Humory

Tak, teraz widać, że prawie sześć lat magicznej edukacji w twoim przypadku nie poszło na marne, Weasley.


Harry nie spał dobrze tej nocy. Leżał na łóżku przez kilka godzin, całkowicie rozbudzony, rozmyślając w jaki sposób Draco używał Pokoju Życzeń, i co on, Harry, zobaczy, gdy wejdzie do środka następnego dnia. Gdyż cokolwiek mówiła Hermiona, chłopak był pewien, że to miejsce może przemienić się w cokolwiek i chciał poznać wszystkie ograniczenia pokoju. A skoro Draco mógł zobaczyć siedzibę klubu obrony, to on będzie mógł zobaczyć… co to mogło być? Miejsce spotkań? Kryjówka? Rupieciarnia? Warsztat? Harry myślał gorączkowo i jego sny, kiedy w końcu udało mu się zasnąć, przerywane były obrazami Draco, który zmieniał się w Slughorna, a potem w Snape'a…

Następnego ranka, przy śniadaniu, Harry był bardzo podekscytowany. Brakowało mu trochę beztroskich czasów, skradania się do działu zakazanego, by poznać kim jest i co zrobił Flamel lub przemycania pisklęcia smoka z zamku. Miał wolny czas przed obroną przed czarną magią i zamierzał spróbować dobrze go wykorzystać. Sprawa z oszustem podszywającym się pod niego na bok.

— Słuchaj — powiedział cicho, pochylając się i kładąc rękę na Proroku Codziennym, który dziewczyna otrzymała właśnie sowią pocztą, powstrzymując ją od otwarcia gazety i zniknięcia za nią. — Nie chcę byś rzucała wszystko dla mnie, rozumiesz Hermiono?

— Już ci powiedziałam, że ci pomogę z tym twoim kłopotem — stwierdziła Hermiona. — Nie chodzi tylko o ciebie, Dumbledore okantował czy oczarował Slughorna. I mógłby zrobić to samo w każdej chwili z kimś innym — wyszarpnęła Proroka spod ręki Harry'ego i otworzyła go, by spojrzeć na pierwszą stronę.

— Ktoś kogo znamy…? — zapytał Ron, kiedy Hermiona przelatywała wzrokiem nagłówki.

— Tak! — wykrzyknęła, powodując tym samym, że Harry i Ron zakrztusili się śniadaniem. — W porządku, nie umarł – to Mundungus, aresztowali go i zamknęli w Azkabanie! Ma to coś wspólnego z podszywaniem się pod inferi podczas próby włamania… i zniknął jakiś Oktawiusz Pepper… och, jakie to okropne, dziewięciolatek został aresztowany za próbę zamordowania własnych dziadków, podejrzewają, że jest pod wpływem imperiusa…

Skończyli śniadanie w ciszy. Hermiona pobiegła natychmiast na starożytne runy, a Ron oddalił się do pokoju wspólnego, gdzie dalej czekało na niego niedokończone wypracowanie o dementorach dla Snape'a. Harry poszedł na korytarz na siódmym piętrze, do kawałka pustej ściany naprzeciw gobelinu, na którym uwieczniono Barabasza Bzika uczącego trolle baletu.

Harry narzucił na siebie pelerynę-niewidkę, gdy tylko znalazł puste przejście, nie potrzebował tego, jednak chciał poczuć ten dreszczyk emocji związany ze skradaniem się, nawet gdy droga do celu prowadziła przez opustoszały korytarz. Chłopak zastanawiał się czy ma jakiekolwiek szanse na dostanie się do środka Pokoju Życzeń bez Draco w pokoju, ale przynajmniej mógł dzięki temu wypróbować pomieszczenie. Wychodząc zza rogu przypomniał sobie, jak Ślizgon opowiedział mu o swoich czujkach, będącymi Crabbe'em i Goyle'em udającymi jedenastoletnie dziewczynki. Harry zaśmiał się wewnętrznie, och jak on chciał to zobaczyć.

Zamknął oczy, podchodząc do miejsca, gdzie powinny znajdować się drzwi do Pokoju Życzeń. Wiedział, co musi robić. Wprawił się w tym w zeszłym roku. Koncentrując się całkowicie, pomyślał: muszę zobaczyć, co Draco tu robi… Muszę zobaczyć, co Draco tu robi… Muszę zobaczyć, co Draco tu robi…

Przeszedł trzy razy wzdłuż ściany, serce waliło mu z podekscytowania, otworzył oczy i odwrócił się w jej kierunku, ale nadal patrzył na kawałek pustej ściany. Zbliżył się i spróbował ją popchnąć. Kamień pozostał twardy i nieustępliwy.

— Okej — powiedział na głos. — Okej… Pomyślałem o złej rzeczy…

Dumał przez chwilę i zaczął jeszcze raz, z zamkniętymi oczami, koncentrując się najsilniej, jak tylko mógł.

Muszę zobaczyć miejsce, do którego Draco Mafoy przychodzi w sekrecie… Muszę zobaczyć miejsce, do którego Draco Mafoy przychodzi w sekrecie…

Po tym, jak przeszedł trzy razy wzdłuż ściany, otworzył oczy.

Nie było żadnych drzwi.

— Och, daj spokój — powiedział zirytowany do ściany. — To było jasne polecenie… dobra…

Myślał usilnie przez kilka minut, zanim zaczął wszystko od początku.

Potrzebuję, byś stał się miejscem, którym stajesz się kiedy prosi Draco Malfoy…

Nie otworzył natychmiast oczu, kiedy skończył przechadzać się w tę i z powrotem wzdłuż ściany. Przysłuchiwał się, jakby myślał, że może usłyszy, jak pojawiają się drzwi. Jednak nie usłyszał nic, oprócz odległego ćwierkania ptaków na zewnątrz. Otworzył oczy.

Dalej nie było żadnych drzwi.

Harry zaklął. Ktoś krzyknął. Rozejrzał się, by ujrzeć stado uciekających za róg pierwszorocznych, najwyraźniej przekonanych, że właśnie napotkali plugawie wysławiającego się ducha. To było zabawne, czemu nigdy nie pomyślał o takim wykorzystaniu swojej peleryny?

Ostatecznie Harry próbował wszystkich kombinacji: chcę zobaczyć co Draco Malfoy robi w środku, które przychodziły mu do głowy, przez całe dziesięć minut, bez rezultatu. Został zmuszony do przyznania, że pokój nie chciał się dla niego otworzyć. Gdy już miał się poddać, w ścianie pojawiły się drzwi, zza których wyłoniła się blond głowa Draco. Harry ściągnął z siebie pelerynę-niewidkę i wepchnął ją do torby.

— Przyszedłeś — powiedział Ślizgon niepewnie. Jakby nie wiedział czy ma czuć ulgę, czy być zły na Harry'ego. — Wejdź szybko.

Harry wsunął się do Pokoju Życzeń i rozejrzał po nim. Pomieszczenie było raczej puste, nie licząc olbrzymiej szafki z ciemnego drewna stojącej pośrodku.

— Dobrze, co to jest i jaki ma związek z twoim zadaniem? — Harry obszedł szafkę zaglądając do środka przez otwarte drzwiczki.

— Mam za zadanie wydostać coś niepostrzeżenie z Hogwartu — powiedział Draco. — Jako, że wszystkie tajne przejścia są monitorowane, a uczniowie podczas weekendów Hogsmeade obserwowani, musiałem znaleźć inny sposób. Wpadłem na pomysł, by naprawić tę nieużywaną od lat szafkę zniknięć. Tę, w której w zeszłym roku utknął Montague.

— Jest do niej para? — zapytał zaskoczony Harry.

— Owszem, u Borgina i Burkesa. Razem tworzą, coś w rodzaju korytarza. Montague opowiadał, że kiedy utkną w tej hogwarckiej szafce, znajdował się w stanie zawieszenia, ale czasem słyszał, co się działo w szkole, a czasem słyszał odgłosy dochodzące ze sklepu, jakby mebel podróżował między szkołą, a sklepem. Nikt go wtedy nie słyszał… W końcu udało mu się aportować na zewnątrz, choć omal nie przypłacił tego życiem, bo wciąż jeszcze nie ma licencji. Wszyscy myśleli, że to świetna historia, ale tylko ja zrozumiałem, co to oznaczało — nawet Borgin o tym nie wiedział — tylko ja zdałem sobie sprawę, że jeśli naprawię zepsutą szafkę, będę miał bezpieczną droga, by przekazać skarb Czarnemu Panu bez wychodzenia z Hogwartu i alarmowania kogokolwiek.

— To jest naprawdę dobre. Chociaż widzę pewne luki w tym planie.

Draco lekko się zaczerwienił i splunął.

— Jak co?

— Co jeśli znajdzie się kupiec na tę szafkę i Borgin ją sprzeda? Skąd Czarny Pan ma wiedzieć, kiedy odebrać rzecz, którą wyślesz w ten sposób? I co najważniejsze, czy jesteś pewien, że szafka od pary jest sprawna?

Harry przypomniał sobie jak schował się w tamtym meblu, gdy przez przypadek wylądował u Borgina i Burkesa przed swoim drugim rokiem.

— Przekonałem Borgina, by ten nie próbował ruszyć tamtej szafki z miejsca i przysięgał, że wszystko z nią w porządku. Greyback wpada do sklepu od czasu do czasu i sprawdza, czy nadal stoi tam, gdzie powinna. Jeśli chodzi o Czarnego Pana, chciałem poprosić ciebie o pomoc. Sam powiedziałeś, że masz z nim kontakt i możesz przekazywać wiadomości bez wykrycia.

Harry pokręcił głową.

— Zastraszenie Borgina jest głupie. On jest typem człowieka, który zdradzi cię w najmniej odpowiednim momencie.

— Więc co powinienem zrobić?

— Kupić szafkę i przenieść ją do dworu Czarnego Pana? I zlecić komuś, by upewnił się, że od drugiej strony wszystko działa jak należy.

Malfoy gapił się pustym wzrokiem na Harry'ego.

— I jak niby mam to zrobić? Wysłać zamówienie przez sowę?

— Sam powiedziałeś, że Greyback jest już zaangażowany. Myśl Draco, ślepa panika nigdzie cię nie zaprowadzi.

Chłopak zamknął oczy i kilka razy odetchnął. Harry miał rację, choć bolało go to przyznać, potrzebował pomocy.

— Dobrze, Greyback nie powinien mieć kłopotów z kupnem szafki, jeśli prześlę mu pieniądze. Borgin też nie będzie robić problemów, dzięki współpracy pozbędzie się ze swego sklepu wilkołaka. Może nawet sprawdzić mebel pod kątem działania — Draco kiwnął sztywnie głową. — Tylko czy Czarny Pan pozwoli trzymać szafkę u siebie?

— Pozwól mi się zająć Czarnym Panem, dobrze? — Harry uśmiechnął się dość nieprzyjemnie. — Czy masz pomysł co jest nie tak z tym meblem?

— Częściowo. Borgin nie był pomocny, powiedział, że bez zobaczenia tego, stwierdzenie co jest nie tak będzie bardzo trudne, może nawet niemożliwe. Nie mógł niczego zagwarantować, chociaż dał mi kilka pomysłów.

— A jeśli nie uda ci się naprawić szafki, co wtedy? Masz jakiś zapasowy plan?

Draco przełknął. Nigdy nie pomyślał co zrobi, gdy mu się nie powiedzie. Wiedział, że Harry zobaczył odpowiedź wypisaną na jego twarzy.

— Znam jeden niezawodny sposób. Ale zdradzę ci go tylko w ostateczności. Rozumiesz?

Ślizgon prawie automatycznie pokiwał głową na zgodę.

— Dobrze, co zatem już zrobiłeś?

— Używałem różnego typu zaklęć naprawczych, ale nadal coś jest nie tak. Spójrz…

Draco machnął różdżką i mruknął avis. Zaraz wokół niego pojawiło się stadko małych kanarków. Chłopak chwycił jednego i umieścił w środku szafki zniknięć. Następnie zamknął drzwiczki i poczekał chwilę. Otworzył szafkę i Harry zobaczył, że ptak zniknął. Draco ponownie zamknął drzwiczki, znów odczekał moment i pociągnął za uchwyty. Kanarek wrócił, był jednak martwy.

— Boję się, że rzecz, którą chce Czarny Pan zostanie uszkodzona, jeśli szafka nie będzie stuprocentowo sprawna.

— Masz rację, nie warto ryzykować.

— Próbowałem dojść co jest z tym rupieciem nie tak. Przetrząsnąłem bibliotekę w szkole, a nawet poprosiłem pokój o książki. Nic nie wydaje się działać poza ten stan — ramiona Draco opadły.

— Mogę zajrzeć do środka? Tylko przytrzymaj drzwiczki.

Harry przyklęk przy meblu i wsadził głowę do środka. Wnętrze wydawało się dużo większe niż by to sugerował widok z zewnątrz. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się w porządku, jednak chłopak zaczął poruszać palcami po ściankach. Gdy dotarł do chropowatej nierówności przy dolnej krawędzi lewego boku wyciągnął różdżkę.

Lumos.

W delikatnym świetle mógł dostrzec słaby zarys run, które nie do końca wydawały mu się poprawne.

— Draco, chyba wiem co jest nie tak — głos Harry'ego był przytłumiony — wygląda na to, że uroki na tym meblu są wspomagane runami, które zatarły się od zużycia.

— Wyjdź, daj mi zobaczyć.

Gryfon wygramolił się powoli z szafki i zastąpił Malfoya w trzymaniu drzwi.

— Masz rację. Muszę je usunąć i wyrzeźbić jeszcze raz, a ten grat powinien zacząć ponownie działać.

Draco skończył kopiować runy z lewej ścianki szafki i wynurzył się z mebla.

— Na dziś mam dość — westchnął i przygładził włosy, które zaczęły mu odstawać pod dziwnymi kontami. — Muszę jeszcze znaleźć w bibliotece odpowiednie książki i zrozumieć, co tam było pierwotnie wyryte.

Chłopak czuł się dużo spokojniej, zrelaksował się po raz pierwszy od początku szóstego roku. Nie tylko zrobił duży postęp w swoim zadaniu, ale co najważniejsze nie opierał powodzenia misji tylko na tej cholernej szafce. Kiedy to wszystko się skończy, będzie musiał podziękować Harry'emu za wtrącanie się.

— Najgorsze masz już za sobą — powiedział Harry ze śmiechem — ale nadal będę ci pomagać. — Na nieostre spojrzenie Ślizgona dodał — chyba nie chcesz zatrzasnąć się w szafce i skończyć jak Montague?

Obaj chłopcy skrzywili się. Perspektywa zawieszenia w magicznej próżni była okropna.

Pokój dostarczył im krzeseł. Harry opadł na swoje niezgrabnie i westchnął z ulgą.

— Powinieneś mi wcześniej powiedzieć, że czujesz się zmęczony — zaskrzeczał Draco.

— Nic mi nie jest — Harry zbył go machnięciem dłoni — daj spokój. Wierz mi, Snape wystarczająco mi matkuje. Nie musisz do niego dołączać.

Draco posłał mu spekulacyjne spojrzenie, ale już go nie naciskał. Nagle Ślizgon uśmiechnął się zawadiacko. Harry'emu nie podobał się ten szczególny błysk w oku. Za bardzo przypominał mu o dyrektorze.

— Powiedz mi, co to była za akcja podczas obiadu w czasie przerwy zimowej?

— Skąd o tym wiesz?

— Oczywiście ojciec mi o tym opowiedział.

— Oczywiście — zaszemrał Harry i przewrócił oczami.

— Podobno zrobiłeś wielkie wrażenie na lordzie wampirów, a od tamtego czasu Greyback się o tobie nie zamyka — kontynuował niezrażony chłopak.

Harry ukrył twarz w dłoniach.

— No weź…

— Przestań jęczeć jak pięcioletnia dziewczynka — Potter wymamrotał nie odsłaniając twarzy.

— Więc mów — Draco go szturchnął.

Głośno wzdychając, Gryfon spojrzał gdzieś ponad ramię drugiego chłopca.

— Wkurzyłem się na Czarnego Pana — Harry uśmiechnął się do siebie, gdy usłyszał jak Malfoy się dławi. — Mieliśmy umowę. Miał nie mieszać mnie do swoich spraw związanych z wojną. Nie chce odgrywać w niej żadnej roli i być wciągany w nieswoje konflikty. — Na chwilę zatrzymał się, by zdusić rodzący się w nim gniew. — Wykorzystując swoją prawo męża nakazał mi grać rolę dobrej gospodyni i zabawiać jego Śmierciożerców, zwolenników i sprzymierzeńców podczas posiłku. Wystawił mnie jak klacz na pokaz, udowadniając im, że ma w swoim posiadaniu największy atut, na którym opiera się przeciwna strona. Pokazałem mu, że obaj możemy grać w tę grę.

Draco pokręcił niedowierzająco głową.

— Mówiłeś, że Greyback był pod wrażeniem?

— Tak. Uważa cię za… zważ, że tu będę go cytować… przerażającą szczenną sukę.

Harry się skrzywił.

— Radzę ci mieć się na baczności w jego towarzystwie, gdyż naprawdę się tobą zainteresował.

— Stała czujność, jako to mówił Moody. Dzięki za ostrzeżenie, Draco.

Blondyn skinął głową. Sojusznik Czarnego Pana czy nie, wilkołak był znany z tego, że robił co mu się żywnie podobało.

— A po twoim spektakularnym wyjściu, Nott senior próbował się podlizać Czarnemu Panu udzielając mu porad małżeńskich, wyobrażasz to sobie? — Draco musiał czerpać jakąś perwersyjną przyjemność z cierpienia ojca Theo.

— Wyobrażam sobie, że mój małżonek nie przyjął tego dobrze?

— Był zbyt rozbawiony twoim wyczynem, by poświęcić mu uwagę, ale reszta zgodziła się z nim, że to tylko hormony ciążowe.

Potter nie wiedział co ma na to powiedzieć. W pokoju rozległ się chichy dźwięk dzwonu wybijającego pełną godzinę.

— Zaraz zacznie się obrona ze Snape'em. Idziesz? — zapytał Harry wstając z krzesła i przeciągając się. Cieszył się, że może porzuć wcześniejszy temat rozmowy.

— Nie. Zamierzam pójść do biblioteki i wykorzystać ciszę, kiedy większość uczniów jest na lekcjach.

oOo

Lekko sfrustrowany i rozdrażniony tym, czego się dowiedział podczas pomocy Draco z szafką zniknięć, Harry skierował się na obronę przed czarną magią. Nieliczni uczniowie, którzy znajdowali się na korytarzach uskakiwali przed nim na bok, mimo to i tak wszedł do sali kilka chwil po rozpoczęciu zajęć.

— Jesteś spóźniony, panie Potter — powiedział lekko zdenerwowany Snape, kiedy Harry wpadł do oświetlonej światłem świec klasy. — Czy wszystko w porządku?

Harry nie zwracając zbytniej uwagi, pokiwał głową.

— W takim wypadku Gryffindor traci dziesięć punktów za twoje spóźnienie.

Chłopak popatrzył na profesora spode łba i opadł na swoje miejsce obok Rona. Pół klasy dalej stało, wyciągając książki i organizując swoje przybory — nie mógł być dużo później niż któreś z nich.

— Zanim zaczniemy, zbiorę wasze wypracowania o dementorach — oznajmił Snape, skinąwszy niedbale różdżką, a dwadzieścia pięć rolek pergaminu wylądowało w schludnym stosie na jego biurku. — I mam nadzieję, że są lepsze niż te bzdury na temat opierania się klątwie imperius, które musiałem znosić.

Teraz, jeżeli otworzycie książki na stronie… o co chodzi panie Finnigan?

— Proszę pana — odezwał chłopak — zastanawiałem się, jak można odróżnić inferi od duchów? Bo w Proroku było coś o inferi…

— Nie, nie było — powiedział znudzonym głosem profesor.

— Ale, proszę pana, słyszałem, jak ludzie mówili…

— Jeśli przeczytałby pan ten artykuł, panie Finnigan, wiedziałby pan, że ten tak zwany inferi był nikim innym, jak śmierdzącym, zakradającym się złodziejem, imieniem Mundungus Fletcher.

— Myślałem, że Snape i Mundungus byli po tej samej stronie? — mruknął Ron do Harry'ego i Hermiony.

— Nie powinien być zły, że go aresztowali…?

— Ale wygląda na to, że pan Potter ma dużo do powiedzenia na ten temat — oznajmił Snape, wskazując nagle na koniec sali, jego czarne oczy skupione były na chłopaku. — Zapytajmy pana Pottera, jak rozróżnimy inferi od ducha.

Cała klasa odwróciła się w stronę Harry'ego, który pospiesznie próbował sobie przypomnieć, co Voldemort powiedział mu tej nocy, której odwiedzili jaskinię.

— Inferiusy to stworzenia ciemności, bezwolne i bezmyślne spełniające rozkazy czarnoksiężnika, który je powołał do życia. Boją się ciepła i ognia. Duchy zaś…

— Starczy, panie Potter. Weasley będzie dalej kontynuował.

— Ee… więc… duchy są przezroczyste — powiedział Ron, sam blednąc jak jeden.

— O, bardzo dobrze — przerwał mu profesor, jego usta wykrzywiły się w szyderczym grymasie. — Tak, teraz widać, że prawie sześć lat magicznej edukacji w twoim przypadku nie poszło na marne, Weasley. Duchy są przezroczyste.

Pansy Parkinson zachichotała cienkim głosem. Kilka innych osób uśmiechało się pod nosem. Harry wziął głęboki oddech i spojrzał pocieszająco na Rona.

— Tak, duchy są przezroczyste, a pewnie gdybyśmy pana Weasleya zapytali o inferi to usłyszelibyśmy, że to martwe ciała, prawda? I że są materialne… Pięciolatek mógłby nam powiedzieć tyle samo — zakpił Snape. — Inferi to zwłoki, które zostały zmuszone do ruchu poprzez zaklęcia czarnoksiężnika, tak jak powiedział już pan Potter. Inferi nie jest żywy, jest jedynie wykorzystywany jako kukiełka wykonująca rozkazy czarnoksiężnika. Duch, o czym, jak mniemam już wszyscy do tej pory dobrze wiecie, jest śladem zmarłej duszy pozostawionym na ziemi… i oczywiście, jak już Weasley rozsądnie nam wspomniał, duchy są przezroczyste.

Szemranie i śmiechy zostały natychmiast stłumione przez spojrzenie, które nauczyciel rzucił całej klasie.

— Gryffindor traci kolejne dziesięć punktów — powiedział Snape. — Nie spodziewałbym się po tobie niczego bardziej skomplikowanego, Ronaldzie Weasley, chłopcze tak solidny, że aż nadal niezdolny do aportowania się o pół cala.

— Nie! — szepnęła Hermiona, łapiąc Harry'ego za rękę, kiedy otwierał usta. — To nie ma sensu, skończysz tylko ze szlabanem, daj spokój!

— Otwórzcie teraz książki na stronie dwieście trzynastej — powiedział Snape z lekkim uśmieszkiem na twarzy — i przeczytajcie dwa pierwsze akapity na temat klątwy cruciatus.

Ron był bardzo cichy do końca lekcji. Harry za to zastanawiał się co dziś ugryzło Snape'a. Już dawno nie zachowywał się tak okropnie. Kiedy zadzwonił dzwonek, Lavender podeszła do Rona i Harry'ego. Hermiona tajemniczo rozpłynęła się w powietrzu, gdy tylko jej współlokatorka pojawiła się na horyzoncie. Dziewczyna wyrażała się niezbyt pochlebnie na temat Snape'a za jego uwagę na temat aportacji Rona, ale zdawało się, że to tylko jeszcze bardziej poirytowało chłopaka i odepchnął ją, wchodząc do męskiej łazienki razem z Harrym.

— Chociaż Snape ma rację, prawda? — powiedział Ron, po tym jak gapił się w pęknięte lustro minutę czy dwie. — Nie wiem, czy to w ogóle ma sens, żebym przystępował do tego testu. Ja po prostu nie mogę pojąć aportacji.

— Ale możesz przecież brać udział w tym dodatkowym kursie w Hogsmeade i zobaczyć, co z tego wyjdzie — rzekł rozsądnie Harry. — Przynajmniej będzie ciekawiej niż przy próbach zmaterializowania się w tej głupiej obręczy. A jeśli nadal nie będziesz — no wiesz — tak dobry, jak byś chciał, możesz przełożyć test i zdać go razem ze mną la… Marto, to jest męska łazienka!

Duch dziewczyny wyłonił się z toalety w kabinie tuż za nimi i wznosił się teraz w powietrzu, gapiąc się na nich przez grube, białe, okrągłe okulary.

— Och — powiedziała posępnie. — To tylko wy.

— A kogo oczekiwałaś? — zapytał Ron, patrząc na jej odbicie w lustrze.

— Nikogo — odpowiedziała, skubiąc ponuro podbródek. — Powiedział, że wróci i się ze mną zobaczy, ale wy też powiedzieliście, że wpadniecie i mnie odwiedzicie… — spojrzała na Harry'ego z naganą — …a nie widziałam was przez całe miesiące. Nauczyłam się nie oczekiwać zbyt wiele od chłopców.

— Myślałem, że mieszkasz w łazience dla dziewczyn? — powiedział Harry, który omijał to miejsce szerokim łukiem od kilku lat.

— Bo mieszkam — odpowiedziała, wzruszając ramionami. — Ale to nie znaczy, że nie mogę odwiedzać innych miejsc. Przyszłam i widziałam cię raz w kąpieli, pamiętasz?

— Jakby to było wczoraj — odpowiedział chłopak.

— Ale myślę, że on mnie lubi — powiedziała płaczliwie. — Może jeśli sobie pójdziecie, wróci jeszcze raz… mamy ze sobą dużo wspólnego… jestem pewna, że on też to czuje.

Spojrzała w stronę drzwi.

— Kiedy mówisz, że macie ze sobą dużo wspólnego — rzekł Ron, wyglądając na lekko rozbawionego — masz na myśli to, że on też mieszka w rurze odpływowej?

— Nie — odpowiedziała Marta zuchwale, jej głos odbijał się echem od ścian łazienki. — Mam na myśli, że jest wrażliwy, ludzie się z niego wyśmiewają, czuje się samotny i nie ma nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Nie boi się okazywać swoich uczuć i płakać!

— Przychodzi tu jakiś chłopak, by się wypłakać? — zapytał zmartwiony Harry, bojąc się, że jakiś pierwszoroczny może być ofiarą znęcania. — Mały chłopiec?

— Nie twój interes! — oznajmiła Marta, a jej małe, wodniste oczy skupione były na Ronie, który uśmiechał się teraz od ucha do ucha. — Obiecałam, że nie powiem nikomu i wezmę jego sekret ze sobą do…

— …chyba nie do grobu? — zapytał Ron, parskając. — Raczej do kanału ściekowego…

Marta zawyła z wściekłością, i zanurkowała z powrotem do toalety, powodując, że woda rozprysła się na wszystkie strony. Wyglądało na to, że rozdrażniony duch dziewczyny dał Ronowi nową siłę. Jednak Harry nie by pod wrażeniem.

— A jeśli ktoś znęca się nad jakimś pierwszorocznym?

— Daj spokój. Marta zawsze przesadza — powiedział Ron, przewieszając sobie torbę przez ramię. — I wiesz co, będę chodził na ten dodatkowy kurs w Hogsmeade, zanim zdecyduję się, czy będę zdawał test.

I tak w weekend Ron dołączył do Hermiony oraz reszty szóstoklasistów, którzy mieli skończyć siedemnaście lat do czasu testu za dwa tygodnie. Harry czuł się nieco zazdrosny, patrząc, jak wszyscy szykują się do wyjścia do wioski. Brakowało mu wycieczek do Hogsmeade, a to był nadzwyczaj piękny dzień, jeden z pierwszych od dawna, kiedy niebo było zupełnie czyste. Jednak zdecydował, że wykorzysta ten czas na kolejną próbę pomocy Draco w Pokoju Życzeń.


Harry był już dobrze zaznajomiony z biurem Severusa Snape'a. Gdy był młodszy bywał tu z powodu szlabanów. Rok temu profesor nauczał go w tym miejscu oklumencji. Teraz spotykali się w związku z eliksirami teoretycznymi. Od połowy stycznia miał absolutny zakaz zbliżania się do jakiegokolwiek kociołka na ogniu. Nawet jeśli w środku miała być tylko zupa warzywna. Snape zaklinał, że Neville mógłby wysadzić nawet obiad, a Harry ze swoimi umiejętnościami nie był tak daleko za wcześniej wspomnianym Gryfonem. Będąc młodszym, Harry czułby się bardzo dotknięty taką uwagą, jednak teraz wiedział, że mistrz eliksirów w ten szorstki sposób okazuje swoją troskę. Profesor miał również specyficzne poczucie humoru, do którego trzeba się było przyzwyczaić, jeśli chciało się choć trochę zbliżyć do tego skomplikowanego człowieka.

Czekając aż profesor Snape wróci z pokoju wspólnego Ślizgonów, gdzie wybuchł jakiś pojedynek, Harry zaczął przeglądać stos pergaminów leżących na biurku. Były to eseje o dementorach zebrane na ostatnich zajęciach z obrony. Do każdego z nich była dołączona poprzednia praca domowa o tym samym tytule. Właściwie to był jednym z nielicznych, którzy nie musieli jej oddawać powtórnie. Chociaż w jego przypadku esej rozrósł się do studium stworzenia i przekroczył ponad dwukrotnie wymaganą długość. O dziwo, Snape nie odjął mu punków za nadmierne rozpisanie się. Cóż, profesor nie stwierdził też przed forum klasowym, że jest to modelowy przykład wykonanej pracy, jak to było z esejem Tracey Davis.

Zatopiony w myślach Harry nie słyszał powrotu profesora do biura.

— Widzę, że zadomowiłeś się u mnie w gabinecie, Potter — profesor Snape wszedł cicho i zaskoczył Harry'ego, który aż upuścił pergamin Pansy Parkinson na kolana.

— Dobry wieczór, profesorze. Jak sytuacja w pokoju wspólnym Slytherinu? — zapytał chłopak, wcale nie speszony przyłapaniem na przeglądaniu prac innych uczniów.

Mężczyzna obrzucił go badawczym spojrzeniem i usiadł za biurkiem.

— Opanowana — wyciągnął dłoń po esej, który Harry oddał bez sprzeciwów. — Jestem tylko zawiedziony postawą prefektów, którzy nie potrafili sobie z tym poradzić sami.

— Nie każdy pokój wspólny jest w kolorze maskującym krew na ścianach — odparł Harry.

— Panie Potter, brzmisz jakbyś był dobrze zaznajomiony z pomieszczeniami w innych domach. No, no… — Harry tylko się uśmiechnął. — I o ile mi wiadomo, zaschnięta krew przybiera kolor brązowy z powodu utlenienia…

— Ma mnie pan tam, profesorze. Ale co roku pierwszoroczni w to wierzą, gdy to słyszą.

— Potter…

Snape zgarnął wszystkie pergaminy ze swojego biurka i ułożył je w zgrabny stos. Następnie w rzadkiej chwili rozluźnienia oparł łokcie na blacie, a brodę na swoich złożonych rękach. Spojrzał jeszcze raz na eseje swoich uczniów i westchnął.

— Myślałby kto, że spędzając cały rok w towarzystwie tych odrażających stworzeń uczniowie nie powinni mieć problemu z napisaniem porządnej pracy na ich temat. Ale jak widać po powyższym stosie, to były złudne nadzieje.

— Sir, nie żebym nie doceniam koszmaru jakim są dementorzy, ale czemu upiera się pan nad poznaniem ich tak szczegółowo?

To było coś, co ciekawiło Harry'ego już od pewnego czasu. Przy innych tematach Snape po prostu wystawiał niskie oceny, a nie kazał pisać pracy domowej od nowa, jeśli nie spełniała jego wysokich oczekiwań.

— Wierz mi lub nie, ale to nie moje widzimisię. Dostałem odgórny przykaz z ministerstwa jakie tematy mam omówić na obronie. Dementorzy znajdują się na najwyższej pozycji, tak jest odkąd wyrwali się spod władzy urzędników. Ministerstwo chce, by każdy czarodziej mógł się przed nimi zabezpieczyć, i w miarę swych możliwości obronić tych wokół siebie — posłał Harry'emu sugestywne spojrzenie.

— Proszę na mnie tak nie patrzeć, sir. Byłem jedną z osób ładującą barierę w Dolinie Godryka.

Snape kiwnął sztywno głową.

— Bardzo dobrze. A gdy już jesteśmy przy planie nauczania, wiem że Barty Crouch Jr omawiał z wami niewybaczalne. Chciałbym wiedzieć na jakim poziomie.

— Tak… wpierw demonstrował ich działanie na pająkach, a później rzucał imperiusa na nas wszystkich — Harry zanurzył się we wspomnieniach. — Nie był najgorszym nauczycielem obrony, jaki się nam trafił — podsumował szczerze i wzruszył ramionami.

— Rzucał na was niewybaczalne? — Severus był zszokowany, przerażony i bardziej niż zdegustowany. — Czy Dumbledore całkowicie oszalał pozwalając mu na to?

Harry znów wzruszył ramionami.

— To było tylko imperio. I pozwoliło nam poczuć, jak to jest.

— Tylko imperio, mówi tylko imperio — mistrz eliksirów pokręcił głową. — I podobały ci się te lekcje?

Snape dostał w odpowiedzi ponowne wzruszenie ramion.

— Nauczyłem się zrzucać klątwę, a fałszywy Moody chyba udowodnił jakiś punkt…

Mistrz eliksirów znów pokręcił głową. Teraz nie dziwiły go tak dokładne opisy w niektórych esejach, które zebrał od szóstego roku.

— Dosyć o obronie, jesteś tu by uczyć się subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki warzenia eliksirów. Zacznijmy więc od tego, na czym skończyliśmy ostatnim razem.

I właśnie tak spędzili następne dwie godziny. Wpierw Harry wysłuchał wykładu na temat eliksiru, podczas którego robił skrupulatne notatki. Następnie musiał odpowiedzieć na pytania odnośnie składników, ich prawidłowego przygotowania oraz wpływie eliksiru na osobę zażywającą go. Na koniec nastąpił krótki test podsumowujący całe zajęcia. Przez kolejne półtorej godziny Harry z profesorem Snape'em pracowali nad zagadnieniami znajdującymi się w dzienniku Montenegro. Był wyraźny podział w atmosferze panującej w gabinecie podczas tych dwóch momentów. W czasie lekcji Severus był surowy i dokładny. Nie pozwalając Harry'emu na żadne nonsensy i rozprężenie. Podczas prywatnych badań profesor zaś wzywał herbatę i przekąski. Nie rzadko też obaj pogrążali się we wnikliwych dyskusjach, nie zawsze całkowicie poświęconych eliksirom. W tej chwili mistrz eliksirów studiował jeden z przepisów wypisanych z dziennika, zaś Harry przeglądał wolumin poświęcony roślinom z rodziny psiankowatych i ich zastosowaniu w medycynie. Zatrzymując się chwilę dłużej na jagodach goji, był zaskoczony przypisywaną im skalą działania, a wzmianka o pozytywnym wpływie na płodność, przypomniała mu o problemach Bellatrix.

— Panie profesorze, czy zna pan jakiś eliksir umożliwiający zajście w ciążę? — zapytał Harry nie odrywając wzroku od książki, którą czytał.

Severus o mało nie opluł się herbatą, której łyk wziął przed chwilą.

— Co na Merlina… Potter ty już jesteś w ciąży! Mało ci?

Harry spojrzał na niego i przekrzywił głowę.

— Może źle to sformułowałem. Czy istnieje eliksir, który umożliwi zajście w ciążę kobiecie, która z powodu zaklęć stała się jałowa?

Mistrz eliksirów uniósł brew i odchylił się do tyłu.

— Dobrze, to jest ciekawe pytanie, rzeczywiście — postukał palcem w podbródek. — Wiele kobiet po wojnie zostało dotkniętych tą przypadłością i powstało kilka eliksirów od tamtego czasu. Z tej garstki większość z nich jest prymitywna — Snape wykrzywił usta w pogardzie — powodują trwałe uszkodzenia w ciele kobiety i zagrażają życiu zarówno matce jak i nienarodzonemu dziecku. Osobiście uważam, że branie ich jest grą niewartą świeczki.

— To znaczy?

— Widziałem dzieci urodzone po poczęciu takim eliksirem. Były upośledzone, zdeformowane, o poziomie mocy magicznej charłaka.

— A co… z eliksirami wątpliwej moralności? — Harry zapytał przerażony wizją poskręcanych dzieci bardziej przypominających homunkulusy niż istoty ludzkie.

— Pewnie nie powinno mnie dziwić takie pytanie — spojrzał wymownie na książkę leżącą pod ręką nastolatka, a z której miał obecny przepis. — Wchodzimy tu jednak w obszary, które nie powinny zostać usłyszane przez niewłaściwe uszy i obawiam się, że moje biuro nie jest najlepszym miejscem do tego rodzaju rozmów.

Będąc trochę rozczarowanym, Harry kiwnął głową ze zrozumieniem. Pocieszał się tym, że profesor nie zaprzeczył istnieniu takich preparatów.


~ II ~


Nota autora: i oto jest część rozdziału, a właściwie połowa rozdziału 54. Tym razem akcja ponownie przenosi się do szkoły. Jak myślicie, czemu Snape jest w tak zgryźliwym humorze?

Lifemania - podobnie jak Ty, ja również trafiłam na wiele opowiadań, w których Harry często popada ze skrajności w skrajność. Cóż w życiu, żeby tak się stało musi wydarzyć się coś naprawdę wstrząsającego. Zmiana paradygmatu nie może nastąpić z dnia na dzień. A ja chcę jednak stawiać na sens i logikę w mojej historii, na ile oczywiście się to da. ;)

Rowling nie postarała się za bardzo tworząc wizerunki antagonistów. Dotyczy to również samego Voldemorta. Trochę poznajemy z jego przeszłości w szóstym tomie, ale nadal pozostaje ten niedosyt. Tom Riddle musiał się czymś wybić, by przyciągnąć do siebie swoich zwolenników. Będę powtarzać to wielokrotnie, hasłami: wybijmy wszystkich mugoli i uczyńmy mnie nieśmiertelnym nie zjednał sobie ludzi. Zdrowy na umyśle Voldemort musiał być siłą, z którą się trzeba liczyć. A będąc psychopatą wiedział dokładnie jak manipulować ludźmi, by robili to co chciał.

I dobrze kombinujesz z tożsamością szpiega ministerstwa.

WomenInBlue - na tej równowadze właśnie mi zależało. Nie wiem czemu wielu autorów wraz z wprowadzeniem ciąży zaczyna traktować stan bohatera jako motyw przewodni historii. Wszystkie wątki są odsuwane na dalszy plan, a biedna ciężarna osoba zostaje odmóżdżona i poddana całej serii wypadków i sytuacji zagrażających zdrowiu i życiu. Jedną, dwie historię z dramatem mogę zrozumieć, ale nie prawie wszystkie. Harry jest zdrowy, więc prowadzi normalne życie.

Lubię Snape'a a bez ujawnienia jego lojalności nie pojawiałby się wystarczająco często w dalszej części opowiadania. A tak, co jakiś czas ma swoją rolę do odegrania. Co do Toma i mugoli. To co jak co, ten człowiek doskonale zdawał sobie sprawę do czego zdolni są niemagiczni ludzie. Wskazuje na to jego tło, przecież dorastał w czasie II wojny światowej.

Domysły są prawidłowe, chociaż mam nadzieję, że Cię zaskoczę przebiegłością tego "ktosia".

Kundzia2 - w tym rozdziale Harry będzie pojawiać się wszędzie. Co do porodu, to ma on jeszcze trochę czasu. Na osi czasu jest końcówka stycznia - początek lutego. Dziecko jest spodziewane na maj, i całkiem przypadkowo kamieniem majowym jest szmaragd. Do tego czasu zejdzie jeszcze trochę rozdziałów.

Zgadłaś, zgadłaś.

Salvio.h - Harry zna osobę będącą szpiegiem dość dobrze, chociaż od dłuższego czasu nie miał z tą osobą kontaktu.

Jak widać trochę spokoju i udało mi się napisać kolejny fragment. Myślę, że do dwóch tygodni pojawi się kolejny, zamykający cały rozdział 54. Odpukać, jeśli mi nic nowego nie wyskoczy.

niewiem - sam pomysł, by Harry obwijał swoją klatkę piersiową bandażem, by ukryć swoją płeć wzięłam od Mulan. O ile dobrze pamiętam, to tam to występowało. Tak? Jeśli nie, to z innej bajki, gdzie dziewczyna chcąc uchodzić za chłopca właśnie to robiła.

Harry ma swoje chwile, gdy uwalnia cięty język.

Yuki221 - przyznaję się bez bicia, nie czytałam wszystkich historii związanych z Harrym Potterem i nie mogę zagwarantować, że ktoś, gdzieś, kiedyś nie wpadł na ten sam pomysł, który i ja wykorzystałam. ;) Jeśli tak jest, to chyba znaczy, że jest on całkiem dobry.

Przemowa jest zaczerpnięta z kanonu. O "Pip, pip" proszę mieć pretensje do Rowling. ;)

I też mnie boli ten jeden komentarz na rozdział. Chociaż można to obejść pisząc nie będąc zalogowanym, a podpisując się nickiem w rubryczce guest. Sama tak robię.