mama ją bardzo chwaliła. A to było jeszcze przed Nowym Rokiem.

– To od czego zaczynamy? – spytałem, zupełnie nieświadomie uśmiechając się do swoich myśli.

– Musimy znaleźć coś z trollami – główkowała Leen. – Nie wiem, jakiś obraz albo coś. To jedyna wskazówka.

– No, profesor powiedział jedynie, że trzeba przed tymi trollami przejść trzy razy w tę i z powrotem – dodałem.

– Wiesz, mamy sporo do przejścia – westchnęła Leen. – Masz mapę? – spytała, marszcząc brwi. – Może spróbujemy zaklęcia lokalizującego? – spytała z krzywą miną.

– Nie działa, już próbowałem. – Wzruszyłem ramionami.

– Na parterze wiszą same portrety i nie kojarzę żadnych trolli – zamyśliła się Leen.

– Mogą być, na którymś z portretów, gdzieś w tle, czy coś.

– Też prawda – przyznała dziewczynka. – Niemniej znam zamek do szóstego piętra. Jak byłam mała to często chodziłam po zamku z dyrektorem i usuwaliśmy brzydkie obrazy, a wieszaliśmy te, które malowała mama. Cały główny hall i praktycznie parter znam lepiej niż własną kieszeń. Zawsze starałam się jakoś dopasować te obrazy do siebie, a on mi na to pozwalał. Lubiłam go – przyznała. – Stary drań.

– W takim razie zdaję się na ciebie. – Podreptałem za siostrą.

– Zabawa z obrazami znudziła mi się na drugim piętrze. – Leen zaśmiała się. – Wyżej to już tylko jak mi się coś naprawdę nie podobało to usuwałam.

– Pokażesz mi te, które malowała mama? – poprosiłem.

– Wiesz, jak znajdziemy tę komnatę, to moglibyśmy poprosić, żeby w pokoju pojawiły się wszystkie jej obrazy – zapiszczała.

– Dużo malowała? – spytałem z zaciekawieniem.

– Dużo, bardzo dużo – potakiwała Leen. – Rozglądaj się – zganiła mnie, widząc, że zamiast na ściany patrzyłem na jakieś drewniane drzwi.

– Są zamknięte – zauważyłem.

– No i? – Posłała mi kpiące spojrzenie.

– No i, że profesor powiedziała, że tylko komnaty nauczycieli są zamknięte, a tutaj na bank nikt nie mieszka – wyjaśniłem.

Alohomora – powiedziała spokojnym głosem Leen i po chwili zamek otworzył się głośnym brzdękiem.

– Za łatwo – jęknąłem.

– Nie marudź, tylko wchodź – popędziła mnie.

– Tu nic nie … Co to jest? – Spojrzałem na przeciwległy koniec wielkiej komnaty ze zdziwieniem.

.: :.

Severus

Miałem uczucie deja vu. Znowu obudziłem się w dziwnym miejscu i znowu nie było przy mnie małżonki. Po raz kolejny rozejrzałem się po ludziach, którzy mnie otaczali i miałem coraz gorsze przeczucia.

– Zostaw go. – Jeden z mężczyzn, wysoki i mocno zbudowany powstrzymał drugiego, o głowę niższego i o wiele chudszego. – Musimy mieć plan, a tylko Robin jest w stanie nas poprowadzić.

– Musimy czym prędzej uwolnić Marion – warknął ze złością młodszy. – Ten szubrawiec chce ją posiąść za żonę.

Dopiero teraz zorientowałem się, że ten młodszy kierował swoje kroki w moją stronę. Nie podobało mi się to, co powiedział. Nie podobało mi się jego ubranie, nie podobali mi się dziwni ludzie, jacy mnie otaczali, a najbardziej nie podobało mi, że byłem wyposażony w miecz i co gorsza łuk. Nie znałem się na tego typu broni. Owszem, byłem świetny w pojedynkach, ale na różdżki. Jak i niby po co miałem uwalniać tę Mar... Rozejrzałem się po raz kolejny i jeszcze raz, i powoli zacząłem analizować sytuację.

Siedziałem oparty o jakiś konar w lesie, niewątpliwie starym i gęstym. Kilku mężczyzn spoczywało w podobnej pozycji, każdy wyposażony w broń. Gruby i chudy, zwany Willem, wciąż kłócili się o to, czy mają mi przeszkadzać, czy też nie. Jakiś grubas, chyba mnich, gotował coś nad małym ogniskiem, a pod drzewem naprzeciwko mnie siedziała dość znacznej postury kobieta kołysząca małe dziecko. Marion. Lady Marion, którą miał poślubić jakiś szeryf, z tego co zdołałem zrozumieć z kłótni dwóch mężczyzn i to ja niby miałem ją ocalić.

– Robin nie dopuści do tego ślubu – usłyszałem gniewny głos większego mężczyzny. – Ale potrzebuje ochłonąć po ostatniej walce. Daj mu czas Will.

– Ile? – krzyknął młodszy. – Myślisz, że szeryf będzie czekał na jego błogosławieństwo. Puść mnie do niego, ale już.

Co mnie obchodził ślub jakiegoś szeryfa i tej Marion? Nie zamierzałem się poświęcać dla innej kobiety niż Solem … Kurwa – zakląłem w myślach. Robin Pieprzony Hood i jego ukochana Lady Marion. Nagle spłynęło na mnie zrozumienie.

– Którędy do zamku? – Wstałem pospiesznie i spojrzałem gniewnie na swoich towarzyszy. – Odpoczęli? Idziemy – nakazałem zaskoczonym ludziom, którzy teraz patrzyli na mnie wzrokiem tak tępym jak Weasley na eliksirach. Żaden jednak nie ruszył się z miejsca. – Co się tak gapicie?

– My … – zaczął Will. – Masz jakiś plan? – spytał niepewnie.

– Wyzwę tego szeryfa na pojedynek i już – zakomunikowałem i po chwili ugryzłem się w język. Nie mogłem przecież wyzwać Szeryfa z Nottingham na pojedynek. Nie potrafiłem walczyć mieczem, a nie mogłem używać różdżki. Tak naprawdę jedyne czego potrzebowałem to dostać się do zamku. Wiedziałem, że dalej już sobie poradzę. – Co tak siedzicie? Ruszcie się – nakazałem ponownie. Ku mojej rozpaczy podniosła się jedynie gruba kobieta, która właśnie skończyła karmić dziecko.

– Robin ma rację – odrzekła. – Musimy uwolnić z niewoli Marion. Biedactwo. Nie wiadomo, co oni jej tam robią, a jestem pewna, że z własnej woli mu się nie odda. – Miałem ochotę ją przekląć za jakiekolwiek insynuacje, jakoby moja żona miałaby się komuś oddać nawet nie z własnej woli, ale powstrzymałem się, bo póki co była ona jedynym moim sojusznikiem.

– Nie uda nam się wejść do zamku przez drzwi tak po prostu – westchnął Mały John, przygarniając ramieniem swoją żonę.

– Oczywiście, że nie – prychnąłem. – Ty – krzyknąłem do mnicha i zacząłem gorączkowo szukać w pamięci jego przezwiska – Braciszku Tuck. – Na szczęście z moją pamięcią nie było tak źle. – Przygotuj wóz i konie. Zawieziemy naszym panom nieco siana.

Moi towarzysze spojrzeli na mnie niezbyt ufnie, ale powoli zaczęli podnosić się ze swoich miejsc. Gruby mnich przytaknął i ochoczo zabrał się za szykowanie wozu. Plan był prosty i przez chwilę wydawało mi się, że nazbyt prosty, ale z drugiej strony miałem do dyspozycji jedynie prostych ludzi i nie spodziewałem się po nich niczego skomplikowanego. Musiałem jedynie dostać się do zamku. Reszta mało mnie interesowała.

Na moje szczęście także siły strzegące zamku okazały się dość tępe i bez trudu, przedostaliśmy się na dziedziniec ukryci w stercie siana.

– Czekajcie tutaj – nakazałem, gdy udało nam się niepostrzeżenie wymknąć i sam chciałem skierować się w stronę zamku.

– Idę z tobą, bracie. – Młody, chudy chłopak o imieniu Will spoglądał na mnie twardym wzrokiem. – To wszystko moja wina, daj mi szansę się zrehabilitować – poprosił. Wzruszyłem ramionami i wymachując mieczem, ruszyłem na zamek. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens słów młodzieńca drepczącego obok. Jakim niby cudem miałem brata, to znaczy Robin miał chyba brata, nie ja … zacząłem gubić się w swoich myślach. Spojrzałem krytycznie na chudego młokosa i zrobiłem zniesmaczoną minę. Nie, zdecydowanie ten kretyn nie mógł być moim prawdziwym bratem. Skrzywiłem się do własnych myśli i sapnąłem, widząc wciąż pytające spojrzenie tego niby brata.

– Potrafisz walczyć, Will? – starałem się brzmieć przyjaźnie.

– Jasne, przecież uczyłeś mnie przez ostatni rok – odparł nieco zirytowany.

– To zajmij się tamtym strażnikiem – nakazałem, a sam dyskretnie rzuciłem zaklęcie usypiające na drugiego. W pierwszym odruchu bałem się, że nie zadziała i będę musiał się wykazać swoimi jakże miernymi umiejętnościami władania mieczem, ale na szczęście strażnik padł na ziemię bez ruchu. Zanotowałem w pamięci, by zacząć z dziećmi lekcje szermierki. Od lat Lucjusz namawiał mnie do treningów, ale jakoś nigdy nie wydały mi się wystarczająco użyteczne. Dzieci – pomyślałem z nostalgią i poczułem ukłucie tęsknoty w sercu. Musieliśmy to zrobić; ja i Solem. I nie chodziło jedynie o ich bezpieczeństwo, chodziło o coś znacznie więcej; o normalne życie. Miałem dość ukrywania uczuć do syna, besztania go za nic na lekcjach i ostentacyjnego pomiatania. Chciałem móc pochwalić go za świetny eliksir przy całej klasie i z dumą oddać esej z oceną na jaką zasłużył. Poczułem się zmęczony. Nie chciałem nigdy więcej szpiegować, nie chciałem mieć już nigdy do czynienia z mroczną magią, mrocznymi czarodziejami i najlepiej niczym co nie było jasne. Z całych sił pragnąłem wrócić do życia jakie wiedliśmy z Solem przed napaścią dyrektora.

Odetchnąłem głęboko i postanowiłem, że tak właśnie będzie. Byłem pewien, że już po wszystkim, po mojej małej zemście, dyrektorem Hogwartu wybiorą Minerwę. Dam jej trochę czasu na znalezienie nowego Mistrza Eliksirów i zajmę się tym co kochałem, co lubiłem i za czym tęskniłem; sklepem i małą warzelnią, marzeniem moim i zmarłej teściowej. Wszystko od dawna prosperowało bardzo dobrze, ale przez większość czasu czułem się z tego wykluczony. Byłem jedynie człowiekiem od zarządzania, a potrzebowałem czegoś więcej, chciałem tworzyć. Nowe mikstury, udoskonalanie starych, badania, poszukiwanie rozwiązań. Chciałem też powoli zacząć przygotowywać Leen swoim następcą, bo że pójdzie w moje ślady było dość oczywiste. Kochała eliksiry chyba jeszcze bardziej niż ja, a co najważniejsze miała do nich niesamowity talent. W połączeniu z naukami, jakie wyniesie od Davisa była w stanie osiągnąć wszystko w każdej magicznej dziedzinie. Teo, byłem przekonany, że mój syn w przyszłości zajmie miejsce dziadka i razem z Solem będzie zarządzał wydawnictwem. Podobało mu się tam i tak samo, jak jego mama niezwykle ładnie rysował. Nie było po nim widać jeszcze tej pewności, którą dostrzegłem dawno temu u swojej ukochanej, ale miał więcej talentu niż każdy przeciętny dzieciak w jego wieku. I lubił to robić, a to najważniejsze. Uśmiechnąłem się do swoich myśli, przypominając sobie widok Teodora, gdy podglądał swoją matkę przy pracy. Siedział w kąciku ze swoim szkicownikiem i ku mojemu zdumieniu rysował ją, a szkic był przepiękny. Z trudem powstrzymałem łzy wzruszenia, gdy chłopiec podarował mi kilka portretów żony na Dzień Ojca.

– Nie są tak piękne, jak narysowałaby je mama, ale …

– To najwspanialszy prezent, jaki dostałem w życiu – przerwałem, wpatrując się w oczy Solem na jednym ze szkiców. – Są piękne, synku. Dziękuję. – Nie byłem w stanie powiedzieć wiele więcej, więc przytuliłem chłopca z całej siły.

– Tato, myśli tata, że mógłbym kiedyś … czy byłby tata bardzo rozczarowany, gdybym … gdybym uczył się w szkole plastycznej? – Zdębiałem na te słowa.

– Byłbym najbardziej dumnym ojcem na świecie, gdyby przyjęto cię na kursy magicznych sztuk plastycznych – odparłem z powagą. – Będę tak samo dumny jeśli za kilka lat zechcesz studiować coś innego, ale będę szczęśliwy tylko wówczas, gdy będziesz robił to co kochasz, co lubisz. Teo, synku – westchnąłem – moim marzeniem nie jest uczynić ze swoich dzieci Mistrzów Eliksirów, jak zapewne będą ci wmawiać ludzie, chciałbym, byś podążał za swoimi pragnieniami. Chciałbym cię widzieć szczęśliwym. Niczego więcej mi nie potrzeba. Jak byłem w twoim wieku, wydawało mi się, że wszystkie inne nauki niż te bezpośrednio związane z magią są bez sensu, ale gdy poznałem twoją mamę, moje poglądy zmieniły się zupełnie. Robiła to co kochała i co dawało jej radość, a przy tym tak uparcie dążyła do spełnienia marzeń. Nie było jej łatwo, ale ciężko pracowała i była uparta.

– Wciąż taka jest. – Teo uśmiechnął się szeroko.

– Fakt. Chyba podsunąłeś mi pewien pomysł na prezent dla niej.

– Prezent? Mama miała już urodziny – zdziwił się.

– Zawsze znajdzie się jakaś okazja – odparłem z zamyśleniem. – Myślisz, że ucieszy się z powrotu do szkoły? – spytałem z tajemniczym uśmieszkiem i jeszcze raz mocno uścisnąłem syna w podziękowaniu za prezent. Szkice były tak doskonałe, że nawet Solem nie protestowała, gdy oprawiłem je w piękne ramki i ozdobiłem nimi swój gabinet i salon.

Solem – jęknąłem w duchu i uniosłem miecz. Po raz pierwszy dostrzegłem, jak dobrze wyważona była broń, bez trudu potrafiłem ją unieść i wykonać pchnięcie. Pogładziłem gładkie drewno łuku, który miałem przewieszony przez ramię i na chwilę przymknąłem powieki. Byłem Robin Hoodem, do cholery. Lucjusz ze swoją szermierką mógł mi co najwyżej czyścić buty. Uśmiechnąłem się do swojego towarzysza, który już czekał na dalsze rozkazy i wiedziony instynktem, a może znajomością opowieści o banicie z Sherwood, ruszyłem naprzód, po swoją żonę, a przynajmniej miałem nadzieję, że owa Lady Marion okaże się być moją Solem.

Kolejnego strażnika powaliłem już mieczem i nawet nie myślałem o wyciąganiu różdżki. Poszło mi nad wyraz łatwo i widząc pod schodami wieży czterech, bez większego zastanowienia sięgnąłem po łuk. Nie pomyliłem się. Bez trudu trzema strzałami powaliłem całą czwórkę. Will spojrzał na mnie z podziwem, a ja nie mogłem powstrzymać się od małego uśmieszku zadowolenia. Czułem wzbierającą adrenalinę, gdy pokonywałem po kilka schodków i coraz większą chęć dorwania szeryfa z Nottingham. Jeśli tylko tknął moją ukochaną, moją piękną Solem, moje słonko …

Widok jaki ujrzałem, przekraczając próg kaplicy umiejscowionej na szczycie wieży zmroził krew w moich żyłach. Facet w biskupich szatach stał przed parą, on ubrany w strój galowy, ona w białej sukni. Czarne włosy kobiety, układające się w niesforne loki spływały po jej zgrabnych plecach. O dziwo, włosy mężczyzny wyglądały całkiem podobnie. Skryłem się za jednym z filarów i próbowałem zebrać myśli. Przyglądałem się przez chwilę dwójce ludzi i z trudem powstrzymałem okrzyk, gdy moja żona z całej siły wymierzyła szeryfowi policzek.

– Mówiłam ci, psie, żebyś mnie nie dotykał – krzyknęła. – I nie, o dziwny wielebny, nie zgadzam się zostać jego żoną.

– Zgadza się – kłócił się ubrany w czarną zbroję mężczyzna.

– Nigdy – warknęła ze złością i ponownie wyrwała swoją maleńką dłoń z jego wielkiego łapska. – Niech cię tylko dorwie mój mąż, ty nędzna karykaturo mężczyzny. Myślisz, że jak jesteś troszkę do niego podobny to na ciebie polecę? Niedoczekanie twoje – krzyczała. Zdumiałem się jeszcze bardziej, widząc odbicie swojej twarzy w twarzy szeryfa. Wyglądał dokładnie tak samo jak ja. Jedynie włosy miał dłuższe i bardziej bujne. Przez głowę przeleciała mi myśl, że to był mój brat, a nie ten nieszczęsny Will, czy jak mu tam było.

– Ja, moja droga, za chwilę będę twoim mężem – zakomunikował szeryf i z całej siły pociągnął Solem przed ołtarz. Jęknęła, potykając się o rąbek sukni i dopiero po chwili dostrzegłem, że potknięcie było zamierzone. Moja żona ciągnięta za jedną rękę przez szeryfa, drugą wsparła się na chrzcielnicy, z której ku memu zdumieniu wyciągnęła kawałek połyskującego patyka. Wcisnęła go dyskretnie do rękawa i wróciła do kłótni z mężczyzną w czerni.

– Już ci mówiłam, że mam już męża i czwórkę dzieci, idioto – syknęła.

– Czwórkę? – zdziwił się szeryf. – W takim razie mam pewność, że mi urodzisz kolejne.

– Jeśli mnie za chwilę nie wypuścisz to żadna kobieta nie urodzi twoich dzieci. – Skrzywiłem się, gdy kolano Solem z całą siłą trafiło w krocze towarzysza jej kłótni. Szeryf skulił się w cierpieniu, a Solem chciała odwrócić się i uciec, ale mężczyzna był szybszy. Wijąc się z bólu na ziemi, zdołał chwycić swoją wybrankę za kostkę i tylko dzięki mojemu refleksowi nie upadła na twardą, kamienną posadzkę.

– Czy pani ci przypadkiem nie wspominała, że ma już męża? – spytałem, przyciskając miecz do jego gardła.

W oddali słyszałem nadbiegających strażników i na tyle, na ile się orientowałem było ich zdecydowanie zbyt dużo, by ryzykować walkę. Will, póki co dzielnie podtrzymywał zamknięte drzwi, ale wiedziałem, że chłopak nie zdoła zbyt długo tak stać. Skinąłem do Solem, wskazując wrota i ta udając trwogę, schowała się za filarem i najdyskretniej, jak tylko potrafiła rzuciła zaklęcie zamykające. Cierpienie szeryfa nie trwało zbyt długo, mężczyzna w ułamku sekundy odtrącił mój miecz i stanął naprzeciwko mnie gotów do walki.

– Za sekundę będzie wdową, a za dwie MOJĄ żoną – warknął wyzywająco i natarł na mnie. Zdołałem zrobić zgrabny unik i po chwili sam nacierałem na mężczyznę. – Już jesteś martwy, Robinie Longstride. Stąd nie ma ucieczki – zaśmiał się złowieszczo i ponownie zaatakował.

– Doprawdy, szeryfie? – wyplułem z szyderczym uśmieszkiem i z całą mocą natarłem na wroga. Ciąłem mieczem z niesamowitą prędkością, ale ku mej irytacji szeryf parował wszystkie ataki albo wykonywał skuteczne uniki. W końcu udało mi się zagonić go do ściany i jakimś cudem wytrąciłem miecz z ręki mężczyzny. Słyszałem krzyki straży przed kaplicą i byłem pewien, że nie uda nam się uciec żywym bez dobrego planu. Spojrzałem w oczy wroga i bez namysłu przebiłem jego serce szybkim, mocnym pchnięciem. Szeryf z Nottingham wydał z siebie cichy jęk i padł martwy.

Niewiele myśląc, zdjąłem jego wierzchnie okrycie i naciągnąłem na głowę kaptur. Z pomocą Willa i Solem przebrałem martwego mężczyznę w szaty Robina i wreszcie zmęczony oparłem się o ścianę. Odetchnąłem, kiedy małe dłonie żony przyciągnęły moje usta i po chwili tonąłem w namiętnym pocałunku.

– Wiedziałam, że to nie ty – wyszeptała.

– Muszę przyznać, że niezwykle do mnie podobny ten mężczyzna – westchnąłem. – Sam byłem gotów się nabrać.

– Jestem tu jeszcze potrzebny? – Zza ołtarza odezwał się przestraszony biskup. – Będzie jakiś ślub?

Wymieniliśmy spojrzenia i uśmiechnęliśmy się do siebie.

– Jeden – zakomunikowałem i pociągnąłem żonę przed ołtarz.

Ceremonia była krótka, ale zarówno dla mnie, jak i Solem niezwykle kojąca. Odetchnęliśmy po pocałunku kończącym uroczystość i po szybkich życzeniach od Willa ruszyliśmy do wyjścia.

– Z drogi, wy psy gończe – warknąłem na zebranych pod drzwiami strażników i szybkim krokiem ruszyłem przed siebie. Ciągnąłem Solem i jednocześnie popychałem przed sobą brata. – Sam się nim zajmę – syknąłem do jednego z dowódców, gdy ten próbował aresztować chłopaka. – Ale najpierw przyjemności. – Zerknąłem lubieżnie na żonę i wykrzywiłem się do swoich ludzi.

Odetchnęliśmy głęboko, wybiegając poza bramy zamku, ruszyliśmy do wozu pilnowanego przez braciszka Tucka.

Nie wiem, w którym momencie zasnęliśmy na miękkim sianie w swoich objęciach.

.: :.

Teodor

– Nie patrz – krzyknęła Leen i odciągnęła mnie od wielkiego zwierciadła. – Czytałam o nim sporo i kiedyś dyrektor mi o nim opowiadał; to lustro pragnień – wyjaśniła.

– Lustro czego? – zdziwiłem się, ale posłusznie oparłem się pokusie spojrzenia w nie.

– To zwierciadło jest zaczarowane – tłumaczyła gorliwie. – Nie pokazuje twojego odbicia, ale ukazuje najskrytsze pragnienia.

– Czyli co tam zobaczę jeśli zerknę? – spytałem z zaciekawieniem.

– Zależy o czym marzysz. – Leen wzruszyła ramionami.

– A dlaczego nie mogę w nie spojrzeć? – dopytywałem.

– Dyrektor mi tłumaczył, że wielu ludzi od patrzenia w nie zwariowało – odpowiedziała zmartwionym głosem. – I ja później pytałam tatę i on przyznał dyrektorowi rację. Ludzie tak bardzo pogrążali się w swoich marzeniach, że nie potrafili już wrócić.

– Och – jęknąłem. – To nadal bardzo kuszące.

– Podobno jedynie człowiek szczęśliwy może w nie zerknąć i wówczas zobaczy w nim tylko swoje odbicie – opowiedziała.

– Wiesz – objąłem siostrę i poprowadziłem do wyjścia – myślę, że całkiem niedługo będę mógł tutaj wrócić i w nie spojrzeć. – Uśmiechnąłem się wdzięcznie do dziewczynki i wspólnie zamknęliśmy pomieszczenie.

Przez dłuższą chwilę w ciszy przemierzaliśmy długie korytarze Hogwartu. Obydwoje pogrążeni w swoich myślach szukaliśmy trolli na ścianach. Mówiłem prawdę. Wszystko o czym marzyłem, czego pragnąłem to szczęśliwa rodzina. Byłem pewien, że jedyną przeszkodą stojącą na drodze tego szczęścia był Voldemort, ale wiedziałem, że to już kwestia czasu, kiedy czarnoksiężnik stanie się przeszłością. Z całego serca zapragnąłem teraz jakoś pomóc rodzicom albo chociaż przytulić się do nich. Profesor i babcia tylko na chwilę pozwolili nam wejść do ich sypialni i teraz obraz ich dwojga śpiących w objęciach wciąż powracał przed moje oczy. Wyglądali na spokojnych i wypoczętych, ale obawiałem się, że tam gdzie byli wcale nie było spokojnie, a oni musieli mierzyć się z największymi niebezpieczeństwami. Ani profesor, ani dziadkowie nie potrafili nam dokładnie wyjaśnić na czym polegał sen rodziców. Wmawiali nam, że nic złego się im nie dzieje i byli bezpieczni, ale nie mogłem powstrzymać czarnych myśli. Bardzo chciałem chociaż przez chwilę móc utonąć w objęciach mamy, pobyć przy nich, dać im znak, że czekamy i bardzo ich potrzebujemy.

Przypomniałem sobie pierwsze spotkanie z ojcem, kiedy jeszcze nie wiedziałem kim naprawdę był. Nie był dla mnie miły, ale z czasem, z każdymi kolejnymi zajęciami zaczynał traktować mnie coraz lepiej, jakby powoli przekonywał się, że ja, Harry Potter nie byłem swoim ojcem, Jamesem. Aroganckim dupkiem, który gnębił słabszych i wraz z kolegami dokuczał każdemu, kto był inny od niego. Wiedziałem, że mój przybrany ojciec zmienił się po latach, że dorósł i poświęcił się dla mnie, dla syna Severusa Snape, ale miałem też świadomość, że był jednym z tych, którzy odebrali mnie rodzicom. Może nie brał czynnego udziału w zabójstwie dziadków, ale wiedział i nic z tym nie zrobił. Nie zaprotestował, gdy przyniesiono mnie do jego mieszkania, nie powiedział nic, tylko wysyłał jakieś wątpliwe sygnały rodzicom, gdy zamieszkał z nim w sąsiedztwie. Mimo tego, że James Potter uratował mi życie, czułem do niego ogromny żal. Może nawet większy niż do Lily. Gdzieś w głębi serca miałem pewność, że był to jedyny człowiek, który mógł to powstrzymać na czas, uratować dziadków, oszczędzić cierpienia rodzicom i pozwolić mi dorastać w szczęśliwej rodzinie. Stał z boku i przyglądał się pogrążonym w żałobie Solem i Severusowi. Nie zrobił nic, by temu cierpieniu zaradzić. I chociaż mama często powtarzała, jak bardzo wdzięczna jest Jamesowi za poświęcenie, nie potrafiłem czuć już nic do tego człowieka. Był mi zupełnie obojętny. Jakaś część podświadomości podpowiadała, że Potter nie zrobił tego dla mnie. Ocalił mi życie, by ocalić swą duszę.

A teraz moi rodzice utknęli gdzieś, gdzie nie miałem wstępu. Nie mogłem pobiec przytulić się do mamy, a tata nie miał możliwości dać mi szlabanu. I chociaż nie było ich dopiero od trzech dni, czułem, jakby minęły już długie miesiące. Tęskniłem za nimi. Za swoim szczęściem.

– Śnili mi się dziś – wyznała cichym głosem Eileen. – Tata i mama – wyjaśniła, widząc moje pytające spojrzenie.

– Byli bezpieczni? – spytałem zdenerwowanym głosem.

– Tak. – Leen uśmiechnęła się uspokajająco i przysiadła na jednym ze schodków. – Powiem ci, że wyglądali na całkiem wesołych.

– Wesołych? – zdziwiłem się i zająłem miejsce obok siostry.

– Tak, stali przed ogromnym sfinksem, chyba tym z Egiptu – opowiadała dziewczynka. – Wyglądało, jakby było im nieco gorąco i tata niecierpliwie przebierał nogami, a mama wywracała oczami, gdy marudził coś o butelce wody, której nie mogła znaleźć w torbie. Tata oczywiście obrażony już wyciągał różdżkę, żeby tę wodę przywołać albo sobie wyczarować, nie wiem, aż tu nagle ten sfinks do nich przemówił. Żałuj, że nie widziałeś ich min – roześmiała się Eileen. – Kłócą się sobie w najlepsze, a tu nagle posąg do nich przemawia. – Nasz śmiech wypełnił pusty korytarz. – Tylko dziwne, bo ten był cały. Nie byłam nigdy w Egipcie, ale kiedyś tata mi czytał sporo i pokazywał zdjęcia. I tam posąg był dość mocno uszkodzony. Nie miał nosa i w ogóle jego twarz wygląda na dość zniszczoną. Tata obiecał, że kiedyś tam pojedziemy. Podobno nasz dziadek Modest, zanim badał podziemia Rzymu, sporo czasu spędził w Egipcie i mama opowiadała, że tam jest jeszcze więcej skarbów magicznych ukrytych pod ziemią niż w Europie. W ogóle, to dziadek dużo podróżował i podobno zawsze powtarzał, że dla magicznego historyka albo badacza Azja i Afryka to największy raj.

– Wiem, czytałem o tym – przyznałem. – Mama pokazała mi też pamiętniki dziadka. Jeszcze nie czytałem, ale chciałbym przeczytać je przez wakacje. Mama prosiła, żebym nie zabierał ich z domu. Są dla niej bardzo cenne.

– No, pamiętam jak mama się cieszyła, kiedy tata znalazł je w skrytce – odparła zasmuconym głosem. – Na początku mama nie oglądała rzeczy po dziadkach, pobieżnie tylko przejrzała i kazała przenieść wszystko do naszej skrytki. Dopiero tata, jak tam kiedyś robił porządek, to znalazł sporo pamiątek, które ona przeoczyła. Nie wyobrażam sobie, jak mama musi za nimi tęsknić – westchnęła.

– Żałuję, że nigdy nie mogłem ich poznać …

– Kiedyś słyszałam rozmowę rodziców o babci Liwii – szepnęła. – Podobno była świetną legilimentką. Nawet w oczy nie musiała zaglądać. Profesorek mnie powoli też przygotowuje do nauki ligilimencji i oklumencji. Podobno oklumencja jest łatwiejsza, ale ja jeszcze nie potrafię. Mówił, że mama jest kompletną ofiarą jeśli chodzi o legilimencję – zaśmiała się.

– Tata mi wspominał o tych naukach – odrzekłem. – Ale nie do końca to jeszcze rozumiem. Nigdy nie próbowałem. Ale jak mama czegoś nie potrafi to musi to być trudne.

– No podobno to nie każdy może się tego nauczyć – wyjaśniła. – Profesorek mówił, że mama ma za dużo w głowie.

– W głowie? – zdziwiłem się. – Chyba na głowie.

– Nie, właśnie w głowie – zachichotała. – Ma zbyt rozbudowaną wyobraźnię czy coś takiego i mogłaby czytać umysły innych ludzi i być może nawet to robi, ale jej własny zbyt często podsuwa jej wyobrażenie o tym co powinna zobaczyć i dlatego nie może tego opanować.

– Czyli wybujała wyobraźnia nie zawsze jest pomocna. – Uśmiechnąłem się pod nosem. – A co było dalej z tym sfinksem? Mama znalazła tę wodę?

– Nie, przestała szukać, jak ten stwór do nich przemówił – opowiadała dalej.

– Czego od nich chciał?

– Powiedział, że jeśli nie rozwiążą jego zagadek to ich pożre i jeszcze marudził, że są chudzi, a on dawno nic porządnego nie jadł i nawet zastanawiał się, czy ich najpierw nie podtuczyć, a wtedy tata zaczął się z nim spierać, że wcale nie jest chudy. – Nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu.

– I zjadł ich? – Nie widziałem w tym nic zabawnego.

– Tata mu tak nagadał, że ten w końcu zrobił skwaszoną minę i postawił wokół nich mur z piasku, żeby mu nie zwiali – opowiadała. – Popędzał go, żeby zadał te swoje zagadki, bo nie mają czasu i ten sfinks był strasznie zaskoczony, że tata się go nie boi, a mama sobie spokojnie robiła porządek w torbie i nawet nie zwracała na nich uwagi.

– Jakie to były zagadki? – spytałem z szeroko otwartymi oczami.

– Były dwie – tłumaczyła. – Takie same jak w micie o Edypie.

– To znaczy? – dopytywałem. – Nie znam się na mitologii.

– Pierwsza: co to za zwierzę, obdarzone głosem, które z rana chodzi na czworakach, w południe na dwóch nogach, a wieczorem na trzech?

– Nie mów, niech się zastanowię – poprosiłem, a dziewczynka lekko przytknęła z uśmiechem.

– Tata nie miał zbyt dużo czasu na odpowiedź – mruknęła pod nosem.

– Człowiek – krzyknąłem z szerokim uśmiechem.

– Synuś tatusia – burknęła z udawanym niezadowoleniem. – Druga: kim są dwie siostry: jedna rodzi drugą, a ta, rodzi tę pierwszą?

– Poczekaj, poczekaj, już to kiedyś słyszałem – zastanawiałem się głośno. – Dzień i noc – odparłem z pewnością w głosie, a Leen przytaknęła.

– Tata strasznie wywracał oczami, jak usłyszał te zagadki i nawet mamie coś zamarudził, że za łatwe i chyba ten durny sfinks ma go za idiotę. Mama mu powiedziała, żeby nie marudził, bo ona już woli proste zagadki niż wychodzić za mąż za napalonego szeryfa. Tak powiedziała i tata przyznał jej rację.

– Napalonego? – Wykrzywiłem usta z zaskoczenia.

– Nie wiem, to tylko sen. – Wzruszyła ramionami. – Mamy spytasz, jak wrócą.

– Jasne – burknąłem z powątpiewaniem. – Przy obiedzie po prostu zapytam kim był napalony szeryf – sarknąłem.

– Ale teraz jesteś podobny do taty – jęknęła, widząc, jak się wykrzywiam.

– Naprawdę?

– Tylko oczy masz mamy. – Przyjrzała mi się uważnie. – Z wyglądu to może nie aż tak bardzo, ale robisz takie same miny i mówisz tak samo. Skaził cię – jęknęła z udawanym przerażeniem.

– Chciałbym być do niego podobny. Wiesz, nie chodzi o wygląd, ale … tata jest taki … mądry, odważny i zawsze wie co powiedzieć i zrobić – odparłem z rozmarzeniem.

– No, tata jest wporzo – zaśmiała się.

– No, a co było dalej z tym sfinksem?

– Sfinks był bardzo niezadowolony, kiedy tata mu odpowiedział i coś przeklinał pod nosem, więc mu tata powiedział, żeby nie marudził tylko oddawał ich nagrodę – kontynuowała. – I ten sfinks prychnął i powiedział, że nie tak szybko. Nagroda czeka na nich za drzwiami, a otworzą je: zwolnienie duszy z pracy, niebo i życie, a cząstkę, której potrzebują niesie pod pancerzem coś co szczęście daje.

– Co to znaczy? – Spojrzałem z przerażeniem na siostrę. – Wiedzieli co zrobić?

– No, mama się w końcu ruszyła, bo przez cały czas siedziała oparta o tę ścianę z piasku i robiła porządki w torbie i z niezbyt zadowoloną miną podeszła do drzwi, które już tata badał. Machnęła ręką, gdy zobaczyła kilkadziesiąt różnych obrazków wyrytych w kamieniu i dalej czegoś w torbie szukała. A tata bez większego zastanowienia nacisnął trzy symbole; taką małą mumię ze skrzyżowanymi rękoma na piersi trzymającą dwie motyki i worek na plecach, później oko Horusa, a na koniec anch. Jak chcesz to ci pokarzę te symbole, jak wrócimy do domu. Drzwi się oczywiście otworzyły i tata zaczął się rozglądać po ciemnej komnacie. Różdżki im nie działały, a tam strasznie ciemno było i słychać było tylko taki chrzęst dziwny i mama nakazała tacie być cicho i się nie ruszać. Przymknęła oczy i zaczęła nasłuchiwać. Tata jej szepnął, że muszą złapać największego. Wtedy nie wiedziałam o co mu chodzi, ale po chwili mama, jak w jakimś transie rzuciła kamieniem i coś wydało dziwny pisk i nagle łup, tak jakby jakiś pies albo kot padł na ziemię. Wtedy zapaliły się pochodnie i przed nimi leżał ogromny skarabeusz. Mama go kamieniem załatwiła, wyobrażasz sobie?

– Po ciemku? – Wytrzeszczyłem oczy ze zdziwienia. – Och, pewnie nauczyła się takich rzeczy, gdy nie widziała.

– Pewnie tak, wtedy musiała bardzo ufać uszom chociaż nie sądzę, że wówczas rzucała kamieniami do celu – zażartowała Leen. – Później spytamy mamę. Ten żuk, był normalnie taaaaaki wielki. – Rozłożyła szeroko ręce. – Tata kopnął go w głowę, żeby sprawdzić czy nie żyje, ale chyba już nie żył i delikatnie rozciął jego pancerz swoim nożem do rozcinania robali. Wyjął ze środka różdżkę albo coś takiego co wyglądało jak różdżka, wcisnął to do swojej torby i podszedł do mamy, żeby ją przytulić. A jak ją pocałował … obrzydlistwo. Szepnął jej jeszcze coś w stylu, że jeszcze dwa i babcia mnie obudziła.

– Chciałbym mieć pewność, że nic im nie jest – powiedziałem cicho, a Leen bez słowa wstała z miejsca i mocno mnie przytuliła.

– Nic im nie jest – zapewniła i pociągnęła mnie na schody. – Już wiem – dodała z triumfem i przyspieszyła kroku. – Gobelin na siódmym piętrze, ten z Barnabaszem Bzikiem.

– No jasne, ten co tańczy z trollami. – Klepnąłem się otwartą dłonią w czoło.

.: :.

Solem

Nie wierzyłam, że znowu zostaliśmy rozdzieleni. Zostały nam do odnalezienie już jedynie dwa kawałki i bardzo, ale to bardzo chciałam mieć już z głowy to całe szukanie różdżki. Przed nami była jeszcze długa droga do pokonania Voldemorta, ale z laską Merlina byliśmy chociaż trochę bliżej celu. Martwiłam się o dzieci. Nie byłam pewna ile czasu minęło, ale zdawało się, że to już całe wieki. Bardzo chciałam wracać do domu, a jeszcze bardziej pragnęłam by nasz dom był nareszcie bezpiecznym miejscem. Nie chciałam już dłużej ukrywać Teodora i udawać w stosunku do niego obojętność. Pragnęłam zabrać go na wycieczkę bez konieczności korzystania z magii modyfikującej wygląd, do galerii albo wesołego miasteczka. Czułam się tym wszystkim zmęczona; ciągłymi kłamstwami, udawaniem i pogonią za zemstą. Odetchnęłam głęboko i rozejrzałam się dookoła.

Przede mną rozciągały się długie, przestronne korytarze, których ściany zdobiły liczne obrazy. Ogromne zajmujące całe połacie ścian i mniejsze, ale równie cenne. Drewniana podłoga, sklepienie kolebkowe, a w nielicznych żebrach świetliki, przez które widać było nocne niebo. Doskonale pamiętałam to miejsce. Uśmiechnęłam się do siebie na wspomnienie wycieczki z ojcem W jedną z służbowych podróży zabrał mnie ze sobą do Paryża i zostawił na cały dzień w Luwrze. Jeden dzień, by zobaczyć wszystko to stanowczo za mało, ale wówczas musiało starczyć. Później, gdy zwiedzaliśmy muzeum razem z Severusem tego czasu nie miałam wcale więcej, ale też wtedy zwiedzanie nie było mi w głowie. Mój uśmiech poszerzył się, gdy przypomniałam sobie jedną z nocy, jaką spędziliśmy w niewielkim hoteliku w pobliżu Rue de Rivoli.

Tak, to zdecydowanie musiało być zadanie dla mnie. Severus nie był specjalnym miłośnikiem malarstwa. Owszem, zwiedzał razem ze mną galerie i muzea, ale robił to z miłości do mnie, nie z miłości do sztuki. Mimo wszystko byłam mu za to wdzięczna. Niewielu mężczyzn zniosłoby takie poświęcenie. Zastanawiałam się, co jego mogło czekać w Paryżu i ku zdumieniu na jednym z krzeseł dla strażników dojrzałam znajomą postać.

Kolejny rozdział: „Sztuka w ogrodzie pełnym nagich biustów"