Stiles miał mętlik w głowie.

Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić, więc przez kilka kolejnych dni po prostu żył, jakby nic się nie stało. Chodził do pracy, widywał się z dzieciakami, poznał innych ludzi, którzy w ciągu tych czterech lat zdążyli dołączyć do… watahy, spotykał się z Lydią.

Spędzał czas z Dannym.

Odwiedzał Dereka.

Skłamał, kiedy powiedział Derekowi, że najgorsze w tym wszystkim było to, że wiecznie o nim myślał, będąc z kimś innym. To było złe, jasne. To było nie fair. Ale gorsze było, że Danny to rozumiał. Nie wypominał mu, że czasami jest myślami gdzie indziej, nie mówił, że zachowuje się w stosunku do niego nie w porządku. A jeszcze gorszy był fakt, że Mahealani teraz patrzył na niego, jakby wiedział. Jakby wiedział, że Stiles podjął już tę ostateczną decyzję i Stilesowi robiło się od tego niedobrze.

Byli ze sobą ponad trzy lata.

Ponad trzy lata w błoto, bo nagle znikąd pojawił się on i po prostu wszystko poprzewracał do góry nogami.

- Hej, wszystko w porządku?

Najpierw usłyszał słowa, potem poczuł dłoń na ramieniu, chociaż wiedział, że pierwszy był dotyk, potem głos. Zerknął na Danny'ego, który zajmował miejsce obok, a potem na palce, które obejmowały jego rękę i wytarł łzy z policzka.

- Nie wiem.

Szepnął, podciągając nosem.

- Danny, ja…

- Wiem. Wiem i zamierzam dotrzymać słowa.

Stiles poczuł, jak powoli ktoś wyrywa mu część serca.

- Dlaczego na mnie nie krzyczysz? Dlaczego nie… Dlaczego…

Próbował pytać łamiącym głosem, a Danny przyciągnął go do siebie. Teraz na wpół leżeli, na wpół siedzieli na kanapie, przytulając się i Stiles miał wrażenie, że jego palce nigdy się nie wyprostują, nigdy nie wypuszczą ciała Mahealaniego z objęć.

- Stiles. Mówiłem ci już. Zależy mi na tobie, a co za tym idzie – na twoim szczęściu. Nie chcę, żebyś poczuł się źle przez to, co teraz powiem, ale wiem, że gdyby Derek się nie pojawił, w pewnym momencie naprawdę odpuściłbyś całkowicie i poświęcił się nam. Wiem to i, Stiles, to naprawdę dużo więcej, niż mogłem od ciebie oczekiwać, więc dziękuję ci. Za to, że naprawdę próbowałeś. I hej, rozumiem to, jasne? Rozumiem jak to jest kochać kogoś tak mocno, że zrobiłoby się dla tej osoby wszystko.

Stiles wiedział, że Danny próbuje mu poprawić humor. Albo przynajmniej zapewnić go, że między nimi wszystko w porządku. Ale z każdym słowem czuł się coraz gorzej, bo Danny był tak dobry, że nawet jego największą wadę fabryczną obrócił w najlepszą zaletę.

- Poza tym, no wiesz. Będę tym zranionym chłopakiem, w dodatku muzykiem. Faceci na to lecą.

Stilinski parsknął śmiechem przez łzy, prawie wypluwając ślinę, która nagromadziła się w jego ustach. Trzepnął Danny'ego w ramię, lekko, a wtedy Mahealani uśmiechnął się szeroko.

- Uważaj sobie.

Mruknął cicho Stiles, wtulając się mocniej w ciepłe ciało chłopaka.

- Zawsze wiedziałem, że jesteś tym zazdrosnym typem.

Dodał lekko Danny, rozluźniając się pod nim całkowicie.

- Lilo mnie zabije, prawda?

Spytał cicho Stiles, bawiąc się wolno rękawkiem koszulki Hawajczyka.

- Zabije? Proszę cię. Przejdzie jej, jak zobaczy Dereka.

- Danny!

- No co?

- Jesteś jej bratem.

Wymamrotał szatyn, chowając zarumienioną twarz w zgięciu szyi Danny'ego.

- Doskonale wiesz, że Lilo sprzedałaby mnie za możliwość wyjazdu do Disneylandu.

Stiles wybuchnął śmiechem, podnosząc się na łokciu. Pokręcił głową, widząc jak szeroko uśmiecha się jego – były – facet i pochylił się lekko, żeby pocałować go w policzek.

- Jesteś najlepszą rzeczą, jaka mi się przytrafiła.

Uśmiech Mahealaniego zmienił się w coś prywatnego i bardzo szczerego, coś, co Stiles widywał na twarzy Danny'ego często, ale nie tak często, by przestało to na niego oddziaływać. W tych momentach zawsze czuł się… szczęśliwy. Szczęśliwszy niż kiedykolwiek i ta myśl wcale go nie zasmuciła. Cieszył się, że miał wspomnienie należące tylko i wyłącznie do nich.

Przez chwilę panowała cisza, kiedy tak leżeli – Stiles wciąż na Dannym – na kanapie i oddychali miarowo, prawie zasypiając.

- W zasadzie to może nie najlepszą.

Powiedział nagle Danny i Stiles zmarszczył mocno brwi, unosząc głowę, żeby na niego spojrzeć.

- Teraz będziesz miał wilkołaka.

Oczy Stilinskiego powiększyły się do średnicy co najmniej piłki od lacrosse'a.

- Ty… wiedziałeś?

Danny zrobił minę.

- Koleś, to jest Beacon Hills. Oczywiście, że wiedziałem.

Stiles jęknął, opadając na chłopaka bez sił.

- Pieprzyć moje życie.

Mruknął tylko, a Danny zaśmiał się głośno i wesoło.