We were and we are the Dark Lord's „most loyal" servants...
Victoria wróciła na tron i resztę przyjęcia spędziła na nim. Jej wzrok biegał między Tomem i Letycją, którzy się wspólnie bawili, Severusem, który na nią ani razu nie spojrzał, widocznie spostrzegłszy, jak patrzyła na Toma w czasie tańca i jak odprowadzała go załzawionym spojrzeniem, gdy od niej odchodził, i Ludwikiem, wokół którego krążyło kilka kobiet zafascynowanych jego męską budową, zarostem i jasnymi, krótkimi lokami na głowie. Westchnęła, odwracając głowę w bok i patrząc w ścianę. Żaden z tych mężczyzn nie był prawdziwie jej, a podobno przecież z każdym z nich łączyła ją jakaś więź. W rzeczywistości liczyć mogła tylko na siebie i tej myśli zamierzała się trzymać podczas całej bitwy o Hogwart, która miała się niebawem rozpocząć.
Minęła godzina, gdy Yaxley – za rozkazem Toma – wyszedł z Wielkiej Sali, odprowadzając przy okazji także Letycję i parę innych kobiet, które śmierciożercy tu sprowadzili na przyjęcie. Victoria wiedziała, że nieuniknione właśnie nadchodzi... I wygra tylko jedna ze stron... Tym samym dziś stanie się jasne, czy spędzi życie tak, jak sama chce, czy zostanie skazana na zawsze na zdradzającego ją, okrutnego i przesiąkniętego złem Lorda Voldemorta. Dziś się okaże, kto przeżyje – on czy Harry Potter.
– Yaxley poszedł zwołać nasze armie, które zbierałem tak zawzięcie przez ostatnie miesiące – powiedział Tom, gdy zjawił się obok niej i przysiadł na swoim tronie. – A ja przeniosę cię teraz do gabinetu i masz się stamtąd nie ruszać, póki po ciebie nie wrócę po bitwie.
Złapał ją za rękę i deportował do okrągłego pomieszczenia.
– Tom, wybacz mą obcesowość, ale co jeśli po mnie jednak nie wrócisz? – zapytała, gdy znaleźli się już sam na sam w gabinecie. Podeszła do okna. Zobaczyła na błoniach olbrzymią armię śmierciożerców i serce w niej zamarło. Było ich mnóstwo. – Jeśli... nie przeżyjesz?
Podszedł do niej i ścisnął ją za ramię, obracając ku sobie.
– Nawet tak nie myśl. Przeżyję. A jeśli nie, choć to niemożliwe... ty poprowadzisz śmierciożerców dalej.
– Och, miło że dajesz mi takie szczegółowe instrukcje i to w taką porę.
– Wrócę po ciebie, dewiantko, więcej wiary. – Spojrzał na nią z urazem. – Pod gabinetem będzie czuwać wielu śmierciożerców, nikt nie powinien się tu wedrzeć, ale gdyby jednak się ktokolwiek zjawił, Ludwik cię obroni. Zaraz ma się tu pojawić.
Chciał jakby powiedzieć coś jeszcze, ale puścił ją w końcu i zaczął odchodzić. Victoria zaskoczyła samą siebie, gdy poczuła strach. Strach o niego. Gdy uświadomiła sobie, że być może już nigdy więcej go nie zobaczy, poczuła w sercu jakiś żal.
– Tom...!
Przystanął i obrócił się przez ramię, patrząc na nią.
– Masz rację. Przeżyjesz, na pewno – powiedziała.
Uśmiechnął się do niej i zaczął kroczyć dalej, a po chwili wyszedł. Nim to zrobił, przemienił się w postać Lorda Voldemorta. Victoria, gdy została w gabinecie sama, schowała usta w dłoniach i obróciła się do okna, patrząc z rozszerzonymi oczami na potężną armię, która czekała na swego pana, gotowa za chwilę zaatakować.
– Fineasie! – zwróciła się do swego przodka, który widniał na portrecie. – Masz możliwość powiadomić kogokolwiek z Zakonu Feniksa, że powinni się zjawić w Hogwarcie?
– A dlaczego niby ci na tym zależy, co? – Spojrzał na nią podejrzliwie.
– Mówisz do królowej – odrzekła gniewnie, mrużąc oczy.
Fineas pokręcił głową z dezaprobatą, jednak po chwili odparł:
– Oni wiedzą, że powinni się zjawić. Właściwie, z tego co mi wiadomo, już są w zamku.
Kiwnęła głową, niezbyt przekonana, jednak nie widziała sensu w dalszej rozmowie z Blackiem. Wróciła do patrzenia przez okno i dostrzegła ruch w szeregach armii. Śmierciożercy unieśli swe różdżki i masowo zaczęli ciskać zaklęcia w mury zamku. Victoria machinalnie cofnęła się. Po chwili na zewnątrz rozpętało się prawdziwe piekło – dało się słyszeć, nawet przez zamknięte okna, huki i krzyki wzywające do boju lub te przepełnione przerażeniem. Wtedy drzwi otworzyły się i do środka wszedł Ludwik.
– Zaczęło się – powiedziała do niego, a samotna łza wypłynęła z jej oka.
– Tak, zaczęło – odparł i podszedł do okna. – Ale z taką armią Zakon Feniksa na pewno zostanie pokonany... Pytanie tylko, czy Harry Potter również.
– Dla ciebie nie będzie to dobre, jeśli Czarny Pan wygra. Nie uwolnisz się od kroczenia po ścieżce, na której nie chciałeś się znaleźć.
– Nie masz mi za złe? – Spojrzał na nią i schował ręce za plecami. – Jesteś królową armii, do której ja nie czuję przywiązania.
– Och, jestem królową armii, do której i ja nie czuję przywiązania, Ludwiku! – zawołała. – Rozumiem cię doskonale. Ja też jestem tutaj bardziej przez pomyłkę, niż własne ambicje i chęci.
Ludwik przez dłuższą chwilę milczał.
– Szczerze? Tak podejrzewałem. Osoba z taką ciepłą iskrą w oczach nie może być aż tak zła w środku.
Uśmiechnęła się przez łzy.
– Och, jestem zła, zrobiłam w życiu wiele złego. A to, że może nie do końca tego wszystkiego chciałam, wcale mnie nie ratuje...
– Ależ ratuje. Nie twoja wina, że zostałaś odgórnie skazana na to, że będziesz musiała wstąpić do śmierciożerców z powodu rodziny, że Czarny Pan się tobą zainteresuje... Nie miałaś na to wpływu...
– Nie broń mnie – powiedziała po chwili, wycierając łzy z policzków i patrząc przed siebie z wojowniczym wyrazem na twarzy, jakby chciała udowodnić samej sobie, że jest silna.
Stwierdziła jednak, że udawanie nie jest w tej sytuacji najlepsze, więc usiadła na schodkach, które znajdowały się przed biurkiem, i westchnęła. Ludwik obserwował bitwę z okna. Vicky już nie chciała na to patrzeć. Będzie, co ma być, pomyślała.
– Wiem, jak absurdalnie to zabrzmi w zaistniałych okolicznościach, ale czy mógłbyś rozpalić w kominku? – zapytała po parunastu minutach, które spędzili w ciszy. – Zimno mi.
Odwrócił się od okna i spojrzał na nią. Siedziała skulona na schodkach i w żaden sposób nie przypominała tej kobiety, którą parę godzin temu uroczyście koronowano w Wielkiej Sali. Jej policzki były mokre. Opierała czoło o rękę i wpatrywała się w posadzkę.
– Źle z tobą – rzekł, podchodząc do kominka i rozpalając w nim.
– Och, no wiesz, właśnie warzą się moje losy – rzekła z ironią, jednak i na nią nie miała siły, więc po chwili dodała cichym głosem: – Wszystko zależy od wyniku tej bitwy. Jeśli Czarny Pan zginie, to albo będę mogła rozpocząć nowe życie, albo ja także zginę. Wiesz dlaczego płaczę? – Spojrzała na niego. – Nie wiem, czy Dumbledore, nim kazał mi siebie zabić, bo tak właśnie było, powiedział komukolwiek, że mu pomagałam i w rzeczywistości nie jestem po stronie mego męża. Nie mam pojęcia, czy jeśli Czarny Pan zginie, to ktokolwiek mnie obroni przed Zakonem.
– Chyba że zginie i Czarny Pan, i ludzie z Zakonu... Wtedy nikt cię nie będzie osądzał, a sama zrobisz ze śmierciożercami i swoim życiem co zechcesz.
– Myślisz, że podoba mi się taka wizja? Zostania samej na świecie z tysiącami złych ludzi pod sobą, którzy zapewne stwierdzą po czasie, że kobieta nie będzie nimi władała, i mnie zabiją? Daj spokój... Jeśli jednak Czarny Pan przeżyje to... sam wiesz. Moje życie się nie zmieni. Wciąż będę musiała żyć tak, jak on mi podyktuje. A z czasem może być tylko gorzej, na przykład będzie wobec mnie coraz bardziej brutalny. Wiesz, że kiedyś zamknął mnie w jednym pokoju ze swoim ogromnym wężem, mimo że panicznie się go bałam? Stwierdził, że tak usunie ze mnie lęk do Nagini, tego węża. – Zamilkła na parę chwil. – Prawda jest taka, że zdałam sobie sprawę, iż jakkolwiek się ta dzisiejsza bitwa nie zakończy, i tak będę zgubiona...
– Nie wierzę w to – powiedział i usiadł obok niej. – Jeśli Czarny Pan wygra to... no cóż, tutaj niewiele mogę powiedzieć, ale przecież Dumbledore, z tego co o nim słyszałem, nie zostawiłby cię raczej na tym świecie bez żadnego ratunku, skoro mu pomagałaś. Na pewno nikt z Zakonu nie wie, kim naprawdę jesteś?
– Granger wie – rzekła po dłuższej chwili zastanowienia. – Dumbledore mi kiedyś przyznał, że zdradził jej moją rolę, gdyż chciał, aby ze mnie coś wyciągnęła, ponieważ nie wyrażałam woli dzielić się z nim wszystkim o Czarnym Panie. Ale ona trwa przy Potterze, więc jeśli zginie, to nic mi po niej. Severus też wie, oczywiście. Ale jemu samemu mogą nie uwierzyć, gdy będzie mówił o swej prawdziwej roli, a co dopiero o mojej... Myślę, że nienawidzą mnie bardziej, niż jego. Jestem żoną Czarnego Pana.
– W najgorszym wypadku powiedz, aby przejrzeli ci wspomnienia. Zobaczą, że współpracowałaś z Dumbledore'em.
– Och, powiedzą, że je sfabrykowałam. Jeśli będą chcieli, to mi uwierzą, a jeśli nie... jaki dowód bym im nie dała, okaże się dla nich niewystarczający.
– Szczerze... Wątpię, że wygrają. Czarny Pan zebrał zbyt wielką armię...
Vicky jęknęła, jakby nie chciała usłyszeć tego głośno.
– A jeśli Czarny Pan wygra, a Severus nie przeżyje...? Nie będę mieć nawet do kogo się zwrócić na tym straszliwym świecie.
– Wiem, że pewnie ci bym go nie zastąpił, ale służę rozmową. Poza tym, nie myśl o tym. Snape nie wygląda na takiego, który dałby się zabić.
– Wiesz, czasem się nie ma na to wpływu... – wychlipała.
Pokiwał głową i wpatrzył się gdzieś przed siebie. Siedzieli w ciszy. Nagle usłyszeli dziwny dźwięk, jakby ktoś odpalił fajerwerki.
– Co, już któraś ze stron poczęła świętować? – rzuciła z drwiną Vicky.
– To znak – Ludwik poderwał się na równe nogi. – Gdy tutaj szedłem, powiedziałem śmierciożercom strzegących wejścia do gabinetu, że gdyby ich zaatakowano i próbowano się tu wedrzeć, mają nas w jakiś sposób zaalarmować. Schowaj się... Za biurko!
– A ty? – Vicky podniosła się, ściskając w jednej dłoni różdżkę a w drugiej skrawek podwiniętej do góry, czerwonej sukni.
– Wiesz, chyba bardziej ci się przydam, gdy spróbuję cię przed nimi obronić, niż pocieszając. Już, za biurko! Wybacz ten rozkaz, królowo – uśmiechnął się do niej krótko, po czym ponownie wskazał jej biurko.
Victoria kucnęła za nim w idealnym momencie, ponieważ drzwi do gabinetu właśnie zaczęły się otwierać. Nie widziała, kto wszedł, ale osób z pewnością było więcej niż jedna. Ludwik ukrywał się za szafką, gotów w każdej chwili zza niej wyskoczyć, gdyby zaczęli zbliżać się w stronę biurka.
– Czyżby nikogo tu nie było? – zdziwiła się Tonks.
– Nie wygaduj głupstw, nie strzegliby tak zawzięcie pustego pomieszczenia – odparł Syriusz, a jego wzrok powędrował ku Fineasowi Nigellusowi Blackowi, który także na niego zerkał ze swoich ram. – Ją tutaj zostawił, prawda? Voldemort... Czy tutaj kazał czekać Victorii Malfoy?! – Podszedł do portretu przodka i popatrzył na niego z grozą.
Fineas uśmiechnął się kpiąco.
– Cóż za rodzinne dramaty – odparł. – Victoria jest moją rodziną, tak samo, jak i ty. O, Nimfadora także – uśmiechnął się chłodno do kobiety, który stała przy drzwiach. – Mam ją zdradzić? Mam dla was zdradzić córkę Lucjusza i Narcyzy?
– Zastanów się, czy chcesz choć raz przysłużyć się Hogwartowi, czego nie zdołałeś dokonać za życia. Ona jest żoną tego, który teraz niszczy ten zamek. Tego, kto nie ma prawa dalej żyć. Jeśli ją schwytamy, osłabimy jego. Na pewno tego chcesz, cholera, niech kolejny Black nie każe mi się wstydzić swego pochodzenia! – zawołał ze złością Syriusz.
Mężczyzna z portretu milczał dłuższą chwilę, zaciskając usta i rzucając przelotne spojrzenie Ludwikowi, którego dobrze było widać z jego ram.
– Ona jest królową.
– Wierz mi, że akurat nieboszczyka zdrada nie będzie wiele kosztować – odrzekł z kpiną Syriusz.
– I co, znaleźliście ją? – Do pomieszczenia wszedł Lupin.
– Aktualnie jestem w trakcie rozmowy z moim przodkiem, który nie bardzo chce mówić – wyjaśnił ze złością Syriusz, a po chwili wyciągnął z kieszeni ostry nóż i przyłożył go do obrazu. – Gdzie ją ukrywa?! Mów, albo twoje obserwowanie zamku ze ściany dobiegnie końca!
Ludwik wiedział, że nie ma szans w walce z trzema dobrze wyszkolonymi członkami Zakonu Feniksa. Wpadł mu do głowy jednak pomysł mogący uratować Victorię, której – jak widać – los był poważnie zagrożony.
– Zachowajmy spokój – powiedział, wychodząc zza szafki i unosząc dłonie do góry.
Różdżki Tonks i Lupina zwróciły się ku niemu. Syriusz, wciąż trzymając ostrze przy płótnie, obserwował nieznajomego ze zmrużonymi oczami.
– Coś za jeden? – zapytał. – Śmierciożerca?!
– Tak. Ale chcę wam pomóc.
– Który z was, tchórze, w ostateczności nie udawałby, że jest po naszej stronie?!
– Mówię prawdę. I znam tajemnicę Victorii Malfoy... Jegomość z obrazu także. Potwierdzi moje słowa...
– Wysłuchajmy ich – odezwała się Tonks. – Victoria to moja cioteczna siostra. Nie chcę potem żałować, że nie daliśmy jej szansy.
– Nie czas na sentymenty – rzekł Syriusz. – Nie powinnaś uważać jej za rodzinę. Tak samo jak jej rodziców... Ja nie zwracałem uwagi na sentymenty, zabijając pół godziny temu Lucjusza i Narcyzę.
„Severusie, jeśli masz możliwość, to zjaw się jak najszybciej w okrągłym gabinecie i rozbrój Tonks, Syriusza i Lupina. Możesz wziąć ze sobą Bellę, ponieważ zbiera nam się tutaj na rodzinną kłótnię. Weź też paru śmierciożerców. Zamierzam zamordować Syriusza, Tonks i Lupina gołymi rękami. Nie powstrzymuj mnie. Zabierz im różdżki. Myślę o tobie" – rzekła w myślach Victoria do Snape'a, ocierając łzy, które po słowach Syriusza automatycznie wypłynęły z jej oczu, po czym podniosła się z podłogi, a następnie wyszła zza biurka i zeszła po schodkach. Na twarzy wymalowany miała niebywały spokój, a jej spojrzenie było inne, jakby coś w niej się rozpadło.
– Powinieneś klęknąć, zapchlony psie, gdy stoisz przed swoją królową – powiedziała do Syriusza, z drwiącym uśmiechem zmierzając go wzrokiem od góry do dołu.
Tonks i Lupin unieśli różdżki w jej stronę, jednak ona spojrzała na nich z tak złowrogim spojrzeniem, że obydwoje przez moment chcieli je opuścić.
– Nie mam przy sobie różdżki. Została na biurku. Nie potrzebuję jej. Ludwiku, zostaw nas samych.
– Chyba żartujesz – wychrypiał mężczyzna, podchodząc do niej.
– To rozkaz królowej. Nie zwracaj uwagi na to, co rozkazał ci król... Król być może nie żyje. A ja wciąż tu jestem i stoję przed tobą.
– Niech zostanie, będzie świadkiem twego upadku i obwieści to waszym świrniętym koleżkom z drużyny – powiedział Syriusz, w jednej dłoni trzymając nóż, w drugiej różdżkę.
Victoria przez chwilę milczała, patrząc na niego jakby z niedowierzaniem. W końcu jednak skrzyżowała ręce na piersiach, przekręciła głowę i zapytała:
– A więc zabiłeś moich rodziców?
– Tak. I nie myśl, że będę za to przepraszał.
– Och, oczywiście, że nie będziesz za to przepraszał – odparła Vicky, kątem oka zauważając, że Severus, Bellatriks i kilku śmierciożerców stali już w drzwiach. – Ja cię za to zabiję.
– Expelliarmus! – krzyknęło naraz kilku śmierciożerców i różdżki Lupina, Syriusza i Tonks wyleciały w powietrze.
Snape machnął różdżką i cała trójka została obezwładniona przez niewidzialne sznury. Victoria podniosła z ziemi nóż Syriusza.
– Bello... – Victoria spojrzała na ciotkę, która wpatrywała się z obrzydzeniem w pojmanych. – Syriusz zabił moją matkę i ojca.
– Nie – odparła Bellatriks i zaśmiała się cicho. – To niemożliwe. Narcyza na pewno żyje. Nikt jej nie zabił, moja najdroższa.
– Zabił – Victoria uśmiechnęła się lekko i przybliżyła do swej twarzy nóż, przyglądając mu się z bliska. – On ją zabił. A ja teraz zabiję jego.
Podeszła do Syriusza i wbiła mu nóż prosto w serce. Krzyknął przeraźliwie, a Victoria zadała kolejny cios. Jej twarz była przy tym spokojna, niewzruszona. Severus patrzył na nią z ukrywanym przerażeniem, a Ludwik odwrócił się. Bellatriks podeszła do Victorii i położyła jej dłonie na ramionach, po czym przyłożyła swoją głowę do jej pleców i schowała twarz za włosami.
– Wbijaj powoli... Niech ginie w męczarniach... – szeptała.
Widok był to doprawdy przerażający i nawet Fineas uznał, że nie da rady dłużej na to patrzeć, więc gdy Bellatriks zaczęła uderzać czołem o plecy Victorii, zniknął za ramami swego obrazu.
– Oszczędźcie mnie i mojego męża! – zawołała Nimfadora, która nie mogła już dłużej tego wszystkiego znieść. – Victorio, twoje trzecie imię to imię mej matki... Ja i ty jesteśmy ze sobą związane bardziej, niż się wydaje! Mam synka, jesteś jego ciocią... Proszę, pozwól mi do niego wrócić!
– Cóż, straci rodziców – odparła bez emocji Victoria, odwracając się od martwego już Syriusza i biorąc w ramiona Bellę. – Czy to takie tragiczne? – zapytała, po czym wpatrzyła się pustym spojrzeniem w ścianę.
– Zostaw ich – powiedział w końcu Severus, podchodząc do przytulonych do siebie kobiet. – Czarny Pan ich osądzi.
„Pomyśl, co robisz. Pomagasz Czarnemu Panu wygrać, zabijając członków Zakonu. Syriusz zabił ci rodziców, więc nie protestowałem, gdy odbierałaś życie jemu. Ale zostaw Lupina i Tonks. Gra się jeszcze nie skończyła. Może Czarny Pan nie przeżyje...".
„Ja już nie mam po co żyć. Nie obchodzi mnie, kto wygra. Może być Czarny Pan. Nieważne".
– Dobrze. A więc zamknijcie ich gdzieś, może się kiedyś przydadzą – rozkazała Victoria śmierciożercom.
– Naprawdę?! Powinniśmy ich zabić, a nie zamykać! – zawołała Bellatriks, patrząc spode łba to na Tonks i Lupina, to na Snape'a, który powstrzymał Victorię.
– Nikt mi już nie będzie mówił, co powinnam – odparła chłodno Victoria i podeszła do biurka, na którym leżała jej korona. Założyła ją na głowę. – Severusie, jak przebiega bitwa?
– Prawie wszyscy z Zakonu Feniksa i ich sojuszników zostali zabici lub wypędzeni. Wygraliśmy. Czarny Pan udał się do Zakazanego Lasu na ostateczne starcie z Potterem.
– My wygraliśmy, ale los króla wciąż jest pod znakiem zapytania – rzekła, po czym zaczęła iść ku drzwiom. – Chodźmy. Chcę odnaleźć ciała rodziców.
– Jak przypuszczam, Czarny Pan nie pozwolił ci wychodzić z tego gabinetu... – Snape nie ruszył się z miejsca. – Lepiej zostań.
Spojrzała na niego ze złością, jednak widząc jego delikatny, porozumiewawczy uśmiech, złagodniała. Bellatriks natomiast wybiegła z gabinetu, biorąc wcześniej w dłoń zakrwawiony nóż.
– Jeśli znajdę jeszcze kogokolwiek z Zakonu... ZABIJĘ! – krzyknęła, nim zniknęła.
Zostali sami w gabinecie. Victoria, z której powoli zaczął schodzić szok, opadła na fotel. Severus podszedł do niej i uklęknął przy niej. Przez godzinę trwali tak w milczeniu.
– Severusie... Moja mama nie żyje... – rzekła nagle Victoria, z trudem przełykając ślinę.
Ścisnął ją mocno za dłoń. Pierwszy raz w życiu walczył tak zawzięcie ze łzami, które chciały wypłynąć z jego oczu.
– Wiesz... Ona nie była nawet w gronie śmierciożerców... Nie zasłużyła...
– Wiem, że nie zasłużyła, Victorio. Wiem.
Usłyszeli, że ktoś wchodzi po schodach. Severus z trudem puścił jej dłoń i podniósł się. Całe szczęście, że to zrobił, ponieważ do gabinetu wszedł właśnie... Czarny Pan. Severus przez chwilę myślał, że nogi się pod nim ugną. Victoria także zapomniała na moment o wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie godziny, i zamarła, wpatrując się w Voldemorta, a on w nią.
– Niepotrzebnie się obawiałaś, że po ciebie nie wrócę – powiedział.
