ROZDZIAŁ 53

Sztuka w ogrodzie pełnym nagich biustów

Eileen

– Woow – Teodor wykrzyknął z podziwem. – Nie sądziłem, że mama w swoim życiu namalowała tyle obrazów. Zobacz – krzyknął i wskazał na dziecięce szkice – tu jest data. Miała … o rany, miała tylko trzy lata, kiedy to narysowała. Nigdy jej nie dorównam.

Przełknęłam głośno ślinę, gdy dotarło do mnie ile matka zdołała stworzyć przez całe swoje życie. Nie wiedzieliśmy też, że pokój zadziała właśnie w taki sposób. Spodziewaliśmy się, że będzie sporo dzieł mamy, ale nie że wszystkie począwszy od pierwszych. Przeraziłam się i jednocześnie ucieszyłam z możliwości, jakie stwarzał pokój. Mogłam nie tylko oglądać tutaj co malowała mama, ale też uwarzyć praktycznie każdy eliksir z każdej możliwej ingrediencji na świecie. Wiedziałam, że nie ma szans, by cokolwiek stąd wynieść, ale sam fakt, że mogłam stworzyć każdą miksturę albo chociaż mieć możliwość jej uwarzenia przyprawił mnie o dreszcze. Rozejrzałam się z przebiegłym uśmieszkiem i podbiegłam do grubego zeszytu leżącego na jednym ze stolików.

– Ha – wykrzyknęłam z triumfem. – To jest to, co mama chowa przed nami. Album z rysunkami taty, gdy byli jeszcze w Hogwarcie. – Z namaszczeniem pogładziłam skórzaną okładkę i już miałam zajrzeć do środka, kiedy twardy uścisk Teo mnie powstrzymał.

– To mamy sekrety – wyjaśnił. – Myślę, że to coś w rodzaju pamiętnika. Kiedyś pokazała mi kilka szkiców, z czasów, gdy byłem malutki … to nie tylko obrazki, Leen. Mama w ten sposób przelewa na papier swoje uczucia. Gdy to oglądałem widziałem nie tylko siebie; widziałem, jak bardzo mnie kochała i jak bardzo kocha tatę. Jej radość i troskę. Tam było wszystko, jej uczucia.

– Nigdy w ten sposób nie myślałam o szkicowniku mamy. – Spojrzałam zasmuconym wzrokiem na brata. – Zawsze próbowałam się do niego dostać. Popatrzeć. Jak byłam mała, to odkryłam rysunek taty na golasa i … byłam głupia.

– Byłaś dzieckiem – usprawiedliwił mnie.

– Może, ale … ani Asteria, ani Selene nigdy nawet nie próbowały. Zawsze stukały się w głowę, gdy namawiałam je do wykradzenia go. – Z westchnieniem opadłam na fotel, który nagle pojawił się tuż za mną. – Wiesz, mama dostała ten szkicownik od taty. Kupił jej go zanim jeszcze byli razem. To znaczy poprosił babcię, żeby kupiła najpiękniejszy jaki tylko znajdzie i przysłała mu. Był zakochany w mamie, ale sam jeszcze nie wiedział o tym. Obserwował ją, nie wiem dokładnie dlaczego, chyba mu się podobała i zauważył, że zniknęła nagle z zamku i się martwił. Podsłuchał ciocię Amelię, że wyszła w nocy i udała się do kominka w Hogsmeade. Domyślił się, że musiała fiuukać do szpitala i napisał do babci. Babcia od razu wiedziała, że kocha się w mamie.

– Babcie jest spostrzegawcza, jeśli chodzi o te sprawy – zauważył Teo.

– Podarował go jej dopiero, gdy dostała stypendium – opowiadałam.

– Stypendium? – zdziwił się.

– No, mama chciała studiować magiczne sztuki plastyczne, ale to drogie kursy, a dziadków nie było na nie stać – westchnęłam. – Dziadek mi to opowiadał. Babcia Liwia pracowała w takim niebezpiecznym sklepie, dziadek Modest też podobno brał sporo nadgodzin i badał coś prywatnie dla czarodziejów, żeby mogli odłożyć na dwa kursy dla niej. Mama chciała na początku wybrać jedynie zaklęcia i starała się o dodatkowe stypendium ze szkoły, ale … żart jaki sprawił jej ten głupi Potter ze swoimi kolegami przekreślił jej szanse na dodatkowe pieniądze.

– Nie dostała ich? – Teodor opadł na fotel obok.

– Słuchaj dalej – burknęłam. – Mama już wcześniej wysłała rysunki na konkurs, który organizowało wydawnictwo dziadka, wtedy nie wiedziała, że to ojciec jej chłopaka je prowadzi. Nie wygrała konkursu, bo była za młoda, ale wujek Henry, był tak oczarowany jej rysunkami, że poleciał prosto do dziadka i zaklinał się na wszystko, że jeśli mama nie będzie dla nich pracować to rzuca robotę. Dziadek nie wiedział co zrobić na początku i wtedy babcia mu podsunęła pomysł ze stypendium. I się udało. Mama nie tylko dostała pieniądze na dwa kursy, ale też przekonała się co tak naprawdę kocha robić najbardziej.

– Byłoby bardzo niesprawiedliwe, gdyby mama nie mogła studiować sztuk plastycznych – westchnął. – Myślisz, że ja też mógłbym starać się o stypendium na koniec szkoły? Też chciałbym studiować to co mama.

– Po co? – zdziwiłam się. – Wiesz, naszych rodziców na to stać.

– Ale to bardzo drogie, a ja nie chcę …

– Byłoby im przykro, Teo, gdybyś im odmówił i byłoby nie w porządku, gdybyś starał się o stypendium, które oni częściowo finansują – tłumaczyłam. – Od lat wspierają fundusz stypendialny dla uzdolnionych uczniów, a tata nawet dwóm zaproponował praktyki w warzelni pod okiem jego i jednego z Mistrzów, którzy u niego pracują. Z jednej strony myślisz słusznie, kiedy sam chcesz zapracować na swoje studia, ale z drugiej rodzice ciężko pracowali, żeby nam wszystko zapewnić, a jeśli nie przyjmiesz ich pomocy to tak jakbyś … nie wiem, chyba byłoby im przykro. Zawsze mi powtarzają, że jedyne o co muszę się martwić to nauka, a oni już o resztę zadbają.

– Nie chciałbym ich narażać na takie koszty – upierał się. – Nas jest czworo, to spory wydatek jak na jednych rodziców.

– Myślę, że najlepiej zrobisz, jak przestaniesz się martwić o pieniądze na kursy, tylko o to, żeby się na nie dostać i być tam najlepszym studentem. – Uśmiechnęłam się do niego serdecznie. – To będzie dla nich największa nagroda. Mają małą obsesję na punkcie naszego wykształcenia – dodałam z krzywą miną.

– Chyba masz rację – westchnął. – Najpierw może zajmę się nauką, bo z tym u mnie różnie. Zobacz – krzyknął, podchodząc do kolejnego obrazu. – To babcia Liwia i dziadek Modest. Bardzo ładna była babcia. A mama, jaka jest podobna do dziadka.

Teodor

Jeszcze przez długi czas oglądaliśmy obrazy w ciszy. Tęsknie spoglądając na każdy, który przedstawiał naszą rodzinę. Przez dłuższą chwilę nie mogłem oderwać się od portretu, który mama namalowała, gdy mnie poszukiwali. Oprócz oczu nie było we mnie zbyt wiele podobieństwa i zastanawiałem się, czy po zdjęciu tych wszystkich zaklęć, jakie rzuciła na mnie Lily Lupin, właśnie tak będę wyglądał. Bardzo chciałem być podobny do rodziców, tak jak moje siostry i ten chłopak patrzący z płótna moimi oczami. Przeszło mi przez myśl, że już po wszystkim zniknie moja paskudna blizna. Nienawidziłem jej, chociaż jak dobrze wiedziałem była swego rodzaju pamiątką triumfu babci i mamy nad Voldemortem, była czymś co świadczyło, że czarnoksiężnika da się pokonać bez Czarnej Magii, mrocznych zaklęć i Niewybaczalnych, była pamiątką miłości babci do swojej córki, do mnie. Z trudem powstrzymałem łzy, które zapiekły mnie pod powiekami, gdy uświadomiłem sobie to wszystko.

Może to Voldemort zostawił tę bliznę, może często była moją zmorą, ale była też pamiątką po kimś kogo nigdy nie miałem okazji poznać, kogoś kto oddał za mnie życie. Czułem w niej, teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, magię, ale to nie była tylko zła magia okrutnego czarnoksiężnika, była tam też zaklęta magia mojej babci. Pięknej, odważnej kobiety, która nawet przez chwilę nie postawiła swojego życia ponad życie swojej córki. Tak samo jak moi rodzice.

– To nic złego płakać, nawet gdy się jest chłopcem. – Cichy szept tuż przy uchu uświadomił mi, że łzy ciurkiem płynęły po moich policzkach.

– Oni się nawet przez chwilę nie zastanawiali nad innym wyjściem – załkałem. – Poszli tam, gdziekolwiek są, nie mając pojęcia co ich tam spotka. Słyszałaś co mówił profesor. Tylko udaje, że wie co z nimi jest. Mogliśmy gdzieś wszyscy wyjechać, gdzieś daleko, gdzieś gdzie nikt nas nie zna i nikt nas nie znajdzie. Mogliśmy być wszyscy razem bez tego.

– I uciekać przez resztę życia? – Leen posłała mi powątpiewające spojrzenie. – Nie, Teo – westchnęła. – Rodzice dobrze wiedzą, że jedynym sposobem na to, byśmy mogli spokojnie żyć jest zabicie Sam-Wiesz-Kogo. Tak samo, jak i ja, i ty wiemy po co tam poszli.

– Ale oni ryzykują dla nas … nie muszą …

– Muszą. – Położyła dłoń na moim ramieniu. – Są naszymi rodzicami. To MAMA i TATA, nie jacyś tam rodzice. Nie myślą o sobie. Przede wszystkim chcą naszego dobra, szczęścia.

– Tata oddał mi swoją wątrobę – jęknąłem pokonany. – A przecież wtedy mnie tak bardzo nie lubił. Nie byłem dobrym uczniem i często mu nawet pyskowałem na lekcji. A on …

– Oddałby ci ją nawet, gdyby nie był twoim ojcem – przerwała mi. – Zawsze czuł odpowiedzialność za wszystkich swoich uczniów. Może nie jest miłym i sympatycznym profesorkiem, ale martwi się o swoich podopiecznych i o nich dba. Musieli tam iść, Teo. Nie żeby ratować świat, ale żebyśmy mogli studiować co chcemy, mieć przyjaciół i spędzać wszyscy razem weekendy w Hogsmeade. Wyjeżdżać na wakacje i latać po Dolinie na miotłach. Musieli tam pójść, uratować świat dla nas, nie dla reszty świata. Musieli, bo nas kochają. A to jest istotą …

– Najpiękniejszej i najpotężniejszej magii. – Nie wiadomo skąd tuż obok nas pojawił się profesor Davis. – Wasza matka, a i niechętnie to przyznaję ojciec, są bardzo potężnymi czarodziejami. Nie z powodu ich magicznej siły, ale dlatego, że znają potęgę magii. Może nie są tego do końca świadomi, ale kieruje nimi coś, czego wielu nie potrafi w sobie odnaleźć, nie odwaga, nie wiedza, ale bezwarunkowa miłość. Wielu przedkłada rozum ponad to głupie uczucie, ale ci nigdy nie będą w stanie poznać istoty magii. Solem, poznała ją dzięki swoim rodzicom, którzy zawsze byli gotowi poświęcić za nią życie, a Severus dzięki swojej żonie. Leen, ma rację, młody panie Snape, wasi rodzice musieli tam pójść i wciąż muszą zmierzyć się z nieznanym, ale to nieprawda, że nie mam pewności, co do tego, że nic im nie jest. – Profesor rozsiadł się na wygodnej kanapie i zachęcił nas, byśmy usiedli obok niego. – Nie mógłbym ich wysłać w tę podróż, gdyby ich pobudki nie były czyste, gdyby celem nie było zniszczenie ciemnych mocy. A to daje mi pewność, że nic im nie jest. To Biała Magia, jasne intencje. Są wśród rzeczy i ludzi, którzy kształtowali ich umysły i ich dusze, gdy byli dziećmi. Są wśród przyjaciół, w świecie swoich fantazji, doświadczeń i pragnień. Nie ma z nimi demonów i złych czarnoksiężników. Jest miłość jaką was darzą i miłość, jaką zostali obdarowani, i ta miłość pozwoli im zwyciężyć.

– Czy oni – odezwałem się nieśmiało – będą walczyć z Voldemortem?

– Jeszcze nie teraz, chłopcze i nie oni, tylko on – wyjaśnił mężczyzna. – Tak, zdecydowanie Voldek byłby bez szans, gdyby wasz ojciec pozwolił dobyć laski Merlina waszej matce. Ale na to nie pozwoli, nie pozwoli jej się do niego zbliżyć. Jestem przekonany, że Solem pokonałaby go bez trudu, nie tylko dlatego, że zna istotę Białej Magii i ta wydobywa się z niej w naturalny sposób, ale wciąż chronią ją największe z darów. Dar życia i miłości. Poświęcenie jej matki. Z Severusem jest mały problem; owszem chroni go częściowo magia teściowej i jego cel jest jasny. Jest też bliski zdobycia broni, jakiej jeszcze nikt przed nim nie posiadał i dzięki której może związać duszę tego padalca, ale potrzeba mu będzie czegoś, czego jeszcze w pełni nie mógł doświadczyć, czegoś w co nieraz wątpił i co jak mu się wydaje dała mu dopiero wasza matka. Zawsze był w błędzie, ale dopiero, gdy będzie potrafił sobie swój błąd uświadomić, będzie mógł zwyciężyć. Tak mi się przynajmniej wydaje – dodał z przekornym uśmieszkiem. – Znaleźliście, wy pędraki. Minerwa się o was trochę niepokoiła i to ona mnie tutaj wezwała. Wspomniała coś, że mieliście być na obiedzie. Już pora kolacji.

Spojrzeliśmy po sobie z przerażeniem.

– Babcia nas zamorduje – jęknęła Leen.

– A kto jej powie? – prychnął Davis.

– Nie wyda nas pan? – poprosiłem. – Zasiedzieliśmy się tutaj, ale niech pan popatrzy. – Wskazałem na otaczające nas obrazy matki.

– Doprawdy, daliście ponieść się tym głupotom? – Profesor powiódł wzrokiem po komnacie i po chwili podszedł oniemiały do jednego płótna, które przedstawiało ładną, młodą kobietę bawiącą się na dywanie z dziećmi, a na kanapie w tle siedział on, a właściwie jego kilkadziesiąt lat młodsza wersja. Jego roześmiana siostra budowała domek z klocków ze swoimi pociechami, a on wyraźnie coś prychał pod nosem. Przymknął na chwilę powieki i przeniósł wzrok na kolejny obraz. Ta sama kobieta i te same dzieci. Uśmiechały się do niego serdecznie, a on był w duchu wdzięczny swojej byłej uczennicy, że nie ożywiła tego obrazu, chociaż nie był wcale martwy, tak jak jego rodzina. Zielone oczy jego siostry spoglądały na niego z miłością. – Głupi jest ten, kto nie docenia potęgi miłości – szepnął do siebie. – Prawdziwym szczęściem jest patrzeć na to uczucie w odbiciach innych. Wasza matka … – zawahał się, spoglądając na nas – rozumie to uczucie bardziej niż ktokolwiek inny.

.: :.

Solem

– Apollo? – zdziwiłam się, podchodząc do przystojnego mężczyzny. – Co tu robisz? – spytałam, gdy bóg otworzył zaspane oczy.

– Obejrzałem już wszystko chyba z tysiąc razy, czekam, nudzę się i liczę obrazy – odparł z psotnym uśmiechem. – Witaj, moja piękna, której oczy zielone jak morza otchłań. Machnij na wszystko ręką moją muzą zostań. – Posłałam mu błagalne spojrzenie. Apollo wywrócił oczami i westchnął z rezygnacją. – No dobra, przestanę rymować, ale w zamian zamieszkasz ze mną na Olimpie.

– Przerabialiśmy to już – odpowiedziałam z krzywym uśmiechem.

– No dobrze, to chociaż pozwól moim dłutom twe popiersie wyrzeźbić, bym mógł na nie spoglądać i w bólu się gnębić. – Bóg spojrzał na mnie z rozpaczą.

– Nie ma tu mojego męża, możesz przestać. – Spojrzałam na niego z politowaniem.

– No dobra, w istocie dokuczyć mu chciałem, ale to dlatego że raz nazwał mnie bęcwałem – wyjaśnił.

– Nieprawda – zaoponowałam.

– Może i masz rację, ale to mi się wydało całkiem dobrym rymem – zaśmiał się.

– Przejdźmy do rzeczy, bo domyślam się, że jesteś tu w jakimś celu – zaproponowałam.

– Owszem, moja piękna – zaczął z uwodzicielskim uśmiechem. – Jestem tu, by dać ci wskazówkę, jak odnaleźć męża całego lub połówkę.

– Severus jest tutaj? – zdziwiłam się. – Gdzie?

– To właśnie jest twoje zadanie – tłumaczył. – Odnajdziesz, poskładasz, nagrodę dostaniesz.

– Mam znaleźć Severusa? – Przygryzłam wargę z zamyśleniem. – Pewnie właśnie sprawdza czy tron Napoleona jest wygodny – parsknęłam. – Albo siedzi w jadali. Jest tu jakaś restauracja?

– Nie, moja droga, to trudniejsze zadanie. – Apollo uśmiechnął się. – Twój mąż na płótnach różnych podzielony widnieje, a ty musisz odgadnąć co się nie tak dzieje. Na początek powiem byś czystą kartkę sobie przygotowała i radziłbym by była ona niemała.

– Ma być wzrostu Severusa? – spytałam, odgadując jego myśli, a bóg lekko przytaknął. Wyciągnęłam szkicownik i powiększyłam jeden z pergaminów do odpowiednich rozmiarów. Zwinęłam go w rulon i spojrzałam z wyczekiwaniem. – Pomóż mi trochę, bo dokładne zbadanie tych obrazów zajmie mi lata – poprosiłam.

– Po to tu jestem, niewiasto niecierpliwa – odrzekł z udawaną irytacją Apollo. – Przypomnij sobie co muzeum skrywa. Co jest na twoim ulubionym obrazie, niech w pamięci twojej się teraz pokaże.

– No tak, zapomniałam, że ubóstwiam jeden, jedyny obraz – prychnęłam.

– No dobra, masz rację, to marna podpowiedź. – Bóg wywrócił oczami. – Przywołaj w pamięci ten, który ze mną ci się kojarzy. Mam tego w nadmiarze, lecz talentu mi brakuje. Muzę z tym przywołaj, na pewno cię tym obdaruje. Trzy laury na nim, jeden jest dla ciebie. To co zamienione przybiegnie, gdy będziesz w potrzebie.

Zamyśliłam się przez chwilę i będąc pewną odpowiedzi, ruszyłam do działu malarstwa nowożytnego. Bez trudu odszukałam obraz i z uwagą zaczęłam go analizować. Przedstawiał pięć postaci. W centrum siedział Apollo z dłonią wyciągniętą nad pergaminem trzymanym przez mężczyznę, a za nim stała Kaliope – muza poezji epickiej. Malarz, Nicolas Poussin, uwiecznił na nim dwóch nagich uskrzydlonych chłopców trzymających trzy laury. Przyjrzałam się dokładnie każdemu z nich. Przybiegnie, gdy będziesz w potrzebie – przypomniałam sobie słowa boga, który teraz bacznie mi się przyglądał i po chwili parsknęłam śmiechem dostrzegając krzywe nogi Apolla na obrazie.

– To zdecydowanie kończyny mojego męża. – Spojrzałam z rozbawieniem na boga, który niezbyt przychylnie patrzył na swój portret.

– Błagam, moja pani, zmień to i to szybko – poprosił. Bez ociągania sięgnęłam po swoje przyrządy. Ponownie zamieniła kredki na farby olejne i poprawiłam obraz Poussina.

– Gdzie mój mąż? – spytałam zasmucona, gdy po skończonej pracy Severusa nadal nie było obok mnie.

– Rozwiń – nakazał Apollo, wskazując zwiniętą rolkę pergaminu.

Odetchnęłam, widząc na nim odziane w spodnie nogi ukochanego.

– Gdzie reszta? – spytałam, przygryzając wargę, gotowa, by odzyskać resztę.

Z głośnym westchnieniem spojrzałam na rozwinięty pergamin, na którym brakowało już jedynie dłoni i ust. Severus spoglądał na mnie złowrogo, ale na całe szczęście nie mógł nic powiedzieć. W poszukiwaniu części jego ciała przeszłam wzdłuż i wszerz wszystkie działy malarstwa i miałam powoli dosyć. Chodzenie w tę i z powrotem nie było jednak największym problemem. Musiałam odnaleźć dzieła, do których dostałam jedynie niejasne wskazówki i jeszcze naprawić je z pamięci. Nie było to łatwe zadanie i powoli odczuwałam wyczerpanie, ale jakby nie patrzeć brakowało najważniejszych części. Uśmiechnęłam się pod nosem na tę myśl. Usta Severusa były zdecydowanie moim ulubionym fragmentem, a jak do tych ust dokładał także dłonie to niczego więcej nie było mi trzeba.

W dużo lepszym nastroju zwróciłam się do Apolla po kolejne wskazówki i nawet nie próbowałam zapanować nad głośnym śmiechem, gdy dostrzegłam krzywy, ironiczny uśmieszek małżonka na twarzy Mona Lisy. Dużo czasu zabrało mi pozbieranie się, ale w końcu Severus z rolki pergaminu posłał mi takie spojrzenie, że zabrałam się do pracy.

– Ale jak zaczniesz marudzić, to przysięgam nie będę szukać twoich rąk – zastrzegłam, widząc, jak mruży oczy. – Ciekawe co powiedziałby strażnik, gdyby włączył się alarm – mówiłam do siebie, zdejmując szklaną zasłonę.

– Na całe szczęście znasz się na systemach alarmowych – mruknął pod nosem Severus z nowego obrazu. – Oddasz mi ręce?

– Nie sądziłam, że ludzie odpowiedzialni za bezpieczeństwo jednego z największych muzeów świata nie umieścili tutaj żadnych zabezpieczeń przed magią – westchnęłam.

– I byłoby to dla ciebie wówczas przeszkodą? – prychnął. – Jakieś głupie zabezpieczenia i nie odważyłabyś się poskładać mnie do kupy?

– Wzięłabym tylko co najważniejsze i uciekłabym stąd czym prędzej – odparłam, wzruszając ramionami.

– Co niby masz na myśli? – Chciał złożyć ręce na piersi, ale zorientował się, że bardzo głupio wygląda bez swych dłoni, dlatego włożył je z nonszalancją do kieszeni.

– Lubię nocą wciskać swoje stopy między twoje nogi. – Udałam zamyślenie. – Kocham twój nos i ramiona, są takie męskie i silne. Zabrałabym twoją klatkę piersiową, bo ubóstwiam się do niej przytulać i wsłuchiwać w bicie twego serca. Nie odmówiłabym sobie uszu, bo komu wówczas mogłabym się wygadać i oczu, bo tylko w nich mogę tonąć i wiem, że nie utonę. Najlepsze na deser.

– Masz na myśli mój zgrabny tyłek? – spytał z przekorą.

– On był razem z nogami – wyjaśniłam. – Usta, byś mógł mnie całować zaraz po tym jak weźmiesz mnie w ramiona.

– Ciężko mi będzie cię przytulić bez dłoni – prychnął. – Może zaczniesz szukać – zaproponował, łagodnie się uśmiechając.

– Nie wiesz, gdzie one są? – zdziwiłam się.

– To dziwne, bo do tej pory wiedziałem, na których obrazach jestem, a teraz nic nie czuję – wyjaśnił.

Posłałam pytające spojrzenie bogowi sztuki.

– Nie czujesz ich, bo ich tu nie ma, młody alchemiku – odparł Apollo. – Żeby je odnaleźć w podróż zabrać was muszę w rodzinne wasze strony. W miejsce ulubione twej kochanej żony.

W ostatniej chwili chwyciłam pergamin, na którym widniała podobizna mojego męża, by po chwili znaleźć się w Galerii Narodowej w Londynie. Przestraszyłam się, gdy Severus nie odezwał się ani słowem i pospiesznie rozwinęłam rulon. Odetchnęłam z ulgą, widząc, że jedynie przeżywa niezbyt przyjemną podróż i po chwili uśmiechnął się do mnie.

– Czujesz je? – spytałam z nadzieją.

– O nie, moja pani. – Apollo pokręcił głową ze smutną miną. – Wyczuć ich nie może, ale sam musi wskazać, który tutaj obrazek ubóstwiasz, z którym ciężko zawsze ci się rozstać. Mistrzu Eliksirów, mężu pięknej damy, swoje dłonie znajdziesz na plecach tego, który ty podziwiasz i oglądasz często …

– Chodzi ci o tego alchemika paskudnego? – Severus spojrzał na niego z powątpiewaniem. – Zwykle przyglądam się jedynie jego przyrządom. To wcale nie mój ulubiony obraz.

– Nie mnie oceniać jego wygląd, panie; na plecach jego będzie rozwiązanie. Dodam tylko jeszcze, pani najjaśniejsza, że ostatnia część, której poszukujesz w tym budynku, w ramie, gdzie piętnastu twoich imienników stoi, będzie na ciebie czekała. – Apollo uśmiechnął się przekornie i po chwili całując mnie w dłoń, zniknął.

– No ładnie – westchnęłam. – Zostaliśmy sami, a ja nie mam pojęcia o czym on mówił.

– Idź do tego brzydkiego alchemika – zaproponował Severus. – Tam się zastanowimy co dalej.

Delikatnie zwinęłam męża i ruszyłam we wskazane miejsce. Maleńki uśmieszek pojawił się na mojej twarzy, gdy obok obrazu, o którym mówił Severus dostrzegłam drzwi do galerii impresjonistów. Bez wahania przeszłam na drugą stronę ściany i leciutko pogładziłam dłoń męża trzymającą jedną z parasolek na dziele Renoira. To był mój ulubiony nurt w malarstwie, a to konkretne płótno zawsze przykuwało moją uwagę. Nie miałam do końca pewności dlaczego, ale czułam do niego sentyment i teraz bez trudu mogła z pamięci odtworzyć każdy jego szczegół. A co najważniejsze dopiero teraz dostrzegłam, że mężczyzna wcale nie trzymał w dłoni rączki od parasolki, ale różdżkę. Z cichym westchnieniem pogładziłam delikatne płótno i po chwili utonęłam w objęciach Severusa.

– Zawsze, gdy przychodziłem tutaj z tobą, gapiłem się na ten paskudny obraz tego warzyciela i wiedziałem, że ty stoisz po drugiej stronie – szepnął mi do ucha. – To jedyny obraz, o którym mi nigdy nic nie opowiedziałaś, a spędziłaś przy nim długie godziny.

– Pierwszy, który pokazał mi ojciec w tej galerii – wyznałam. – Renoir kończył malowanie go we Włoszech. Tata sporo o nim wiedział, jak na kogoś kto praktycznie nie interesował się malarstwem i zawsze mówił z takim tajemniczym uśmieszkiem. Teraz już wiem dlaczego. – Z uśmiechem wskazałam na dłoń męża, w której trzymał kawałek magicznego patyka.

– Jeszcze jedna – odparł. – I o dziwo wiem, gdzie jej szukać.

– Gdzie? – zdziwiłam się.

– Namalował to ten idiota bez ucha – podpowiedział.

– Słoneczniki? – Popatrzyłam na męża z niedowierzaniem. – Są tylko jedne w tej galerii. Chodźmy.

.: :.

Eileen

– To co z tymi nagrodami? – zagadnęłam wesoło, gdy pod nadzorem profesora Davisa zmierzaliśmy do komnat profesor McGonagall.

– Jakimi nagrodami? – Owidiusz spojrzał na mnie zaskoczony.

– Profesorciu, już profesorek dobrze wie o czym mówię i najlepiej będzie jeśli profesorek sam coś zaproponuje. – Uśmiechnęłam się niewinnie i trąciłam w bok brata, by i ten się nieco powdzięczył.

– Porozmawiamy o tym, jak będziecie znowu u mnie – mruknął pod nosem.

– Jasne – prychnęłam. – Obiecał pan.

– Dam po samonotującym piórze – zaproponował beztrosko Davis.

– Za głupich pan nas ma, profesorze? – Spojrzałam na niego srogo. – Znaleźliśmy ją sami i należy nam się porządna nagroda, a nie jakiś ochłap. W dodatku dzięki nam mógł pan sobie troszkę poromansować z ciocią.

– Czego więc chcecie? – Profesor zatrzymał się nagle i gwałtownie odwrócił do nas.

– To musi być coś niespotykanego, coś czego sami sobie nie kupimy – wymieniałam. – Coś czego starzy nam nie kupią, coś czego starzy nam nie zabiorą, jak się o tym dowiedzą, a dowiedzą się na pewno. Coś ładnego, może być różowe, to tata będzie się trzymał od tego z daleka.

– I to coś powinno mieścić się w szkolnym kufrze – dodał Teodor.

– Rozumiem, że zapas czekoladowych żab na cały rok nie wchodzi w rachubę? – próbował starszy czarodziej.

– On ewidentnie ma nas za idiotów, Teo – warknęłam ze złością.

– Nie chcę nic różowego – wtrącił chłopiec.

– Dobra, już dobra. – Davis opuścił ramiona w geście rezygnacji. – Jutro po obiedzie stawicie się w moim gabinecie. – Mężczyzna uśmiechnął się przebiegle. – Będziecie mieli wybór; po jednym czymś, co się nie zmieści w kufrze i obawiam się może być problem z trzymaniem tego w szkole albo dwa jakieś artefakty, po jednym dla każdego. Możecie też sami coś wymyślić, a ja pomogę wam to zrobić.

– Chce nas oszukać – zwróciłam się do brata.

– Zobaczymy jutro. – Teo sugestywnie poruszał brwiami. – Pamiętaj, że jesteśmy Snape'ami.

– On na pewno jest jakimś potomkiem Slazara – szepnęłam, wskazując głową starszego mężczyznę. – Jest przebiegły, sprytny i …

– Myślisz, że Salazar był głuchy? – Davis odwrócił się gwałtownie. – Taaak – zajęczał złowrogo profesor, unosząc do góry ręce z rozłożonymi palcami w upiornym geście. – Jestem wnukiem Slazara i wrzucę was do komnaty tajemnic na pożarcie bazyliszkowi.

– To miało być śmieszne? – Popatrzyłam na niego z politowaniem.

– Nie – odparł Owidiusz – straszne.

– Co to jest komnata tajemnic? – spytał zaintrygowany Teodor.

– Później – mruknęłam półgębkiem.

– Żeby wam przypadkiem nie przyszło do głowy tego szukać. – Davis zmierzył nas groźnym spojrzeniem. – Leen, zabraniam – dodał, widząc moją niewinną minę. – I zamierzam powiedzieć rodzicom, że masz na jej temat coś do powiedzenia.

– Ja nic nie wiem – zaperzyłam się.

– Jasne, a ja jestem wnukiem Salazara – parsknął głośno Owidiusz.

.: :.

Severus

– Nareszcie się obudziłaś – wyszeptałem do wciąż mocno zaspanej żony prosto do ucha.

– Nie cierpisz moich włosów, prawda? – Solem próbowała okiełznać swoją czuprynę widząc, jak nieudolnie odgarniam niechciane kosmyki z twarzy.

– Kocham je – odparłem, nawijając jeden na palec i zaciągając się ich zapachem. – Nie wyobrażam sobie ciebie bez tych włosów – dodałem z uśmiechem i mocno ją przytuliłem. – Powinniśmy wstać. Z tego co się orientuję nie mamy zbyt wiele czasu – westchnąłem, całując ją w czubek głowy.

– Myślisz, że długo spaliśmy? – spytała niepewnie.

Rzuciłem zaklęcie czasu.

– Nie było nas trzy dni – odparłem zaskoczony.

– Wydaje mi się, że dłużej. – Uśmiechnęła się i wstała z łóżka, udając się do łazienki. – Przywitamy się z dzieciakami i idziemy.

– Obawiam się, że nie mamy czasu, słonko – odrzekłem, stając za nią przy umywalce. – Atena dała mi dość jasne wskazówki, żebyśmy nie zwlekali. Przebierzmy się, zafiuukajmy po laskę i stamtąd teleportujmy się prosto do Stonehenge.

– A znasz zaklęcie? – Popatrzyła na mnie nieco zdezorientowana.

– Ktoś, domyślam się, że to ten sam ktoś, który nas uśpił zostawił pergamin z zaklęciem na szafce nocnej – odpowiedziałem z krzywym uśmiechem. – Nie jest skomplikowane, ale … Sol, słonko będę potrzebował twojego zaklęcia ochronnego. – Uśmiechnęła się smutno do mojego odbicia w lustrze i lekko przytaknęła.

– I nie możemy zobaczyć się z dziećmi? Nawet na chwilę? – Przygryzła wargę, chwytając mnie za rękę.

– Bardzo bym chciał, uwierz mi. – Objąłem jej twarz i spojrzałem prosto w zielone oczy. – Ale wiem, że to nie będzie chwila tylko sporo chwil. Załatwmy to i wracajmy. Nie zajmie nam to dużo czasu.

– Atena ci wszystko wyjaśniła? – Solem popatrzyła zrezygnowanym wzrokiem.

– Tak – odparłem. – Gdy ty składałaś moje części do kupy w Luwrze, zaprosiła mnie na coś w rodzaju herbatki – prychnąłem. – Przy pomocy laski Merlina musimy wyczarować portal pośrodku Stonehenge, a ten przeniesie nas do Avalonu, gdzie musimy odnaleźć Panią Jezior. Ona pomoże nam albo i nie, rozdzielić laski. Czarną trzeba zakląć tak, by związała duszę, a biała ma chronić. Przed jej użyciem musimy je ponownie połączyć. Z tego co się domyślam uda nam się to w tym samym miejscu, w którym ją teraz znajdziemy.

– Nie jestem pewna, gdzie dokładnie jej teraz powinniśmy szukać – zmartwiła się. – Nie sądzę, że będzie czekała na nas w domku na stoliku.

– Myślę, że to gdzieś na granicy, ale obawiam się, że trzeba będzie jej szukać na morzu – zastanawiałem się Severus.

– Niemniej musimy to skończyć tego lata. – Pociągnęła mnie w stronę kominka i podała puszkę z proszkiem fiuu. – Musimy rozdzielić i ponownie połączyć laski, a możemy to zrobić tylko, gdy lato spotyka się z zimą. Mamy dwa miesiące.

– Starczy. – Nabrałem garść proszku i po chwili zniknąłem w zielonych płomieniach.

– Tak, zdecydowanie musimy to zrobić tego lata – zaśmiała się, wskazując na zamarznięte morze. – Ile tu jest dziś stopni? – zaszczękała zębami i zaczarowała swoje i moje szaty i buty.

– Myślisz, że to gdzieś na morzu? – Spojrzałem nieco zrezygnowany na grubą taflę. – Na gacie Salazara, tu jest … – Nie mogłem przestać się trząść z zimna. – Nie masz rękawiczek? – Popatrzyłem na drżące z zimna dłonie żony.

– Nie, zaraz coś wyczaruję – zaproponowała i podeszła do jednej z szaf, w której matka trzymała zapasowe koce. – Jaja sobie z nas chyba robią – prychnęła, wyciągając zamiast koca jedwabny materiał zdobiony w delikatny złoty wzór. Rozwinęła go niepewnie i oniemiała. – Sev, zobacz – pisnęła. – To najpiękniejsza rzecz jaką widziałam w życiu.

– Ja widzę codziennie coś piękniejszego, ale nie będę się kłócił. – Stanąłem nad żoną i z podziwem pogładził gładkie drewno różdżki Merlina splecione z różdżką Morgan. Na jednym z końców różdżki łączyły się wtapiając w ogromny kamień słoneczny.

– Kusi? – spytała, spoglądając na mnie z uwagą.

– Jeśli przy jej pomocy zdołasz wyczarować grube kapcie to tak, ale poza tym wolę swoją – odparłem z obojętnością w głosie i zakręciłem swój czarny patyk między palcami. – Ta jest ewidentnie nieporęczna. – Spojrzałem na laskę krytycznym wzrokiem.

– Zobacz. – Solem powiodła dłonią po wzorze, który był wyszyty na jedwabnej tkaninie. Srebrzyste smugi połączyły się z jej palcem i zaczęły delikatnie wnikać w jej wnętrze. Głośno przełknąłem ślinę, gdy moja żona z leciutkim uśmiechem i przymkniętymi powiekami zaczęła absorbować najjaśniejszą magię Pani Jezior.

– Co czujesz? – spytałem niepewnie.

– Miłość – odparła, spoglądając mi w oczy. Palce drugiej dłoni splotła z moimi i po chwili Biała Magia wypełniała nas oboje. – Czujesz to? – wyszeptała.

Skinąłem oniemiały.

Syknąłem lekko z bólu, gdy srebrzysta poświata zaczęła oplatać mój mroczny znak. Mój brzydki, czarny tatuaż zaczął najpierw świecić białym blaskiem, by po chwili całkowicie zniknąć. Solem uśmiechnęła się i ze łzami w oczach, z niezwykłą delikatnością wodziła po mrocznym miejscu.

– Miłość – powtórzyłem za nią, spoglądając jej w oczy.

.: :.

Babcia

– Tobias – krzyknęłam przerażona do męża. – Chodź tutaj, natychmiast.

– Co się dzieje, niemądra kobieto? – Z ociąganiem wszedł po schodach. – Dziewczynki właśnie się dobierają do twojej kolacji, więc … Gdzie oni są? – Tobias spojrzał na puste łóżko syna i synowej. – Eileen? – Położył dłoń na moim ramieniu, gdy zadrżałam.

– Ktoś ich zabrał? – spytałam roztrzęsionym głosem. – Miałam ich pilnować. Ale kto?

– Uspokój się, kobieto – prychnął, podchodząc do jednej z nocnych szafek. – Obudzili się i ruszyli dalej.

– Skąd możesz to wiedzieć? – Opadłam zrezygnowana na łóżko. – Moje dzieci – zaszlochałam. – Zawiodłam ich. Co ja powiem dziewczynkom i Teodorowi? Oni tak bardzo tęsknią, a ja pozwoliłam zabrać ich rodziców.

– Eileen, przebadaj się, dobrze? – Przerwał moje zawodzenie. – Najwyraźniej coś z twoją głową jest nie tak i ze słuchem, i z wzrokiem. Nerwy też bym sprawdził.

– Sam się przebadaj – warknęłam. – To nasz jedyny syn, a ty sobie tak spokojnie czytasz jakiś pergamin.

– List czytam, kobieto, list od naszych dzieci – wyjaśnił.

– Zostawili wiadomość? – Podbiegłam do męża. – Dlaczego mi od razu nie powiedziałeś?

– Powiedziałem, ale mnie nie słuchałaś – mruknął, wracając do czytania.

– Dawaj mi to. – Próbowałam wyrwać pergamin z rąk męża, ale mi nie pozwolił.

– Trzeba się było rozglądać, zanim mnie zawołałaś i zaczęłaś płakać, niemądra – odparł z krzywym uśmieszkiem. – Nic im nie jest. – Zwinął rolkę i schował do kieszeni.

– Tylko tyle napisali? Że nic im nie jest? – Nie dowierzałam.

– Severus to pisał – prychnął. – Czego się spodziewasz? Elaboratu na temat tej wyprawy? Od naszego syna?

– Może Solem też coś zostawiła? – Zaczęłam rozglądać się po sypialni, po czym weszła do łazienki. – Myli się – wykrzyknęłam z triumfem.

– No tak. Po trzech dobach spania poszli się umyć – sarknął. – Dziwne, doprawdy.

– Ale nie wypili kawy – zauważyłam. – A może pili, tylko posprzątali?

– Oczywiście, kochanie – ironizował. – Pozmywali, posprzątali, ale nie mieli czasu spotkać się z dziećmi albo chociaż zapytać co z nimi.

– Masz rację – westchnęłam. – Musieli się spieszyć. – Wskazałam na rzucone na podłodze łazienki piżamy. Wróciłam do sypialni syna i ciężko opadłam na łóżko.

– Kochanie, nic im nie jest. – Tobias usiadł obok i objął mnie mocno. – Spieszyli się, to wszystko. Severus napisał, że wrócą niebawem.

– Napisał tak? – Spojrzałam na niego z nadzieją, a ten bez słów podał mi list od syna.

– Och, napisali, że mamy ucałować dzieci. – Odetchnęłam głęboko. – Tak się martwię.

– Wiem, kochanie. – Tobias przyciągnął mnie jeszcze mocniej. – Ja też – dodał cichym głosem.

– Tobias? – Spojrzałam nagle z uwagą na swojego męża. – Czy wspomniałeś Severusowi i Solem o siostrze swojego ojca? – Pokręcił głową. – Kombinujesz coś, prawda? – Chwyciłam go za dłonie i utkwiłam wzrok w jego czarnych oczach.

– Severus nie może się dowiedzieć – odpowiedział, spoglądając twardo.

– Wiesz chociaż co robisz? – spytałam z troską.

– Owidiusz mnie dokładnie z tym zapoznał – wyjaśnił. – Muszę to zrobić, moja najdroższa. Severus jest … Nie może się dowiedzieć.

– Chciałabym jakoś pomóc – jęknęłam z przerażeniem.

– Pomagasz, kochanie. – Tobias ponownie przyciągnął mnie do swego ramienia. – Pomagasz.

– Kocham cię, Tobias. – Oderwałam się od niego i popatrzyłam wzrokiem pełnym miłości.

– Wiem, niemądra kobieto. – Uśmiechnął się z troską i pogładził mnie po policzku. – Zamierzam wrócić. – Objął moją twarz i pocałował z czułością. Jęknęłam cichutko, gdy usłyszałam chichot bliźniaczek dobiegający z korytarza.

– Myślę, skarbie, że dziś na kolację zjemy tylko po dużej porcji warzyw. – Zrobiłam zamyśloną minę i udawałam, że nie miałam zielonego pojęcia o dwóch psotnicach pod drzwiami.

– Gotowana marchewka z groszkiem dla dziewczynek to rozumiem, ale mi się chyba dostanie coś więcej? – poprosił.

– Oczywiście, kochany mój. – Uśmiechnęłam się do niego z przesadną czułością. – Jak tylko te dwie małe złośnice pójdą spać – dodałam. – A jak nie nauczą się, że nie należy się czaić w cieniu, to jutro na obiad będą tylko brokuły – zaśmiałam się i podbiegłam razem z mężem do wnuczek. Chwyciliśmy obydwie na ręce i wspólnie poszliśmy przygotować kolację.

Za cichym porozumieniem z mężem przygotowałam dodatkowe porcje. Nie wiedziałam dokładnie co się działo i dlaczego mój syn z żoną musieli tak szybko opuścić dom, ale żywiłam nadzieję, że niebawem wrócą. Tęskniłam za nimi i bardzo się martwiłam. Z całych sił pragnęłam, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. Chciałam swoją rodzinę w komplecie. Chciałam przytulić syna i pomarudzić synowej o kolejnego wnuka. Tak bardzo kochałam całą czwórkę i tak wiele radości mi sprawiały. Nie mówiłam jeszcze nikomu, ale w najbliższym czasie chciałam zrezygnować z pracy w szpitalu i zająć się księgarnią, którą stworzyłyśmy razem z Solem. W Świętym Mungu przepracowałam wiele lat. Wiele z nich kosztem czasu spędzanego z synem. Był już dorosły i nie potrzebował mojej troski. Miał żonę, która go kochała i nie zamierzałam stawać się teraz przykładną mamuśką, wciskając na siłę między nich, ale liczyłam, że Solem pozwoli mi więcej czasu spędzać razem z wnuczkami.

Od czasu narodzin Teodora czułam do siebie żal, że nie poświęciłam się należycie macierzyństwu. Obydwoje z Tobiasem kochaliśmy syna ponad życie, ale miałam bolesną świadomość, że żadne z nas nie poświęcało mu w dzieciństwie należytej uwagi. Chociaż był bardzo samodzielnym dzieckiem, to ciągłe przebywanie pod opieką dziadków albo niań, nie mogło być dla niego wystarczające. Za wszelką cenę chcieliśmy mu zapewnić wszystko czego pragnął. Książki, małe laboratorium, wspaniałe zabawki, a później wykształcenie, ale na początku naszej wspólnej drogi zapomnieliśmy o czasie. Czasie, którego dziecko potrzebuje bardziej niż kolorowych samochodzików i nowoczesnych mioteł. Nie mogłam mu już tego zwrócić, ani ja, ani mój mąż, ale wciąż miałam nadzieję, że Severus i Solem, pozwolą nam uczestniczyć w ich codziennym życiu.

Uśmiechnęłam się pod nosem, uświadamiając sobie, że mój syn, pomimo nie najlepszych przykładów, był cudownym rodzicem. Nie tylko kochał dzieci, ale okazywał im to na każdym kroku. Dawał im wszystko, ale nie rozpieszczał, nauczał, wymagał, ale nie zapominał o zabawie. I był. Był dla nich zawsze. Zawsze, gdy go potrzebowali i czasem, by tylko po prostu być obok. Chciałam wierzyć, że to ja nauczyłam go tej miłości, ale wiedziałam, że ktoś inny miał w to spory wkład. A może to właśnie my; ja i Tobias pokazaliśmy mu, jak kochać tę subtelną, mądrą dziewczynę i czerpać z niej wszystko co najlepsze? Chciałam w to wierzyć.

– Babcia, żartowałaś, nie? – Asteria stanęła na palcach, przyglądając się siekanej marchewce. – Będzie mięcho, nie?

– My nie chciałyśmy przeszkadzać babuni i dziadziusiowi – wtrąciła Selene, stając obok siostry.

– Dziadzio nie byłby zadowolony, gdybyśmy przerwały ten pocałunek – dodała przemądrzałym tonem Asteria.

– Nie podglądałyśmy – zapewniła druga z sióstr. – Asterka, tam nie było mamusi i tatusia – wykrzyknęła nagle dziewczynka, łapiąc siostrę za rękę. – Babuniu, gdzie mamusia i tatuś? – spytała ze łzami w oczach, wpatrując się we mnie.

– Nic im nie jest, skarbeńki – zapewniłam, kucając przed wnuczkami. – Spieszyli się bardzo w jedno miejsce i nie mogli się z nami przywitać. Tatuś zostawił list, że nic im nie jest i … no dobrze, już. Rodzice powiedzieli, że możecie dostać prezenty przed ich powrotem.

– Prezenty? – zdziwiły się bliźniaczki.

– Będą czekały na was jutro u wujka Owidiusza – dodał z uśmiechem Tobias. – Teo i Leen, też dostaną.

– Ale mamusia … – Asteria rzuciła się na szyję dziadkowi i zaczęła cichutko płakać. Selene odetchnęła głęboko i poklepała niezdarnie siostrę po plecach.

– Jest trochę rozchwiana emocjonalnie – szepnęła, pochylając się do mnie. Z trudem powstrzymałam śmiech, słysząc poważny ton w ustach wnuczki.

– Pewnie masz rację – odszepnęłam. – Chyba wiem, jak temu zaradzić – dodałam, unosząc brwi. – Spora porcja lodów na deser będzie dobrym lekarstwem.

– Ja chyba też jestem rozchwiana. – Selene przygryzła z zamyśleniem wargę. – Powinnam zacząć płakać? – Uśmiechnęłam się do wnuczki i posadziłam ją na blacie kuchennym.

– Wolałabym nie – poprosiłam, kątem oka obserwując, jak mąż uspokaja drugą dziewczynkę.

– Ja wiem, że mamusi i tatusiowi nic nie jest. – Selene objęła mnie za szyję i uśmiechnęła się szeroko. – Mama była u mnie w nocy – dodała, widząc moją skonsternowaną minę. – Śniła mi się – wyjaśniła. – Oglądała sobie obrazy w takiej wielkiej galerii i czasem coś na nich malowała. A później z uśmiechem patrzyła na taki wielki portret tatusia. I tatuś nie miał brzucha, ale miał oczy i mówię ci, babuniu, jak ciągle wywracał nimi. A mamusia się śmiała, że teraz nie będzie już głodny. I on nie mógł mówić, bo nie miał też ust. – Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. – Nic im nie jest, babuniu. Zanim się jeszcze obudziłam, to mama i tata byli w naszej galerii w Londynie i trzymali w ręku jakieś dziwne różdżki, a ja wiem, że oni właśnie po jakąś potężną różdżkę poszli, bo mi Leen powiedziała.

– Skarbeńku – wykrzyknęłam z przerażeniem.

– Oj, babuniu, ja wiem – uspokoiła mnie. – Nie pisnę ani słówka. Tobie powiedziałam, bo wiem, że ty wiesz, ale wiesz, że nie powiem nikomu kto nie wie. A najlepiej, jak w ogóle nie powiem nic na ten temat. Albo wiesz co, ja będę udawała, że nie wiem i Asterka też będzie udawała. Bo my już o tym rozmawiałyśmy i ustaliłyśmy, że nikomu ani słóweczka – paplała dziewczynka. – Wczoraj w księgarni, jak ta pani … no, ta wiesz … ta … no, ta trochę nadęta, jak mówi tata, ta co ma tego syna przemądrzałego, co dokuczał mi ostatnio w szkole, wiesz która, zapytała mnie o rodziców i ja powiedziałam, że sobie w podróż we dwoje pojechali. A jak z Asterką zaczęłyśmy wyliczać co romantycznego może ich tam spotkać, to ona chyba miała nas dość i już więcej nie pytała o nic. – Selene uśmiechnęła się przebiegle. – Źle, że skłamałam? – spytała, widząc moją wciąż zszokowaną minę. – Ja mogę przeprosić tą panią i …

– Nie, skarbeńku – westchnęłam. – Tak właściwie to nie skłamałaś. Myślę, że rodzice są na takiej romantycznej wycieczce. Nie mów nikomu co się dzieje w domku, dobrze?

– Oczywiście, babciu. Przecież ja już jestem mądra – zapewniła dziewczynka.

Przytaknęłam i mocno ją uściskałam.

.: :.

Severus

– Mam łazić i dotykać kamienie przy tych wszystkich ludziach? – Spojrzałem z oburzeniem na żonę.

– A masz inny pomysł? – Solem wywróciła oczami. – Udawaj, że ich nie widzisz. Jesteś pod kameleonem i oni z całą pewnością cię nie widzą.

– Mogłabyś odwrócić ich uwagę – zaproponowałem.

– Mam zrobić striptease? – sarknęła.

– No naprawdę – wzdrygnąłem się z oburzeniem. – Niby taką mądrą zgrywasz, a nic lepszego do tej kudłatej głowy ci nie przyszło?

– Nikogo nie zgrywam – warknęła. – Sev, jestem zmęczona. Idź pomacaj te kamienie, wypowiedz swoje czary i wracajmy do domu – poprosiła.

– Przepraszam – szepnąłem, przyciągając żonę do siebie. – Też chciałbym już wrócić.

– Wiesz, w którym miejscu ma się otworzyć ten portal? – spytała łagodnie.

– Pośrodku okręgu – odparłem cichym głosem. – Czekaj tam na mnie i módl się, żeby nikt inny przez niego nie przelazł.

– Nikt inny go nie zobaczy – zapewniła.

– Jesteś pewna? – Spojrzałem na nią z uwagą.

– Rzucę jakieś zaklęcie na tych mugoli albo jakąś tarczę ochronną – wyjaśniła. – Przepraszam, że nie chciałam czekać do nocy.

– Ja też nie chciałem. – Uśmiechnąłem się i ucałowałem żonę w czubek głowy. Wyciągnąłem swoją różdżkę i powoli zacząłem wypowiadać zaklęcia, naciskając swoją różdżką na ogromne kamienie we wskazanej na pergaminie kolejności. W ostatniej chwili uchyliłem się przed zielonym promieniem, który wystrzelił z ostatniego dotkniętego przeze mnie głazu. Odwróciłem się gwałtownie w stronę żony i odetchnąłem z ulgą, widząc, że i jej udało się uniknąć zderzenia ze świetlistymi smugami wydobywającymi się z kolejnych kamieni. Podszedłem do niej ostrożnie i chwyciłem za rękę. Ścisnęła mnie mocno, spojrzeliśmy na siebie i przymykając powieki, wstąpiliśmy w migoczący jasnym blaskiem portal.

– Gdzie my jesteśmy? – Rozglądałem się dookoła z zaciekawieniem.

– W Avalon – odparła bez namysłu.

– Skąd ta teoria? Umarliśmy? – zdziwiłem się.

– I myślisz, że po śmierci trafisz do raju pełnego pięknych kobiet? – Posłała mi groźne spojrzenie.

– Liczę, że spędzę wieczność z jedną, najpiękniejszą – odparłem z uśmiechem.

– Może lepiej nie będę pytała kogo masz na myśli – mruknęła i pociągnęła mnie wzdłuż jednej z przepięknych alejek parkowych.

– Ciebie, moja najdroższa – szepnąłem, obejmując ją ramieniem. – Któż inny potrafi tak gotować.

– Czy ty znowu jesteś głodny? – Zatrzymała się i spojrzała na mnie z oburzeniem.

– Nie dałaś mi zjeść śniadania – odpowiedziałem. – Właściwie to nie jadłem już ponad cztery doby.

– Biedactwo – odrzekła przesadnie miłym tonem i pogładziła mnie z czułością po policzku.

– Ugotujesz mi coś, jak wrócimy? – poprosiłem.

– Co tylko zechcesz – zaśmiała się i podążyła w stronę białego domu stojącego na końcu alejki.

Nie mogła przestać wzdychać nad urodą tego miejsca. Wszystkie rośliny w ogrodzie, w którym się aktualnie znajdowaliśmy wyglądały przepięknie, a w powietrzu unosił się niebiański aromat.

– Zjadłbym nadziewanego indyka, pieczone kartofelki i brokuły zapieka …

– Severus, jesteśmy w najpiękniejszym miejscu na świecie, a ty myślisz o jedzeniu? – Z zaskoczeniem przypatrywała mi się, kiedy kompletnie niewzruszony urodą ogrodu i kobiet przechadzających się obok nas rozmyślałem o kolacji.

– No ładnie jest, faktycznie – udałem, że się rozglądam z entuzjazmem. – Zapomniałem ci powiedzieć, że kończy się moja herbata, gdybyś po powrocie do domu była tak uprzejma …

– Błagam, Severus – jęknęła, wywracając oczami. – Zobacz te jabłonie – westchnęła z zachwytem.

– Myślisz o tym samym co ja? – spojrzałem na nią z nadzieją.

– Masz pięć lat? – fuknęła na mnie z oburzeniem. – Nie ruszaj ich i chodź już do Morgan. Skończmy to i wracajmy coś zjeść.

Z trudem ukryłem uśmieszek, widząc złość żony. Świetnie się bawiłem, denerwując ją, ale nie robiłem tego ze złośliwości. W istocie miejsce było przepiękne, ale nie tylko sam ogród wprawiał w zachwyt. Kobiety zamieszkujące wyspę były najpiękniejszymi jakie kiedykolwiek widziałem i z trudem to przyznawałem, ale większość dorównywała urodzie mojej małżonki. Nie chciałem jej w żaden sposób zranić i nie mogłem dopuścić, by straciła pewność siebie, dlatego próbowałem odwrócić od nich swoją uwagę tak bardzo, jak tylko mogłem, a pusty żołądek był w tym dość sporym sprzymierzeńcem. Kochałem Solem i za nic w świecie nie zamieniłbym jej na jedną z tych kobiet, ale byłem tylko mężczyzną i ciężko było reagować obojętnie na kobiece wdzięki. Z przerażeniem stwierdziłem, że część niewiast bez skrępowania obnażała swoje ciała na trawnikach. Skonsternowany zerknąłem na żonę. Wyraźnie posmutniała, jakby odczytując moje myśli.

– Mam nadzieję, że nie trafię tu po śmierci – prychnąłem, gdy jedna z nagich kobiet przebiegła tuż przed nami.

– Doprawdy, Severusie, nie musisz udawać – odparła z lekkim uśmiechem.

– Myślisz, że te bezwstydnice robią na mnie jakieś wrażenie? – prychnąłem. – Apetyt mi tylko odbierają. – Przycisnąłem żonę bliżej siebie i delikatnie zanurzyłem nos w jej włosach. – Mhm – westchnąłem – od razu lepiej. Od tego smrodu kwiatowego zrobiło mi się słabo. Wiesz, na deser mogłabyś przygotować ptysie z budyniem czekoladowym, a jutro na śniadanie … ja jutro zrobię śniadanie, dobrze? – Solem nieznacznie przytaknęła. – Kocham cię, słonko.

– Wiem – odparła i mocniej do mnie przylgnęła. – Jesteśmy chyba na miejscu. – Solem głośno przełknęła ślinę i wyjęła z torby zawiniętą w jedwabny materiał laskę Merlina i Morgan.

– Widzę, że z moją własnością przybywacie. – Obydwoje drgnęliśmy, gdy otoczył nas kobiecy, głęboki głos. – Długą drogę przeszliście, chociaż wyboista, wam trudu żadnego nie sprawiła. Jestem pod wrażeniem. Czego ode mnie oczekujecie?

– Pani – odezwała się cichym głosem Solem – potrzebujemy twojej pomocy, wskazówek co dalej.

– Ta przygoda tutaj dla jednego z was się skończy, drugie trudna bitwa czeka – zaczęła kobieta donośnym głosem, wciąż pozostając w ukryciu. – Nie zła moc będzie największym wrogiem, ale zrozumienie. Jedno z was może iść dalej, drugie już pomóc nie może. Jedynie nad różdżką Merlina zaklęcie co wiąże duszę wypowiedzieć można. Musicie sami ją podzielić. To z was, które jego oręż chwyci, to walczyć ze złą magią będzie.

Petrificus Totalus – wyszeptałem, wskazując różdżką na swoją małżonkę. – Wybacz mi najdroższa – dodałem, chwytając ją, gdy bezwładne ciało zaczęło opadać.

– Tylko z miłości rzucone zaklęcie zadziała na tej wyspie. – Uklęknąłem przy nieprzytomnej żonie i z niepokojem spojrzałem na kobietę, która stanęła przede mną. – To nie było uczciwe, młody człowieku, ale godne podziwu jest, jak bardzo chcesz chronić swoją żonę. Chociaż bez trudu pokonać złe moce by mogła, czarne zaklęcia są nie dla niej. Jej serce jest czyste, nieskalane i lepiej, by takie pozostało. Twoja dusza wykazuje odporność i dlatego się nie lękam powierzając tobie to zadanie. Wygrasz wsparty miłością, ale nie tej pięknej niewiasty. Ktoś inny bardzo cię kocha, Severusie i ktoś inny towarzyszyć będzie ci w wyprawie. Bliska to osoba twemu sercu, chociaż nie jesteś świadom tej wielkiej miłości.

– Co masz na myśli? – Z niepokojem spojrzałem na Morgan. Wiedziałem, że ktoś ma mi pomóc zabić Voldemorta, przynajmniej według przekazanej przez Evans przepowiedni. Do tej pory obawiałem się, że to z Blackiem przy boku przyjdzie mi walczyć, ale to co mówiła kobieta zdecydowanie do tego nie pasowało. Drugim pasującym do przepowiedni czarodziejem był Malfoy, ale jemu nie do końca ufałem w tej sprawie i nie zamierzałem wtajemniczać śmierciożercy bardziej niż to konieczne.

– Dowiesz się niebawem – odparła ze szczerym uśmiechem. – Jeszcze jeden raz twoja żona wspomagać cię będzie. Teraz rozłączycie różdżki. Chwycisz tę Merlina, drugą podaj Solem. Po powrocie znajdź miejsce wolne od magii. Tylko tam będziesz mógł rzucić to zaklęcie. Później różdżki muszą zostać ponownie połączone. Moja w lasce Merlina duszę wojownika ochroni. Ona zna sposób, jak obie spleść ponownie. – Kobieta wskazała gestem na leżącą w moich ramionach piękną istotę. – Nie martw się, młody człowieku. Już ci wybaczyła. Długą drogę razem przeszliście, razem za marzeniami gonicie i razem cel osiągacie. Niewielu to potrafi, Severusie. Iść za serca głosem. – Morgan położyła dłoń na głowie Solem i lekko pogładziła jej włosy. – Wiele już wycierpiała i czas, by odpoczęła. Czas, by życie jej stało się łatwiejsze. Ty to sprawisz. Daj jej to czego pragnie. Rozdziel laski, ale musisz ją najpierw obudzić. Później, przejdźcie przez te drzwi – kobieta wskazała na wielkie drewniane wrota, na których wyrzeźbione były sceny z naszych ostatnich przygód. – Tam czeka na was co sercu drogie. Powodzenia. – Morgan uśmiechnęła się zachęcająco i po chwili rozpłynęła się w błękitnej mgle.

Z cichym westchnieniem rozwinąłem jedwabny materiał i z podziwem spojrzałem na splecione różdżki. Chwyciłem tę, która należała do Merlina, a drugą włożyłem w dłoń żony. Wypowiedziałem cicho zaklęcie i po chwili Solem spojrzała na mnie z wyrzutem, trzymając w mocnym uścisku laskę Morgan. Przez długą chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Przysięgnij mi, że wrócisz – wyszeptała.

– Przysięgam – odpowiedziałem pewnym głosem i po chwili przyciskałem ją do siebie z całej siły.

Trwaliśmy tak przez długi moment, nie zwracając uwagi na piękno otaczające nas z każdej strony. Istnieliśmy tylko my i nic więcej nie miało znaczenia. Zapomnieliśmy o ich świecie, Czarnej Magii i czarnoksiężnikach, o ludziach, którzy czekali na koniec wojny i tych, którzy mieli nadzieję, że Voldemort nigdy nie wróci. Nie robiliśmy tego dla świata. Goniliśmy jedynie za swymi marzeniami. Za szczęściem dzieci. Oderwałem się od żony i spojrzałem na nią zdumiony, gdy ta chwytając mnie za dłonie, zaczęła cichutko śpiewać nieznaną mi inkantację.

– Niech krew za mnie przelana, chroni teraz ciebie – szepnęła, widząc moje pytające spojrzenie.

– Wybaczysz mi? – spytałem, pomagając jej podnieść się z posadzki.

– To, że gapiłeś się na cycki tamtej panny? – spytała z przekornym uśmieszkiem.

– Stanęła przede mną naga – burknąłem oburzony. – Co miałem zrobić? Zamknąć oczy, jak jakiś zawstydzony nastolatek czy zerwać szatę i ją okryć? – sarknąłem. – Ty byłaś w sypialni nagiego Apolla – przypomniałem z ironicznym uśmieszkiem, a Solem udała rozmarzoną minę.

– Miałam zamknięte oczy przez cały czas dopóki się nie ubrał – odparła zawstydzona.

– Wiem, moja pruderyjna żono – zaśmiałem się.

– Skąd?

– Zanim … ja … no …

– Tak? – Solem spojrzała na mnie z rozbawieniem.

– Trochę się wściekłem, gdy nie mogłem cię nigdzie znaleźć, a Atena zaczęła mówić, że bogowie o ciebie rywalizują, i o Posejdonie, który myśli tylko o jednym … Na Salazara wkurzyła się i pokazała mi ciebie – wyjaśniłem pokrętnie.

– Podglądałeś mnie? – spytała, przygryzając wargę.

– I od razu do ciebie pobiegłem – wyznałem.

– Kocham cię. – Pogładziła mnie po policzku i pozwoliła, bym poprowadził ją w stronę wielkich drzwi.

– Gotowa na powrót? – spojrzałem na nią, unosząc brew.

– Co im powiemy? – Zamyśliła się przez chwilę.

– By więcej czytały? – zaśmiałem się. – Może po prostu ich przytulimy, a później …

– Prawdę?

Przytaknąłem.

– Zasługują na nią – odparłem i mocno pchnąłem drewniane wrota.

Kolejny rozdział: „Cztery kudłate na powitanie, a Albus wciąż siedzi"