Ten rozdział ma wyjątkowo nieprzyjemny tytuł, ale jego zawartość jest naprawdę przyjemna.
Rozdział czterdziesty pierwszy: Kolce w głowie
– Nie dam sobie rady. – Jękliwy głos Weasleya skrzeczał Draconowi w uszach, kiedy ten siedział na jednej z ławek, majtając nogami. On, oczywiście, wykonał zaklęcie, które Harry starał się teraz pokazać innym, poprawnie przy pierwszym podejściu. Jego główną rozrywką teraz było obserwowanie Weasleya, który wywracał oczami i starał się nakłonić Harry'ego do zrobienia tego samego. Był podirytowany faktem, że Harry najwyraźniej był zdeterminowany zrobić wszystko poza tym.
– Oczywiście, że dasz, Ron. – Głos Harry'ego był cierpliwy. Łagodnym ruchem wyjął różdżkę z dłoni Weasleya, przyjrzał się jej przez chwilę i zachichotał. – Widzisz? Nie udawało ci się, bo nie trzymałeś jej z odpowiednio sztywnym nadgarstkiem. Spróbuj jeszcze raz i tym razem upewnij się, że mocno zaciskasz palce na różdżce. – Oddał mu ją z powrotem i Weasley spróbował niezgrabnie ułożyć różdżkę w dłoni w poprawny sposób, którego Draco nauczył się od Harry'ego podczas jego demonstracji.
Przyglądał się teraz Harry'emu i uspokoił się, przypominając sobie, że Harry przecież nie załapałby, że jego niewinne uwagi i to, jak blisko stał Weasleya, mogłyby być odczytane jako, cóż, flirtowanie. Weasley zdawał się tego tak nie odbierać, dzięki Merlinowi, ale z drugiej strony jego spojrzenie zawsze śledziło Granger i tego nieznośnego gnojka, Smitha. Smith szeptał teraz coś Granger do ucha. Ta roześmiała się. Draco musiał przyznać, że miała ona naprawdę miły dla ucha śmiech, a przynajmniej przyznałby to, gdyby był choć odrobinę zainteresowany kimkolwiek poza Harrym. Weasley niemal parował od słabo ukrywanej zazdrości. Harry, niczego nieświadomy Harry, po prostu dalej tłumaczył Weasleyowi, co powinien zrobić, żeby wykonać poprawnie to zaklęcie.
– No – powiedział, odstępując od niego. – Spróbuj teraz.
Weasley wyciągnął różdżkę przed siebie.
– Incendioso!
Tym razem z jego różdżki wystrzeliła ognista chmura, która szybko zaczęła się rozrastać we wszystkich kierunkach, póki nie zderzyła się z osłonami, które Harry nałożył, żeby chronić meble. Harry rzucił niewerbalne Finite Incantatem i odwrócił się znowu do Weasleya.
– Bardzo dobrze! Widzisz? Jednak nie było takie trudne, co?
Weasley zamrugał głupio, patrząc się na swoją różdżkę.
– Nie, chyba nie – powiedział, po czym zerknął znowu na Granger i Smitha. Zaczął znowu emanować zazdrością, która uderzyła Dracona po twarzy niczym ostry, zimny wiatr. Draco był naprawdę wdzięczny, że nie jest w stanie wyczuwać własnej zazdrości, którą tak często czuł o Harry'ego, bo było to jedne z bardziej nieprzyjemnych doznań.
Harry oparł się biodrami o stojące w pobliżu Weasleya biurko i uśmiechnął się do niego. Następnie odwrócił się, żeby uśmiechnąć się do Smith i Granger, ale po drodze do nich zauważył wpatrzony w siebie wzrok Dracona i wyszczerzył się do niego szeroko.
Dobra, dosyć tego, postanowił Draco. Czuł zdecydowanie za wiele powoli wyciekających z Harry'ego emocji w ciągu ostatnich kilku tygodni, kiedy Harry starał się zakopać to, co się wydarzyło w ciągu świąt i Draco naciskał go o porozmawianie z nim o tym. Harry nie chciał, ale w międzyczasie czuł ból, wątpliwości i inne emocje, które sprawiały, że Draco naprawdę żałował, że ta mugolska kurwa nie stoi tuż przed nim, i pal sześć obietnicę, którą złożył Harry'emu. On nawet nie zdawał sobie przecież sprawy z tego, że tak strasznie atakuje empatię Dracona. Teraz jednak, kiedy jego szczęście promieniowało z niego w nagłym napływie przyjemności, która niemal przyprawiła Dracona o miękkie kolana, różnica była po prostu kolosalna. Harry zawsze powinien być taki szczęśliwy, a przynajmniej powinien mieć równe szanse ze wszystkimi na dostęp do tej emocji.
Muszę mu powiedzieć. Będą mieli trochę spokoju nad ranem, ponieważ jutro będzie sobota, a Vince zawsze szedł w soboty wcześnie na śniadanie, żeby się obeżreć większą ilością jedzenia niż zazwyczaj, a Blaise ostatnimi czasy spędzał każdą wolną chwilę z tą swoją małą sympatią. Harry nie będzie w stanie udawać, że Draco wyczuwa czyjekolwiek inne emocje, jeśli będą sami w pokoju.
– Wszystko w porządku, Hermiono, Zachariaszu?
– Oczywiście, Harry – powiedział Smith, przeciągając zgłoski i kładąc podbródek na ramieniu Granger. Zarumieniła się. Draco uśmiechnął się krzywo. Wygląda jeszcze gorzej, kiedy się tak rumieni. – Wydaje mi się jednak, że Malfoy ma jakieś problemy.
Harry obrócił się w jego kierunku, podnosząc brwi i zalewając go niepokojem, niczym zapachem wiciokrzewu.
Draco przymknął oczy i pozwolił sobie cieszyć się tym doznaniem, ledwie słuchając własnych odpowiedzi, które dawał na pytania Harry'ego. Może też czas powiedzieć mu o innej ważnej sprawie.
Harry śnił.
– Ale mój panie, nie rozumiem. – To był zdesperowany jęk, który Harry już nauczył się kojarzyć z Rabastanem, mimo, że mężczyzna nieczęsto pojawiał się w jego snach. Dygotał on na podłodze przed tymczasowym tronem, który obecnie zajmował Voldemort. Harry miał wrażenie, że byli w tym samym domu, który Voldemort wybrał na swoją rozmowę z Bellatrix i Rosierem, zanim nie wysłał tego drugiego zabić Lucjusza Malfoya, ale w innym pokoju. Zamiast wygodnego kominka, przed którym Mroczny Pan i jego wężyca mogli się zrelaksować, to pomieszczenie było zimne, o wysokim, niewyraźnym suficie unoszącym się gdzieś w oddali ponad nimi. Nagini pełzała niespokojnie po okolicy i choć Harry wiedział, że tak naprawdę wcale go tam nie ma i jest bezpieczny, to i tak chował się w cieniu za każdym razem, kiedy mijała framugę drzwi, za którą się krył.
– Nie oczekuję tego od ciebie. – Głos Voldemorta robił się coraz bardziej rozgniewany. – Oczekuję, że zrobisz co do ciebie należy, Rabastanie.
– Ale to... – Rabastan nagle powstrzymał się przed dokończeniem tej skargi. Harry wyjrzał ostrożnie, kątem oka pilnując, gdzie jest Nagini i zobaczył, że śmierciożerca zamknął mocno oczy, drżąc, jakby dopiero co uniknął powiedzenia na głos czegoś, co przypłaciłby życiem.
– Tak, Rabastanie? – Voldemort syknął rozkaz w wężomowie i Nagini ochoczo przysunęła się do niego. – Chciałeś coś powiedzieć?
– Nie, mój panie – szepnął Rabastan. – To wspaniały plan. Oczywiście, że tak. I oczywiście, że mi się powiedzie.
– Mam taką nadzieję, Rabastanie – powiedział Voldemort. – Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że masz miesiąc na przygotowania i nie będziesz miał innych obowiązków w tym czasie, to spodziewam się, że wykonasz ten plan idealnie. Pewne sprawy muszą zaczekać na słońce... – szalony śmiech – ...ale inne możemy załatwić we własnym tempie. A nie ma nic przyjemniejszego od sprawiania naszym wrogom zmartwień i bólu, zgodzisz się ze mną?
– Oczywiście, mój panie. – Rabastan ośmielił się ponieść głowę i rzucić Voldemortowi przerażony uśmiech. – Nic przyjemniejszego.
Voldemort milczał przez dłuższą chwilę i Harry zaczął się zastanawiać, nad czym on tak myśli. Nagini zdawała się uznać, że nie ma już przy nim nic do roboty, więc odwiązała się od jego krzesła nerwowo i wróciła do sunięcia po podłodze z prędkością cieczy.
Przysunęła się do framugi, przy której siedział skulony Harry w swojej zwierzęcej formie.
Harry otworzył usta i syknął, ale przypilnował się, żeby ten dźwięk uszedł z niego bezgłośnie. Strach nie miał żadnego powodu, żeby nagle przeszywać go takim dreszczem. Jeszcze nigdy w żadnym z jego snów nikt się nie zorientował o jego obecności. Prawda, jeszcze nikogo nie dotknął, ale ponieważ nie mieli żadnego powodu, żeby podejrzewać, że ktoś ich podsłuchuje, to też żadne z nich nigdy nie pomyślało o przeszukaniu wszystkich możliwych kątów. Nagini dotarła do framugi i zaczęła swoim długim ciałem robić przed nią ósemki. Nie wyglądało na to, żeby miała zamiar ruszyć dalej.
Harry dalej ją obserwował, ponieważ Voldemort wciąż się nie odzywał. Język Nagini przeszył powietrze, smakując je.
Zamarła nagle, a jej ciało spięło się, tak że wyglądała, jak posąg z marmuru. Harry poczuł, jak serce zaczyna mu walić w piersi, trzęsąc jego małym ciałkiem tak, jak nie byłoby w stanie tego zrobić z jego ludzką formą.
Nagini odwróciła powoli łeb w jego kierunku i syknęła. Harry wiedział, że nie ma żadnego powodu, żeby przypuszczać, że ktokolwiek poza jej panem zrozumie jej wiadomość.
– W pokoju znajduje się intruz w formie snu, mój panie. Nie do końca duch, ale też nie do końca wyobrażona obecność.
– Rabastan! – powiedział Voldemort. Harry skulił się, pazury mu wystrzeliły. Warknął i tym razem nie troszczył się o zdławienie tego dźwięku. Nagini zdawała się go nie słyszeć, ale jej język znowu się pojawił i tym razem jej syknięcie byłoby paskudnym przekleństwem, gdyby mówiła po angielsku.
– Mój panie? – Harry zauważył, że Rabastan poderwał głowę, chociaż nie ośmielił się oderwać wzroku od Nagini, żeby zobaczyć jego wyraz twarzy. Potężna wężyca sunęła coraz bliżej i bliżej w jego kierunku, zarzucając szerokie pętle swoim ciałem. Harry przypadł niżej do podłogi.
– Mamy intruza – powiedział Voldemort. – Nagini tak twierdzi. Idź za nią, znajdź go i zabij go dla mnie.
– Zgodnie z rozkazem. – Rabastan brzmiał na zaskoczonego, ale ochoczego. Obszedł fotel, wyciągając różdżkę i Harry wiedział, że jeśli trafią go jakieś rzucone z niej klątwy, to ucierpi.
Harry uznał, niechętnie, że już niczego więcej się dzisiaj nie dowie. Lepiej będzie po prostu wycofać się z tego snu. Odwrócił się, zaczekał, aż łeb Nagini będzie wycelowany trochę na prawo od niego, po czym wyskoczył w górę, tak samo jak wtedy, kiedy rozerwał sen na strzępy, żeby ostrzec Malfoyów. Jego pazury sięgnęły i przecięły...
Powietrze. Upadł z powrotem na podłogę z łupnięciem.
Wyglądało na to, że Nagini wyczuła wibracje. Odwróciła łeb w jego kierunku i wydawała z siebie długi, usatysfakcjonowany syk, po czym położyła się na podłodze i ruszyła wprost na niego. Rabastan ruszył za nią i wyglądało na to, że ciska zaklęciami po obu stronach jej głowy.
Niepewny, zdesperowany, Harry wstał i spróbował się przygotować, tak bardzo jak tylko mógł, do walki w nieznanym mu ciele, przeciw wrogom, których zdolności nie znał, a które wciąż mogły go skrzywdzić.
Naprawdę przydałaby mi się teraz jakaś pomoc.
– No to było tak od razu!
Harry odwrócił szybko głowę. Obok niego stał Draco.
Draco czuł ból już od jakiegoś czasu, ale ten nie był na tyle mocny, żeby go na dobre rozbudzić. Ciągle wznosił się pod samą powierzchnię snu, mamrocząc, mrugając, zastanawiając się, czy nie wyjść z łóżka i nie obudzić Harry'ego, po czym znowu opadał na dół. Przecież może obudzić Harry'ego rano. Harry przecież nawet nie lubił rozmawiać o swoich snach; pewnie znowu się zamknie w sobie i nie będzie się odzywał, jak to ostatnio tak często robił. Doprowadzało to Dracona do szału, ale skoro Harry był gotów odwrócić się plecami od szczerej troski, to Draco nie widział powodu, dla którego powinien tracić przez to sen.
Potem jednak poczuł narastający ból i panikę i sięgnął w jego kierunku. Jego empatia była wciąż przede wszystkim wycelowana w Harry'ego, więc starał się w miarę możliwości ukoić jego emocje.
W przeciwieństwie do innych razy, kiedy to robił, tym razem nie napotkał po drodze swoich tarcz świadomości. Zawsze wiedział, które emocje są jego, a które kogoś innego; skupił się na tym od chwili, w której w jednej z pierwszych książek o empatach, jakie przeczytał, znalazł, że empaci często się gubią w huraganie emocji, jeśli pozwolą, żeby ich umysł wymieszał ich własne ze wszystkimi napływającymi. Tym razem jednak przemknął się przez nie niczym przez powietrze i ścianę zrobioną z gęstej mgły, a potem otworzył oczy i zobaczył to, co widział Harry.
Stali w opuszczonym domu, wokół nich było akurat dość światła, żeby móc się rozejrzeć dokoła; Draco nie był w stanie określić, czy pochodzi ono z zaklęcia, czy też może z jakiegoś odległego paleniska. Przed nimi była rozległa, czarna podłoga, po której sunęła do nich ogromna wężyca, a tuż za nią szedł czarodziej. Obok niego zaś był Harry, myśląc, Naprawdę przydałaby mi się teraz jakaś pomoc.
– No to było tak od razu! – powiedział Draco z irytacją, po czym obejrzał się na Harry'ego, który gapił się na niego ze zdumieniem. Zamrugał. Harry nie był tutaj człowiekiem, ale szaroburym kotem o długich nogach, którymi teraz przebierał nerwowo. Jego łapy były grube od gęstego futra, jakby lada moment miał wyjść i zrobić sobie przebieżkę po śniegu. Jego zakończone długimi, czarnymi pędzelkami uszy obróciły się na dźwięk głosu Dracona, a jego krótki, ciemno zakończony ogon majtał się w te i nazad z szoku.
Draco nie miał czasu, żeby pytać, czemu Harry był tutaj w zwierzęcej formie. Wężyca zdawała się stracić wszelkie wątpliwości względem tego, gdzie stali i ruszyła przed siebie. Czarodziej za nią, którego twarzy Draco nie rozpoznawał, podniósł różdżkę i rzucił w nich klątwą, którą Draco z całą pewnością rozpoznał.
Skoro on może używać swojej różdżki w tym śnie, to i ja mogę, pomyślał Draco i znalazł swoją różdżkę tam, gdzie ją zostawił przed pójściem spać, wciśniętą pod gumkę, podtrzymującą spodnią część jego szat. Wyciągnął ją teraz i rzucił zaklęcie, którego Harry ich dzisiaj nauczył.
– Incendioso!
Ogień rozprzestrzenił się przed nim i pochłonął klątwę, którą rzucił w nich czarodziej; to była podstawowa funkcja tego zaklęcia. Czarodziej zaklął i zaczął ich okrążać, w dość oczywisty sposób starając się rozgryźć, jakie zaklęcie rzucić, które przebiłoby się przez obronę obcego i jakim cudem ów obcy w ogóle się tu znalazł.
Draco wyszczerzył się szeroko i odwrócił w kierunku Harry'ego, tylko po to, żeby się zorientować, że tego już nie ma u jego boku. Skoczył i teraz jechał na grzbiecie wężycy, wbijając w jej ciało pazury i kły, gryząc, kopiąc i kując. Wężyca zaskrzeczała i zaczęła się wić, starając się go zmiażdżyć swoim ogonem.
Draco wyszedł do przodu i wycelował różdżką, ostrożnie, ale ostatecznie musiał ją opuścić. Nie chciał przypadkiem trafić Harry'ego, a kiedy zarówno kot, jak i wężyca się tak wili i miotali po podłodze, to nie miał żadnej gwarancji, że tego nie zrobi. Będzie musiał spróbować czegoś innego i już miał wrażenie, że wie, czego.
Najpierw jednak musiał się zająć czarodziejem, więc obrócił się w jego kierunku.
– Speculum Ardoris! – Nie sądził, żeby ten dureń domyślił się, jak zniszczyć tę wariację zaklęcia i słysząc jego przytłumione stęknięcie, jakie ten wydał z siebie na widok tarczy płomieni, które nagle pojawiły się wszędzie wokół niego, wiedział, że ma rację.
Draco odwrócił się i ruszył pędem w kierunku węża. Prawdopodobnie będzie musiał być bliżej, żeby spróbować tego, co mu chodziło po głowie.
Korytarzem zatrzęsło kilka razy – Draco domyślił się, że Harry stara się obudzić. Nagle jednak ściany znowu zrobiły się bardzo realne, a Harry zawył z bólu. Draco poderwał szybko wzrok i zobaczył, że wężyca wgryzła się w jego bark.
Draco spanikował, ale momentalnie stłamsił w sobie to uczucie. Przerażony empata to była jedna rzecz, przed którą książki ostrzegały go najczęściej. W tak wrażliwym stanie przechwytywałby z okolicy jeszcze więcej emocji, przez co mógłby wpaść w spiralę zatracania siebie w wirze uczuć. Będzie musiał zacząć działać już teraz.
Sięgnął i przemknął się między barierami swojego własnego umysłu, a potem minął te w umyśle Harry'ego, wbijając się w morze jego emocji. Te były tak znajome, że był w stanie się bez problemu zorientować. Jego własne emocje, Harry'ego w ich potędze i sile, a także inne, naprawdę blisko i z umysłem w tej chwili pochłoniętym czymś innym.
Jestem w umyśle Harry'ego, pomyślał szybko Draco, w jego śnie. Wszyscy inni też są w tym śnie, bez względu na to, jak realny by on się nie wydawał. To oznacza, że powinienem być w stanie sięgnąć do ich umysłów, ponieważ dzielimy już tę samą przestrzeń snu.
To była wyjątkowo słaba teoria, ale najlepsza, jakiej Draco był w stanie się teraz uchwycić, więc ją wypróbował, wyślizgując się z umysłu Harry'ego i wchodząc do wężycy.
Zadziałało. Draco był w stanie wyczuć otaczające go emocje, złość, strach i troskę o jej pana, i znał jej imię, Nagini, i wiedział, że jeszcze kilka ukąszeń, a ten dziwny kot padnie, a wtedy zaciągnie go przed oblicze swojego pana. Jej pan nie wyczuł intruza, ale ona tak. Podziw się wyłonił, podejrzenie, bo ciekawe, jak wiele razy już ich w ten sposób obserwował.
Draco odkrył, że emocje węży są łatwiejsze do zrozumienia niż ludzkie. Niemal był w stanie odczytywać jej myśli, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy z Harrym, czy kimkolwiek innym, na kim ćwiczył swoją empatię.
Była w stanie wyczuć Harry'ego. Sny, w których Harry będzie odwiedzał Mrocznego Pana, raczej nieprędko dobiegną końca.
To oznaczało, że musiała zginąć.
Draco wziął głęboki oddech i sięgnął po swoją różdżkę. Miał nadzieję, że jego fizyczne ruchy działały, ponieważ nie był w stanie zobaczyć, ani wyczuć swojego ciała; jego własne sensacje wciąż były związane z umysłem Nagini.
– Defensor vindictae – powiedział, rzucając to samo mroczne zaklęcie obronne, którego użył, kiedy Harry walczył ze smokami.
Czarna moc wzbiła się wokół niego. Draco wiedział, że oczy go obserwują, czekając na polecenie, ale sam nie był w stanie ich zobaczyć. Był w stanie tylko zacisnąć ręce w pięści, po czym uderzył nimi o siebie, oznajmiając zaklęciu, że to ma stłuc Nagini, zmiażdżyć ją na śmierć, jeśli to tylko możliwe.
Poczuł, że zaklęcie rusza przed siebie, fala mroźnej obecności, po czym bierze się do roboty. Nagini czuła ból. Draco też go czuł, ale miał wrażenie, że będzie w stanie go znieść. Był za bardzo zajęty odczuwaniem agresywnego rodzaju radości, biorącej się z tego, że tym razem to on chroni Harry'ego.
Potem pazury wbiły mu się nagle w udo, ktoś syknął mu ponaglająco do ucha, po czym został poderwany na nogi i wyciągnięty przez migoczący korytarz. Draco wrzasnął z protestem. Jeśli teraz wyjdą, to nie będzie miał pewności, że Nagini zginie.
Agresywne szarpnięcie, jeszcze większy ból z dołu i wreszcie zdołali się przebić przez powierzchnię, po czym zaczęli się powoli oddalać od przestrzeni snu.
Harry przeklinał jeszcze zanim usiadł i zamrugał, kiedy na oko spłynął zwykły strumień krwi, który leciał z jego blizny. Otarł go ze złością i przetoczył się, wychodząc z łóżka. Był w stanie usłyszeć, że Draco się szamocze we własnej pościeli, sięgając po zasłony. Machnięciem ręki rzucił na ich okolicę zaklęcie wyciszające. Nie potrzebował świadków tego, co miało zaraz nastąpić.
– Draco! – powiedział.
– Harry! – odpowiedział Draco, niemal identycznym tonem, gramoląc się z własnego łóżka i mrugając, kiedy jego stopy wylądowały na lodowato zimnej kamiennej podłodze.
Harry stanął na jednym z grubych dywaników, mając nadzieję, że Draco zrobi to samo. Już i tak skrzywdził go dość, wciągając go w ten sposób do swojego snu. Nie chciał mu jeszcze dodać do tego odmrożeń.
– Można wiedzieć, coś ty tam, w imię Merlina, wyprawiał? – wrzasnął. Powstrzymał się przed machaniem rękami, chociaż nagle zrozumiał, czemu ludzie wykonywali ten gest. Pozwoliłby mu on pozbyć się choć części kotłujących się w nim emocji. – Po prostu nie wierzę, że podjąłeś się takiego ryzyka! Przecież mogłeś tam zginąć, znalazłeś się nagle w miejscu, w którym nie wiedziałeś nawet, co jest prawdziwe, a co nie, a gdybyś został w jej umyśle kiedy umierała, to przecież umarłbyś razem z nią, ty kretynie! Czy ty niczego nie wiesz o własnej empatii?
– Wiem, że twoje emocje przeciekają do mnie przez tą twoją stoicką maskę już od trzech cholernych tygodni! – wrzasnął na niego Draco. Miał zarumienioną twarz, a w jego oczach zaszkliły się łzy. Wyglądał nieco jak wtedy, kiedy otrzymał na święta prezent od Harry'ego, chociaż Harry był pewny, że Dracona napędzało teraz coś zupełnie przeciwnego do radości i hojności. – A ja nie mogę niczego o tym powiedzieć, bo ty wciąż nie chcesz ze mną o tym, kurwa, porozmawiać! A teraz masz te niebezpieczne sny i ty przecież też mogłeś tam zginąć! Potrzebowałeś pomocy i teraz żałujesz, że wciągnąłeś mnie w niebezpieczeństwo? Nic by się nie stało, gdybyś tylko...
Nagle jego mina się zmieniła i sięgnął nagle w kierunku Harry'ego, po czym pociągnął za rękaw piżamy Harry'ego. Harry, z zaskoczenia, pozwolił mu na to i zobaczył, jak na twarzy Dracona pojawia się ulga. Obejrzał się i zobaczył niezranioną skórę.
– Ukąsiła cię – szepnął niemal bezgłośnie Draco. – Wydawało mi się, że rany przejdą tu za tobą ze snu. – Zmarszczył brwi. – Czy to znaczy, że tak naprawdę nie zabiłem Nagini, ponieważ zrobiłem to we śnie?
– Kiedy wychodziliśmy, słyszałem jak Voldemort syczy – powiedział Harry. Nie chciał się tym z nim dzielić, na wypadek, gdyby to miało w nim zainspirować więcej kretyńskich ekspedycji do jego snów, ale nie sądził, żeby wiele tu zyskał kłamstwem. – Nawoływał ją. Jeśli nie zginęła, to była na tyle ranna, że nie był w stanie się już połączyć z jej umysłem, czy tam skorzystać z dowolnej innej więzi, jaka tam między nimi jest.
Draco uśmiechnął się do niego z dumą. Harry szykował się do powiedzenia słów, które miały mu zmyć z twarzy ten uśmiech, kiedy nagle ten przymrużył oczy.
– A ty masz szalenie niebezpieczne sny, o których jakoś nigdy mi nie wspomniałeś.
– Bo coś takiego się jeszcze nigdy nie wydarzyło! – zaperzył się Harry, zwalczając w sobie chęć odsunięcia się od wściekłej twarzy Dracona. – Pierwszy raz mnie wtedy wyczuła. Przysięgam. Nie wiem nawet, czemu do tego w ogóle doszło.
– No cóż, jeśli ją zabiłem, to już więcej do tego nie dojdzie. – Draco złapał drugą ręką dłoń Harry'ego w żelaznym uścisku. – Nie wskoczyłem do twojego umysłu specjalnie. Wyczułem twój ból i wciągnęło mnie, kiedy spróbowałem cię uspokoić. To oznacza, że nie musisz się o to winić, Harry. Ale to też oznacza, że jesteśmy ze sobą powiązani. Nie możesz już dłużej temu zaprzeczać. Nie będziesz w stanie ustawić jakiejś bariery, żeby powstrzymać mnie przed wejściem. – Mówił szybko, jakby spodziewał się, że Harry spróbuje go odwieść od tego pomysłu, jeśli tylko Draco pozwoli mu przemówić. – Wydaje mi się, że najlepiej będzie, jeśli będę dokładnie wiedział, co się właściwie dzieje w twoich snach, żebym następnym razem mógł się w nich bronić, bo wygląda na to, że mogę pozostać w nich stałym gościem. A wydaje mi się, że najlepiej będzie, jeśli zaczniesz od wyjaśnienia, czemu krwawisz emocjami na prawo i lewo całe tygodnie po tym, jak po raz pierwszy zadeklarowałeś, że już jesteś wyleczony po tym, co ta pierdolona suka ci zrobiła.
– Prosiłem cię, żebyś ze mną o niej nie rozmawiał – powiedział Harry, odwracając głowę, gotów zabrać ze sobą swoje emocje. Wydawało mu się, że znalazł już jakiś sposób na zablokowanie przynajmniej części empatii Dracona, żeby ten miał choć trochę spokoju od niego. Była to wariacja tarczy oklumencyjnych, których Snape używał, żeby powstrzymać Voldemorta przed odczytywaniem jego myśli.
Draco złapał go za ramiona i potrząsnął nim. Wysiłek fizyczny odwrócił uwagę Harry'ego od barier, więc łypnął z irytacją na Dracona. Draco pochwycił jego wzrok swoim, a Harry jeszcze nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek widział w oczach swojego przyjaciela taką intensywność.
– I tak potrafię wyczuć te emocje – wypalił na niego Draco. – Wyczuwam te bariery, których używasz, Harry. One już nie wystarczą.
– No to nie rozumiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz! – Harry zaczął się wiercić pod uchwytem Dracona, starając się uwolnić. Czuł, jak wzbiera w nim panika. Jeśli się o niego oprze, jeśli pozwoli się pocieszyć, to możliwe, że znowu się załamie. A jeśli się załamie, to możliwe, że puści niektóre ze swoich emocji luzem. A jeśli puści swoje emocje luzem, to możliwe, że wypłynie znowu z niego ten sadyzm, którego obecność teraz wyczuwał bez przerwy zaraz pod powierzchnią swoich świadomych myśli.
– Porozmawiaj ze mną – powiedział Draco, przyciągając go do siebie, tak żeby głowa Harry'ego spoczywała na jego ramieniu. – Zalecz swoje rany, to przestaną one krwawić. Wtedy ani ja nie będę się źle czuł, ani ty. – Jego ręka pogłaskała plecy Harry'ego tak łagodnie, że Harry przez moment miał nadzieję, że ten ją opuści, ale ten po chwili przycisnął ją mocniej. – To po prostu praktyczne rozwiązanie, Harry. Bez względu na to, czy bym cię kochał, czy nie, to tak długo jak bym miał empatię i tak bym tego od ciebie chciał, tak żebyśmy się wreszcie obaj przestali źle czuć. Jestem pewien, że rozumiesz, co mam na myśli. Rozumiesz, czemu to jest jedyna sensowna rzecz, jaką możemy w tej sytuacji zrobić?
Harry znowu spróbował się wykręcić. Wciąż był nieco niższy od Dracona, choć już niewiele, ale za to był wytrenowany w fizycznej walce, podczas gdy Draco nie. Gdyby tylko zdołał uwolnić prawą stronę swojego ciała i powstrzymać te głupie łzy od oślepiania go, to na pewno udałoby mu się uciec.
– Daj spokój, Harry – wymamrotał mu Draco do ucha. – Przecież czuję, że cierpisz. – Brzmiał, jakby sam był o krok od szlochu. – Wiem, że nie obchodzi cię twój własny ból, ale przecież obchodzi cię ból innych ludzi, prawda? Wiem, że nie chciałbyś mnie krzywdzić, nawet jeśli byłyby to rany, których nikt inny by nie zauważył.
Harry nie wiedział, kiedy zaczął płakać, ale to go przeraziło. Panika i żal były dzikimi emocjami, zupełnie jak furia. Jeśli zbyt długo będzie się poddawać tym emocjom, to może przypadkiem znowu przywołać tę niosącą śmierć i zniszczenie furię.
– Ćśś – szepnął Draco. – No już, Harry, uspokój się.
– Próbuję! – Harry z całych sił starał się nad sobą zapanować. Był w stanie to zrobić. Musiał być w stanie to zrobić, jeśli miał zamiar nigdy więcej nie pozwolić sobie na taki zawstydzający wybuch. Kiedy już zyskał trochę perspektywy, to nie był w stanie uwierzyć w to, co zrobił swojej matce. To, co mu powiedziała, było potworne, ale w jaki sposób uderzenie w nią magią, której już sama przecież nie miała, czyniło go jakkolwiek lepszego od niej? W jaki sposób magiczne wyżywanie się na kimś, kto jest od niego słabszy, czyniło go w jakikolwiek sposób lepszym od Voldemorta? A wiedział, wiedział, że rozmowy o takich sprawach, poślą go znowu niebezpiecznie blisko do granicy jego wytrzymałości. Listy od jego matki miały siłę, żeby to zrobić. Dlatego najlepiej będzie, jeśli już nigdy więcej nie będzie o niej rozmawiał, ani o czymkolwiek, co się wydarzyło tamtej nocy, a wtedy nie będzie czuł potrzeby puszczenia swojej magii luzem w orgii furii albo samoobwiniania się.
I nikt nie będzie się na mnie gapił ze współczuciem czy odrazą. To byłoby miłe. I nikt nie spróbuje jej skrzywdzić. Gdyby tylko postanowili skrzywdzić mnie, to co innego, ale przecież ją też wtedy spróbują skrzywdzić. Nie mogę pozwolić, żeby to się tak rozprzestrzeniało.
Okazało się jednak, że krzywdził Dracona wtedy, kiedy mu się wydawało, że go chroni, przez co jeszcze mocniej zatrzęsło nim od płaczu.
Już sam nie wiem, co mam zrobić. Jakbym się nie obrócił, to albo kogoś krzywdzę, albo zachęcam, by sam siebie skrzywdził.
– Ćśś, Harry. Trzymam cię.
Harry zaczął powoli się przedzierać przez sztorm swoich emocji, skupiając się na fizycznych doznaniach. Na ramionach Dracona, którymi ten obejmował go mocno, jedną wokół pasa, a drugą wokół piersi. Siedzieli na podłodze, opierając się o bok łóżka Dracona. Draco przytulał go do siebie tak mocno, że nie było siły, musiał wyczuwać to, jak mocno Harry się trzęsie, i szeptał mu do ucha. Najpierw w kółko to samo, raz za razem, ale kiedy Harry spojrzał na niego, wiedząc, że jego twarz musi wyglądać na chorą z przerażenia i zagubienia, słowa uległy zmianie.
– Obiecuję ci, obiecuję, że nie zrobię tego, czego tak się boisz, że zrobię. Boisz się, że kogoś skrzywdzę, prawda? Obiecuję ci, Harry, ja... – Draco zadrżał, jakby te słowa były z niego wydzierane siłą. – Na Merlina i moją magię przysięgam ci, że nie skrzywdzę twojej matki, nigdy jej nie skrzywdzę. Jeśli tego właśnie potrzebujesz, żeby czuć się przy mnie bezpiecznie i mi zaufać, to ci to obiecuję.
Harry zamrugał. Zszokowane zaskoczenie przepłynęło po wszystkich jego emocjach i przez chwilę je kompletnie przytłumiło. To było coś, czego naprawdę pragnął, ale wydawało mu się, że żaden z jego sojuszników mu tego nigdy nie podaruje, więc proszenie o to wydawało mu się głupie i bezsensowne.
Po chwili tam, gdzie było zaskoczenie, wypełzła ulga i stopiła całą mgłę. Harry czuł, że znowu może spokojnie oddychać. Przestał się miotać i przez chwilę przyglądał się twarzy Dracona. Już nie czuł, jakby miał zamiar lada moment zniszczyć pokój swoją magią.
– Dlaczego? – zapytał cicho.
– Bo znaczysz dla mnie więcej niż ona. – Draco podniósł brew, zupełnie jakby Harry zapytał go właśnie po której stronie wstaje słońce. Niewypowiedziane "oczywiście" było tak silne, że Harry czuł jak mu dzwoni pod czaszką. – Nie będę udawał, że ją lubię, ale wydaje mi się dość oczywiste, że nie ufasz nikomu, bo boisz się, że twoje rewelacje mogłyby zachęcić kogoś do jeszcze gorszego wścieknięcia się na twoją matkę. Dlatego chcę ją kompletnie wyrzucić z tego równania. Ona mnie naprawdę nie obchodzi. Poza tym, przecież ja i tak już wszystko słyszałem, Harry. Nie musisz mi tego mówić. Chcę, żebyś po prostu zaczął o tym ze mną rozmawiać, co, jak mam nadzieję, z czasem oszczędzi bólu nam obu. – Spojrzał Harry'emu prosto w oczy, mimo, że jego własne powieki drżały lekko z nerwów. – Przysięgam ci, znaczysz dla mnie więcej niż ktokolwiek inny.
– Mimo tej całej mrocznej magii, która się tamtej nocy ze mnie wylała? – szepnął Harry.
– Ty palancie – powiedział Draco i przytulił go tak mocno, że wycisnął z Harry'ego cały oddech. – O to się martwiłeś? Pewnie, że się bałem, ale nie bałem się ciebie, a o ciebie. Musiałeś sobie zdawać z tego sprawę, skoro w ogóle do nas wtedy wróciłeś.
Harry zamknął oczy. Być może, być może, tylko być może, jeśli tak będzie wyglądał ich układ, to zdoła odezwać się pomimo braku idealnej samokontroli i nie powodując przy okazji magicznej katastrofy.
– Jestem taki zmęczony, Draco – szepnął. – Zmęczony udawaniem, że nic mi nie jest, zmęczony myśleniem o tym, co ludzie sobie o mnie pomyślą, jeśli się zorientują, że ten wybuch mrocznej magii to byłem ja i jak bardzo chciałem wtedy kogoś skrzywdzić, zmęczony martwieniem się o to, co się stanie mojej matce, jeśli powiem cokolwiek o tym Snape'owi, czy Hawthorn, czy twojej matce.
– Już nie musisz być. – Głos Dracona był niski, ale Harry miał wrażenie, że równie dobrze w pokoju razem z nimi mogłyby być dmące na tryumf trąbki. – Teraz masz przynajmniej jedną osobę, która ci obiecała, że nie skrzywdzi Lily, Harry. Nie boję się czegokolwiek, czym mógłbyś się ze mną podzielić. Nigdy nie będę się bał.
Harry przełknął ślinę. Gdzieś pod tym całym chaosem, jaki okupował teraz powierzchnię jego umysłu, myślał, że nie powinien pozwolić Draconowi na podarowanie sobie tego. To było zbyt wielkie poświęcenie. Jak Draconowi mogło zależeć na nim bardziej niż na czymkolwiek innym? A co z jego rodzicami, z jego własnym życiem, z jego przyszłością po wojnie, w czasie której Harry w pełni spodziewał się zginąć?
Ale w tej chwili zanadto tego potrzebował, żeby odrzucić tę ofertę. A myśl o tym, że ktoś był gotów być wobec niego lojalny ponad wszystko była...
Zbyt atrakcyjna, żeby ją teraz od siebie odtrącić.
– Dziękuję – szepnął i odprężył się. Wycieńczenie zaczęło obezwładniać. – Ale czy musimy rozmawiać o tym już teraz?
– Nie – powiedział Draco. – Tak długo, jak rozumiesz, że prędzej czy później sobie o tym porozmawiamy, Harry, i że nie uda ci się uciec przed tym, udając po pobudce, że o wszystkim zapomniałeś.
– Wiem, wiem – szepnął Harry. Tonął w bogatym cieple. Przerażenie spowodowane ufaniem komuś znajdowało się gdzieś pod tym uczuciem, niczym ciemne miejsca, przeszywane promieniami światła. – A musimy się ruszać?
Draco zaśmiał mu się cicho do ucha.
– Musimy, inaczej rano będą nas bolały karki. No, chodź tutaj.
Podciągnął Harry'ego do góry, jakimś cudem nie odbierając od niego całego tego ciepła, po czym wpełzł z nim do jego łózka. Fawkes siedział tym razem na skraju materaca i promieniował na nich ciepłem, skrząc się złotem z dodatkami błękitu. Harry czuł, że jego oczy się już tej nocy nie otworzą. Nie sądził też, że najdą go jakiekolwiek sny, zarówno wizje Voldemorta, jak i bardziej przeciętne koszmary, jakie miał o konfrontacji z Lily.
– Ćśś – szepnął mu Draco do ucha. – Zrelaksuj się.
Harry odwrócił głowę w jego kierunku, wciąż nie otwierając oczu.
– A zostaniesz ze mną?
Tym razem głos Dracona był, z jakiegoś dziwnego powodu, agresywnie tryumfujący.
– Zostanę, Harry. Obiecuję.
– To dobrze – powiedział Harry i odpłynął na falach ognia i pieśni feniksa. Fawkes nucił kołysankę, która podarowała Harry'emu wizje złotych kurczątek, wykluwających się ze szkarłatnych jaj i śpiewających na powitanie świtu.
Imperio.
Harry spiął ramiona, ale szedł dalej. Czuł, jak klątwa Imperiusa dryfuje mu po głowie. To nie był pierwszy raz, kiedy to się zdarzyło w ostatnich tygodniach, ale do tej pory zawsze szybko znikała, zupełnie jakby była tam tylko na próbę. Harry był przekonany, że to musiała być ta sama osoba, która rzuciła klątwę, żeby rozwścieczyć smoki podczas pierwszego zadania i tym razem chciał się dowiedzieć, kto to był.
Kątem oka wyłapał skrawek cienia osoby, która za nim podążała. Wtedy rozległ się głos w jego głowie, Skręć do najbliższego pokoju i poczekaj tam, więc tak też zrobił. Cień wszedł tam za nim pewnym krokiem kilka chwil później.
Moody. Rosier mówił, że powinienem na niego uważać.
Harry stał, udając pasywność typową dla ofiar tej klątwy, oddychając płytko i pozwolił się Moody'emu dokładnie przyjrzeć. Wreszcie Moody pokręcił głową.
– Nie rozumiem, czemu to takie strasznie ważne, żebym się o tobie wszystkiego dowiedział – mruknął do siebie. – Pomyśleć by można, że ministerstwo już dostało nauczkę, a w Hogwarcie było już tyle demonstracji, że można by nimi wypełnić "Proroka". Czemu? – Zaczął powoli obchodzić Harry'ego, przyglądając mu się ponownie. Harry nasłuchiwał, w nadziei, że dowie się, co ten planuje, ale Moody tylko mamrotał o sprawach wyjątkowo ogólnych, bez większych rewelacji, które by świadczyły o tym, że był w jakiś sposób powiązany z Voldemortem, albo Knotem, albo kimkolwiek innym.
Harry zauważył blask srebrnej obroży na jego karku i podejrzewał, że nie ma sensu używać na Moodym legilimencji.
Nie mogę też o tym porozmawiać ze Snape'em, bo nie chcę, żeby zrobił coś głupiego w tej sprawie, a Dumbledore'a bez sensu byłoby zapytać o cokolwiek. Komu mogę o tym powiedzieć, kto pozwoli mi zachować moje własne tempo, póki nie odkryjemy, co się tak naprawdę za tym kryje?
Myśl uderzyła go na tyle mocno, że sprawiła, że się uśmiechnął. Moody zatrzymał się i zagapił na niego.
Draco, oczywiście.
Harry pozwolił swoim oczom zamrugać, po czym spojrzał na Moody'ego.
– Co pan tutaj robi? – zapytał głosem, który z premedytacją zachował spokojnym.
Moody momentalnie wyciągnął różdżkę i wycelował nią w niego.
– Obliviate.
Harry odbił zaklęcie pamięci od swoich tarcz oklumencyjnych i zniszczył je, zupełnie jak wtedy, kiedy Lockhart starał się go na nim użyć podczas drugiego roku, ale mimo to i tak udawał, że jego wzrok zrobił się szklany i otworzył usta, bo takiego efektu Moody by się spodziewał po rzuceniu zaklęcia. Profesor przyglądał mu się przez moment, po czym burknął.
– Nie wałęsaj się tak po korytarzach, Potter – powiedział. – W tej chwili wracaj do swojego pokoju wspólnego.
– Tak, proszę pana – powiedział Harry oszołomionym głosem i odmaszerował od niego, tylko raz oglądając się przez ramię. Moody siąpił ze swojej piersiówki ze zmarszczonymi brwiami.
Mam nadzieję, że Draco tam jest, pomyślał Harry, przyspieszając kroku. Może to trochę samolubne, ale podoba mi się, że mam kogoś, z kim mogę porozmawiać o takich sprawach.
– Pan chciał się ze mną zobaczyć? – Draco otworzył drzwi do gabinetu Snape'a i zajrzał niepewnie do środka.
– Tak, Draco. – Snape nie kłopotał się z uprzejmościami czy niepewnością. – Tu chodzi o pana Pottera. Wejdź i usiądź.
Draco kiwnął głową, zamknął za sobą drzwi i podszedł do stojącego naprzeciw biurka fotela. Snape od razu położył przed nim butelkę srebrzystego eliksiru. Draco przyjrzał jej się, po czym przymrużył oczy i spojrzał na Snape'a. Był pewien, że jeszcze nigdy nie widział takiego eliksiru, a był jednym z najlepszych uczniów Snape'a.
– To jest eliksir myślodsiewny, który niedawno wynalazłem. – Snape założył ręce przed sobą. – Ministerstwo zaaprobowało jego wykorzystanie. W takim szklanym pojemniku jak ten, jest w stanie wyłapać silne wspomnienia z umysłu drugiej osoby, którą wybrał jej twórca. Może to nastąpić bez zgody i wiedzy osoby zainteresowanej, ale chciałbym, żebyś miał świadomość tego, co robię i dał mi na to swoją zgodę. Chcę od ciebie uzyskać wspomnienia tej nocy, której przyszła tutaj Lily Potter i tego, co powiedziała Harry'emu.
Draco zamrugał.
– Co pan chce zrobić z tymi wspomnieniami?
Oczy Snape'a pociemniały i Draco musiał zwalczyć w sobie chęć skulenia się w fotelu. Widział czasem swojego ojca w takim humorze, ale może Lucjusz po prostu był bardziej znajomy, bo nawet on nie wyglądał w takich chwilach tak koszmarnie śmierciożerczo.
– W tej chwili? Prawdopodobnie nic. Nie sądzę jednak, żeby to było rozsądne, pozwolić Lily Potter ujść bez zapłacenia za to, co zrobiła.
Draco poczuł krótki płomień pragnienia. Potrafił sobie wyobrazić przeróżne rzeczy, które Snape byłby w stanie zrobić z tymi wspomnieniami. Potrafił sobie wyobrazić Lily wyciągniętą za kudły i poćwiartowaną na oczach całego czarodziejskiego świata – szkoda, że prawdziwe ćwiartowanie już nie było praktykowane, bo naprawdę uważał, że to byłaby odpowiednia dla niej kara – jego ciało aż zadrżało od przyjemności, jaką przyniósł mu ten obraz.
Szkoda. Naprawdę cholerna szkoda.
Draco spojrzał Snape'owi w oczy.
– Nie, proszę pana – powiedział.
Snape zamrugał, a jego zaskoczenie smagnęło Dracona po twarzy niczym zimny wiatr.
– Dlaczego nie? – zapytał po chwili. Jego głos obniżył się do nieprzyjemnego syku. – Wydawało mi się, że będziesz równie gorliwy do przypilnowania, żeby Harry'ego wreszcie spotkała sprawiedliwość za to, co mu zrobiono.
– Bo jestem, proszę pana – powiedział Draco. – Bardziej jednak interesuje mnie teraz okazywanie mu łaski, a on potrzebuje łaski wiedzy, że na tym świecie istnieje ktoś, kto się nigdy nie zwróci przeciw niemu, choćby nie wiem co. Obiecałem mu, że zostanę tą osobą.
Snape przechylił głowę na bok.
– Jeśli wyciągnął tę obietnicę od ciebie pod przymusem, Draco, to nie musisz jej dotrzymywać.
Draco przymrużył oczy i wstał z fotela.
– Jak pan śmie – powiedział, zauważając w lekkim szoku, że Snape się wzdrygnął. – Jak pan śmie w ogóle dopuszczać do siebie myśl, że on jest zdolny do czegoś takiego. Złożyłem mu tę przysięgę z własnej, nieprzymuszonej woli. Mam zamiar jej dotrzymywać z własnej, nieprzymuszonej woli. Niech pan znajdzie kogoś innego, kto panu da swoje wspomnienia. Nie zwrócę się w ten sposób przeciw Harry'emu. Nie, nawet nie dla jego własnego dobra – dodał, kiedy Snape otworzył usta. – Do widzenia panu. Nie powiem mu o tym, co tu zaszło, ponieważ jemu naprawdę nie potrzeba dodatkowego stresu, że jego opiekun zachowuje się jak idiota, ale jeśli spróbuje pan zrobić cokolwiek bez jego albo mojej zgody, a ja się o tym dowiem, to nie będę już miał żadnych oporów.
Wychodząc, zatrzasnął mocno za sobą drzwi.
