51.

Zaczynał powoli przyzwyczajać się do myśli, że wyśpi się prawdopodobnie dopiero w trumnie. Auto sunęło cicho ulicami Londynu, a on mógł myśleć już tylko o tym, że ma za sobą kompletnie pokręcone trzy tygodnie – najpierw wypełnione bezsilnym czekaniem na żonę i córkę, a potem już tylko zdumieniem, niedowierzaniem i ciągłym napięciem.
I wiedział, że odetchnie z ulgą dopiero, kiedy ostatecznie zamknie sprawę teleskopu i kwestię udziału Suzie w całym tym zamieszaniu. Wcześniej nie miał co liczyć na drugi oddech.
Tym bardziej, że - na tyle, na ile było to możliwe – chciał odejść ze stanowiska z podniesionym czołem.
I był w pełni świadomy tej decyzji. Podjął ją natychmiast po tym, jak okazało się że zaufał niewłaściwej osobie. To było jedyne słuszne, logiczne wyjście.
Westchnął mimowolnie i przetarł oczy. Po prostu padał na twarz ze zmęczenia, a i tak miał pewność, że dokładnie tego będzie mu najbardziej brakowało – tej adrenaliny krążącej w żyłach, tego bezustannego podskórnego niepokoju i nawet tego brzemienia odpowiedzialności za całą instytucję. I poczucia władzy. Świadomości, że ma nad ludźmi kontrolę. To było jak jego prywatny afrodyzjak.
Ale jednocześnie wiedział też, że nie wolno mu dalej w tym tkwić. Że musi zrezygnować właśnie teraz, zanim popełni kolejny błąd, zanim po raz kolejny pozwoli, by zaślepiły go choćby na moment względy osobiste.
Powinien po prostu pozwolić, aby ktoś młodszy, może z bystrzejszym umysłem, przejął teraz stery.
Instytut potrzebuje świeżej krwi.
No i istniało parę niewątpliwych plusów obecnej sytuacji. Przynajmniej nie będzie musiał użerać się z pracownikami niespełniającymi wymagań.
Z cholernymi spóźnialskimi.
Takimi jak Noble.
Stop.
OK, może nie powinien teraz wieszać na nim psów. Może lepiej byłoby przystopować.
Ale naprawdę był ciekaw, jakim cudem oboje z Rose nie dotarli na czas na tak ważną misję. I chciał dowiedzieć się, co właściwie postanowili. Oczywiście głupotą byłoby w obecnych okolicznościach czekać na maila, w którym John, zgodnie z poleceniem, miał wyznaczyć sobie towarzysza wyprawy. Zresztą, niezależnie od jego własnego widzimisię, zawsze można było odgórnie kogoś narzucić.
Bo od początku oczywiste wydawało się to, że Rose mu nie wystarczy. Nie miała kwalifikacji. Zresztą, cholera wie, czy przypadkiem nie zmieniła znowu zdania.
Kobiety! W każdym wieku zachowywały się tak samo! Wieczne dylematy, fochy i stawanie okoniem. Nawet jego własna córka, na której zawsze mógł polegać.
Ziewnął mimowolnie. Zdawał sobie sprawę, że – chociaż przed wyjściem z domu robił, co tylko mógł - na pewno nie wygląda szczególnie świeżo. Nie był to zbyt dobry objaw tuż przed spotkaniem z Harriet Jones, ale na chwilę obecną nic nie mógł na to poradzić. Zresztą może to i lepiej, że prezydent zobaczy go wymiętego. Może tym łatwiej zrozumie, że nie jest właściwym człowiekiem na tym stanowisku. Poza tym, miał na głowie ważniejsze rzeczy. Musiał, jeszcze przed spotkaniem, skontaktować się z Argentyną w kwestii pomocy przy teleskopie, zabrać z biura dokumenty i pogadać z Owenem, żeby wiedzieć, czy świadkowie na pewno dobrze znieśli wczorajsze przesłuchanie. Nie mógł sobie pozwolić na to, by ktokolwiek zorientował się, jak wyciągano z nich zeznania.
Miał tylko nadzieję, że Owen niczego nie skrewił.
Chociaż, z drugiej strony, to nie był przecież Noble.
Na Harpera raczej zawsze mógł liczyć. Mimo wszystkich jego dziwactw, lekarz posiadał solidną wiedzę i ogromny talent.
W sumie dokładnie tak, jak Noble.
Ta myśl nie dawała mu spokoju. Szlag, wyglądało na to, że w przypadku tego ostatniego w jakiś sposób też dał ciała. Że, być może, John potrzebował więcej czasu, by swoją wiedzę i talent ujawnić. Czy raczej – w pełni zaprezentować. Nowa sytuacja, cały stres z nią związany, zmęczenie – wszystko to musiało sprawić, że działał wolniej, mniej skutecznie. Że zdarzyło mu się pomylić.
Cholera, powoli docierało do niego, że być może powinien faceta… przeprosić. Albo chociaż dać mu do zrozumienia, że nie uważa go za aż takiego patafiana, jak dawał mu to odczuć w ciągu ostatnich dni.
Nie miał bladego pojęcia jak to zrobić, by zachować choć resztki dumy. Ale zdawał sobie sprawę, że raczej nie ma wyjścia. Bo przecież… Owszem, może i Noble go zawiódł, może i nie powinien na nim polegać i ufać mu aż tak, jak wcześniej ufał Doktorowi – ale i tak błędy tego człowieka zaczęły mu się nagle wydawać śmiesznie małe, w porównaniu z tym, jak paskudna okazała się skala jego własnych pomyłek.
No i… Całkiem możliwe, że nie był do końca obiektywny. Sam też żył w stresie przez wiele dni i facet zwyczajnie działał mu na nerwy swoją rzekomą nieomylnością. A on po prostu nie lubił mądrzejszych od siebie.
A poza tym… Nie był Tamtym, ale miał z nim wiele wspólnego. To tak, jakby… Jakby to właśnie on determinował w pewien sposób całe ich życie przez wszystkie minione lata. Chociaż nie było go wtedy, gdy najbardziej go potrzebowali.
Kiedy Rose go potrzebowała. I kiedy ich świat był w niebezpieczeństwie.
A potem zjawił się jakby nigdy nic, bez większego trudu wskoczył sobie do ich rodziny, zawojował totalnie jego własną żonę i syna.
I – chociaż Pete wiedział, że to już skrajny debilizm – w jakimś sensie odebrał mu Rose.
Owszem, może i nie był jej prawdziwym ojcem. Może i nie wierzył w te wszystkie psychologiczne brednie o tatusiach zakochanych ślepo w swoich dziewczynkach.
Ale nauczył się traktować ją jak własne dziecko i pewnie dlatego zalewała go krew na samą myśl o tym, że Noble mógłby ją w jakikolwiek sposób skrzywdzić.
Nie dotrzymując obietnic. Albo wlokąc ze sobą na drugi koniec świata, bo tak mu wygodnie. Albo po raz kolejny ją porzucając.
I nie miał znaczenia fakt, że kiedyś sam chciał, żeby Rose go znalazła, że sam pomagał jej w tych poszukiwaniach. Bo wraz z pojawieniem się Klona wszystko się zmieniło. Stało się po prostu realne.
I dopiero wczoraj wieczorem, gdy stali naprzeciw siebie w salonie, pod jego własnym dachem, kiedy Noble odepchnął go siłą by polecieć za jego córką, był zmuszony ponownie zweryfikować swoje poglądy.
Bo chyba dopiero wtedy dotarło do niego, że – choćby nie wiem co - Rose będzie bezpieczna.
Że nie mają już do czynienia z kosmitą, który stawia wszechświat na pierwszym miejscu i potrafi jedynie trzymać się cholernego drążka, patrząc bezczynnie, jak ona ginie w Pustce. Tylko z normalnym facetem, który gotowy jest zabić, by nie stała jej się krzywda.
Pete widział to wczoraj w jego oczach bardzo wyraźnie – i nie miało znaczenia, że Noble nie pociągnął za spust.
Wystarczyło, że chciał to zrobić.
To znaczyło, że - w jakimś sensie – zdał egzamin.
I choćby dlatego zasługiwał na coś na kształt niechętnego szacunku.
I na te cholerne przeprosiny.
A potem niech spada do Argentyny i robi co do niego należy. Mogą nawet jechać we dwójkę, proszę bardzo.
I skoro Russel tak mocno się uparł, to niech po prostu wszyscy zejdą mu z oczu i tyle.
Naprawdę, momentami wręcz cieszył się, że tuż po złożeniu dymisji będzie miał ich z głowy.
Wyprostował się gwałtownie na siedzeniu, bo od strony szyby dzielącej kierowcę i pasażera dobiegło gwałtowne bębnienie.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili stoją pod domem Rose.
Podniósł rękę w uspokajającym geście i uśmiechnął się przelotnie do szofera, a potem szybko pobiegł na górę.
Jakieś dwie minuty później jego irytacja ponownie sięgnęła zenitu, bo ani na pukanie, ani na dźwięk dzwonka nikt nie zareagował.
Klnąc pod nosem, zaczął przeszukiwać kieszenie marynarki, aż wreszcie w jednej z nich znalazł zapasowe klucze, których Jackie jakimś cudem nie zdołała jeszcze zgubić.
Do cholery, nie miał czasu na subtelności. Obojętnie czym by się nie zajmowali, zamierzał przypomnieć im o obowiązkach.
Przekręcił klucz w zamku i gwałtownie wpakował się do mieszkania.
W następnej sekundzie, tuż za progiem, uderzył czołem o gwałtownie odskakujące drzwi, zobaczył wszystkie gwiazdy, a jeszcze później – Johna Noble w samych tylko bokserkach, mrugającego gwałtownie i w zakłopotaniu wichrzącego sobie włosy.