No dobrze. Nie będę taka. Powiem przynajmniej, jak się skończyła runda Sookie-wilkołak.

.

Eric ma tysiąc lat. To znaczy, że prawa autorskie do niego powinny były już ulec przedawnieniu.


Miałam dokładnie dwie sekundy na zareagowanie, kiedy podniosłam wzrok na mierzącego do mnie fałszywego policjanta – jedną podczas której upewniał się, że patrzy na właściwą osobę i drugą kiedy zawahał się na widok broni.

Wystrzeliłam pierwsza i rzuciłam się na podłogę. Usłyszałam huk odpowiadającego wystrzału, ale kula ominęła mnie i zamiast tego uwięzła w oparciu siedzenia. Wilkołak krzyknął a potem zamilkł. Z bijącym sercem wyjrzałam ostrożnie z mojej kryjówki.

Leżał martwy na szosie wzdłuż mojego samochodu.

Rok temu byłabym przerażona faktem, że kogoś zabiłam. Teraz byłam zadowolona, że to nie ja byłam trupem. Jeśli dobrze zrozumiałam definicję, to zgodnie z tym, co wyczytałam w moim Kalendarzu ze Słowem na Każdy Dzień, coś takiego nazywa się adaptacją.

Byłam chyba w lekkim szoku, bo pierwsze co zrobiłam, to przeszukałam wzrokiem podłogę mojego samochodu, by zidentyfikować drugi przedmiot, który wytoczył się ze schowka razem z pistoletem. Okazało się, że był nim kołek. Pokręciłam tylko w zdumieniu głową nad Erikiem, który skompletował dla mnie ten podręczny zestaw Małego Asasyna. Przeszło mi przez myśl pytanie, czy pistolet naładowany był srebrnymi kulami.

Wysiadłam szybko z samochodu i sprawdziłam, czy mój przeciwnik faktycznie nie żyje. Odkopałam porzucony pistolet leżący obok jego bezwładnej dłoni – nie ma co niepotrzebnie ryzykować. Ciemna krew szybko rozlewała się po asfalcie.

Upewniwszy się, że wilkołak nie strzeli mi w plecy, kiedy się odwrócę, rozejrzałam się bezradnie po okolicy. Musiałam jakoś pozbyć się ciała. Technicznie rzecz biorąc byłam w lesie, ale niestety nie był gęsto podszyty – mało krzaków, lub choćby suchych liści, by przykryć nimi zwłoki. Na szczęście droga do Bon Temps nie była uczęszczana i jakimś cudem akurat nikt nie jechał.

Musiałam działać szybko (bez-zwłocznie – pomyślałam w przypływie czarnego humoru). Przestawiłam samochód tak żeby trochę bardziej blokował widok na ciało od strony drogi. Motor wyglądał podejrzanie, ale na szczęście był zaparkowany na poboczu, nie przewrócony, więc póki co postanowiłam go zostawić – wystający zza drzewa wyglądałby nie lepiej. Próbowałam zadzwonić do domu, żeby złapać Amelię, być może wraz z jednym z wilkołaków Alcide'a, ale musiała już wyjść, bo nie odebrała. Z rezygnacją zdałam sobie sprawę, że nie mam wyjścia – muszę spróbować wpakować zwłoki do bagażnika.

Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się to zadanie – dźwignięcie bezwładnego, ciężkiego faceta jest naprawdę trudne, nawet jeśli wpychałam go bez najmniejszych skrupułów głową na przód (na kilka etapów – najpierw zahaczyłam ramiona o krawędź bagażnika, potem dopchałam tułów i w końcu podniosłam nogi) i jestem pewna, że w życiu nie dałabym rady, gdyby nie to, że miałam w sobie krew Erica. Na koniec zasapana zatrzasnęłam wieko i usiadłam na nim jak na niedomykającej się walizce. Pot lał się ze mnie strumieniami.

Raz jeszcze wyjęłam telefon. Po chwili wahania zadzwoniłam w pierwszej kolejności do Sama. Był najbliżej.

- Umiesz jeździć na motorze? – zapytałam prosto z mostu.

- Hm… Sookie?

- Muszę ukryć motor.

- Wszystko w porządku?

- Nie. Jestem mniej więcej w połowie drogi od domu i w samym środku kryzysu. Muszę ukryć motor i posprzątać krew na szosie. Mógłbyś się przemienić albo podjechać tu i mi pomóc?

- Krew? Sookie, nic ci nie jest? Jakiego kryzysu? Co się stało?

- Spokojnie, nie mam ani draśnięcia. To nie moja krew.

- Będę u ciebie za kilka minut. Trzymaj się.

Następnym telefonem, jaki wykonałam, był telefon do Alcide'a. To jego chciałam obarczyć przysłaniem kogoś do ukrywania zwłok – i przy okazji zidentyfikowania fałszywego policjanta.

- Będę w Merlotte's – powiedziałam mu kończąc. – Zostawię samochód na parkingu, tylko wyślij kogoś do mnie po kluczyki.

- Merlotte's? Dlaczego nie poczekasz na miejscu?

- Muszę się spieszyć.

- Dokąd?

- Jestem spóźniona do pracy – powiedziałam, zanim się rozłączyłam. Że też ludzie nie rozumieją najprostszych rzeczy.

Wzięłam głęboki oddech. Mój kciuk zawisł nad klawiaturą i w końcu wcisnęłam numer Erica. Był jeszcze dzień, więc wiedziałam, że nie odbierze, ale wolałam, żeby znalazł wiadomość ode mnie na sekretarce, niż żeby dowiedział się co się dziś stało od kogoś innego.

- Eric? Cześć – powiedziałam po sygnale. – Mmm… Posłuchaj, muszę ci coś powiedzieć.

Mój wzrok utkwił nagle w śladzie po kuli w fotelu kierowcy i niespodziewanie ścisnęło mi się gardło. To był zupełnie nowy fotel w nowym samochodzie. Owszem, nie chciałam takiego drogiego auta, ale, no niech to szlag… jeździłam nim pierwszy dzień. I było prezentem. Dostałam je od mojego wampira. Mojego troskliwego wampira, który wyposażył mnie w broń palną. Tak się starał, a teraz… teraz przez jakąś pieprzoną wojnę wilkołaków nie dość, że ktoś próbował mnie ukatrupić, to jeszcze do tego miałam dziurę po kuli w fotelu i cały nowiutki bagażnik ubabrany we krwi. Przecież to już pewnie nigdy nie zejdzie…

- Eric, zniszczyłam samochód – wyrwało mi się zupełnie bez sensu. – To znaczy… nie zepsułam, ale jest… wygląda… nie nadaje się nikomu do pokazania. Tak mi przykro. I…

A niech mnie, ale byłam gotowa się rozpłakać. Siąknęłam nosem.

- Dziękuję za pistolet – dodałam szybko, tylko się pogrążając. Zobaczyłam kątem oka podjeżdżającego Sama. – Wytłumaczę później. Nie mam teraz czasu. Muszę ukryć zwłoki. Um. Po prostu… Zadzwoń do mnie, dobrze? Pa.

Rozłączyłam się szybko i zastygłam gapiąc się na ekran. Idiotka. Co on sobie pomyśli, jak to usłyszy? Przez chwilę chciałam zadzwonić jeszcze raz, ale miałam przeczucie, że jeśli nagram coś jeszcze, zdołam tylko palnąć coś równie głupiego. Na szczęście Erikowi nie groził zawał serca. W razie czego mógł też sprawdzić więź krwi i stwierdzić, że nic mi nie jest, więc raczej nie powinien spanikować. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Otarłam odrobinę mokre oczy i odwróciłam się do Sama, który akurat wyskakiwał z samochodu. Omiótł spojrzeniem sytuację i podszedł do mnie szybkim krokiem. Położył ręce na moich ramionach i obejrzał mnie od góry do dołu w poszukiwaniu obrażeń.

- Sam, Sam! Spokojnie! Mówiłam, że nic mi nie jest!

Dopiero wtedy odetchnął z ulgą.

- Co to za kryzys? – zapytał raz jeszcze.

- Mam trupa w bagażniku.

Odpowiedziała mi długa cisza.

- Pożyczyć ci łopatę? – zapytał w końcu Sam.

Nie wytrzymałam: wybuchłam głośnym i z lekka histerycznym śmiechem. Sam patrzył na mnie zmartwiony.

- Nic mi nie jest – zapewniłam po raz enty łapiąc oddech.

Sam nie wyglądał na przekonanego, ale nie skomentował. Obiecał, że zajmie się schowaniem motoru i zlikwidowaniem śladów na drodze, a ja tym czasem jakby nigdy nic odpaliłam samochód i pojechałam w stronę Merlotte's. Wyciągnęłam Sama z pracy – mogłam przynajmniej stawić się na własną zmianę.

Jechałam może ze trzy minuty, kiedy z bocznej drogi wyjechał Andy Bellefleur. Na służbie.

Chyba sobie jaja robisz – pomyślałam, kiedy machnął na mnie i kazał mi zjechać na pobocze.


Też cliffhanger. Ale nieco mniej dramatyczny.