49. Rozdział, w którym Harry dowiaduje się w końcu gdzie będzie trenował swoich kolegów.

Severus naprawdę nie znosił Hogwartu.

Nie znosił go, kiedy sam był uczniem, a teraz kiedy musiał pilnować bandy kretynów, by się nie wymordowali, mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że nienawidzi tej szkoły. Był środek tygodnia, a on miał ochotę zjawić się na progu Malfoy Manor, chwycić Lucjusza za włosy i aportować do cholernych Włoch albo Szwajcarii, tylko po to by stłuc go i wyruchać. A potem znów stłuc i znów wyruchać aż straciłby czucie w całym ciele.

Niestety seks z użyciem noży, pazurów i świeczek nie wchodził w grę, bo kolejny raz znalazłby Harry'ego z ranami na całym ciele, oraz kilka osób histeryzujących, że Harry stał się ofiarą jakiejś mrocznej klątwy. Naprawdę nie chciało mu się nikomu tłumaczyć kolejny raz, że to tylko eksperymenty śmierciożerców. W końcu ktoś połączyłby jego wyjścia z zamku z uszkodzeniami pojawiającymi się na Potterze.

Nie miał też pojęcia jak wyjaśnić Lucjuszowi, że brutalny seks od tej chwili nie będzie miał miejsca, bez zdradzania mu prawdziwych powodów tej decyzji. Malfoy znał go za dobrze, by uwierzyć w cokolwiek innego niż prawdę. Co w tym momencie niesłychanie Severusa cieszyło, to fakt, że Lucjusz miał do przeprowadzenia jakieś papierkowe roboty dla Riddle'a i niepokojenie go nie wchodziło w grę.

El Grinni dał wyraźne rozkazy, by ograniczyli kontakty jedynie do tych prawdopodobnych i zajęli się tkwieniem w zbudowanej przez lata sieci kłamstw i zależności.

A jednak tkwienie w zimnych murach i obserwowanie bandy małych psychopatów robiło się uciążliwe. Zwłaszcza jednego zielonookiego gnojka.

Snape nie był głupi. Potrafił wyczuć kłamstwo na odległość, a Harry łgał od poniedziałku, aż robiło mu się niedobrze. Snape był pewny, że to nie Harry wywołał burdę z Nottem w poniedziałek wieczorem. Potwierdziły to dodatkowo słowa Draco, który przybiegł po pomoc tamtego wieczora. Sev kazał mu trzymać się z dala od całej tej awantury. Może dzięki temu nie oberwie się Malfoyowi ani od Pottera, ani od Notta. Gdyby się tam znalazł, Harry na pewno by nie uwierzył, że Draco nie współpracował z nimi.

A jednak Snape nie czuł wtedy strachu czy niepokoju w emocjach Harry'ego, nie mógł więc być absolutnie pewny czy Potter specjalnie nie podkręcił sytuacji, by wpakować Notta w tarapaty. Czuł od niego jedynie wciąż wibrującą wściekłość.

W poniedziałek mu to nie przeszkadzało, sam nie był zadowolony, tyle rzeczy działo się wokół. Pojawienie się Tonks i jej promienne uśmiechy do wszystkich. Skwaszona mina Umbridge przez cały dzień, bo Nymphadora uczepiła się jej ogona niczym rzep. Albus chodził częstując wszystkich cukierkami, a wieczorem jeszcze zajście w lochach.

Ukarać Notta trzeba było. Wyrzucać ze szkoły, znów nie za bardzo. Mógłby tego nie zgłosić, ale wtedy rozpętało by się piekło. Gówniarz i tak czuł się zbyt pewny siebie u Albusa. Kara którą uzyskał, została uznana za śmieszną , ale chwilowo, jak Snape miał nadzieję, powinna utemperować zapędy ślizgona do nastawania na zdrowie Pottera... gdyby Snape nic nie zrobił tamtego wieczora, Potter byłby martwy przed końcem tygodnia.

W podzięce za uratowanie tyłka, cały wtorek Potter coś kombinował, unikając go jak ognia. Wieczorem wybrał się na wycieczkę po zamku, rzekomo po jedzenie... Sev jednak nie dał sie zwieść... wiedział, że nie z powodu pustego brzucha gówniarz opuścił swój pokój. Zidiociały skrzat poinformował go jedynie, że spotkał „panicza Pottera" na korytarzu trzeciego piętra, koło toalet. To nie mówiło Severusowi absolutnie nic. Innych informacji zidiociałe stworzenie nie zamierzało mu udzielić, albo jak twierdziło nie miało pojęcia o wcześniejszym miejscu pobytu Harry'ego.

Snape miał świadomość, że musi wyznaczyć gówniarzowi więcej zajęć, inaczej emocje i hormony które w nim buzowały, rozsadzą go na kawałki i pół zamku przy okazji. Nie miał jednak za dużo możliwości, bez ujawniania kilku otaczającym go osobom swoich zamiarów. A tego z oczywistych względów nie chciał robić.

Jakby tego było mało, na śmierć zapomniał, że chłopak miał dzisiaj zasłużyć sobie na szlaban.

Potter wysadził kocioł w trakcie zajęć. Skutkiem tego Granger wylądowała z poparzeniami w ambulatorium, a Weasley musiał iść się wykąpać, bo śmierdział jak martwy zając. Z niewiadomych przyczyn, Potter ocalił jednak Longbottoma, rzucając wokół niego tarczę ochronną. Oczywiście Malfoyowi oberwało się tym samym co Granger, a Nott jakimś cudem porzygał się na fioletowo, choć żaden ze składników wywaru leczącego grzybicę nie miał prawa spowodować takich skutków ubocznych.

Snape był naprawdę wściekły. Nie musiał łgać, że daje bachorowi szlaban. Najchętniej bowiem sprałby go na kwaśne jabłko. Wieczorem do listy rzeczy niemiłych, które chętnie uczyniłby Potterowi, dodałby jeszcze posypywanie solą rany na czole, kiedy Madam Pomfrey zgłosiła, że Vincent i Gregory wylądowali z odwadniającą ich sraczką i wymiotami w skrzydle szpitalnym.

Na szczęście do tego czasu magomedyczka zdążyła już wypuścić Malfoya i Granger, którzy wdali się w awanturę, leżąc lóżko w łóżko w ambulatorium. Oboje zarobili szlaban, za rozwalenie szafki pod oknem i czeka ich sprzątanie biblioteki. (Co dla tej dwójki zapewne nie będzie zbytnio uciążliwym zajęciem, jeśli nie wręcz zadowalającym.)

##

Harry wszedł zadowolony do salonu, przerywając Severusowi lekturę prac trzeciorocznych puchonów.

- Spisałem się dobrze? Chodziło ci o coś takiego? - uśmiech zadowolonego z siebie idioty nie schodził z twarzy Pottera.

- Przesadziłeś. - warknął Severus i spojrzał na niego z politowaniem.

- Musiałem być przekonujący. Widziałeś minę tej całej Tonks? Ładny z niej auror, cała sala wybucha, a ona rzuca się chronić jedną osobę. - Snape zignorował wyraźna dumę w głosie chłopaka, który odkrył nagle, że jest kilka osób które chronią właśnie jego głupią dupę.

- Co zrobiłeś naczelnym pawianom Slytherinu? - Mina Snape'a była nieodgadniona. Harry wyszczerzył się i wzruszył ramionami.

- Takie są skutki jak się kradnie dzieciom cukierki. - Snape prychnął.

- Harry, poparzyłeś dwoje uczniów. - Zaplótł dłonie na piersi.

- To Malfoy.

- Poparzyłeś członka Slytherinu i prefekta Gryffindoru.

- Nie będziesz chyba bronił Granger?! Jak jest taka mądra, mogła się zorientować, że coś się nie zgadza w ich kociołku.

- Nie, nie mogła, i doskonale o tym wiesz. Dodałeś piołunu i wody destylowanej. I wiedziałeś, że mikstura nie zmieni barwy. Do diabła, Harry! Mogłeś wysadzić połowę lochów!

Gówniarz otworzył paczuszkę z magiczną żabą w środku i odgryzł jej głowę, po czym zadowolony sięgnął po pergamin leżący na biurku Severusa. Wciąż uśmiechał się zadowolony z siebie.

- Orion D'arte. Nie kojarzę… skąd on wyssał informacje, że skrzeloziele może zabić? - Snape wyrwał mu z dłoni pergamin i spojrzał groźnie na dzieciaka.

- Chciałbym, żebyś teraz poszedł do siebie i odrobił swoje prace domowe, także te które masz oddać w piątek. Jutro zaczniemy treningi. Nie będziesz miał czasu na pisanie esejów w czwartki.

- Ale na piątek mam tylko esej z eliksirów.

- I dlaczego sądzisz, że go nie napiszesz? - Severus uniósł brwi i spojrzał groźnie na dzieciaka.

- Przykrywka. Rozumiem. Naprawdę. Ale mógłbym tam napisać naprawdę cokolwiek, jak ten tu puchon.

- Nie, nie mógłbyś. Skoro już przeklęło nas nieszczęście przebywania w tej szkole, skończysz ją i to skończysz z dobrym wynikiem. A ja nie będę się podkładał, stawiając ci dobre stopnie za bajki wypisywane na pergaminie.

- Aleś się przypieprzył. - Mruknął Harry i naburmuszył się lekko.

- Język, Potter! - syknął wściekle Severus.

- Co cię ugryzło?

- Co mnie ugryzło? Mnie?! Kłamiesz, kombinujesz, nie mam pojęcia gdzie łazisz wieczorami po zamku, trujesz kolegów ze slytherinu i wysyłasz do ambulatorium bogu ducha winnych ludzi!

- Bogu ducha… no nie wierzę… to są ślizgoni! Przyszli śmierciożercy!

- Ich los nie jest jeszcze przesądzony! A Granger, jak ostatnio sprawdzałem nie była w Slytherinie i nie zasłużyła, by obrywać płomieniem, który zarezerwowałeś dla Malfoya!

- Nie mówisz poważnie?!

- Jestem diabelsko poważny, Potter. To że chcę cię chronić przed Riddlem, nie znaczy, że pozwolę ci się zmienić w mściwą maszynę do zabijania, która tłucze po wszystkim co krzywo na nią spojrzało!

- Nie wiesz o czym mówisz.

- To mnie oświeć, panie: pewny siebie i niszczący wszystko wokół.

- Ja muszę trenować. Muszę być lepszy od nich wszystkich. Szybszy. Nie mogę się wahać.

- Musisz być mądrzejszy. Przeklinanie wszystkiego co ci wejdzie w drogę nie jest rozwiązaniem.

- Czy ktokolwiek poskarżył, że to ja otrułem Grega i Vince'a?

- Nie, ci kretyni oskarżyli Arkanę Avery.

- Widzisz? - Wzruszył ramionami Harry.

- Nie sądzisz chyba, że ktokolwiek uwierzył, że pierwszoroczna dziewczynka miała z tym coś wspólnego. Harry nie jesteś bezkarny. Nikt nie jest.

- Theo jest.

Snape westchnął.

- Teodor Nott został ukarany za to co zrobił. Nie tobie decydować o tym kto, kiedy i w jaki sposób zapłaci za swoje błędy.

- Błędy? Grożenie mi rychłym zgonem nazywasz błędem?!

- Harry. Nie mogłem wyrzucić Notta ze szkoły. Pamiętaj, że wciąż udaję wiernego śmierciożercę.

- Tylko udajesz? - Snape zacisnął pięści i wstał. Tego było za wiele.

- Wyjdź. - Wwskazał drzwi. Harry prychnął i ruszył energicznym krokiem do sypialni, wciąż naburmuszony. Drzwi trzasnęły za nim i Snape przymknął powieki, starając się uspokoić rosnącą w nim furię. Kiedy jednak nabrał kilka porcji tlenu, uświadomił sobie, że to nie jego furia. To Harry wariował z nadmiaru emocji.

Severus westchnął, wiedząc, że pierwszą rzeczą jaką zaczną trenować, będzie walka w animagicznej formie. Pozwolenie Potterowi w tym stanie ducha na wyciągnięcie różdżki, mogłoby się okazać katastrofą.

##

Hermiona Granger siedziała w bibliotece, pisząc esej dla Binnsa, gdy zjawił się przed nią skrzat. Najdziwniej ustrojony skrzat, jakiego kiedykolwiek widziała. Miał na sobie miniaturową szatę balową, a na głowie ocieplacz do dzbanka na herbatę.

- Panienka Granger? - Wielkie oczy stworzenia spojrzały na nią ciekawie.

- Tak. - odparła szeptem.

W dłoni skrzata pojawiło się niewielkie pudełko, które wyciągnął w jej stronę w swoich chudych łapkach.

- Panicz Potter kazał to panience przekazać.

- Niech Panicz Potter zje swoje trampki. Wystarczająco mnie już dziś załatwił na Eliksirach. Nic od niego nie chcę.

Stworzenie zaczęło łupać głową w blat stołu, przykuwając uwagę kilku osób. Hermiona zatrzymała jego próby uszkadzania siebie. W wielkich oczach skrzata były łzy. Rozejrzała się w panice czy nie pojawi się pani Pince.

- Zgredek przeprasza. Zgredek nie chciał wystraszyć panienki. Paczka nie przeklęta. Harry Potter posłał czekoladki.

- W ambulatorium znalazło się dziś dwóch ślizgonów, po zatrutych słodyczach. Powiedz temu swojemu paniczowi Potterowi, że nie zjem niczego co dostarczył jego skrzat, choćby spróbował tego przy mnie osobiście.

- Zgredek nie jest skrzatem panicza Pottera. Zgredek to wolny skrzat. Służy komu chce.

- A komu chce? - spytała niemal natychmiast.

- Paniczowi Potterowi. Panicz Potter uwolnił Zgredka. Zgredek jest dumnym, wolnym skrzatem. Zgredek ma własne skarpetki.

Hermiona wybałuszyła oczy i obejrzała stworzenie. Faktycznie, to co owy Zgredek miał na sobie nie było poszewką, obrusem, ani firanką, było regularnym ubrankiem. W dodatku, co zauważyła dopiero teraz, skrzat miał na sobie jedną skarpetkę czerwoną, a drugą niebieską, jednak nieodwołalnie były to skarpetki.

- Co jest w pudełku?

- Czekoladki. Ze sklepu. Panicz Potter nie dodał do nich niczego. Tylko karteczkę.

Hermiona westchnęła i wzięła paczuszkę od skrzata, by uchronić go przed kolejną próbą zrobienia sobie krzywdy.

- Jeśli coś mi się stanie, dyrektor się o tym dowie.

- Dyrektor Albus Dumbledore wie o wszystkim. Jak panienka trafi do ambulatorium, też się dowie.

Hermiona pokręciła tylko głową, nie wierząc w to co się właściwie dzieje. Zabrała notatki, i książkę, którą czytała, oraz tajemnicze pudełko i ruszyła z nim do wieży gryfindoru.

Gdy już była w swoim pokoju, zabezpieczyła drzwi i ostrożnie, za pomocą różdżki, otworzyła pudełko, spodziewając się kolejnego wybuchu. Nie miała pojęcia czemu Potter miałby wysyłać skrzata, po to żeby posłać jej coś śmiertelnego, skoro za dwa dni mają kolejne zajęcia z eliksirów i gdyby się uparł mógłby znów cos wysadzić. Ale to był ślizgon, a ślizgoni, jak wszyscy wiedzą, byli źli.

Ani przez chwilę nie uwierzyła dziś, że to była przypadkowa eksplozja. Potter nigdy nie dokonywał przypadkowych eksplozji. Jeśli idzie o eliksiry był w nich równie skrupulatny co Snape, a o taką precyzję nie było łatwo. Nawet Malfoy był tylko mierną imitacją intelektu i uzdolnień magicznych, gdy w grę wchodziły eliksiry.

Kartonik otwarł się powoli, ale nic nie błysnęło, ani nie huknęło. Ostrożnie zajrzała do środka i w tym samym momencie na jej twarzy pojawił się uśmiech. Wewnątrz było kolejne pudełeczko. Białe pudełeczko z tektury, które doskonale znała. W białym pudełeczku powinny być… białe kokosowe kuleczki… podniosła ostrożnie kartonik Rafaello i dostrzegła wewnątrz bilecik.

Gdy go otworzyła, na papierze pojawiły się drobne, pisane zielonym atramentem literki:

„Przepraszam"

Skrzywiła się nieznacznie, niedowierzając słowom ślizgona, po czym otworzyła folię z kokosowym smakołykiem.

##

Snape przemierzał właśnie korytarz energicznym krokiem. Był niemal spóźniony na zajęcia z trzecim rokiem Ravenclaw/Hufflepuff. Przez 12 lat, pracując w tym błaganie nie spóźnił się na zajęcia, a wystarczył jeden nieznośny chłopak, którego sypialnia sąsiadowała z jego salonem, by dobrze wyliczone minuty z rana przestały mieć znaczenie.

Świat przestał się kręcić wokół - podnieść się z łóżka, ubrać przeklęte czarne szmaty, wyjść z lochów.

Zaczynał się od: „dzień dobry, Severusie, jak ci się spało?", przez „czy dobrze wyglądam w tej fryzurze?", na wiecznie zajętej przez chłopaka kabinie prysznicowej kończąc. Wszędzie walały się jakieś książki, notatki i słodycze. Do pełni szczęścia brakowałoby jeszcze, żeby sprowadził tu jakiegoś kundla, z którym trzeba by wychodzić na spacery.

Na szczęście natura Harry'ego omijała z dużą zawziętością chęć posiadania psa.

Niestety obrażona wczoraj duma Pottera sprawiła, że zajął łazienkę na niemal godzinę rano i ani myślał ustąpić Sev'owi, by wpuścić go wcześniej do środka.

Kiedy w końcu Snape wpadł jak burza do sali eliksirów, dzieciaki już siedziały w ławkach, a po sali latały magicznie napędzane samolociki.

- Smithson co to ma znaczyć? - spytał ponurym tonem jednego z bardziej opanowanych krukonów. -Wydawało mi się, że powiedziałem jasno, że nie wolno wam wchodzić do gabinetu bez mojego nadzoru. Dwadzieścia punktów od Ravenclavu.

- Ale panie profesorze- zaczął chłopak, przepiskliwym tonem. Wszystko wewnątrz Severusa zjeżyło się na ten dźwięk.

- Dziesięć punktów za wypowiadanie się bez pozwolenia. - Warknął i na sali zapadła głucha cisza. Za plecami usłyszał znudzone westchnienie. Obrócił się by odjąć punkty kolejnemu samobójcy i stanął twarzą w twarz z Lucjuszem. - Pan Malfoy tutaj? Czym sobie zasłużyłem na wizytację o tak wczesnej godzinie? - wysyczał niemal lodowatym tonem.

- Rada szkoły postanowiła objąć kontrolą poczynania nauczycieli.

- I postanowili zacząć od moich zajęć? Zapewniam pana, że wczorajszy wypadek nie spowodował trwałego uszczerbku na zdrowiu pańskiego syna. - Wycedził, mając nadzieję, że pozbędzie się Lucjusza z sali. Nie chciał żeby oglądał go w tej sytuacji.

- Och, już mnie o tym poinformowano. Ale cóż poradzić, profesorze Snape, taki grafik. Za godzinę znikam na planowaną Obronę szóstego roku Gryffindoru. Słyszałem wiele o tych zajęciach.

- Zapewne i o tej porze mógłby pan zaobserwować tam coś ciekawego. - skrzywił się pod nosem, mając nadzieję, że Lucjusz pojmie aluzję. Słodka, kpiąca mina Malfoya świadczyła jednak, że zupełnie nie zamierza nic zrobić z sugestią, nawet jeśli dotarła we właściwe miejsce.

- Zaiste, profesorze Snape. Jednak obowiązek, to obowiązek. Wierzę, że wypełnia pan obowiązki nauczyciela eliksirów z należytą starannością, jednak sprawdzić muszę. Wierzę, że pan to zrozumie. -Mina Lucjusza wyglądała jakby chciał przeprosić cały świat. Za dobrze jednak znał tego bydlaka, by nie dostrzec złośliwych iskierek w szarych oczach. Snape zignorował przytyk i wyświetlił na tablicy przepis na eliksir oczyszczający skórę. - Lucjusz skrzywił się pod nosem złośliwie i zaczął notować coś w swoim kajeciku, który miał pod nosem. Severus z poważną miną zasiadł do biurka i zaczął obserwować przeklęte bachory.

Dzisiejsza mikstura nie miała prawa wybuchnąć... jednak wolał dmuchać na zimne i nie spuszczać gówniarzy z oczu. W wolnej chwili zaczął poprawiać esej o wpływie wiesiołka na przyrządzane mikstury, jakiejś dziewczyny z czwartego roku, kompletnie ignorując obecność Malfoya w klasie. Nagle litery przed jego oczami zaczęły się rozmazywać i pojawiło się przed nim pochyłe, fikuśne pismo. Zakręcone ogonki przy literach sprawiały, że Sev nie pomyliłby tego pisma z żadnym innym.

Spojrzał wściekle na blondyna chodzącego między ławkami i obserwującego, jak dzieciaki kroją składniki do eliksiru. Ten jednak tylko skinął głową i zaczął znów coś notować. Pytanie o samopoczucie Severusa zniknęło z pergaminu, a na jego miejscu pojawiło się nowe:

Jak się czuje Draco?

Umiarkowanie. Czemu pytasz? - odpisał szybko, rzucając wcześniej bezgłośny czar komunikacji.

- Panno Lermunde, proszę jeszcze raz przeczytać przepis na ten eliksir. Nie przypominam sobie, żeby pani potrzebowała soku z czarnuszki, a to właśnie pani osiągnie, gniotąc tak te biedne ziarenka.

Kilku Krukonów parsknęło śmiechem. Nie dało się bowiem wycisnąć nic z ususzonych ziaren jakie mieli przed sobą.

Jesteś okropny. Co ci zawiniła ta biedna dziewczynka?

Doprawdy? Będziesz teraz oceniał moje metody wychowawcze? - Severus odpisał na wiadomość Lucjusza, udając, że komentuje pracę nad którą siedział.

Metody zastraszania, a nie wychowania...

Czego naprawdę chcesz?

Draco wczoraj został ranny. W dodatku nie napisał do mnie odkąd pojawił się w szkole. Nie wiem co się dzieje.

Nie będę ci tego teraz tłumaczył. - odpisał i spojrzał na Lucjusza jakby ten był ciężkim kretynem.

Nie mam innej możliwości kontaktu z tobą. Starzec musiał zabezpieczyć teren szkoły.

Opowiem ci wszystko jak się spotkamy. Fizycznie wszystko z nim w porządku.

- Panie Fitzgerald, czy nie odróżnia pan lewej od prawej? Kręcąc w kierunku ruchu wskazówek zegara otrzyma pan pastę do podłogi, a nie eliksir na pryszcze.

Ktoś w tle parsknął i Severus spojrzał na dziewczynę oburzony. Rude sprężynki wystające z jej głowy sprawiały, że wyglądała jak wściekły pudel.

- Tak, panno Stevenson? Znajduje to pani zabawnym? Zobaczymy co pani uwarzy w tym swoim kociołku. Sądzę nawet, że przetestujemy jego skuteczność na pani. - uśmieszek zniknął z twarzy krukonki i ta pochyliła się nad podręcznikiem, udając że coś sprawdza.

A co z psychiką? - Widniało pytanie na kartce przed nim, gdy spuścił na moment wzrok. Miał ochotę warknąć.

Wiesz jak jest.

NIE WIEM! - Pojawiły się wielkie literki. - Boję się. Co się dzieje?

Nic czego byś się nie mógł domyślić. Jest w rozsypce.

Ale czemu nie odpisuje na listy do domu? - Severusa zagotowało. Nie będzie teraz odpisywał na te brednie.

Może nie ma ochoty gadać z ojcem, który chciał mu zabić kochanka. - odpisał i wstał od biurka, uznając tą idiotyczną wymianę notatek za zakończoną.

- Panie, Brown. Co mówiłem przed chwilą o odróżnianiu lewej od prawej? - Eliksir miał niebieski kolor i śmierdział jak zgniłe jaja. - Może mi pan powiedzieć czemu dodał pestek z wisielca, zamiast z wiesiołka do kociołka? Evanesco. - prychnął oburzony, wyparowując zawartość naczynia, zanim zacznie być szkodliwe dla zdrowia. - 10 punktów od Hufflepuffu za nieumiejętność czytania ze zrozumieniem. - Spojrzał wymownie na Lucjusza wypowiadając te słowa. - Proszę otworzyć książkę na stronie 62 i przeczytać trzy razy przepis na ten eliksir. Być może, jak napisze pan esej na dwie stopy o różnicach między tymi składnikami, coś zostanie w pańskiej pustej głowie.

Lucjusz zrobił oburzoną minę, wiedząc że słowa te tyczyły się jego osoby. Stanął przy drzwiach pisząc coś zaciekle na pergaminie. Severus był zły. Lucjusz powinien rozumieć co się dzieje z dzieciakiem, przecież widział go przez całe wakacje. Wiedział doskonale jaki wpływ na człowieka ma więź i jakie uczucia go męczą. Powinien się domyślić co czuje Draco, odkąd dowiedział się o tym, że ojciec okłamywał go pół życia.

Severus najchętniej powiedziałby prawdę dzieciakowi. O El Grinni. Więziach. Przepowiedniach. prawdę o przyczynach wstąpienia Lucjusza do śmierciożerców. Ale El Grinni by go za to zabił. Przykrywka szpiega budowana przez kilkanaście lat byłaby spalona, gdyby ktoś odkrył prawdę. Obecne bariery umysłowe chłopca nie pozwalały zaś nawet na złudzenie, że obroni się przed atakiem choćby miernego legilimenty.

Malfoy nic już nie napisał Severusowi. Krążył tylko po sali z niezadowoloną miną. Gdy przeklęta lekcja się skończyła, podszedł do biurka Severusa. Ten poczekał aż ostatni krukon opuści salę, po czym zabezpieczył drzwi.

- Czyś ty zupełnie ocipiał?! - Ryknął na niego, gdy mógł już swobodnie mówić.

- Sev, ja się martwię. - Oczy Lucjusza były podkrążone i zwyczajnie szare.

- Martw się gdzie indziej. To jest do cholery, pracownia eliksirów! Wiesz doskonale jak się czuje twój syn i co z jego psychiką robi więź. Wiesz kto jest dla niego najważniejszy...

- Jak mam utrzymać przykrywkę i syna jednocześnie?

- Nie wiem czy to w ogóle możliwe.

- Przeklęty satyr musiał o tym wiedzieć...

- Co mam ci powiedzieć? - Lucjusz wzruszył ramionami. - Mam na niego oko. Nic więcej nie mogę zrobić, nie zdradzając siebie i całej reszty. Wiesz to tak samo jak ja.

- Co z tym wypadkiem?

- Harry musiał sobie zasłużyć na szlaban, żebym mógł mieć z nim oficjalny kontakt po zajęciach. - Lucjusz skinął głową ze zrozumieniem. - Nie przychodź więcej na moje lekcje. - Malfoy skinął głową kolejny raz, po czym wyjął zapieczętowany pergamin.

- Daj to proszę Draco. - Snape wziął rulon i schował go w kieszeni szaty, po czym westchnął zmęczony.

- A jak już musisz tu przychodzić, zakładaj dłuższą marynarkę: na litość Merlina, zakrywaj tyłek. Chcesz żebym zwariował? - Lucjusz uśmiechnął się na ułamek sekundy, połechtany komplementem.

- Znikam nadzorować tą wariatkę z ministerstwa. Wpłynęły na nią już trzy oficjalne skargi. Rada w końcu może zacząć coś robić, żeby się jej pozbyć. - Sev skinął głową.

- Baw się dobrze. - Puścił oko do blondyna. - I nie przejmuj się tak. Twój syn jest w rękach najlepszego mistrza eliksirów w tym kraju.

##

Lucjusz wyszedł z gabinetu Severusa i skierował swoje kroki na piętro, gdzie mieściła się sala Obrony. Musiał się skoncentrować, żeby iść z podniesioną głową przez korytarz, a nie skulić się w kącie i zawyć jak ranione zwierzę. Wiedział, że przychodzenie tu to pomyłka. Łudził się jednak, że przez przypadek natknie się na Draco w korytarzu. No i zwyczajnie chciał zobaczyć Severusa. Nie przypuszczał nawet, jak męczące będzie widzieć go i nie dotknąć... czuł się niemal jak kilkanaście lat temu, gdy szef zabronił im się widywać dla dobra misji. Gdy wszystko co udało im się zbudować musiało zostać wymazane z ich świadomości. Kiedy nie mógł go dotknąć, tak jak tego pragnął. Gdy miał go pod swoim dachem przez prawie trzy miesiące i musiał zachować się tak, by Narcyza niczego się nie domyśliła.

Od ostatniego spotkania minęło kilka dni, a on już tęsknił za tymi długimi, zgrabnymi palcami. Chciał mieć je w sobie. Chciał też zabrać stąd Draco i uciec z nim gdzie pieprz rośnie. Chciał z nim porozmawiać. Wyjaśnić wszystko. Że wcale nie chce śmierci Pottera. Że nie jest po stronie Voldemorta... a jednak szef miał rację. Musiałby zniszczyć wszystko, na co pracował tyle lat... jego syn to pewnego dnia zrozumie. Wybaczy mu te niedopowiedzenia.

Stek kłamstw, a nie niedopowiedzenia! - Wrzeszczał jego umysł.

Nie rozumiał czemu El Grinni nie chce obłożyć Draco blokadą psychiczną podobną do tej, którą stworzył dla Pottera. Dlaczego można było robić tak wiele dla tego przeklętego chłopaka, a nie robić nic dla własnej rodziny?

##

Wpadła niczym burza do wielkiej sali. Podeszła do stołu pełnego ślizgonów, gdzie Potter siedział i dyskutował z Zabinim. Tupnęła zirytowana i ukuła go palcem w ramię, by przykuć jego uwagę.

- Jeśli myślisz, że możesz mnie przekupić, to się pomyliłeś! Nie mieszaj mnie w wasze zabawy. - Potter wstał od stołu i spojrzał jej w oczy odciągając nieco na bok.

- To nie było moją intencją. Przepraszam jeśli cię obraziłem. - Uśmiechnął się smutno. Czy moja wiadomość nie dotarła?

Hermiona pomachała białym bilecikiem przed nosem Harry'ego.

- Dotarła, oczywiście, że dotarła. Harry Potter musi pokazać wszystkim wkoło, jak jest wyjątkowy mając skrzata na własne usługi w szkole!

- Musiało zajść jakieś fatalne nieporozumienie. To miało ci poprawić humor, nie rozłościć. Chciałem, żebyś wiedziała, że nie planowałem zrobić ci krzywdy na zajęciach.

Hermiona prychnęła oburzona.

- To było niskie. I dla twojej wiadomości, wiedz, że trafiły do śmieci.

Potter skrzywił się niezadowolony. A po chwili nonszalancko wzruszył ramionami.

- Cóż, próbowałem, prawda? - Po tym geście odwrócił się z powrotem do stołu i zaczął nakładać sobie jedzenie na talerz.

Granger obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę swojego stołu. Harry zbył pytające spojrzenie Zabiniego i z uśmiechem na ustach wgryzł się w pasztecik.

- Z czego się tak cieszysz, głąbie? Właśnie zrobiła z ciebie idiotę na oczach połowy szkoły.

- Och, nic takiego, Blaise. Po prostu… jej dłonie pachniały kokosem.

##

Proszę, przeczytaj ten list do końca, nawet jeśli bardzo chcesz go zniszczyć.

Ten jeden jest niecenzurowany, sam wiesz jakim cudem.

Sowy w szkole są pod ścisłą kontrolą dyrektora.

Wiem, że jesteś na mnie zły i masz do tego pełne prawo. Przepraszam za to co zrobiłem w wakacje. Nie wiedziałem, że może istnieć inne rozwiązanie. Nie wiedziałem, że Severus takowe znalazł. To co zrobiłem, wydawało mi się jedynym wyjściem. Jedyną opcją, by ocalić Twoje życie. A wierz mi, lub nie, ale jest ono dla mnie bardzo ważne.

Chcę napisać, że rozumiem Twój żal. Zrozumiem też, jeśli po tym co się stało, nie będziesz chciał mnie widzieć, póki nie będę miał możliwości wyjaśnienia wszystkiego.

To nie jedyna decyzja, której nie jestem w stanie odwrócić. Przyczyny podjęcia innych też powinienem ci wyjaśnić. Nie są to jednak rzeczy, które powinny znaleźć się w korespondencji, nawet tak dobrze zabezpieczonej, jak ta. Jeśli nie mogę tego zrobić osobiście… cóż pewne rozmowy należy przeprowadzać w cztery oczy. Mam nadzieję, że to rozumiesz.

Proszę Cię tylko, byś nie krzywdził matki. Wiesz doskonale, że nie miała nic wspólnego z tym co zrobiłem. Nie karz jej za moje błędy. Narcyza kocha Cię z całego serca i odchodzi od zmysłów, nie mając wieści od ciebie.

Do tej pory już pewnie wiesz kto patrzy ci nieprzychylnie na ręce. Uważaj na ludzi, o których myślisz, że chciałbym byś się z nimi sprzymierzył. Nie pozwól się zranić bardziej niż to już się stało. Bądź ostrożny…

Kocham Cię, mój Smoku.

Ojciec.

Draco przymknął oczy i wciągnął powietrze ze świstem. Nie będzie teraz płakał. Przecież tych kilka słów niczego nie zmienia.

Pociągnął nosem i zacisnął szczeki, po czym wyjął różdżkę.

Błyskawicznie rzucony czar zniszczył w mgnieniu oka dowody istnienia jakiejkolwiek korespondencji.

##

Harry nie mógł się doczekać odkrycia pokoju, który miał podobno spełniać wszystkie zachcianki użytkownika. To wydawało się zbyt piękne. A jednak Snape był absolutnie przekonany, że coś takiego istnieje na terenie szkoły.

Harry przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy gdyby zażyczył sobie haremu z gołymi chłopakami, też by to dostał.

Po południu dotarł wraz z Severusem na siódme piętro. Rzadko bywał w tej części zamku. W końcu nie było tu wiele więcej, poza sypialniami gryfonów. Oczywiście gdzieś w okolicy znajdował się też gabinet Flitwicka. Kilka razy lądował u niego na dywaniku, więc miał mgliste pojęcie jak tam trafić. Odkąd jednak zaczął współpracę z Weasleyami, zdarzało mu się być tu już trzy razy w tym miesiącu, a to więcej niż w ciągu całego ostatniego roku.

Drzwi w korytarzu pojawiły się, gdy tylko Snape przeszedł obok szarej ściany, mrucząc coś pod nosem. Mężczyzna natychmiast je uchylił i wepchnął Harry'ego do środka, zamykając za nimi drzwi.

Oczom Harry'ego ukazał się… las tropikalny. Było duszno i wilgotno. Harry słyszał ptaki ukryte gdzieś w gałęziach wysokich, zielonych drzew. Mógł poczuć gorący powiew wiatru i usłyszeć go jak szumi między gałęziami. Zaciągnął się głęboko powietrzem i poczuł woń kwiatów, liści i wilgotnej trawy. Całe jego ciało aż zawibrowało na myśl o wytarzaniu się w tej trawie.

Po chwili otrząsnął się z szoku i zamknął usta. Rozejrzał się tym razem uważnie, próbując przejrzeć iluzję. Bo musiała to być iluzja. Prawda?

Musiał się bardzo skupić, żeby dostrzec drzwi wejściowe. Gdzieś na obrzeżach tego obrazka dostrzegał ściany otaczające gęstwiny.

- Whow. - szepnął zachwycony. - Skąd wiemy, że nikt tu nie wejdzie?

- Bo drzwi z tamtej strony ściany zniknęły. - Odparł brunet i uśmiechnął się pod nosem zadowolony.

Harry uniósł brwi w zdumieniu. Nie powiedział już jednak ani słowa, tylko zaczął zmieniać formę. Po chwili spojrzał na Severusa wielkimi, zielonymi oczami kota i przeciągnął się leniwie. Snape uśmiechnął się przerażająco, ukazując rząd długich, ostrych kłów. Harry mógł dostrzec jak dłonie Severusa zmieniają się powoli w pazury, a rysy twarzy stopniowo przekształcają w koci pysk.

Harry tupnął łapą o ziemię, zaczepiając stojącą obok panterę, po czym ruszył biegiem między drzewa.


N/A

Ciąg dalszy nastapi.

Rozdział niebetowany - ten stan może się utrzymać, becie padł komp. Jeśli więc znajdziecie jakieś błędy wymagające poprawek - dajcie znać.