Hermiona siedziała na kanapie przed kominkiem w salonie z kubkiem ciepłej herbaty i książką w rękach, a na jej kolanach leżała spokojnie Ginny czytając jakąś mugolską powieść gotycką z szeroko otwartymi oczami i zarumienioną twarzą. Odkąd wyjaśniła wszystko swoim braciom dobry humor nie opuszczał jej przez cały czas, ale Hermiona wraz z upływającym czasem czuła się coraz gorzej. Wiedziała, że w niedługim czasie Harry jakoś skontaktuje się z nią, ale nie wiedziała kompletnie jak to zrobi ani, tym bardziej, czy ktoś jej wtedy nie nakryje. Nie chciała teraz wyjaśniać wszystkim, dlaczego zamierzała ich opuścić przed świętami i uciec gdzieś z Harry'm ale wiedziała, że w końcu będzie do tego zmuszona. I miała szczerą nadzieję, że wtedy Ron będzie się znajdował jak najdalej od niej.

- Miona, kolana ci drżą – mruknęła Ginny nie odrywając się od książki. Hermiona spojrzała w dół na swoje nogi i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że przez cały czas napinała wszystkie mięśnie jakby gotowała się do nagłej ucieczki. Odetchnęła głęboko i rozluźniła się na tyle, na ile tylko potrafiła.

- Wybacz. To przez tą książkę – odpowiedziała cicho Hermiona powracając do przerwanej lektury. Ginny uniosła wzrok i spojrzała na okładkę.

- A jak historia XX-wiecznych sposobów uleczania smoczej ospy może cię aż tak ekscytować? – Zapytała dziewczyna unosząc pytająco brwi. – Coś cię gryzie.

- Co? Nie…

- Widzę to. Denerwujesz się czymś i nie chcesz mi powiedzieć, czym – Ginny usiadła obok niej kierując się przodem w jej stronę. – Hej, ja też potrafię pomóc, wiesz?

- Dzięki Ginny, ale to jest coś, z czym muszę się uporać sama – westchnęła Hermiona uśmiechając się smutno. Odesłała kubek na stół i odwróciła się by znów skupić się na książce. Ginny jednak położyła dłoń na jej udzie i ścisnęła je kierując jej spojrzenie z powrotem na nią.

- Miona, proszę.

Hermiona spuściła głowę i westchnęła poddając się. Odłożyła książkę na bok i niechętnie spojrzała na przyjaciółkę. Ta uśmiechnęła się pokrzepiająco i chwyciła jej dłonie ściskając je lekko. Ciepło obcych dłoni i spojrzenie mówiące jej, że może spokojnie powierzyć jej swoje zmartwienia sprawiło, że poczuła przyjemne ciepło w piersi, które zaczęło się powoli rozlewać po całym jej ciele.

- Harry powiedział mi coś dzisiaj rano podczas śniadania i ma się jeszcze dzisiaj wieczorem ze mną skontaktować. On chce ode mnie… czegoś, a ja wciąż się waham – wyznała w końcu Hermiona przez ściśnięte gardło. Oczy Ginny zabłysły, gdy od razu zrozumiała, co takiego mógł chcieć Harry.

- Wiesz, co powinnaś zrobić – powiedziała Ginny. Hermiona spuściła wzrok na swoje kolana i pokiwała powoli głową.

- Posłuchać go – wyszeptała. Ginny splotła swoje palce z jej uśmiechając się lekko.

- Bingo. On chce dla ciebie jak najlepiej. A jeśli uważa, że powinnaś gdzieś z nim pójść to powinnaś go posłuchać. W końcu to ostatnia osoba, która mogłaby zrobić ci krzywdę – wzrok Ginny padł na sygnet na palcu Hermiony. – On zawsze będzie cię chronił.

Wzrok Hermiony również powędrował na sygnet i uśmiechnęła się słabo. – Tak, masz rację.

- No pewnie, że mam. A co myślałaś? – Ginny wyszczerzyła żeby w uśmiechu a Hermiona zachichotała mimowolnie. – Więc, skoro już to ustaliłyśmy, to czy mogę wrócić do książki? Na serio interesuje mnie, jak się potoczą losy Carmilli i Laury.

Ginny opadła z powrotem na kolana przyjaciółki a ta położyła dłoń na jej głowie bawiąc się jej włosami, gdy samej wróciła do swojej lektury. Wciąż czuła wątpliwości, ale teraz przynajmniej wiedziała, że ktoś jeszcze uważał tak samo jak ona. Była bardzo wdzięczna Ginny, że jednak zmusiła ją do tej rozmowy i nie była na nią zła, że zostawi ją z Ronem na święta. Cieszyła się, że mimo tych ostatnich miesięcy niezgodny i wzajemnej niechęci maskowanej fałszywymi uśmiechami wciąż potrafiły ze sobą rozmawiać. Teraz była to jedyna osoba, z którą mogła swobodnie rozmawiać.

Harry siedział na swoim łóżku wpatrując się w płonący kominek, ale przed oczami zamiast tańczących płomieni widział ciała. Mnóstwo ciał, całych we krwi, leżących na ziemi bez życia. On szedł spokojnie wśród nich starając się nie spoglądać na twarze umarłych, ale nie mógł. Nie mógł powstrzymać się od spojrzenia na twarze ludzi, których tak bardzo pragnął ochronić i tych, których tak bardzo nie chciał zabijać. Przecież, czym zawinili ci biedni Japończycy, że wybrał akurat ich targ a któryś ze śmierciożerców najwyraźniej go śledził? A te wszystkie postacie w czarnych płaszczach? Większość z nich przyłączyła się do Toma tylko dlatego, że w ten sposób mieli szansę zachować swoje życia. W brutalny i ohydny sposób, ale wciąż mogli żyć. Wciąż mogli istnieć.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi i Harry poderwał głowę brutalnie wyrwany ze swoich myśli. Odchrząknął by oczyścić gardło i wstał z łóżka podchodząc do drzwi. Otworzył je na tyle, by móc przez nie wyjrzeć i ujrzał Katharinę przebraną w luźny dres.

- Czy mogę ci w czymś pomóc? – Spytał Harry wystawiając głowę przez drzwi.

- Mogę wejść? – Zapytała kobieta przestępując z nogi na nogę. Harry z wahaniem skinął głową i otworzył drzwi szerzej odsuwając się na bok by wpuścić ją do środka. Kobieta weszła przy akompaniamencie plaśnięć bosych stóp o drewnianą posadzkę. – Przytulnie tu masz – powiedziała rozglądając się dookoła.

- Taa. Całkiem tu fajnie – przyznał Harry zakładając ręce na piersi i wpatrując się z wyczekiwaniem w kobietę. – Co cię do mnie sprowadza?

- Miałam nadzieję na chwilę rozmowy – odpowiedziała Katharine idąc w stronę łóżka. Usiadła na jego skraju i uśmiechnęła się zachęcająco do jego właściciela. Harry powolnym krokiem podszedł do niej i usiadł obok niej w stosownej odległości.

- Obiecałem Lasair, że nie będziecie mnie widzieć przez całe święta. Mam nadzieję, że nie będę musiał płacić za naszą rozmowę.

Katharine parsknęła śmiechem i pokręciła głową. – Spokojnie. Lai już śpi i wątpię, by miała zaraz się obudzić i zacząć mnie szukać.

Siedzieli przez dłuższą chwilę w ciszy wpatrując się w płonący kominek. Katharine w końcu odwróciła lekko głowę w stronę Harry'ego wciąż się jednak wpatrując w płomienie. – Co wcześniej widziałeś?

- Nie wiem, o czym mówisz – odpowiedział bezbarwnie Harry spinając się mimowolnie.

- Widziałam twoją twarz, gdy podałeś mi tamto zdjęcie. Coś cię trapi – stwierdziła kobieta cicho.

- Wydawało ci się…

- Nie potrzeba być psychologiem by zobaczyć, że za twoją bladą twarzą i nagle pociemniałymi oczami coś się kryje. A ja chcę ci pomóc – przerwała mu kobieta równie cicho, co wcześniej. Harry milczał wahając się, czy wyznać jej, o czym wtedy pomyślał. – Lai się o tym nie dowie.

- Widziałem mojego ojca chrzestnego jak wpadał za tamtą zasłonę i znów poczułem tamten gniew. Dalej go czuję, jak pali mnie od wewnątrz i przenika każda komórkę mojego ciała rozrywając je na strzępy. Mam ochotę jednocześnie zrównać wszystko z ziemią jak i schować się pod kołdrą i nigdy spod niej nie wychodzić – wyznał w końcu Harry niemalże szeptem. Katharine słuchała go w milczeniu nie ruszając się nawet o milimetr. Wiedziała, że jakakolwiek próba pocieszenia go teraz mogła tylko pogorszyć sytuację. – Nie potrafiłem go wtedy uratować. Zawaliłem na całej linii.

Katharine milczała przez chwilę aż w końcu odchyliła się do tyłu na rekach wciąż wpatrując się w jęzory ognia przeplatające się ze sobą w dawno już zapomnianym przez ludzi tańcu. – Masz rację. Bardziej już nie dało się zawalić – przyznała lekkim tonem. – Dałeś się zwieść fałszywym obrazom, sprowadziłeś tam Blacka i nie potrafiłeś go uratować. Technicznie rzecz biorąc to jesteś całkowicie odpowiedzialny za jego śmierć i nic już tego nie zmieni.

Harry spojrzał na nią zaskoczony spodziewając się jakiś słów otuchy i prób zapewnienia go, że to nie była jego wina, ale na pewno nie potwierdzenia jego obaw.

- Widzisz, takie rzeczy się w życiu zdarzają i nic na to nie potrafimy poradzić. Ludzie przychodzą, ponieważ ich do tego zmuszamy, i odchodzą, ponieważ nie jesteśmy w stanie ich zatrzymać. Witaj w świecie dorosłych.

- Do dupy ten świat – mruknął Harry opierając łokieć na kolanie by podeprzeć dłonią brodę.

- Tak, do dupy. Ale wiesz, co jest w nim cudowne?

- Na pewno nie brak bajecznej otoczki wokół wszystkiego.

- To, że możesz je kształtować. Nie kontrolować. Nikt nie jest w stanie w pełni kontrolować swojego życia, ale może je kształtować w zależności od sytuacji. Pamiętasz tamten ból i rozpacz? – Harry skinął głową czując go zbyt wyraźnie. – Nie zapominaj ich. Pielęgnuj je i trzymaj zawsze pod ręką, a w czasie walki przypomnij sobie o nich i wyobraź sobie, jak musi się czuć siedmiolatek, który dowiaduje się o śmierci swojej matki, albo ojciec dowiadujący się o śmierci swojego jedynego dziecka. Nie pozwól im tego zaznać. Walcz i uchroń innych od tej rozpaczy.

Po tych sławach znów zapadła grobowa cisza przerywana tylko pojedynczymi trzaskami dobiegającymi z kominka. Harry zastygł w miejscu czując, jak zaczynają go szczypać oczy. Nie ruszył się jednak pozwalając łzą powoli spłynąć po jego policzkach. Katharine również nie ruszała się wsłuchując się w ciche szepty płomieni, które w powolnej walce zwyciężały ciężką batalię z drewnem.

- Kogo ty straciłaś? – Zapytał w końcu Harry. Katharine uśmiechnęła się smutno i pokręciła głową.

- To jest rozmowa na inny wieczór. Oboje jesteśmy już zmęczeni a ty chyba miałeś się skontaktować z Hermioną, prawda? – Kobieta uniknęła zręcznie pytania. Wstała z łóżka i skierowała się do drzwi.

- Wystałem jej skrzata, który otrzymał ode mnie wszystkie polecenia i w razie czego ma mi przynieść jej pytania – wyjaśnił Harry również wstając z łóżka.

- No tak. Skrzat może się łatwo wślizgnąć wszędzie.

- Mhm.

Katharine otworzyła drzwi jednak zatrzymała się tuż za nimi. Harry oparł się o futrynę wpatrując się w nią cierpliwie. Kobieta w końcu odwróciła się do niego z delikatnym uśmiechem na ustach.

- Dobranoc, Harry – powiedziała cicho i odwróciła się by odejść.

- Dobranoc, Katharine – odpowiedział Harry równie cicho jednak nie wrócił od razu do sypialni przyglądając się w ciszy, aż kobieta nie zniknęła za rogiem. Dopiero wtedy wrócił do pokoju i rzucił się na łóżko wyczerpany. Zamknął oczy czując, jak powieki same mu opadają po wydarzeniach ostatnich kilku dni. Dopiero, co odbyta rozmowa wciąż odbijała się w jego głowie a on usnął z delikatnym uśmiechem na wargach i świeżymi łzami spływającymi mu po policzkach.

Hermiona leżała spokojnie w łóżku obok śpiącej Ginny zastanawiając się, czy Harry zapomniał o niej czy po prostu czekał na dogodną chwilę. Ale jaka mogła być dogodniejsza chwila niż pierwsza w nocy, gdy wszyscy spali? Obróciła się na bok z zamiarem pogrążenia się we śnie, gdy nagle rozległ się cichutki trzask oznaczający pojawienie się skrzata. Hermiona usiadła na łóżku całkowicie już rozbudzona i rozejrzała się dookoła starając się namierzyć źródło dźwięku. Wytężyła wzrok próbując rozpoznać wśród wielu przedmiotów w pokoju sylwetkę skrzata, lecz w tym momencie czyjaś dłoń wylądowała na jej ramieniu przyprawiając ją o zawał serca. Powstrzymała się jednak przed krzyknięciem nie chcąc budzić przyjaciółki i powoli obróciła w stronę ręki by napotkać spojrzenie dużych, niebieskich oczu skrzata stojącego na łóżku.

- Panna Granger. Jestem Migotek, skrzat panicza Harry'ego. Zostałem przysłany by przekazać pani wiadomość – powiedział szeptem skrzat kłaniając się nisko. Hermiona spojrzała szybko na rozwaloną na łóżku Ginny i skinęła głową.

- Dobrze, ale nie tutaj.

Wstała z łóżka i zarzuciła na siebie ciepły sweter, po czym ruszyła do wyjścia słysząc za sobą ciche kroki skrzata. Wyszła na korytarz i po ciemku ruszyła schodami w dół aż nie znalazła się w kuchni. Tam niechętnie ruszyła do drzwi wyjściowych i wyszła na podwórko modląc się tylko, by nie było to zbyt długa wiadomość, bo zimny wiatr za pierwszym podejście przedarł się przez wszystkie warstwy jej ubrania. Skrzat wyszedł za nią i pstryknął palcami tworząc wokół nich bańkę, w której powietrze szybko zaczęło się ogrzewać i Hermiona uśmiechnęła się do niego dziękując.

- Panicz Harry prosił, by przekazać panience, że jutro przybędzie po panienkę w południe i bardzo prosi, by była już panienka wtedy gotowa do drogi. Nadmienił również, że nie musi się panienka przejmować wytłumaczeniem całej sytuacji tutejszym czarodziejom, ponieważ panicz Harry weźmie na siebie tą odpowiedzialność – powiedział spokojnym głosem skrzat przyglądając się Hermionie, czy wszystko zrozumiała. – Prosił by przekazać również to, że byłby rad, gdyby panienka nie stawiała oporu i dobrowolnie z nim poszła, ponieważ jest to bardzo ważne.

- Nie daje mi wyboru – westchnęła Hermiona.

- Paniczowi bardzo zależy na tym, by zapewnić panience bezpieczeństwo a Czarny Pan jest bardzo potężny i może sięgnąć po panienkę również tutaj. Panicz chce temu zapobiec – wyjaśnił Migotek. Hermiona skinęła głową samej dochodząc do takiego samego wniosku. Ale nic nie mogła poradzić na złość wzbierającą w jej żyłach na samą myśl, że Harry uważał, że może całkowicie kontrolować jej życie i nie dawać jej nawet odrobiny swobody.

- Jutro w południe, tak? – Upewniła się jeszcze dziewczyna.

- Tak. A gdyby potrzebowała panienka pomocy w pakowaniu to proszę wezwać Migotka. Migotek z radością panience pomoże – skrzat ukłonił się nisko oferując swoje usługi.

- Czyli, że Harry zadbał o wszystko? – Westchnęła dziewczyna. Migotek zawahał się i pokręcił głową.

- Nie, panienko. Migotek sam chętnie pomoże panience w spakowaniu panienki rzeczy. Migotek chce pomóc paniczowi i panience, którzy tyle dobrego zrobili dla domowych skrzatów – powiedział w końcu skrzat uśmiechając się szeroko. Hermina spojrzała na niego pytającym wzrokiem nie wiedząc, o co chodzi, gdy nagle zrozumiała.

- WESZ? To zadziałało? – Zapytała podekscytowana dziewczyna.

- Nie. Żaden z nas nie chciał zostać uwolniony, ale doceniamy intencje – odparł skrzat. Entuzjazm Hermiony momentalnie opadł, ale i tak uśmiechnęła się. – Czy ma panienka jakieś pytania?

- Raczej nie. Ale czy mógłbyś powiedzieć Harry'emu, że ktoś tutaj chciałby z nim porozmawiać? To bardzo ważne – poprosiła dziewczyna. Skrzat ukłonił się nisko zgadzając się i odwrócił w stronę drzwi do domu.

- Mogę przekazać wiadomość, ale nie ręczę, czy panicz się jej posłucha. Wystarczająco długo służę Potter'om by wiedzieć, że kiedy się uprą to jedynie ich żony mogą na nich wpłynąć – wyjaśnił Migotek odprowadzając dziewczynę do drzwi.

- Niech zgadnę. Mama Harry'ego?

- Między innymi. Słabo już pamiętam jego babcię.

- Ile ty masz lat? – Wypaliła Hermiona zanim zdążyła powściągnąć swoją ciekawość. Skrzat jednak nie wyglądał na obrażonego tym pytaniem, lecz pokręcił głową nie odpowiadając.

- Dzisiaj już jest późno. Kiedy panienka przybędzie do posiadłości, wtedy odpowiem na wszystkie pytania, na jakie tylko będę mógł.

Weszli do środka i skrzat zlikwidował bańkę. Zatrzymał się tuż za drzwiami i rozejrzał się dookoła z lekkim niesmakiem widząc gdzie niegdzie pajęczyny czy cienki płaszcz kurzu gdzie pani Weasley jeszcze nie zdążyła posprzątać przed świętami. Nie skomentował jednak niczego, lecz w jego spojrzeniu Hermiona rozpoznała narastające pragnienie, które zapewne oznaczało chęć natychmiastowego zabrania się do sprzątania.

- Spokojnie. Pani Weasley dobrze sobie radzi bez skrzatów domowych – powiedziała dziewczyna kładąc mu dłoń na ramieniu.

- Jakim sposobem jedna czarownica jest w stanie sprzątać ten dom?

- Jest gospodynią. A poza tym ma dzieci, które często wykorzystuje jak skrzaty – Migotek uśmiechnął się i pokiwał głową.

- Chciałbym kiedyś zobaczyć czarodzieja czystej krwi, który sam szoruje na kolanach podłogi – mruknął skrzat. Hermiona spojrzała na niego z czystym zdziwieniem na twarzy. – Chodzi mi o taką rodzinę jak Malfoy'owie. Mój kuzyn u nich służy.

- Och. No tak. Im przydałaby się taka mała zamiana ról – przyznała brunetka. Skrzat spojrzał z powrotem na nią i ukłonił się głęboko.

- Dobranoc, panno Granger – pożegnał się Migotek.

- Dobranoc, Migotku. Dziękuję ci bardzo – odpowiedziała Hermiona. Skrzat pstryknął palcami i zniknął z cichym pyknięciem.

Hermiona wróciła do sypialni Ginny, która wciąż spała smacznie jednak teraz leżała rozwalona na całym łóżku. Dziewczyna wślizgnęła się pod kołdrę przesuwając dziewczynę delikatnie tak, by samej mogła się położyć, chociaż na skraju. Ginny mruknęła coś przez sen niezadowolona i oplotła ją ramieniem w talii przytulając się do jej pleców. Tym razem zamruczała zadowolona i Hermina powstrzymała się przed parsknięciem śmiechem.

- I kto się teraz przytula? – Wyszeptała w ciemność nim zapadła w sen.

Z samego rana Hermiona wyplątała się z objęć swojej przyjaciółki zastanawiając się, dlaczego, na brodę Merlina , ona aż tak lubiła się do niej przytulać w nocy, i to praktycznie od zawsze. Jednak z chwilą, gdy ujrzała jej spokój na twarzy nie mogła powstrzymać uśmiechu wypływającego jej na usta. Ale nie mogła już dłużej leżeć. Musiała się teraz spakować by później nikt nic nie podejrzewał, oprócz Ginny oczywiście.

Na szczęście poprzedniego dnia większość rzeczy zostawiła w swoich torbach, więc teraz po prostu przebrała się i dopakowała tych kilka części garderoby, które jeszcze się nie znajdowały w kufrze a książki wrzuciła do swojej powiększonej torebki. Ledwie co skończyła a usłyszała dwie pary lekkich i szybkich kroków bliźniaków, którzy jak najciszej wspinali się do góry by rozpocząć swój niecny plan zemsty na swoim najmłodszym bracie. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem przypominając sobie, jakie niespodzianki chłopcy szykowali na najmłodszego rudzielca i, ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu, nie poczuła żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Może to dlatego, że była na serio wkurzona na Rona albo… nie. To była jedyna opcja.

- Hermiona? Już wstałaś? – Mruknęła zaspana Ginny obracając się na plecy by spojrzeć na przyjaciółkę.

- Tak. Musiałam się dopakować, ale ty możesz jeszcze trochę pospać – odpowiedziała Hermiona. Ginny pokiwała głową i obróciła się do niej plecami zasypiając momentalnie.

Hermiona wyszła z sypialni i zeszła na palcach do kuchni nie chcąc, by skrzypiące schody obudziły kogokolwiek na wyższych piętrach Nory. Tam zrobiła sobie lekkie śniadanie i usiadła przy stole czekając, aż Fred i George wrócą z kurnika, w którym przygotowali pierwszą niespodziankę dla swojego najmłodszego braciszka. A, tradycyjnie, były nimi śmierdzące niespodzianki, jednak by pani Weasley nie mogła ich posądzić o przygotowanie tej pułapki postanowili po prostu rzucić zaklęcie na kawałek podłogi by Ron się na niej poślizgnął, po czym wyląduje wprost w doprawionej stercie kurzych odchodów. Niesmaczny żart, ale Fred i George wzięli sobie do serca zasadę, że najlepszą terapią jest terapia wstrząsowa.

Po zaledwie kilku minutach bliźniacy weszli do kuchni i uśmiechnęli się na widok czekającej na nich Hermiony.

- Hejka. Co tam Hermiono? – Zapytał Fred sie dając przy stole. George usiadł obok niego i zrzucił zaklęcie podgrzewające na czajnik by zrobić sobie i bratu ciepłej herbaty.

- Właśnie na was czekałam. Jak wam poszło?

- Och, teraz jeszcze chcesz się upewnić, że plan zadziała? Chyba zaczynasz przechodzić na ciemną stronę mocy – zażartował George.

- Skoro już zgodziłam się wam pomóc to chcę mieć pewność, że wszystko wypali – wyjaśniła dziewczyna uśmiechając się nieznacznie.

- Jasne, jasne. A może po prostu sama jesteś w głębi duszy zła – odparł Fred.

- No pewnie, że tak. Raz widziałem, jak mówiła głośniej niż szeptem w bibliotece. Przecież to już jest kryminalistka – dodał George, po czym obaj wybuchli śmiechem.

- Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne – Hermiona udała obrażoną jednak zaraz również się uśmiechnęła. – Więc?

- Wszystko działa jak należy – zameldował Fred.

- Wypróbowaliśmy to na kurze, która przy upadku chyba złamała sobie skrzydełko – dodał George udając zasmuconego. – Ale spokojnie. Doktor George i Fred zaraz się zajęli naszym małym, pierzastym pacjentem.

Hermiona tylko pokiwała głową. – A co z resztą planu? Macie już wszystko, co potrzebujecie?

- Tak, a nawet więcej – odpowiedział Fred machając jednocześnie różdżką, by zrobić herbatę.

- To znaczy?

- Niespodzianka – powiedział tylko George i uśmiechnął się znacząco do brata. Gdy oba kubki wylądowały już w ich dłoniach wstali od stołu i skierowali się na schody. – My już musimy lecieć by dopracować jeszcze nasz szatański plan.

- Gdyby tylko Snape się dowiedział, czego nauczyliśmy się na jego lekcjach to mogę być pewien, że byłby z nas dumy – Fred otarł wyimaginowaną łzę i uśmiechnął się jeszcze do przyjaciółki zanim obaj zniknęli na schodach. Hermiona została sama w kuchni zastanawiając się, jak bardzo niebezpieczna może się okazać ich kolejna niespodzianka skoro postanowili sięgać po eliksiry.

Harry spojrzał na swoje odbicie w lustrze i pokręcił głową po raz kolejny stwierdzając, że nie może się tak udać do Nory. Mimo tego, że większość Weasley'ów, jeśli nie wszyscy, uważali go za zdrajcę, wciąż miał duże opory przed pokazaniem się u nich ubranym w drogie ubrania by nie pokazywać im, jak bardzo różniła się ich sytuacja materialna, na której punkcie wielu z nich wciąż była przewrażliwiona. W końcu zrezygnowany poprosił o pomoc jedną ze skrzatek, która zaraz wybrała mu odpowiedni strój. I musiał przyznać, że sprawiła się bardzo dobrze. Jak sama wyjaśniła, zielona koszula podkreślała kolor jego oczu a czarne spodnie pasowały do wszystkiego. Do tego czarna, prosta peleryna i czarne buty wyglądały odpowiednio dla jego pozycji, ale nie rzucały się aż tak w oczy. Tak ubrany poprosił skrzatkę, by zaprowadziła go jeszcze do pokoju Hermiony zanim wyruszy po nią do Nory.

Sypialnia Hermiony wyglądała o wiele przytulniej od jego i znajdowała się na drugim końcu korytarza, dzięki czemu Hermiona będzie blisko niego gdyby chciała z nim porozmawiać a jednocześnie oboje będą mieli całkowitą prywatność. Spojrzał na regały z książkami, które na jego prośbę umieściły tutaj skrzaty i uśmiechnął się widząc tytuły książek. Miał tylko nadzieję, że okażą się być wystarczającym smaczkiem dla Hermiony by ta nie czuła się w tej rezydencji jak więzień, ale jak gość. Choć z tego, co powiedział mu Migotek zdawała się rozumieć jego motywację i, co ważniejsze, akceptowała ją. Miał tylko nadzieję, że zaakceptuje również to wszystko, co miał zamiar jej powiedzieć. A chciał jej powiedzieć wszystko.

- Potter – usłyszał głos Lasair od drzwi. Odwrócił się do niej i ujrzał dziewczynę opierająca się spokojnie o framugę drzwi.

- Blodwen – odpowiedział skinąwszy głową.

- Idziesz już?

- Tak. Hermiona mówiła coś, że ktoś chce ze mną porozmawiać, więc będziemy trochę później niż zakładałem.

- Dumbledore?

- Nie. Migotek tam go nie widział. Poza tym nie sądzę, by Hermiona kazała mi z nim rozmawiać. Ona bardzo dobrze wie, że to mogłoby się źle dla wszystkich skończyć.

Lasair przypatrywała się mu uważnie aż w końcu zrobiła kilka kroków w jego stronę zatrzymując się dokładnie metr od niego. Spojrzał jej prosto w oczy a jego twarz pozostała niewzruszona.

- Powiesz jej wszystko – to nie było pytanie jednak Harry i tak skinął głową.

- Jestem jej to winien. Zbyt długo już odpychałem ją od siebie i krzywdziłem bez słowa wyjaśnienia.

- Rozumiem.

Między nimi zapadła całkowita cisza niezmącona żadnym dźwiękiem. Jednak nie była to cisza z tych, które wręcz zadają fizyczny ból, ale cicha, szepcąca do ich uszu, że wszystko będzie w porządku, i że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Że to, co Harry za niedługo będzie musiał zrobić czy powiedzieć nie rozszarpie jego i tak już pokiereszowanego serca na kawałeczki i nie popchnie go dalej w obłęd, który już zaczynał witać do jego umysłu. Oboje chcieli to wiedzieć, być pewnymi, że wszystko będzie w porządku i tych kilka chwil ciszy zaspokoiło ich potrzebę.

Harry skinął głową i ruszył do wyjścia mijając Lasair na tyle blisko, że ich ramiona minęły się o zaledwie milimetry jednak i tak było to wystarczająco blisko, by Harry poczuł przyjemne iskry pieszczące jego skórę. Bardzo dobrze znał wiadomość, jaką ze sobą niosły i z lubością wziął głębszy oddech zatracając się w niej na ułamek sekundy.

Powodzenia.