Obudziwszy się następnego dnia Demando postanowił poleżeć trochę w łóżku. Pokój był bardzo wygodny, a książę szczerze mówiąc miał dość wrażeń poprzedniego dnia i chciał sobie dzisiaj odpocząć.

Niestety, nie było mu to dane.

Usłyszał pukanie do drzwi. Kilka szybkich, pewnych uderzeń.

- Proszę wejść – odezwał się. „Zapewne to śniadanie" pomyślał.

Mylił się jednak.

Nie było to ani śniadanie, ani Luiza z Elizą pakujące się do powrotu na Eluzjon, co Demando brał pod uwagę jako drugą możliwą ewentualność.

Drzwi otworzyły się i do pomieszczenia weszła ubrana w mundur Czarodziejka Układu Słonecznego Neptun a za nią, ku zdumieniu księcia leżącego wciąż na łóżku w piżamie, także czterech gwardzistów służących na Srebrnym Księżycu. Widział Czarodziejkę wczoraj, była delikatnej urody kobietą o łagodnie falujących jasnych włosach sięgających poza ramiona. Niektórzy określali kolor jej oczu jako „morski", a jakikolwiek nie był z pewnością robił wrażenie. Na weselu nie miała oczywiście na sobie munduru, zdaniem Demanda o wiele wdzięczniej wyglądała w tamtej delikatnej, zwiewnej sukni. Jednocześnie nie można było dać się zwieść pozorom, ta kobieta była niezwykle potężną wojowniczką, należała w końcu do tych starszych rangą, bardziej doświadczonych.

Demando usiadł na łóżku widząc wchodzących za nią żołnierzy.

- Coś się stało? – zapytał

- Wybacz książę, ale mamy rozkaz przeszukać te pokoje – wyjaśniła spokojnym, ale zimnym głosem Neptun.

Wstał z łóżka i podszedł do nich. Czterech mężczyzn błyskawicznie zdążyło rozejść się po pokoju. Zaglądali wszędzie z właściwą sobie impertynencją. Demando nie miał tu wielu swoich rzeczy, jednak nie spodobało mu się takie traktowanie.

- Jaki jest powód tej kontroli? – zwrócił się do Neptun – Przyznam, że nie spodziewałem się takiego traktowania. Zaproszono mnie tutaj na wesele, nie wiedziałem że na Srebrnym Księżycu tak traktuje się gości.

Neptun spojrzała na jego tors, odsłonięty częściowo jako że książę miał na sobie lekki podkoszulek do spania, jak na kawałek drewna. Jej wzrok prześliznął się po postaci księcia obojętnie i powędrował na dywan, a potem w głąb pokoju gdzie jeden z gwardzistów zaglądał do szafy przez otwarte drzwiczki. Demando nie uważał się za mięśniaka, ale jednak nieco go to uraziło.

- Niestety – powiedziała zupełnie nie speszona. Zdziwił się bo w większości dworskich etykiet, w tym tych Układu Słonecznego, łażenie przy kimś w bieliźnie nie uchodziło za przyzwoite. Teoretycznie powinna mu dać czas żeby się ubrał, ale widocznie naoglądała się już gołych torsów na pęczki– Kontrola jest przymusowa dla wszystkich pomieszczeń w pałacu – powiedziała - w tym dla pokoi wszystkich gości, a nawet stałych rezydentów.

Uniósł w górę brwi z niemym pytaniem. Nie zwlekała z udzieleniem dalszych informacji.

- Królowa Serenity zaginęła.

QQQQQ

Demando odetchnął świeżym powietrzem.

Nareszcie.

Jak najszybciej się stamtąd zabrał. Nie chciał zostać za długo w gorączkowej atmosferze poszukiwań, skoro i tak czuł się jakby przeszkadzał. W pałacu był istny młyn, wszystkie pokoje zostały przeszukane, a statki sprawdzone zanim pozwolono gościom wrócić na swoje planety. Królowej jednak podobno nadal nie znaleziono.

W Eluzjonie sprawa wyglądała zupełnie tak samo, chociaż tego miejsca nie dało się tak łatwo przeszukać. Świątynia była, owszem, jak zwykły budynek. A może nie taki zwykły? Kto wie co się tam kryło w zasadzie... W każdym razie teoretycznie miała ściany, wejścia i wyjścia, fizyczne i określone. Zupełnie inaczej rzecz się miała z ogrodem. Nie posiadał żadnych ścisłych granic i człowiekowi z zewnątrz przy różnych okazjach zdawało się to że jest malutki, to że ciągnie się w nieskończoność. Kiedy przychodziła mgła okolica świątyni mogła stać się śmiertelną pułapką dla kogoś kto był nieobeznany.

Zresztą, szczerze mówiąc Demando nie był pewien czy jest sens w ogóle szukać. Osoba taka jak władczyni Srebrnego Księżyca musi być niezwykle potężna i wpływowa. Mogła udać się dosłownie wszędzie, tym bardziej że nie było jej na przyjęciu weselnym od samego początku. Sama ona lub też jej martwe ciało może być już w zupełnie innym krańcu galaktyki.

Zresztą, to nie była jego sprawa.

Cieszył się, że znalazł się na tej małej planetce, gdzie nie nikt go nie zna i nikt nie zaczepia. Postanowił przenieść się tutaj od razu rano i spróbować znaleźć coś dobrego na śniadanie. W Eluzjonie oczywiście nie było o jedzeniu mowy. Służki, na co dzień zatroskane o każdego i każde żywe stworzenie nie mogłyby nie przyłączyć się do poszukiwań tym bardziej że prawdopodobnie osobiście znały królową.

Co z tego że w ten sposób zaniedbywały inne żywe stworzenie, czyli Demanda, któremu od już dłuższego czasu kiszki marsza grały.

W ogóle wiele osób znało królową Serenity. Demandowi skojarzenie z nią przywoływało dobre odczucie. Możliwe, że także poznał ją kiedyś osobiście.

Na razie jednak jego umysł powędrował w zupełnie innym kierunku. A mianowicie w stronę kawiarni, z której dochodziły pyszne zapachy śniadanka. Nie miał pojęcia jak wygląda cokolwiek z tego co znalazł na czarnej tablicy z menu, ale nie przejął się tym wcale. Zamówił kawę ponieważ pił ją siedzący niedaleko mężczyzna w garniturze i zapach wydawał się zachęcający. W kwestii jedzenia zdał się zupełnie na sprzedawczynię.

Z głośników sączyła się wesoła, wpadająca w ucho melodia i głos piosenkarza energicznie powtarzał „to jest depresja, mówię ci Czesław"- tiruriruriru!, wtórowała mu muzyczka –„to jest totalna depresja, mówię ci Czesław"- tiruriruriru!*

*(„Depresja", Poparzeni Kawą Trzy)

Demando tupał sobie nogą do muzyczki.

Jakkolwiek nazywało się to co dostał do jedzenia, pachniało i smakowało wspaniale. Kawa za to okazała się zdecydowanie czymś czego jak to się mówi „tygryski nie lubią najbardziej". Już pierwszy łyk utwierdził go w przekonaniu że więcej czegoś takiego nie zamówi.

Zjadłszy wyszedł przed kawiarnię i rozejrzał się. Ostatnia noc była w zasadzie dość pełna wrażeń, a sen krótki. Demando nie myślał nawet o tym żeby wysłać sygnał telepatyczny przez sen do swoich rodaków na Ziemi. Dlatego teraz nie bardzo wiedział gdzie ma ich szukać. A nie miał wyjścia, trzeba było na cały dzień wyrwać się z Eluzjonu i pozwolić gwardii na swobodne przeszukiwanie wszystkiego. Siedząc tam człowiek tylko by się irytował. W tej sytuacji Demando postanowił zrobić sobie dzisiaj dzień wolny i po prostu pozwiedzać trochę ten zakątek Ziemi, a może jeszcze kilka innych.

Przetestował tego dnia swoje zdolności teleportowania się i zasób energii, który zdążył już uzbierać. Nie było źle. Przeniósł się w kilka dość oddalonych od siebie miejsc. Na tej małej planetce było wiele do zobaczenia, okazała się bogatsza w różne kultury, architekturę, rasy i sposoby życia niż książę przypuszczał. W zasadzie jej mieszkańcy mieli sporo czasu żeby to wszystko wykształcić, wcale nie pojawili się tutaj niedawno.

Demando przeniósł się ostatni raz, postanawiając spędzić wieczór w tym losowym miejscu, w którym się pojawi. Nie było do końca losowe ponieważ przy teleportacji zwykle w grę wchodzą bardzo subtelne odczucia, szczegóły wspomnień i nastroje. Trzeba było właściwie nastawić swoją jaźń, i to pod kilkoma względami, żeby wylądować dokładnie tam gdzie się chciało. Czasem nawet miejsce przeniesienia mogło ulec zmianie pomiędzy zniknięciem a pojawieniem się, jeżeli coś nagle wpłynęło na nastrój tego kto się teleportował.

I tak było właśnie w tym przypadku.

Książę tuż przed pojawieniem się poczuł znajomą energię. To ktoś z Czarnego Księżyca! Ucieszył się i zmienił nieco kierunek poruszania się tak, że wylądował względnie blisko miejsca, z którego sygnał zdawał się dochodzić.

Ruchem pełnym gracji wylądował na szarym, twardym podłożu z szorstkiego, kruchego kamienia, którego mimo że był dość mało estetyczny używano na Ziemi bardzo często. Pokrywał zwłaszcza chodniki i drogi. Musieli go mieć tu po prostu więcej niż innych tworzyw.

Książę rozejrzał się. Dookoła nie było ani żywej duszy. Energia, którą czuł wcześniej wydawała się teraz przytłumiona, bo odczuwał ją znacznie słabiej, jednocześnie będąc pewnym że jej źródło jest blisko.

Demando poszedł w lewo, w kierunku zamkniętego na noc lokalu. Zdziwił się. Nie rozpoznawał zupełnie do kogo energia ta mogła należeć.

Na szybach przed nim naklejono mnóstwo kolorowych plakatów z rysunkowymi postaciami ukazanymi w dynamicznych pozach. Większość z nich strzelała promieniami światła do karykaturek potworków, pojazdów i duszków, biła się na miecze albo wymachiwała pistoletami.

Książę przeczytał napis na barwnym, świecącym neonami szyldzie, o dziwo w jednym z oficjalnych języków tej Galaktyki: „Salon Gier Crown".

Demando nie miał trudności żeby wejść do środka bez otwierania drzwi.

Nadal niepokoił go fakt, że nie jest w stanie przypomnieć sobie do kogo należy energia której obecność odczuwa, mimo iż jest pewien że ją zna. Kogo z członków Klanu Czarnego Księżyca mógłby zapomnieć?

Odpowiedź przyszła niebawem.

Demando minął alejki utworzone z ustawionych koło siebie rzędami maszyn, które wyglądały na śmieszne i dość prostej konstrukcji jak na standardy międzynarodowego rozwoju techniki. Pomyślał jednak, że mają swój urok.

Nagle stanął w miejscu.

Na drugim końcu alejki widać było stolik, a przy nim siedzącą postać. Kobietę. Opierała się o blat łokciami, w których ukryła twarz. Miała długie włosy, które opadały w nieładzie na stolik, ławkę, a nawet podłogę. Postać nie poruszała się, wyglądała na pogrążoną we śnie.

Jej energia nadał była niepokojąco słabo odczuwalna.

Podszedł bliżej ostrożnie. Stanął przed nią i chrząknął żeby dać o sobie znać. Odpowiedzi nie było.
Demando przyjrzał jej się, zaskoczony. Miała na sobie prostą, białą sukienkę. Tą samą którą widział wczoraj. To była ta sama dziewczyna.