Rozdział betowała cheroine - dziękuję! :)
Cookies. Alice, miło, że rozdział poprawił ci humor. Mam nadzieję, że nadchodzący tydzień będzie dla ciebie bardziej spokojny :). Niestety nie jestem pewna, czy dzisiejsze zakończenie będzie lepszym pod względem czekania. W każdym razie, to chyba dobrze, że mimo wszystko masz co robić - czas szybciej zleci. :) Koma, :). CaffeLatte, miło mi poznać :). I cieszę się, że podoba ci się fakt, iż tłumaczę ten fick - chociaż jestem pewna, że i bez tego dałabyś sobie radę :). I, jasne, mogę wytłumaczyć, system nie jest zbyt skomplikowany. Nie mam określonego terminu wrzucania rozdziałów, ale obiecałam, że pojawiać się będą w ciągu tygodnia trzy - każdy w inny dzień. Konkretny dzień nie jest ustalony, zależy to od wielu czynników. W każdym razie, jeżeli od poniedziałku do czwartku żaden nowy rozdział się nie pojawi, to można mieć pewność, że opublikowany on zostanie w piątek - ponieważ jest to ostatni termin, w którym zmieściłabym się z trzema rozdziałami. Kolejne w takim przypadku pojawiają się w sobotę i w niedzielę. Oczywiście możliwe jest też to, że rozdział pojawi się np. we wtorek - wtedy można mieć pewność, że kolejny pojawi się najpóźniej w sobotę. Rozumiesz? :) Cieszę się, że błędów nie wychwyciłaś i że nie rzucały ci się one w oczy. :) Mahakao, niestety nie z tego ficka, chociaż przyznam, że jest genialny :). No i pasuje jak ulał do Toma. A co do najeźdźców - oczywiście, wszystkich na raz. I jeszcze "czynnik", który pojawi się w tym/następnym rozdziale. Kochajmy się wszyscy i tak dalej... ;). Veniti, oczywiście, rozumiem. I wybaczam, chociaż komentarz był jak najbardziej logiczny :). Wspomnianego przez ciebie fanficka nie czytałam, niemniej jednak rozumiem o co ci chodzi. Także chciałabym tak umieć - życie byłoby wtedy o wiele prostsze. A Harry... Harry nie zrobił tego specjalnie. Po prostu musiał nauczyć sie tego u Toma - a Tom bardzo dokładnie je ukrywa. Przez to Potter zmuszony został do zauważania najmniejszych zmian jego twarzy, przez co teraz widzi i te większe - a Gryfoni za bardzo się ze swoimi emocjami nie kryją. Piwa kremowego nie piłam, ale będę musiała to nadrobić. Jeżeli znajdę trochę czasu, to na pewno z przepisu skorzystam :). I tak, Aura i Moce wróciły szybko, dzięki czemu dość szybko dość wiele się o nich dowiadujemy. Znaczy na razie nie wiemy jeszcze, co na to Riddle, znamy tylko spojrzenie Harry'ego. Ale przynajmniej to, co nie? ;) I taak, zakończenie jest ciekawe, chociaż ciekawa jestem, co powiesz o dzisiejszym (i mam nadzieję, że nie zginę z jego powodu śmiercią tragiczną ;)). Cieszę się, że rozdział ci się podobał - a co do twoich komentarzy, to długością się nie przejmuj, bo mi jak najbardziej ona odpowiada :). A Wena się przyda ;).
Każdemu z was z całego serca dziękuję za komentarze. Na mojej twarzy zawsze pojawia się taki wielki uśmiech, kiedy je czytam i jest to po prostu niesamowite :).
Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział spodoba wam się równie mocno (a może nawet i bardziej ;)) jak poprzedni. Życzę wam wszystkim miłego czytania :).
Słowniczek: wężomowa
Ulubieniec Losu
Rozdział pięćdziesiąty piąty
Pierwszą myślą Harry'ego było, że Tom zwariuje.
Jego drugą myślą była pełna niedowierzania groza, dlaczego do stu piorunów reakcja Toma była pierwszą rzeczą, jaka wpadła mu do głowy.
Trzecią, i jak dotąd najbardziej produktywną czy racjonalną, był pomysł rzucenia zaklęcia tarczy.
Uczynił to, starając się znaleźć bardziej korzystną pozycję do obrony i ataku. Jego głowa wykręcała się, szukając Rona i Hermiony. Byli w porządku, lekko oszołomieni, ale na szczęście myśleli na tyle trzeźwo, by wyciągnąć własne różdżki.
Przed nimi toczyła się rzeź.
Dziesiątki śmierciożerców tłoczyło się w małej miejscowości jak czarna fala, pochłaniająca ludność i pozostawiająca po sobie jedynie ślady zniszczenia. Powietrze było gęste od krzyków i paniki, ogień płonął od eksplozji wywołanych podczas nagłego, niespodziewanego ataku.
Natychmiast stał się boleśnie świadomy faktu, że większość ludzi biegających w panice, walczących albo po prostu próbujących uciec, było uczniami. Niedoświadczonymi uczniami, którzy nie wiedzieli, jak walczyć. Zaklął pod nosem, i korzystając z faktu, że nikt jeszcze nie zauważył, kim był (nie lubił myśleć, że arogancją było zakładać, iż najprawdopodobniej cały ten masowy napływ śmierciożerców został zorganizowany w celu zaatakowanie właśnie jego) przyciągnął do siebie swoich najlepszych przyjaciół, myśląc gorączkowo.
- Tajne przejście w piwnicy Miodowego Królestwa, przeprowadźcie przez nie tak wielu uczniów jak możecie – teraz, szybko! – i spróbujcie zaalarmować nauczycieli. Już! – rozkazał, zanim odwrócił się, by rzucić się w wir walki i zająć pojedynkiem z najbliżej stojącym człowiekiem z białą maską na twarzy.
Nie czekał na to, aż śmierciożercy zauważą go i zmierzą się z nim, atakował ich od tyłu i ruszał dalej, pojedynkując się tylko, jeśli sam został zaatakowany albo postawiony twarzą w twarz ze swoim wrogiem; wirował przez obrzydliwą kakofonię barw i rozlanej krwi. Niewyraźnie zarejestrował Hermionę krzyczącą jego imię i Rona wrzeszczącego coś w rodzaju: „nawet się, do cholery, nie waż!", ale już go nie było, został porwany przez bitwę. Miał jedynie nadzieję, że zrobią tak, jak prosił.
Torował sobie drogę, kiedy tylko mógł pomagając innym uczniom i wskazując im przejście do Hogsmeade. Wiedział, że kwestią czasu było, aż śmierciożercy zauważą kierunek ich ucieczki i podejmą odpowiednie działania; miał tylko nadzieję, że jest tutaj wystarczająco dużo ludzi, którzy nie przestaną walczyć i bronić wejścia, utrzymując je otwarte. Kiedy tylko mógł, kierował uczniami, aby im w tym pomóc.
Każde stracone życie było jak gorzka rana zadana mu nożem prosto w serce.
Wtedy pojawił się Tom.
Było jasne, że chłopiec go szukał. I był wściekły.
- Co ty, do cholery, wyprawiasz? – syknął dziedzic Slytherina, odpędzając zbliżających się śmierciożerców niemalże lekceważącym ruchem różdżki.
- Walczę – odpowiedział przez zaciśnięte zęby Harry, obracając się i eliminując kolejnego śmierciożercę. Czuł, że Tom niemal automatycznie wślizguje się za niego, ustawiając się plecami do jego pleców.
- Z pewnością – splunął przyszły Czarny Pan. – Dobra robota, bohaterze, jesteś zadowolony ze swojego normalnego dnia wolnego? – Kilku napastników upadło z obrzydliwym chrupnięciem; Harry mógł się tylko domyślać, że ostatnie zaklęcie Toma było śmiertelnie makabryczne. Śmierciożercy oczywiście nie zdawali sobie sprawy, kim naprawdę był chłopiec, z którym się pojedynkowali.
- Jeszcze nie – odpowiedział niedbałym tonem Harry. Kilku śmierciożerców upadło, kiedy jego zaklęcie wywołało efekt podobny do przewracających się kostek domina. – Ale czuj się swobodnie, odcho…
- Cóż, trudno. Idziemy – wężomowa wyrwała się groźnie z ust Toma.
- Ależ… - podkreślił, warcząc cicho, kiedy szczególnie brutalne przekleństwo prześlizgnęło się przez jego tarczę, ledwie mijając jego brzuch, kiedy zrobił unik. – …czuj się swobodnie, odchodząc.
Tom wydawał się tracić cierpliwość i każdy śmierciożerca wokół nich - i każdy nie-śmierciożerca, jeśli już o tym mowa - stracił przytomność od ogromnej kuli energii. Podniósł brwi.
- Musisz nauczyć mnie tego zaklę… - Tom chwycił jego ramię, szarpiąc go gwałtownie tak, aby nie stali już do siebie plecami.
- Idziemy – powtórzył niebezpiecznie Riddle. – Zrobisz to, albo to nie twoi wrogowie lub obcy dla ciebie ludzie będą następnymi, których przeklnę.
- Nie przeklniesz mnie – prychnął Harry, eliminując kolejną osobę z białą maską, która ośmieliła się naruszyć rosnący, szeroki okrąg dookoła nich. Był horkruksem. Tom był przerażony wcześniej, kiedy wskazywał na siebie różdżką.
Młody Czarny Pan uśmiechnął się okrutnie.
- Miałem na myśli szlamę i zdrajcę krwi.
Harry zamarł w bezruchu, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. Jego serce zatrzymało się, kiedy spojrzał na drugiego chłopca, oceniając, na ile jest poważny. Powaga była aż na dziesiątym poziomie; zabójcza.
- Rozdałeś swoje karty raczej wcześnie w tej grze, mój drogi – kontynuował Tom, a jego uśmiech poszerzył się do rozbrajającego uśmieszku, po czym całkowicie zniknął. Bez żadnego więcej słowa Riddle odwrócił się, wiedząc, że podąży za nim, z gubiącą gracją torując im drogę przez pole bitwy, zarówno pomiędzy śmierciożercami, jak i cywilami.
Przeklinając pod nosem, sztyletując wzrokiem i w napięciu obmyślając aktualnie dostępne opcje pozbycia się tego zagrożenia w swoim umyśle, podążył za Tomem – wykorzystując okazję do dalszego niesienia pomocy tak wielu ludziom, ilu tylko był w stanie, kiedy z powrotem przeciskał się przez tłum.
Wstyd za zostawianie ich palił jego wnętrzności jak kwas, przerażenie ogarnęło jego umysł, strach powodował ciarki przechodzące po jego kręgosłupie i wściekłość ściskała jego serce pierścieniem ognia. To był niski cios. Nawet jak na Toma. Drugi chłopiec był zdesperowany, aby wydostać go – cholernego horkruksa – z linii ognia.
- Jesteś draniem – splunął.
- Jesteś żałosny – odpowiedział spokojnie Tom. Tłum zmniejszył się, z martwymi, nieprzytomnymi albo uciekającymi z Hogsmeade. Krótka bitwa zbliżała się do końca, zwycięstwo lub porażka jak na razie nie była wyraźna po którejkolwiek ze stron.
Chociaż wszystko skłaniało się ku ich porażce.
Wielu śmierciożerców zostało pokonanych, ale i tak na pierwszy rzut oka wciąż przewyższali ich liczebnie. Harry obawiał się siły armii Voldemorta, kiedy była w pełni swojej mocy.
- Nie, naprawdę – kontynuował Tom z odrobiną jadu w głosie. – Twoje pragnienie bohaterstwa jest naprawdę obrzydliwe w swojej słabości.
- Tak jak twoje pragnienie kontrolowania wszystkich wokół siebie – jak, uch, mnie, na przykład. Psycholodzy mogliby dyskutować na temat twojego nadmiernego rekompensowania…
- Naprawdę zamierzasz teraz o tym gadać? – zakwestionował kwaśno Tom, podczas gdy wywalczali sobie przejście. Obaj mieli kilka obrażeń, ale żadne nie zagrażało ich życiu. – Jesteś hipokrytą, wiesz o tym, Evans?
Harry uśmiechnął się szyderczo.
- I kto to mówi? – odparował znacząco. Tom rzucił mu nieprzyjemne spojrzenie, pozbywając się kolejnego śmierciożercy. Zbliżali się teraz do krawędzi pola bitwy.
- W żaden sposób nie ukrywam tego, czym jestem – odpowiedział wyniośle Riddle. – Ale ty tak. – Po raz pierwszy, odkąd rozpoczęli „rozmowę", Harry usłyszał nutkę prawdziwej, czystej furii w głosie drugiego chłopaka. – Jesteś hipokrytą. Mówisz mi, żebym się troszczył, a kiedy to robię, rzucasz mi tym w twarz i mówisz mi, bym spadał, ty niewdzięczny bachorze. Zawsze jęczysz o tym, że próbuję cię zmienić, ale, oczywiście, jeśli ty mówisz mi, bym zmienił swoją psychopatyczną naturę, to jest okej…
- To nie tak – warknął Harry. – Masz jakiekolwiek pojęcie o…
- Kłopoty w raju? – zapytał szyderczo jakiś głos.
Jego blizna eksplodowała bólem.
