Ten rozdział również będzie dłuższy niż przeciętny.
Będzie również przedostatni. Jeszcze tylko jeden rozdział, który zostanie wrzucony jutro, i dotrzemy do końca Ozm.
Rozdział czterdziesty czwarty: Głos z ciemności
– Jesteś pewien? – Connor patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, a jego zaciśnięta na oparciu łóżka ręka trzęsła się lekko. – Jak do tej pory zarządzał naszym życiem jak mu się podobało. Coś mi się nie widzi, żeby tak po prostu chciał odpuścić tylko dlatego, że pójdziemy do niego z jakimś planem.
– Wiem – powiedział Harry. Opuścił nogi na podłogę i ostrożnie sprawdził, czy jest w stanie ustać. Okazało się, że mógł bez większych problemów, chociaż potrzebował najpierw rozciągnąć kilka zesztywniałych stawów. Wycieczka, którą poprzedniej nocy odbył z Narcyzą, była dobrym sprawdzianem jego siły, a w jego umyśle wciąż unosiło się to wrażenie czystości, co sprawiało, że czuł się lepiej niż po dowolnym odpoczynku fizycznym. – Mam zamiar mu zaoferować nasączoną trucizną przynętę, której nie będzie w stanie się oprzeć.
Connor zadrżał.
– Przerażasz mnie czasem, jak tak mówisz jak Ślizgon.
Wstał jednak i ruszył za Harrym do wyjścia ze skrzydła szpitalnego.
– Czasami sam siebie przerażam – przyznał Harry. Zatrzymał się przy drzwiach i uśmiechnął się do swojego brata. – Gotów na spotkanie z Dumbledore'em?
– Oczywiście miałeś zamiar zahaczyć po drodze o lochy, prawda Harry? – zapytał głos zza nich.
Zaskoczony Harry odwrócił się gwałtownie, po czym musiał oprzeć się o ścianę. Podniósł podbródek.
– Panie profesorze Snape. Wydawało mi się, że jest pan na obiedzie.
– Wiem o obietnicy, którą złożyłeś panu Malfoyowi, Harry. – W głosie Snape'a nie było nawet śladu rozbawienia. – Że nigdzie się pan nie wybierze bez jego asysty albo mojej.
– Szedłem z Connorem… – zaczął Harry.
Oczy Snape'a przeszyły go na wylot. Harry spuścił głowę, czując jak na jego policzki wpływa rumieniec. Już i tak złamał tę obietnicę zeszłej nocy, kiedy wyszedł z Narcyzą i wtedy też właściwie o tym nie pomyślał. Wiedział, że przy Narcyzie będzie absolutnie bezpieczny, w dodatku czemu niby Draconowi albo Snape'owi tak strasznie przeszkadzało to, że jego kompanem będzie dla odmiany jego brat?
Nie mógł się jednak okłamywać w ten sposób za długo. Snape nie miał przeciwwskazań dlatego, że Harry był razem z Connorem, ale dlatego, że planował się wybrać do dyrektora bez Dracona albo jego u swojego boku.
– Przepraszam – wymamrotał. – Ja… naprawdę myślałem, że jest pan na obiedzie.
– Gdybym był, to dyrektor pewnie byłby tam razem ze mną – przypomniał mu Snape. – Jestem jednak pewien, że teraz już zdążył wrócić do swojego gabinetu. – Przechylił głowę na bok. Harry zauważył, że Snape zerknął pogardliwie na Connora. To nie był dobry znak. Snape będzie musiał się w końcu przyzwyczaić do myśli, że mój brat też jest potencjalnym Chłopcem, Który Przeżył. Przecież potrzebuję jego pomocy do treningu. – Kiedy się z nim ostatnim razem widziałem, pokłóciliśmy się. Nie wierzę, żebyś był przy nim bezpieczny.
Harry odetchnął lekko. No dobra, skoro tak się upiera, żeby się z nami zabrać, to równie dobrze może przypilnować nas obu.
– Niech i tak będzie, proszę pana – powiedział. – Cieszę się, że chce pan się upewnić, że ani mnie, ani Connorowi, nic się nie stanie.
Snape zmarszczył na niego brwi.
Harry go zignorował. Prędzej czy później Snape będzie musiał wreszcie przyjąć do wiadomości, że próby rozdzielania Harry'ego i Connora są bez sensu. Harry zerknął z powrotem na Connora i spróbował przywrócić z powrotem jego dzielny uśmiech, który przegoniła obecność Snape'a.
– Gotów? – zapytał.
Connor kiwnął powoli głową.
– Chyba tak. Bardziej gotów już nie będę.
– Czyli niespecjalnie – powiedział Snape, na tyle cicho, że tylko Harry go usłyszał.
Harry podniósł wysoko głowę, ale wychodząc z pokoju miał Snape'a na oku. Jeśli mnie kocha, to nie będzie mu przeszkadzało, jeśli poproszę go o niewielkie rzeczy. A mi już naprawdę zaczyna przeszkadzać to ciągłe jego powątpiewanie w inteligencję Connora. Doprawdy, przecież to dorosły facet, profesor, były śmierciożerca, widział znacznie więcej świata niż Connor. Może czas najwyższy, żeby pozbył się własnych urazów na czyimś punkcie?
Albus drgnął, kiedy usłyszał pukanie do drzwi swojego gabinetu. Oczekiwał go, oczywiście, odkąd Severus wbiegł do szkoły, niosąc Harry'ego na ramionach, z Connorem kuśtykającym za nim z przerażeniem wyrytym na twarzy. Czuł nawet magiczne aury rzeczonych czarodziejów, kiedy ci jechali w górę ruchomymi schodami. Wyglądało na to jednak, że nic nie było go w stanie przygotować na tę konfrontację.
Przeczesał palcami brodę i westchnął.
– Proszę.
Przybieranie dobrotliwej persony przy tej trójce nie miało sensu. Tylko Connor mógłby uwierzyć tej masce, ale jego brat i Severus i tak szybko by go pozbawili złudzeń.
Drzwi otworzyły się. Severus wszedł pierwszy, rozglądając się i krocząc równie agresywnie. Nawet nie próbował przybrać innej miny jak tylko chłodnego skrzywienia się. Albus to zaakceptował, był już zrezygnowany. Od czasu ich kłótni o to, co się stało tej nocy, kiedy Syriusz zginął, wiedział już, że w młodszym czarodzieju nie pozostało już nawet śladu lojalności wobec niego.
Zaraz potem wszedł Connor Potter. Albus przyjrzał mu się tak obiektywnie jak tylko mógł. Chłopiec, Który Przeżył był blady i wciąż nie wyglądał najlepiej.
Za nim wszedł jego brat.
Magia, która weszła do pokoju razem z Harrym była po prostu niewiarygodna. Racjonalnie rzecz biorąc, Albus wiedział, że chłopiec nie mógł się stać potężniejszy; chociaż w noc powrotu Voldemorta Harry pochłonął trochę magii, to nie zrobił z niej części siebie, tak jak to zrobił w zeszłym roku, zamiast tego wyrzucił ją z siebie zanim ta dostała szansę, żeby się z nim zintegrować.
Dawała jednak wrażenie potężniejszej, bo tym razem był zdeterminowany, by postawić na swoim. Gdyby nie jego własna moc, Albus byłby nawet skłonny się z Harrym zgodzić tu i teraz. Syrenia pieśń tej magii była tak niesłychanie atrakcyjna, że gdyby Harry wcześniej opuścił skrzydło szpitalne, to ściągnąłby na siebie jeszcze więcej spojrzeń niż teraz.
Albus zdawał sobie sprawę z tego, że stał przed niezadeklarowanym Lordem, co więcej, młodym vatesem. Dementorzy zniknęli i, co było po prostu niezwykłe, jak do tej pory nie było żadnych raportów o atakach.
Jakimś cudem Harry dokonał niemożliwego.
Albus będzie musiał zawrzeć z nim pokój i jakiś układ, dla dobra przyszłości czarodziejskiego świata.
– Dyrektorze – powiedział Harry, zajmując środkowe krzesło przed jego biurkiem. Severus i Connor usiedli po obu jego stronach. Albus stworzył trzy krzesła, wszystkie o odpowiedniej wielkości. Nie było sensu udawać, że się ich nie spodziewał, ani też zrobić coś subtelniejszego, jak zmuszać ich do wdrapywania się na krzesła, wyglądając przy tym niezgrabnie.
Harry, oczywiście, w dalszym ciągu zwracał się do niego jego tytułem, ale to kompletnie Albusa nie zdziwiło. Tak właśnie postępowali Ślizgoni, żmija kryła swoje kły póki te nie były potrzebne.
Ze spokojem spojrzał Harry'emu w oczy.
– Harry.
Harry przechylił głowę lekko na bok, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech. Albus zamrugał, zanim zdążył się powstrzymać. Spodziewał się listy żądań, nie tego niemal zawstydzonego uśmiechu.
– Nie widział pan myślodsiewni Voldemorta, prawda? – zapytał Harry.
Albus przypilnował, żeby jego twarz pozostała obojętna.
– Severus uznał, że nie można mi w tej kwestii zaufać. – Severus wyglądał na zadowolonego z siebie. To był naprawdę niewielki gest, ale Severus jakoś nigdy nie nauczył się powstrzymywać linii zacieśniających się w kącikach jego ust, ilekroć próbował powstrzymać się od uśmiechu. Albus nie miał zamiaru go pod tym względem oświecać. Po pierwsze, to nie było aż takie ważne, a po drugie, to była jedna z niewielu spraw, które w pewnej chwili mogły zadziałać na jego korzyść.
Albus zdawał sobie dobrze sprawę, że gdyby tylko się nad tym zastanowił, to zdałby sobie sprawę z tego, jak niewiele przewagi miał w tej sytuacji. Nawet młodość Harry'ego nie mogła się tutaj liczyć, chociaż miałby tę przewagę nad dowolnym innym dzieckiem.
Wzniósł się ponad swój strach i odciął się od niego kompletnie. Wcześniej tego roku podjął kilka złych decyzji właśnie dlatego, że tylko reagował. Tym razem stawka była za wielka, nie mógł pozwolić, żeby jego decyzjami zawładnęły emocje. Czekał.
– Myślodsiewnia pokazuje noc, kiedy Voldemort zaatakował nasz dom – powiedział Harry prosto z mostu. – Rzucił dwie klątwy zabijające, tak jak pan podejrzewał, ale pierwsza uderzyła mnie. Odbiłem ją w niego, ponieważ był zajęty rzucaniem drugiej na Connora. Ta zdążyła tylko wyryć na czole mojego brata bliznę, ale nic więcej.
Albus wbrew sobie zamknął oczy.
Powiedział sobie, że porzucił tę nadzieję, zwłaszcza kiedy dowiedział się, że Harry i Connor poznali całą prawdę, ale teraz już wiedział, że się okłamywał. Jakaś odległa część jego jednak miała nadzieję, że przepowiednia była mimo wszystko godnym zaufania przewodnikiem, że podążanie za nią oznaczać będzie najlepszą możliwą dla czarodziejskiego świata przyszłość. A teraz wiedział już, że tak nie będzie. To Harry pokonał Voldemorta, to jego Voldemort naznaczył.
Być może nie, szepnęły jego zniecierpliwione myśli. Co z linią o naznaczeniu serca? Blizna Harry'ego to przecież nie serce.
Nawet, jeśli nie, to wciąż nijak to się nie równało pewności, którą mieli, kiedy Harry wciąż był pod siecią feniksa i wypełniał wiele innych wymogów przepowiedni. Nadzieja czarodziejskiego świata wisiała teraz na bardzo nikłej nitce.
Wygląda jednak na to, że na nic innego nie zasługuję, skoro nie udało mi się samemu zniszczyć Toma i zawsze miałem nadzieję, że dziecko zrobi to za mnie.
Albus zmusił się do otwarcia oczu i spojrzał na Connora.
– Ty też to widziałeś, jak mniemam? – zapytał. – Zgadzasz się z tym?
Zobaczył w oczach chłopca przebłysk pragnienia. Chciał temu wszystkiemu zaprzeczyć, och tak, odwrócić się od prawdy. Tak byłoby łatwiej. Oznaczałoby to, że może wrócić po prostu do bycia Chłopcem, Który Przeżył, nie musi się zastanawiać nad tym, co zrobili Lily i Albus. Całe jego życie było w ten sposób interpretowane i po prostu mógłby do tego wrócić. Przez chwilę Albus nawet wstrzymał oddech. Jeśli w takiej chwili powstanie między braćmi rozłam, to może on nawet doprowadzić do ostatecznego zniszczenia ich relacji. To nie byłoby idealne rozwiązanie, ale gdyby Albusowi udało się odseparować Connora od Harry'ego i jego wpływów, a potem upewnić się, że chłopiec spędza cały swój czas na trenowaniu zaklęć, których używają czarodzieje Światła, to może jeszcze udałoby mu się zrobić z Connora magnetyt dla przepowiedni.
A potem Connor Potter udowodnił, czemu został przydzielony do Gryffindoru.
– Tak – powiedział, cicho, ale wyraźnie. – Wiem, co widziałem. Zgadzam się z tym, co powiedział Harry… to on odbił klątwę zabijającą. – Przełknął ślinę. – Peter powiedział nam, że przepowiednia mogła oznaczać dowolnego z nas i z tym też się zgadzam. Była zbyt ogólna. – Spojrzał na Albusa i w jego oczach po raz pierwszy pojawiła się iskra zdrady. – Nikt mi nie powiedział, że była aż tak ogólna. Mama zawsze mówiła mi, że wszystko było postanowione. Nie wiedziałem, że tak wiele słów może oznaczać wiele różnych wyjść z tej sytuacji.
Albus zauważył, że Harry patrzy się na swojego brata z dumą, triumfem i radością. Zobaczył też odrazę na twarzy Severusa, ale wiedział, że wykorzystywanie tego przeciw nim byłoby błędem. Severus był, przynajmniej na chwilę obecną, tak niewolniczo oddany Harry'emu, że zrobiłby cokolwiek, o co ten chłopiec by go nie poprosił – włącznie ze znoszeniem jego gryfońskiego brata.
– Do tego naraził nas pan na niebezpieczeństwo – powiedział nagle Connor, pochylając się do przodu. – Jak mógł pan zrobić coś takiego? Potężni czarodzieje nie powinni narażać małych dzieci na niebezpieczeństwo. Czarodzieje Światła się tak nie zachowują.
Albus zamrugał. Nie przyszło mu do głowy, że Connor tak szybko przejdzie do rzucania tego rodzaju oskarżeniami. W retrospekcji miał wrażenie, że powinien był to przewidzieć. Connor zawsze szybko przyjmował do wiadomości wszystko to, czego nauczali go dorośli, którym ufał. Teraz wyglądało na to, że nie zostali mu już żadni dorośli, którym mógłby ufać, więc akceptował wszystko, co usłyszał od Harry'ego.
– To było niezbędne – powiedział. – Musieliśmy się dowiedzieć, kogo wybierze przepowiednia. To był najlepszy sposób do ograniczenia liczby potencjalnych kandydatów do dwóch. – Zerknął na Harry'ego i przypomniał sobie, jakie to było uczucie, wejść do tego na-wpół-roztrzaskanego pokoju i poczuć moc wyjącą wokół bliźniaka z blizną w kształcie błyskawicy. – Nastąpiły w tym momencie również okoliczności, z których jeszcze nie zdajecie sobie sprawy…
– Zdajemy – powiedział Harry, mrużąc oczy. – Peter usłyszał rozmowę, którą pan potem odbył z mamą, kiedy wydawało się panu, że jesteście poza zasięgiem słuchu wszystkich. Wiem, że przejąłem moc Voldemorta, a przynajmniej jego zdolność do pożerania magii i potem jego moce i właśnie dlatego jestem taki, jaki jestem. Wiem, że jestem wężousty dlatego, że on był, że potrafię się żywić magią innych czarodziejów dlatego, że on potrafił. Wiem już o wszystkim, dyrektorze. Wiem, że planował pan zrobić ze mnie opiekuna dla mojego brata dlatego, że pan się mnie bał. Ostatecznie właśnie dlatego też umieścił pan mnie pod siecią feniksa. Nie sądzę, żeby to był zbieg okoliczności.
Zgroza, której Albus nie czuł już od lat, przeszyła go na wylot. Nawet kiedy Harry odebrał Lily magię w rytuale sprawiedliwości, Albus wciąż wierzył w podstawowy, wytrenowany charakter chłopca. Jednakże dziecko, które patrzyło teraz na niego z pełnymi pogardy, chłodnymi oczami, mogło być równie dobrze drugim wcieleniem Toma Riddle'a.
Sięgnął do niego przymuszeniem, instynktownie starając się załagodzić nieco ten gniew i odwrócić go od siebie.
Zderzył się ze stosem założonych o siebie tarcz, surowej magii, oklumencji i serią osłon, które chłopiec zdawał się wszyć w swoją skórę. A potem wielka, sunąca żmija otworzyła jedno oko i Albus poczuł jak zdolność Harry'ego do pożerania magii rozwija się wokół niego. Dobrze wiedział, że w tym nastroju Harry nie pozbędzie się tak po prostu połkniętej magii, wyrzygując ją jak tylko znajdzie dla niej zastosowanie. Zaabsorbuje tę magię w ten sam sposób, w jaki zrobił to wcześniej tego roku. Gdyby tylko chciał, Harry mógłby w ten sposób zostać najpotężniejszym czarodziejem na świecie.
– Niech pan nigdy więcej tego nie próbuje – powiedział Harry, głosem zimnym i odległym. – Nie chcę pana osuszyć, dyrektorze, ale zrobię to, jeśli spróbuje pan kontrolować mnie, albo mojego brata.
Tak oto żmija obnażyła swoje kły. Albus wiedział, że nie może liczyć na żadną pomoc. To był vates. To był czarodziej, który był od niego całkowicie niezależny i w pełni swojej mocy, i w obu przypadkach zdecydowanie za wcześnie doszedł do tego punktu w swoim życiu.
To właśnie jest piwo, które sobie nawarzyliśmy, pomyślał, nie odrywając wzroku od twarzy Harry'ego, Lily i ja.
Zobaczył, że Harry dochodzi do tego samego wniosku, ale w jego oczach nie było zgrozy, po prostu akceptacja i wiedział już, czemu Harry powiedział mu prawdę. Zaganiał go, pokazując mu możliwe ścieżki w przyszłość i zamykając je jedną po drugiej. Miał zamiar zagonić Albusa na brzeg klifu i zmusić go do podjęcia wyboru między skokiem a koalicją.
Wybiorę koalicję, oczywiście, pomyślał Albus. Jeśli to on jest Chłopcem, Który Przeżył, to nie mam innego wyjścia. Jeśli jest Mrocznym Panem, to muszę go poznać na tyle, żeby móc z nim potem walczyć. Jeśli jest Świetlistym Panem, to muszę zostać jego mentorem. A jeśli jest vatesem…
Jeśli jest vatesem, to muszę się przygotować na zmierzenie się ze sztormem.
– Masz moje słowo, Harry, w imię Merlina, że to się nigdy więcej nie powtórzy – powiedział na głos. – Oczywiście zdajesz sobie sprawę z tego, że wasza matka się o was strasznie niepokoi i pragnie znowu zobaczyć swoich synów.
– Do tego nie dopuszczę. – Głos Harry'ego był spokojny i pewny siebie, bez cienia kpiny. – Connor spędzi wakacje ze mną. Potrzebuje edukacji w sprawach, które już dawno temu powinien był opanować.
To racjonalne, pomyślał Albus, kiedy kolejne wrota zatrzasnęły się mu przed nosem. I kto mógłby się temu przeciwstawić? Tak dobrze go wytrenowaliśmy. Oczywiście, że będzie najlepszym kandydatem do trenowania swojego brata, bo tylko on w pełni rozumie problemy z jakimi jego brat się zmaga.
– Jesteś pewien, że będziecie bezpieczni? – zapytał Albus, ponieważ miał zamiar grać w tę grę aż do samego gorzkiego końca, kiedy zamkną się przed nim wszystkie możliwości. Harry wciąż był młody, możliwe, że coś mu umknęło. Śmiertelną słabością wielu Ślizgonów była ich chęć do popisywania się własną przebiegłością, ich subtelnością. Jeśli to pragnienie skusiło Harry'ego, to możliwe, że odpowiednie pytania odsłonią jakąś słabość, którą Harry po prostu zignorował, bo uważał, że nikt nie będzie na tyle sprytny, by ją znaleźć. – Świat wciąż jest pełen niebezpieczeństw. Na przykład dementorzy, którzy teraz uwolnili się od Azkabanu…
– Dementorzy od samego początku pochodzili z koszmarów – wtrącił się Harry. – Sami mi to powiedzieli. Odesłałem ich tam z powrotem. Odesłałem ich do domu.
Albus poczuł, że jego oczy znowu chcą się zamknąć, ale tym razem ograniczył się po prostu do długiego mrugnięcia.
– Zniknęli?
– Zniknęli – powiedział stanowczo Harry. – Już na zawsze. Ministerstwo będzie musiało sobie znaleźć nowy sposób na strzeżenie Azkabanu. – Wyszczerzył się do Albusa, w sposób który oznaczał, że w pełni rozumie konsekwencje tego, co zrobił, i kompletnie się nimi nie przejmował.
Albus sięgnął więc po nowiny, które miał zamiar zachować na później. Teraz, kiedy gra się jeszcze toczyła, wciąż miał szansę na wytrącenie Harry'ego z równowagi.
– Ministerstwo nie będzie z tego zadowolone, Harry – powiedział. – Są raczej w nastroju, by nakładać coraz więcej ograniczeń na mroczne stworzenia, a nie wypuszczać je na wolność. Podpisali już ustawę anty-wilkołaczą, nie wiem, czy o tym słyszałeś? Od przesilenia letniego żaden wilkołak nie będzie w stanie mógł otrzymać płatnej pracy, legalnej opieki nad dzieckiem, mieć posiadłości ziemskich, głosować i stracą wiele innych praw.
Harry pozostał niewzruszony.
– W takim razie będę pracował nad tym, żeby i to zmienić – powiedział. – Ale jestem pewien, dyrektorze. Dementorzy nie wrócą, tak samo jak magia mojej matki.
Albus przymrużył oczy. Czas go zacząć łapać za słówka. Zignorował głos swojego starego mentora w swojej głowie, który mówił mu, że taka zagrywka to ostatnie, za co powinni się łapać zdesperowani ludzie.
– Powiedziałeś, że pochodzą z koszmarów. Co, jeśli kłamali?
– Rozmawiali ze mną jako vatesem – powiedział Harry. – I na pewno zniknęli zaraz po tym, jak ich wypuściłem.
– Wypuściłeś?
– Rozerwałem ich sieć.
Widzi sieci. Widzi więzy. Albus ledwie był w stanie oddychać ze strachu. Którą sieć rozszarpie w następnej kolejności, tylko dlatego, że może?
Harry uniósł lekko usta, nie do końca je krzywiąc, ale i tak wyrażając dezaprobatę.
– Niech pan się tak nie martwi, dyrektorze – powiedział. – Wiem, że istnieją też inne sieci w świecie czarodziejów, ale nie mam zamiaru ich rozrywać, póki poważnie nie przemyślę konsekwencji. To oznacza sieci na skrzatach domowych, feniksach, jednorożcach, smokach i wszystkich innych stworzeniach. Skoro byłem w stanie myśleć o konsekwencjach, kiedy byłem ledwie żywy ze zmęczenia, to będę też o nich pamiętał w innych sytuacjach.
Usunął sieć dementorów kiedy był ledwie żywy ze zmęczenia.
Albus wyjrzał za zakręt i zobaczył czekającą tam na niego prawdę, prawdę, od której już od dawna uciekał.
Harry nie był po prostu vatesem, on był kimś, kto miał naprawdę dobrą szansę zostać dobrym vatesem.
Miał szansę odnieść sukces tam, gdzie Albus poległ.
Światło w oddali, które Albus zawsze uważał za nadciągające piekło, równie dobrze mogło się okazać wschodem słońca.
Spojrzał Harry'emu w oczy i zobaczył, że to przeklęte dziecko się uśmiecha, zupełnie jakby odczytał prawdę z twarzy dyrektora. Albus miał wszelkie powody, by uważać, że nauczył się tego od Severusa.
No i oczywiście, że Harry nie pozostawił swojej argumentacji słabości, która polegałaby na jego pragnieniu do popisania się. Lily od samego początku pielęgnowała w nim pragnienie, by się nie popisywać, a to oznaczało, że w Harrym pozostało niezwykle niewiele ambicji. Wciąż był jednak gotów rzucić całą swoją moc, by poprzeć czyiś cel – byle z rozwagą.
Gdyby Albus od tak dawna nie starał się zapobiec zaistnieniu właśnie tej sytuacji, to może nawet przyjąłby tę kruchą nadzieję i pozwoliłby się jej rozwinąć.
Tak czy inaczej, popełnił błąd, popełnił wiele błędów, traktując Harry'ego jak wroga. To musiało dobiegnąć końca, nie tylko dlatego, że Albus chciał dostępu do obu chłopców. Już kiedyś zabił Mrocznego Pana dzięki miłości, jaką miał w sercu do całej reszty świata. Chciał mieć swój udział w budowaniu przyszłości i, czy mu się to podoba, czy nie, Harry będzie ogromną częścią tej przyszłości.
– Jestem skłonny zawierzyć twojemu osądowi w tej sprawie, Harry – powiedział, pilnując, by jego głos pozostał ponury. – Czego ode mnie chcesz?
– Niewiele ponad to, co sam pan jest gotów mi dać. – Wzrok Harry'ego był wbity w niego, jego słowa biegły szybko i żwawo. – Nie chcę, żeby pan komukolwiek mówił prawdy na temat przepowiedni, przynajmniej na razie. Sami nie wiemy, którego z nas postanowi wybrać. Chcę jednak, żeby pan wszystkim ogłosił, że dementorzy już się więcej nie pojawią. Chcę, żeby pomógł nam ułagodzić ministerstwo po tej nowinie. Chcę, żeby powiedział pan mamie, że żaden z nas się z nią nie spotka, przynajmniej dopóki nie wyleczy się ze swojego szaleństwa i chcę, żeby przestał pan przymuszać nas i zmuszać do powrotu pod jej kontrolę – legalną i psychiczną. Chcę, żeby przestał pan grozić Connorowi, mnie, profesorowi Snape'owi i wszystkim moim sojusznikom. Chcę, żeby pan zdjął z Petera sieć feniksa. Chcę, żeby przestał pan subtelnie wspierać uprzedzenia wobec domu Slytherina. Chcę, żeby pan się dowiedział, skąd Voldemort, którego pokonaliśmy ostatnio, miał wspomnienia swojego starszego siebie, który zaatakował Dolinę Godryka. – Wziął głęboki wdech. – Tyle na razie wystarczy.
Albus kiwnął powoli głową. Takiej właśnie listy żądań się spodziewał, ale ta i tak była bardziej rozsądna, niż oczekiwał.
– A w zamian? – zapytał cicho.
– Będę z panem współpracował, żeby zrozumieć sieci czarodziejskiego świata i konsekwencje, jakie się wiążą z rolą vatesa – powiedział Harry, a jego spojrzenie było otwarte, spokojne i klarowne. – Postaram się uzyskać swoją wolność, korzystając ze wszystkich możliwych, dostępnych mi legalnych środków, nie chcę nastawiać ministerstwa przeciw sobie; będziemy ich potrzebować, jeżeli chcemy wygrać tę wojnę. Pomogę Connorowi w treningu. Jeśli mama kiedykolwiek odzyska kontrolę nad sobą, to będę otwarty na próby pogodzenia się z nią. Nie będę groził panu, ani pańskim sojusznikom i będę walczył w pana obronie. Utrzymam w tajemnicy sprawy, które wiem, że nie chce pan, żeby wyszły na światło dzienne – sieć feniksa, prawda o przeszłości Syriusza. – Przechylił głowę na bok. – Jeśli będzie trzeba, zostanę Chłopcem, Który Przeżył, albo opiekunem Chłopca, Który Przeżył, i wojownikiem przeciw Voldemortowi i jestem gotów zginąć w walce z nim. Jeśli będzie taka potrzeba. Mam zamiar walczyć.
Severus poprawił się na krześle. Albus zerknął na niego przelotnie i zobaczył lekką irytację na jego twarzy. Wyglądało na to, że Harry nie omówił tej listy ze swoim opiekunem przed wejściem tutaj i Severusowi się to nie spodobało. Severus nie znosił, kiedy się go pomijało w ważnych kwestiach.
Być może to będzie słabość, którą będę w stanie potem wykorzystać, pomyślał Albus, ale póki co wolał po prostu brnąć w to dalej.
– Zgadzam się – powiedział na głos. – Tak się jednak składa, że na jeden z twoich warunków mogę odpowiedzieć od razu.
– Doprawdy? – Harry brzmiał ostrożnie, ale w jego tonie pojawiła się nuta zainteresowania.
– Tak – powiedział Albus, starając się zignorować to, jak bardzo Harry brzmiał jak czarodziej, wychowany w starej, czystokrwistej rodzinie i jak bardzo go to niepokoiło. To my go tak wytrenowaliśmy, Lily i ja. – Myślę, że wiem, skąd młodsze osobowości Voldemorta miały dostęp do jego wspomnień. Tom Riddle, taki, jakiego go znałem, zawsze miał większy talent do agresywnego grzebania w ludzkich umysłach – legilimencji – niż do oklumencji. To był jeden z powodów, dla których Severus zdołał przeżyć przy nim jako jego szpieg, ponieważ był lepszym oklumentą. – Siedzący obok Harry'ego Severus kiwnął, zgadzając się ponuro. – Możliwe, że jego najstarsza osobowość, gdziekolwiek by teraz nie przebywała, nie wyczuła nawet, że jego inne wcielenia sięgają w jego kierunku i wyciągają z jego umysłu fragmenty wspomnień. Ostatecznie są w posiadaniu odpowiednich zdolności i są z nim na swój sposób powiązane. – Pochylił się i spojrzał Harry'emu w oczy, ponieważ tego sam chciał się dowiedzieć. – Czy masz takie powiązanie z nim poprzez swoją bliznę, Harry?
Szybkie zerknięcie w prawo. Dobrze wiedzieć, że chłopca wciąż można czymś zaskoczyć, pomyślał Albus.
– Tak – powiedział Harry. – Głównie prorocze sny. Koszmary.
Albus miał wrażenie, że Harry nie mówi mu całej prawdy, ale uznał, że teraz nie powinien go o to naciskać. Kiwnął głową.
– Wcale mnie to nie dziwi. Jeśli Voldemort w pewnej chwili zorientuje się o wiążącym was połączeniu, z pewnością spróbuje to wykorzystać z pożytkiem dla siebie, ale póki co pasywne osuszanie jego umysłu z informacji nie powinno zwrócić jego uwagi. – Odetchnął lekko. – Mamy użyteczną broń na czas wojny.
– Harry nie jest bronią.
Albus podskoczył. Jeszcze nigdy nie słyszał, żeby Severus brzmiał na tak wściekłego. Wypowiedziane przez niego słowa były ledwie słyszalne.
– Powiedziałem, że będę walczył – przypomniał Harry swojemu opiekunowi.
– Nie jesteś bronią – powiedział Snape, nie odrywając wzroku od Albusa. – Jesteś wojownikiem, przywódcą. To jest różnica. Sam też najlepiej wiem, jak ciężka i niebezpieczna jest walka na polu mentalnym. To ja będę decydował, czy i kiedy wykorzystasz swoje połączenie z Voldemortem, jeśli w ogóle.
Albus pochylił głowę. Czyli jednak nie słabość. Będę musiał na niego uważać.
– Zgadzam się tobą, Severusie – powiedział potulnie. – Harry będzie pod twoją opieką w czasie wakacji, mam nadzieję, że dojdziecie wtedy do konsensusu.
Severus oparł się o swoje krzesło, uśmiechając się zwycięsko.
– Nie jestem co do tego przekonany – zaprotestował Harry, po raz pierwszy okazując zmartwienie. – Jestem wojownikiem, proszę pana. Nie przywódcą.
Albus przeklął się za to, że wcześniej tego nie zauważył. To właśnie była wypatrywana przez niego słabość.
Póki co pogodzi się z Harrym. Jego warunki naprawdę brzmiały rozsądnie. Raczej nie miał zamiaru zrezygnować z kontroli nad samym sobą, czy swoim bratem, a dla dobra przyszłości czarodziejskiego świata potrzebowali ich obu. Albus odegrał swoją rolę w tworzeniu go takim, a nie innym i jeśli miał za to odpokutować, to teraz naprawdę powinien po prostu podążyć pokornie za Harrym. Istniała nawet szansa na to, że Harry był dokładnie tym, kogo potrzebowało ministerstwo, Hogwart, czystokrwiści i wszyscy inni.
A jeśli nie był…
Harry naprawdę zdawał się być niezainteresowany tym, czy to on wszystkimi przewodzi, czy ktoś inny, nie miał żadnej ochoty na to, żeby miliony ludzi patrzyli na niego z uwielbieniem, traktując go jak swojego wybawcę.
To była naturalna wada jego charakteru. Jeśli się naciśnie na to odpowiednio mocno, to Albus miał wrażenie, że będzie w stanie odzyskać kontrolę, jeśli kiedyś będzie tego potrzebował.
Lepiej się jednak tym nie chwalić, pouczył siebie, kiedy składali sobie przysięgi z Harrym w imię Merlina. Znacznie lepiej będzie zagonić Harry'ego z powrotem do cieni – jeśli będzie trzeba.
Harry zawahał się, zatrzymując przed portretem Grubej Damy.
– Wiem, że Hermiona mi wybaczyła – powiedział – ale jak reszta twojego domu mnie teraz postrzega, Connor? Nie chcę wejść do gniazda Gryfonów przekonanych, że wszyscy Ślizgoni to obślizgłe węże.
Connor parsknął i pokręcił głową.
– Ktoś powiedział tak o was kilka dni temu i Hermiona tak długo na niego krzyczała, aż się nie zamknął. – Pociągnął Harry'ego za ramię. – No chodź. Snape powiedział, że mogę spędzić z tobą trochę czasu. – Connor skrzywił się na to i Harry też. Snape robił się coraz bardziej nieracjonalny, zaczynał mówić, że chce, żeby Harry spędził wakacje razem z nim i co najwyżej z Draconem, ale bez Connora – gdzie Connor miałby się w tym czasie podziać to nie miało znaczenia, tak długo jak to nie był Hogwart. – A ja nie czuję się w lochach tak swobodnie jak w wieży.
No, to było zrozumiałe. Harry kiwnął głową.
– Pszczółka – szepnął Connor portretowi i ten odchylił się na bok.
Kiedy jednak weszli do pokoju wspólnego Gryffindoru, szybko jednak stało się jasne, że nikt się nie przejmie pojedynczym Ślizgonem. Wszyscy zebrani Gryfoni obserwowali z fascynacją jak rodzina Weasleyów najwyraźniej rozpadała się na kawałki.
– Jak mogłeś zrobić coś takiego, Percy! – Twarz Rona była tak czerwona jak jego włosy. – Wiesz przecież jak strasznie tata się starał, żeby zdobyć ci tę posadę, a…
– Ta posada nie jest warta pieniędzy, które bym za nią dostał – przerwał mu Percy. Harry jeszcze nigdy nie słyszał, żeby ten brzmiał tak zdystansowanie i chłodno. Jasne, nie znał za dobrze trzeciego z braci Weasleyów, ale kiedy Percy karcił kogoś za łamanie reguł, jego głos był zawsze pełen pasji. Teraz brzmiał, jakby próbował naśladować Dracona. – Pan Crouch zaoferował mi bardzo dobre stanowisko. Testowanie grubości denek kociołków jest bardzo ważne.
– A ty jesteś nadętym palantem, że przyjąłeś taką robotę i olałeś posadę od taty! – zawył Ron, którego twarz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.
Wyglądało na to, że chce się rzucić na Percy'ego z pięściami, ale bliźniacy go wyprzedzili. Jeden z nich, Fred Weasley, jak się Harry'emu wydawało, szepnął zaklęcie, które sprawiło, że wokół Percy'ego nagle pojawiło się fioletowe światło, po czym jego ubrania gwałtownie się skurczyły. Percy dostał lekkiego zeza, z czego można było wywnioskować, że skurczenie objęło wszystkie ubrania.
– Nie mam czasu się z wami kłócić – powiedział Percy wywyższającym się tonem, który nieco stracił na wadze przez jego brak tchu. – Nie spodziewałem się, że zrozumiecie, ani ty, Ron, ani wy, Fred i George. – Odwrócił się i spojrzał na przeciwną stronę pokoju. – Miałem tylko nadzieję, że może Ginny mnie zrozumie.
Harry spojrzał na najmłodszą Weasleyównę, która siedziała na ostatnim schodku schodów prowadzących do sypialni dziewcząt. Kiedy zobaczyła skupioną na sobie uwagę wszystkich, podniosła głowę wysoko, ale się nie zarumieniła.
– Rodzina jest dla mnie ważna, Percy – powiedziała cicho. – Nie rozumiem, jak możesz się tak zwracać przeciwko tacie.
– To dlatego, że żadne z was nie rozumie, jak rewelacyjna jest praca, którą mi zaoferowano! – Palce Percy'ego trzęsły się, kiedy wyciągnął w ich kierunku swoją odznakę prefekta naczelnego. – Widzicie to wszyscy? Mam szansę zrobić ze swoim życiem to, czego nikt jeszcze z naszej rodziny nie był w stanie, wspiąć się na wyżyny, których tata nigdy by nie osiągnął, bo ugrzązł w urzędzie niewłaściwego wykorzystywania produktów mugoli…
– Brzmisz jak Ślizgon, Percy – powiedziała Ginny.
Twarz Percy'ego pobladła gwałtownie, po czym zalała się czerwienią, a on sam zamknął gwałtownie usta. Odwrócił się i wymaszerował z pokoju, odsuwając gwałtownie portret ku pełnemu dezaprobaty skrzekowi Grubej Damy. Harry jeszcze przez chwilę słyszał jego kroki, kiedy szedł korytarzem, ale w końcu i one zanikły.
Harry przymknął lekko oczy. Percy faktycznie brzmiał jak Ślizgon, ale brzmiał też, jakby był pod ciężarem ogromnego stresu, jakby gonienie za swoją ambicją coś go kosztowało, a tego nie zrobiłby żaden Ślizgon.
– Idę za nim – wymamrotał Connorowi.
– Ale… – zaprotestował Connor.
Harry zrobił gest w stronę Rona, który wyglądał, jakby miał zamiar przebić pięścią ścianę na wylot.
– Ron cię chyba teraz bardziej potrzebuje – powiedział. – Wrócę jak tylko porozmawiam z Percym, obiecuję. Ale coś jest nie w porządku.
Connor kiwnął z wahaniem głową, po czym poszedł pocieszyć Rona. Harry wyszedł przez dziurę za portretem i zaraz za nim zatrzymał się, żeby przeprosić Grubą Damę za to, że tak ją gwałtownie otworzono, po czym rozejrzał się po korytarzu.
Zobaczył jak cień Percy'ego znika za zakrętem po prawej i pobiegł za nim. Dogonił go przy zakręcie schodów. Percy szedł szybko z nisko opuszczoną głową i koszmarnie czerwonymi policzkami, a jego pięści były zaciśnięte tak mocno, że jego paznokcie prawdopodobnie zacinały mu skórę na dłoniach.
– Nie wiem, jak pozostali – zagaił Harry, pilnując, żeby mówić odpowiednio głośno – ale mnie to twoje przedstawienie w ogóle nie przekonało.
Percy podskoczył, skrzywił się i powoli odwrócił. Jego mina wyrażała tyle nieszczęścia i stresu, że Harry kiwnął głową. To było tylko przedstawienie, nic innego. To, oczywiście, oznaczało, że musiał się zastanowić nad tym, czemu jeden z Weasleyów miałby chcieć się odseparować od reszty swojej rodziny.
Harry sam sobie na to odpowiedział, jak tylko przypomniał sobie jak w zeszłym roku Dumbledore ufał Percy'emu na tyle, żeby nasłać go na Harry'ego jako szpiega, a sam Percy zaprowadził go do dyrektora jak tylko podejrzewał, że Harry zaczyna psocić.
– Dumbledore cię o to poprosił.
Być może właśnie dlatego, że nie zrobił z tego pytania, ale Percy poddał się, jak tylko to usłyszał. Oparł się o ścianę i przeczesał ręką włosy, zestresowany gest, który Harry wcześniej wiele razy widział w wykonaniu Rona.
– Tak – szepnął, odwracając wzrok.
Harry pokręcił lekko głową.
– Dlaczego?
– Ministerstwo ma przecieki po prostu wszędzie – szepnął Percy. – Dumbledore zauważył pierwsze oznaki już w zeszłym roku, nawet latem przez poprzednim rokiem i zaczął wysyłać mi listy. Zapytał mnie, czy byłbym skłonny udać, że porzucam swoją rodzinę dla dobra stanowiska w ministerstwie, jeśli ktoś mi je zaoferuje. I tak się stało. – Zaśmiał się bez humoru. – Mój ojciec ma tam reputację, wiesz? Nikt by nie myślał o mnie jak o kimkolwiek, jak tylko Weasleyu, gdybym się od niego nie odciął. Nikt by mi nie ufał, nikomu by się nie wymknęła przy mnie żadna tajemnica. Ale Weasley, który chce się stać kimś… to byłoby zrozumiałe. Moja rodzina jest biedna. Oczywiście, że wszyscy będą uważać za normalne, że chcę się dorobić majątku, nawet za cenę poddania swojego nazwiska, które jest tylko kojarzone z głupotą w zamian za swoją odwagę i honor. – Percy zamknął mocno oczy. – A stanowisko asystenta pana Croucha jest dobrym pierwszym krokiem dla młodego człowieka, który chce się dorobić, stać się kimś. On też ma reputację, chociaż kiedyś była to dobra reputacja. I jest to dobry pierwszy krok dla ukrytego szpiega Zakonu Feniksa, a o to właśnie mnie poprosił Dumbledore.
Harry poczuł pierwsze liźnięcie ognia swojej złości. Kolejne poświęcenie. Czy nic nie jest w stanie powstrzymać Dumbledore'a?
– Mógłbyś powiedzieć swojej rodzinie, co się tak naprawdę dzieje – zaproponował. – Jestem pewien, że by zrozumieli.
Percy od razu pokręcił głową.
– Bliźniacy, Ron i Ginny są za młodzi, żeby zrozumieć, czemu to jest takie ważne – szepnął. – A moja mama… wiem, że spotkałeś ją tylko raz, Harry, ale czy naprawdę ci się wydaje, że zaczęłaby mnie traktować z dystansem, kiedy wszystko będzie wskazywało na to, że tak naprawdę w żaden sposób nie chciałem jej skrzywdzić? Naprawdę ci się wydaje, że przestanie mnie zapraszać na święta, albo przysyłać mi swetry jako prezent na gwiazdkę?
Harry musiał, choć niechętnie, pokręcić głową. To prawda, spotkał panią Weasley tylko raz, ale nie wydawała mu się wtedy materiałem na aktorkę.
– A mój ojciec jest przejrzysty jak lód – powiedział Percy. – Wszystkie jego emocje pojawiają się od razu na jego twarzy. Tylko dlatego go nigdy nie awansowano. Nie byłby w stanie przestać się szczerzyć i mrugać znacząco.
Westchnął i pokręcił głową.
– Bill i Charlie może zrozumieją i może będę w stanie im powiedzieć, ale to będzie musiało zaczekać. Obawiam się, że jak zostanę z nimi w kontakcie, to zaszkodzi to mojej reputacji. To w końcu wciąż Weasleyowie. – Percy potarł oczy, które były naznaczone zbyt wielką ilością nieprzespanych nocy. – No to póki co nie powiem nikomu. Ukryję się i będę się wydawał absolutnie godny zaufania, tak żeby Dumbledore miał swoje oczy w ministerstwie.
Harry wziął głęboki oddech. Musiał wiedzieć.
– Percy, czy Dumbledore rzucił na ciebie sieć feniksa?
Percy od razu pokręcił głową.
– Nie. Tylko rozmawialiśmy. Właśnie dlatego tak długo zajęło mi podjęcie tej decyzji. Rozważałem ją od niemal dwóch lat już, zanim wreszcie przekonałem sam siebie do porzucenia swojej rodziny dla dobra Zakonu. – Uśmiechnął się smutno. – To strasznie brzmi, prawda? Ale to właśnie postanowiłem zrobić. – Spojrzał na Harry'ego. – Nie mów im o tym, proszę.
Harry kiwnął głową. Rozumiał, czemu Percy wyszedł po komentarzu Ginny na temat ślizgońskiego zachowania. Wciąż był Gryfonem, odważnie wybrał samotną ścieżkę, która wiodła go ku temu w co wierzył, po prostu nie mógł powiedzieć o tym swojej rodzinie.
Percy odwrócił się i zaczął schodzić po schodach, po czym zawahał się.
– Widziałeś V-Voldemorta – powiedział, zmuszając się do powiedzenia tego imienia. – Powraca, prawda?
Harry znowu przytaknął.
Percy obejrzał się na niego ponad swoim ramieniem.
– No cóż – powiedział. – Żaden ze mnie wojownik. Jedyne, co umiem naprawdę dobrze robić, to obserwować. Jeśli mogę pomóc przy Drugiej Wojnie jako szpieg, to to właśnie zrobię.
Ruszył w dół po schodach.
Harry oparł na chwilę głowę o ścianę i zamknął oczy. Zastanawiał się, co zrobić z tą nową wiedzą. Z jednej strony zobowiązał się nie wtrącać się w sprawy Dumbledore'a i nie grozić jego sojusznikom, a nie chciał łamać danego słowa. W dodatku Harry też nie miał szczególnych powodów, żeby jakoś specjalnie chronić ministerstwo, na którym ostatnio stale się zawodził.
Z drugiej jednak strony Dumbledore znowu mącił w ministerstwie, a tak się składało, że Harry znał kogoś, kto będzie bardzo, bardzo zainteresowany tą informacją.
W dodatku Percy musiał się poświęcić, podczas gdy Dumbledore mógł znaleźć dla niego inną rolę, albo sposób wykonania tej, tak żeby umysł i serce Percy'ego nie zostały przytłoczone takim ciężarem stresu.
Harry uśmiechnął się ponuro, po czym wyprostował. Wyśle list do Scrimgeoura, polecając mu baczną obserwację Percy'ego. Może uda się go przekonać do zastosowania innej taktyki niż tylko karmienia Percy'ego fałszywymi informacjami albo wyjawienia jego roli przed całym ministerstwem. Dumbledore niewątpliwie byłby zachwycony, mając szpiega w samym biurze aurorów. Percy uwierzyłby, że naprawdę byłby w stanie zrobić coś ze swoim życiem. Scrimgeour wiedziałby, kto mu mąci w ministerstwie i zrobi z tym, co uzna za słuszne.
I wszyscy będą zadowoleni, pomyślał Harry, po czym ruszył z powrotem do wieży Gryffindoru i swojego bliźniaka.
– Tak mi przykro, Remusie.
Remus rzucił Harry'emu przelotny uśmiech, nie przerywając pakowania.
– Tego nie dało się uniknąć, Harry – powiedział, brzmiąc, jakby chciał wyjaśnić Harry'emu, że to naprawdę nie jego wina. – Ministerstwo przepchnęło ustawę w ciągu nocy, zwołując naprędce tajemne spotkanie swoich sojuszników, czego nie robiono od ponad stulecia. Wszyscy zapomnieli, że takie prawo w ogóle istnieje. – Westchnął. – A teraz znowu nie będę w stanie tutaj uczyć.
Ani otrzymać żadnej innej płatnej pracy, pomyślał Harry i przez chwilę gotowało się w nim na całą niesprawiedliwość tej sytuacji. Przecież Dumbledore mógłby go przynajmniej zatrudnić potajemnie jako szpiega czy do roboty papierkowej, gdyby tylko przyszło mu do głowy, że Remus może mu się jakoś przydać w Zakonie.
– Remusie, jeśli chodzi o Syriusza… – zaczął.
– Już odbyłem swoją żałobę, Harry – przerwał mu Remus, głosem spokojnym, lecz stanowczym. – Proszę. Wybiegłem w czasie pełni i nie zatrzymałem się, póki nie padłem ze zmęczenia. – Spojrzał Harry'emu w oczy, prosząc go bez słów o odpuszczenie tematu. Harry kiwnął głową i Remus kontynuował. – Bardziej martwię się o ciebie i Connora. Jak sobie radzisz ze śmiercią Syriusza?
Harry westchnął. Obiecał, że będzie bardziej otwarty w kwestii swoich emocji, ale to było przy Draconie i Snape'ie. Z drugiej jednak strony, Remusowi naprawdę na nim zależało, a on sam, dla odmiany, chciał porozmawiać.
– Ciężko – powiedział cicho. – Cały czas się spodziewam, że skręcę w jakiś korytarz i go tam zobaczę. A potem zaczynam myśleć o nim jak o wrogu i myślę, że jakbym go zobaczył, to bym go zniszczył.
– Nie przejmuj się tym, Harry – powiedział Remus. – Zrozumiałby. Przynajmniej zrobił swoją śmiercią coś dobrego. – Harry upewni się, że Remus w pełni zrozumiał co się stało we Wrzeszczącej Chacie, zarówno w kwestii śmierci Syriusza i tego, co się stało w Dolinie Godryka. – Dzięki temu zdołaliście wreszcie poznać prawdę. – Oczy Remusa zalśniły. – Myślę, że naprawdę by mu się teraz to wszystko spodobało, że się znowu dogadujecie z Connorem, a Dumbledore nie zdołał wam wcisnąć żadnej innej pomocy, która byłaby równie nieefektywna co Syriusz.
Harry kiwnął głową.
– Dziękuję, Remusie. – Część jego bólu faktycznie zaczęła znikać. – Jak wiele wiedziałeś o jego życiu?
Remus potrząsnął głową.
– Wiele o jego dzieciństwie. No i o Regulusie, oczywiście. Ale wyglądało na to, że nic nie wiedziałem o kilku jego ostatnich latach, tym, że cierpiał z powodu koszmarów, albo że jego klątwa nigdy nie została złamana. – Remus westchnął i zamknął na chwilę oczy. Harry wyraźnie widział na jego twarzy spięte linie zmęczenia po pełni, od której minęły zaledwie dwa dni. – Rozumiem, czemu nie chciał mi o tym powiedzieć. Całe wieki zajęło mu powiedzenie mi prawdy o tym, co się stało nocy, kiedy uciekł z domu i schował się u Jamesa.
– Dlaczego? – szepnął Harry. – Co się stało?
– Jego rodzice próbowali go przymusić do przyłączenia się do śmierciożerców – powiedział Remus. – Wyrwał się z łańcuchów i przymuszenia psychicznego, skrzywdził swoją matkę – na tyle ciężko, że resztę życia spędziła w łóżku – i uciekł.
Harry skrzywił się. A pod koniec i tak został śmierciożercą, mniej więcej.
Z wysiłkiem odsunął te myśli od siebie. Syriusz już spoczął w pokoju, to było najważniejsze.
Remus parsknął, chowając ostrożnie ilustrowany schemat faz księżyca do swojego kufra.
– Czy ktoś już się zadeklarował, że może was obu przyjąć do siebie na wakacje?
Harry się zarumienił. Nie, ta decyzja wciąż nie zapadła. Harry wciąż się upierał, że Connor powinien spędzić wakacje z nim. Snape równie mocno obstawał przy tym, że żaden Potter nie będzie gościł w jego kwaterach poza Potterem, którego jest obecnie prawnym opiekunem, a Draco zaznaczył chłodno, że zaproszenie jego rodziców obejmuje wyłącznie Harry'ego. Jutro był ostatni dzień szkoły, wszyscy zaczną się rozjeżdżać do domów, a w ich sprawie wciąż nic nie było postanowione.
Remus zachichotał.
– Tak myślałem. Jeśli już podejmiecie jakąś decyzję, Harry, to daj mi znać. Póki co mam, gdzie się udać w Londynie. Przechowają mnie przez kilka tygodni.
– Och? Gdzie? – zapytał zaciekawiony Harry.
Wzrok Remusa ześlizgnął się w bok.
– To nie moja tajemnica, żeby się nią dzielić, Harry – powiedział. – Wilkołacze miejsca.
Harry kiwnął głową, rozumiejąc i odpuszczając. Nie był wilkołakiem i nie był w stanie tak naprawdę zrozumieć, jakie to uczucie, mieć w sobie nieustannie wyjącą bestię przymuszenia. Jeśli Remus miał jakieś kontakty pośród wilkołaków, którymi wolał się z nim nie dzielić, to Harry musiał uszanować jego prywatność.
– Dam ci znać – powiedział, po czym wstał, żeby udać się do drzwi.
Pamiętam to.
Harry zamrugał. Głos w jego głowie nie odwiedził go już od dobrego tygodnia i Harry'emu wydawało się, że go opuścił na dobre. Ale nie, znowu wrócił i teraz mówił z pośpiechem, jakby słowa wylewały się jedno po drugim.
Wszyscy strasznie na siebie krzyczeli. Tam było tak wiele bólu. A potem magia wybuchła i wiem, że kogoś strasznie okaleczyła. Nie wiedziałem, kogo.
Ale tak. To musiało być to. Już wiem, kim jestem! Nazywam się Regulus Black.
Harry wciągnął z zaskoczeniem powietrze i oparł się o ścianę. Słyszał zaniepokojone pytania Remusa, który próbował się dowiedzieć, czy nic mu nie jest, ale nie był w stanie mu odpowiedzieć, gapiąc się przed siebie w szoku, kiedy głos Regulusa szeptał sam do siebie.
Ukradłem medalion Mrocznego Pana, ale nie udało mi się daleko z nim uciec. Miałem tylko czas, żeby go schować w Grimmauld Place 12, ale już nie żeby go zniszczyć. Złapali mnie, zaczęli torturować klątwami, pozwolili Syriuszowi to wszystko czuć. Och, ten ból. Harry poczuł mentalne dygotanie i miał nadzieję, że Regulus nie oszaleje nagle, albo nie uraczy go kolejną dawką bólu, ale Regulus po chwili wziął się w garść i mówił dalej.
Cierpiałem przez całe lata. Nie wiem, gdzie jestem, ale cierpiałem. Mroczny Pan nie zabił mnie, ale zamknął mnie gdzieś i zostawił przy życiu, żebym cierpiał dalej. To właśnie czuł Syriusz. Właśnie dlatego to było takie intensywne.
Ale potem kolejny fragment Mrocznego Pana przejął kontrolę nad umysłem Syriusza i wyrzucił mnie stamtąd, ponieważ byłem połączeniem z jego starszą wersją i już mnie nie potrzebował. Moja sieć została zniszczona i dryfowałem przez jakiś czas. Twój umysł mnie do siebie przyciągnął, tak samo jak umysły Snape'a, Petera, twojego brata i innych ludzi, ponieważ wszyscy byliście w jakiś sposób połączeni z Mrocznym Panem, ale ból był tak intensywny, że przez długi czas niczego nie byłem w stanie sobie przypomnieć.
Ale teraz już pamiętam. Wszystko pamiętam.
Harry przełknął ślinę i udało mu się z powrotem skupić. Wyglądało na to, że przynajmniej jedna niewielka tajemnica się wyjaśniła. Osłony nałożone na Grimmauld Place 12 się szczelnie zamknęły ponieważ Regulus, prawowity dziedzic rodziny, wciąż żył i nikogo jeszcze oficjalnie nie wpuścił do swojego domu.
Wiesz może, gdzie jesteś? zapytał.
Minęła dłuższa chwila ciszy, a potem rozległo się bardzo zawstydzone:
Ee. Nie. Strasznie tu ciemno, gdziekolwiek to jest.
A cierpisz teraz? zażądał Harry. Musimy cię stamtąd wyciągnąć. Jakim cudem jeszcze nie umarłeś z głodu?
Zaklęcia Mrocznego Pana. Regulus brzmiał, jakby to naprawdę nie było istotne. Utrzymują mnie przy życiu, ale nie mogę się ruszyć i nie wiem, gdzie jestem, ale teraz nie cierpię. Nic mnie nie bolało odkąd Mroczny Pan wyrzucił mnie z umysłu mojego brata. Jego ton raptownie opadł. Mój brat nie żyje.
– Znajdziemy cię – szepnął Harry. – Zrobimy co tylko się da, żeby cię znaleźć.
– Harry? Z kim ty rozmawiasz?
Harry spojrzał Remusowi w oczy i uśmiechnął się lekko.
– Z Regulusem.
Zaraz potem musiał się zacząć ze wszystkiego tłumaczyć, a potem ktoś ściągnął mu na głowę Snape'a, który zaczął na niego krzyczeć, i Dracona, który krzyczał jeszcze głośniej, i nawet Connora, który uznał to wszystko za po prostu dziwne. Harry jednak złożył już obietnicę i miał zamiar ją dotrzymać. Miał zamiar znaleźć Regulusa i go uwolnić.
Obiecuję, pomyślał, a Regulus odpowiedział z tęskną, ochoczą nutą w głosie.
Byłoby miło znowu poczuć promienie słońca na twarzy.
Harry obudził się powoli. Ktoś go szarpał za ramię w samym środku nocy. Usiadł, pocierając oczy i usłyszał jak Fawkes ćwierka z niesmakiem na to, że pościel się przesunęła, po czym wsuwa swój łepek głębiej pod skrzydło.
– Harry. – Twarz Dracona była blada, a jego głos był tak przepełniony napięciem, że Harry w pierwszej chwili nie zrozumiał jego następnych słów. – Twój ojciec tutaj jest. Powiedział, że chce się z tobą zobaczyć.
