Kiedy nie ma nur tu, na leży spo koj nie cze kać. Jeżeli prze ciw sta wisz się nur to wi, wszys tko wys chnie. A jeśli wszys tko wys chnie, świat wy pełni ciemność.
Haruki Murakami
Snape czekał na nich w jadalni i wydawał się nieporuszony. Harry zapewne kupiłby tą obojętność, gdyby nie fakt, że widział mężczyznę ponad trzy godziny wcześniej. To wrażenie nie miało zostać szybko zatarte.
Dania na stole nadal parowały, ale mistrz eliksirów nie tknął swojego talerza. Nie wydawał się zainteresowany posiłkiem i Harry'emu też odeszła chęć do jedzenia, kiedy przypomniał sobie ostatnich kilka dni. Lucjusz doskonale odwracał jego uwagę treningiem i seksem, ale to nigdy nie trwało długo. Zerknął na Snape'a przelotnie wcale nie zaskoczony, że mężczyzna nie nawiązywał z nim kontaktu wzrokowego.
Cisza panująca w pomieszczeniu była nieprzyjemna, ale nie miał pomysłu na to jak ją przerwać. Spojrzał zatem na Lucjusza, który wydawał się jedynie rozbawiony. Harry chciałby mieć w sobie to coś, co pozwalałoby mu być odprężonym w każdej sytuacji. Może chodziło faktycznie o informacje i może sam również powinien nie dawać ponosić się emocjom.
- O ileż bawi mnie ten impas, obawiam się, że obrażacie mojego drogiego kucharza – zakpił Malfoy. – Nasz drogi gryfoński przyjaciel chciał wczoraj zadać niepokojące pytania, Severusie. Zadać chciał jednak bardzo nieodpowiednie pytania. W bardzo nieodpowiednim czasie. Nie wspomnę, że nieodpowiedniej osobie.
- Uwielbiasz dźwięk swojego głosu czy to do czegoś prowadzi? – spytał Snape i wydawał się znudzony.
Harry czuł tylko coraz wyższe mury, wzrastające pomiędzy nimi.
- Chcę wiedzieć czy to przez ciebie zginęli moi rodzice – wyrwało mu się i pewnie powinien był lepiej przemyśleć to co powiedział.
Snape wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem wziął głębszy wdech, wstając.
- Tak – odparł mężczyzna i chyba próbował wyjść.
Harry zerwał się na równe nogi.
- Tak i tylko tyle?! – warknął. – Jesteś mi winien wyjaśnienia.
- Nie, nie jestem ci nic winien – odparł Snape. – Uratowałem twoje życie tak wiele razy, że nasze rachunki są akurat wyrównane.
- Kochałeś moją matkę – rzucił.
Snape wpatrywał się w niego w czystym szoku i zapewne sprawiłoby mu to radość, gdyby nie fakt, że te słowa przyprawiały go o mdłości.
- Kochałeś ją i co? – spytał, bo tego kompletnie nie potrafił zrozumieć.
Snape milczał, ale Harry nigdy nie widział u niego wcześniej tego wyrazu twarzy. Jakby połknął coś naprawdę nieprzyjemnego i nie planował tego wypluć w najbliższym czasie. Nigdy nie rozumiał Ślizgonów, ale to zapewne nie miało się zmienić kiedykolwiek. Nie miał pojęcia też jak wyciągnąć od Snape'a odpowiedzi. Zerknął na Lucjusza, który nie wydawał się pod wrażeniem. Może Harry znowu zadawał nie te pytania, które powinien, ale nie był w stanie podejść do tego spokojnie. Chodziło o jego rodziców. Temat wracał raz po raz, a coraz to nowe szczegóły sprawiały, że zaczynał się zastanawiać co jeszcze wypłynie. Nie potrafił ułożyć w całości tej układanki, kiedy nie miał wszystkich części.
- Powiesz coś? – spróbował jeszcze raz.
Mięśnie szczęki Snape'a napięły się jeszcze bardziej.
- Nie zrobi tego – odparł Lucjusz, chociaż normalnie nie zniżał się do mówienia o oczywistościach.
Snape spojrzał na niego ostro.
- To byłoby fatalne ,tak się odkryć– ciągnął Malfoy dalej. – Musiałby ci zaufać, a to tak bardzo nie w naszym stylu. Poza tym mówimy o Severusie, a on uwielbia swoje poczucie winy, którym może tłumaczyć porażki swojego życia – prychnął Lucjusz.
- Zamknij się – warknął Snape i akurat tej reakcji Harry mógł się spodziewać.
- Jeszcze niczego nie powiedziałem – stwierdził Lucjusz i to niosło obietnicę, która wcale mistrzowi eliksirów się nie podobała.
Harry najchętniej zacząłby teraz wrzeszczeć, ale to byłoby idiotyczne. I nie prowadziłoby do niczego. Nie wątpił również, że Snape wykorzystałby to przeciwko niemu.
Na razie mistrz eliksirów mierzył się wzrokiem z Lucjuszem. Nie wiedział kto wygrywał, ale podejrzewał, że oni też nie mieli o tym pojęcia.
Nie był pewien jak powinno się reagować, kiedy powstawał taki impas. Rzucanie klątwami w Snape'a, dopóki ten nie wyśpiewa wszystkiego, nie mogło się udać. Mężczyzna stawał naprzeciwko szaleńca, który rozdawał avady niczym pozdrowienia. Nie zastraszyłby mistrza eliksirów. Zresztą nawet nie to było jego celem.
- Chcę prawdy – wyrwało mu się i może był po prostu zmęczony, ale miał naprawdę tego wszystkiego dość.
Snape spiął się cały zanim spojrzał na niego ponownie.
- Kochałem twoją matkę – przyznał mężczyzna.
I Harry pojęcia nie miał co o tym myśleć. Dopóki Snape tego nie potwierdził, sądził, że Dumbledore żartował. Jakkolwiek chore by to nie było. Pewne elementy wcześniejszych niedomówień ze strony Lucjusza jednak doskonale się wpasowywały. I trochę tego nienawidził, ale przecież nie miało się wpływu na uczucia. Wiedział o tym najlepiej.
- Dlaczego Dumbledore twierdzi, że przez pana zginęła? – spytał.
Snape wzdrygnął się zauważalnie.
- Czarny Pan obiecywał nam to, czego pragnęliśmy najbardziej, abyśmy do niego przystąpili – odpowiedział mężczyzna.
- I obiecał ci moją matkę? – spytał Harry wprost.
Snape zbił usta w wąską kreskę.
- Nie – powiedział mężczyzna tak cicho, że Harry niemal sądził, że się przesłyszał. – Nie musiał mi niczego obiecywać. Nigdy mi jej nie obiecał, ale to nie zmieniało faktu, że wiedział czego chciałem – przyznał Snape. – Możesz mnie nienawidzić, jeśli chcesz – dodał. – On był tam, w waszym domu po części z mojej winy.
Lucjusz prychnął, zaplatając dłonie na piersi.
- Skoro już tak dobrze ci idzie, kontynuuj, Severusie – rzucił Malfoy.
Snape spojrzał na niego ostro, ale mimo wszystko wydawał się równie zmęczony, co Harry. I może to było najbardziej bliskie prawdy na temat wydarzeń tamtych lat. Wszyscy byli tym naprawdę zmęczeni. Harry nie był pewien czy to co czuje w tej chwili to złość. Potrafił zrozumieć czym się kierował Voldemort i gdyby był na miejscu Snape'a, wcale nie czułby się dobrze z myślą, że kogokolwiek skrzywdzono przez niego.
- Nie rozumiem – przyznał. – Dlaczego Dumbledore…
- Bo mu tak powiedziałem – wszedł mu w słowo Snape. – Przedstawiłem mu tak sytuację, żeby nie miał wątpliwości co do mojej lojalności – poinformował go twardo i coś w głosie mężczyzny powiedziało mu, że to nie wszystko.
- I oznacza też na ile Dumbledore jest lojalny w stosunku do ciebie – odgadł, bo ta część nie była już tak prosta.
Snape jedynie skinął głową.
- To nie wszystko – podjął Lucjusz. – Severus kochał ją, ale i ona kochała jego.
- Zamknij się – warknął Snape.
Harry nie mógł nie spojrzeć na Malfoya jak na wariata. Były pewne granice tego szaleństwa.
- Spotykała się z twoim ojcem, ale on się nie zmienił. Jeśli sądzisz, że był tak bardzo różny od nas, mylisz się – ciągnął dalej Lucjusz, niezrażony faktem, że Snape spoglądał na niego z wyraźną niechęcią. – Kiedy twoja matka zorientowała się, że twój ojciec się nigdy nie zmieni, zerwała z nim. I pozwolił jej na to. Dopóki nie zdał sobie sprawy, że pokochała Severusa. I , że Severus zamierza się oświadczyć. Twoja matka była inteligentna, ale nie wychowała się w naszym świecie, więc nie wiedziała, że to Jamesowi przysięgała jako pierwszemu. To jemu powiedziała, że go kocha wcześniej. Słowa zawsze mają jakąś moc – poinformował go Lucjusz bezlitośnie.
Harry otworzył usta, aby zaprzeczyć, ale słowa utknęły mu w gardle, kiedy spojrzał na Snape'a, który wyglądał jakby chciał go przeprosić.
- Severus nie chciał, abyś wiedział – podjął Lucjusz. – Zresztą nienawidzenie cię było proste. Jesteś dowodem na to, że pogodziła się z małżeństwem.
- Jesteś… - zaczął Snape i urwał.
- Jestem jedynym, którego obchodzą twoje własne skłonności do autodestrukcji – rzucił Lucjusz. – Kłamstwo, które podsunąłeś Dumbledore'owi nie powstało bez przyczyny. Obaj wiemy, że dalej obwiniasz się o coś, do czego nigdy nie doszłoby, gdyby nie gryfońskie ideały, tak bardzo wychwalane w obecnych czasach. Wierni własnym słowom, aż do końca.
- Nie wierzę, że moja matka nie kochała mojego ojca – wykrztusił w końcu.
Widział ich razem na fotografiach. I to nie były nieruchome mugolskie zdjęcia. To jak patrzyli na siebie, zatrzymani w czasie mówiło wszystko o tym, co było pomiędzy nimi.
- Nie twierdzę, że go niekochała. Twierdzę jedynie, że nie był tym, za którego chciała wyjść – sprecyzował Lucjusz. – Nie możesz być chyba tak naiwnym, aby sądzić, że uczuciem można obdarzyć jedynie tą jedną jedyną osobę na całe życie. Realia zmieniają się. Ludzie dorastają, poznają się coraz bardziej i rozczarowują sobą.
Nie miał na to odpowiedzi, ale z drugiej strony Lucjusz zawsze skutecznie mieszał mu w głowie. Jeśli znowu mieli rozważać naturę emocji i pochodzenie wszystkiego, co w życiu ważne, wypisywał się z tego. Nie miał ochoty na filozoficzne rozważania właśnie teraz.
- I popatrz na Severusa. Wyszedłby z największą chęcią, ale to oznaczałoby, że musiałby cię tutaj zostawić, a nigdy tego nie chciał – poinformował go Malfoy.
- Dlaczego? – spytał Harry wprost. – Dlaczego miałbym nie poznać prawdy? – zainteresował się.
I nie spodziewał się odpowiedzi.
- Bo dyrektor ma rację w jednym. Jeśli ten pierwiastek dobra w tobie zostanie skalany, ta wojna przestanie mieć sens. Mamy przejść spod panowania jednego Czarnego Pana pod rządy dziecka, które niegdyś nie wiedziało czym jest zło, ale zniszczyła go przeszłość, której nawet nie pamięta? – spytał Snape. – Lepiej było pozostawić cię wierzącego w twojego cudownego ojca, obrońcę rodziny i matkę, która kochała cię ponad życie, co jest akurat prawdą – rzucił. – Nie wiem w co grasz – przyznał, patrząc na Lucjusza.
Mętlik w jego głowie stawał się jedynie coraz większy. I może tego chciał Lucjusz. Dotąd zawsze bawiło Malfoya rozbijanie fundamentów jego życia. Nie znał tej jedynej prawdy. Każdy wydawał się mieć swoją, ale gorycz Snape'a przynajmniej wyglądała na szczerą. Mistrz eliksirów zresztą nigdy nie obrażał jego matki, a jedynie ojca, skupiając na nim cały swój gniew. Do tej pory nie sądził, że to miało znaczenie.
- Ja wychodzę – poinformował ich, bo nie chciał dłużej słuchać Lucjusza, a Snape faktycznie najchętniej znalazłby się w innym miejscu.
Harry nie chciał jednak przebywać razem z nim na zamkniętej przestrzeni. To wszystko nadal było zbyt świeże. A pewne rewelacje niezbyt możliwe do uwierzenia. Może , gdyby spytał jakąś dawną koleżankę mamy, powiedziałaby mu prawdę, ale nie znał nawet ich nazwisk. Syriusz zawsze wypowiadał się o jego ojcu dobrze, ale Black sam nie był wzorem cnót. Remus zachowywał pewien dystans, opowiadając mu o rodzicach i pewnie to wiele mówiło.
Odwrócił się w stronę drzwi, zastanawiając się ,gdzie powinien pójść. Część jego rzeczy znajdowała się w sypialni Lucjusza. Nie wiedział nawet jak tam wyemigrowały, ale może jego błędem było wracanie nago do swojego pokoju.
- Pot… Harry, poczekaj – rzucił Snape ku jego zaskoczeniu.
Mężczyzna zrównał się z nim na korytarzu, ale Harry nie planował się zatrzymywać.
- Moje wspomnienia są nadal do twojej dyspozycji – przypomniał mu mężczyzna.
- Nie chcę ich oglądać – przyznał całkiem szczerze.
- Ale chciałeś wcześniej, po wizycie u dyrektora – zauważył Snape.
Harry przypomniał sobie przemarsz przez komnaty mistrza eliksirów, ale to było podyktowane jego gwałtowną reakcją na rewelacje Dumbledore'a. Nie planował więcej niczego tak idiotycznego. Wszyscy wokół sprawiali jedynie, że się miotał bez sensu i nic z tego tak naprawdę nie wynikało.
- Nie wiem czy to ma znaczenie – przyznał Harry, patrząc na Snape'a z ukosa. – Nie wiem czy pana uczucia do mojej matki mają dla mnie znaczenie – uściślił. – I nie wierzę, że wysłał pan do niej Voldemorta. Jeśli zabiłby mnie, ona i tak nie wybaczyłaby panu. Bylibyście skończeni – stwierdził, bo tego jednego był akurat pewien.
Potrafił odnaleźć kilka faktów, które stanowiły punkty nie do podważenia. I zaczynał rozumieć jak pewne kłamstwa stawały się prawdą na przestrzeni czasu. Szczególnie, kiedy ci, którzy je opowiadali, zaczynali w nie wierzyć. I może powinien współczuć Snape'owi. Nie potrafił jednak z siebie wykrzesać niczego sensownego. Niczego, co miałoby konkretny ksztatł. Wszystko w nim się burzyło. Nadal pewnego rodzaju niedowierzanie, nakazywało mu wyparcie tego, co usłyszał. A jednocześnie pewna część niego wierzyła w prawdopodobieństwo tego, co zaszło. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby miał do dyspozycji własną matkę, która wyjaśniłaby mu co działo się w jej głowie. Tylko czy to miało znaczenie w tej chwili?
- Sądzi pan, że będę drugim Czarnym Panem? – spytał, bo ta kwestia miała go jeszcze męczyć przez dłuższy czas.
Czuł to wyraźnie we własnych kościach.
- Lucjusz z każdego uczyniłby kogoś moralnie wątpliwego – odparł wymijająco Snape.
- Czyli mam nie słuchać jego kłamstw? – zaryzykował.
- Nie powinieneś słuchać nawet wtedy, kiedy mówi prawdę – westchnął Snape.
Miał ochotę się zaśmiać, bo to była jedna z prawd o Lucjusz. Nie mogło nie ciekawić go czy Malfoy byłby tak samo nieporuszony, gdyby ktoś zdradzał fakty na jego temat. Te małe prawdy, które ukrywał każdy przed oczami ludzi. Rozumiał istotę sekretu i dlaczego Snape nie chciał ujawniać się z uczuciami do jego matki.
- Czy to cokolwiek zmienia? Czy to, że wiem, zmienia cokolwiek? – poprawił się.
Snape spoglądał na niego przez chwilę tak, jakby nie rozumiał.
- Czy kiedy wrócę do Hogwartu i wieczorem pojawię się na naszych dodatkowych zajęciach, zastanę pana komnaty puste? – spytał wprost. – Dumbledore'owi nie może pan ufać. Chyba nie ufa pan mnie – podchwycił.
Snape zrobił głębszy wdech.
- Wbrew pozorom nie wierzę, że staniesz się drugim Czarnym Panem – powiedział mężczyzna.
- To jest ten moment, w którym mówi pan, że będzie jeszcze gorzej? – spytał i to miało brzmieć jak żart, ale żaden z nich się nie zaśmiał.
- Nie, to jest moment, w którym mówię, że wierzę w Harry'ego Pottera niezależnie od tego kim byli twoi rodzice – poinformował go mistrz eliksirów.
