Chaos?

Drzewa, krzaki, skały, drzewa. Naruto ledwo zauważał te obiekty, mknąc tak szybko przed siebie jak nigdy wcześniej w życiu. Jego mięśnie go paliły, chakra buntowała się, wywołując u niego ból głowy, serce nie nadążało z pompowaniem krwi. A mimo to blondyn biegł, zdeterminowany, żeby dotrzeć do Konohy, zanim będzie za późno. Po jego policzkach płynęły łzy, łzy złości i przerażenia.

Myśl, że nie uda mu się zdążyć, napawała go grozą.

Nie był pewien, czy biegł godzinę, czy cały dzień, ale w końcu zaczął zwalniać, ku swojemu całkowitemu niezadowoleniu. Krzyknął, wściekły z powodu swojej słabości, i wykrzesał z siebie parę ostatnich iskier energii. A potem zwolnił. Najpierw trucht, a potem szybki marsz, pod koniec powłóczył nogami, zataczając się na boki. Łapczywie chwytał kolejne hausty powietrza, wypełniając nimi palące płuca.

Przez jego umysł przebiegł okrutny obraz: jego ojciec zamordowany, Jiraiya z poderżniętym gardłem, Kushina i małe bliźniaki spalone na popiół... Wszystkim jego znajomym groziła śmierć, a jak on miał ją powstrzymać, jeśli nie był w stanie nawet dobiec do cholernej wioski? Potrząsnął głową i natychmiast pożałował tego niepotrzebnego wysiłku. Upadł na kolana, charcząc i kaszląc. Chciał wstać, raz, drugi, trzeci, aż w końcu całkiem się przewrócił.

Załkał cicho, zrezygnowany. Nawet gdyby dobiegł, co dałby radę zrobić? Byłby wyczerpany, nie miałby szans z najprostszym możliwym przeciwnikiem, ostatecznie jedynie spowolniłby paru wrogów. Może nawet udałoby mu się odciągnąć uwagę Nero, ale co dalej? Stałby się jednym z tych ciał w czarnych workach, zostałby spalony albo zakopany w trumnie. Żadna z tych opcji mu się nie podobała. Żadna.

[KONOHA]

Kushina spojrzała uważnie na swoje dzieci, trzęsące się i łkające. Potem skierowała swój wzrok na niezadowolonego psa, który kulił się w rogu, pokazując kły. W ciągu sekundy kobieta podjęła decyzję. Nie zamierzała uciekać od walki, nie tym razem. Zabrała bliźniaki, szybko ściągając je najpierw na parter, a potem do piwnicy, gdzie ukryty był mały schron na wszelki wypadek. Najpierw wsadziła tam maluchy, a potem zagoniła do nich psa.

-Mama musi iść poszukać taty. -powiedziała do swoich pociech- Wrócę za jakiś czas.

-Nie! -Kasumi podbiegła do niej i złapała ją za rękę. Kushina łagodnie ją od siebie odepchnęła, wiedząc, że nie ma czasu do stracenia.

-Wrócę. -obiecała- Idźcie spać, poczujecie się lepiej. -wskazała na stojące w rogu łóżko. Minato pomyślał o wszystkim, tak jakby się spodziewał, że kogoś będzie musiał zamknąć w schronie. Kushina chrząknęła, przypominając sobie o jeszcze jednym szczególe- W rogu jest pudełko z ciastkami. -wskazała na odpowiednią półkę- Nie zjedzcie za dużo.

Kasumi wahała się, ale ostatecznie myśl o nieograniczonym dostępie do słodyczy zrobiła swoje i dziewczynka pobiegła we wskazanym kierunku, a Tsubasa po chwili podążył za siostrą. Kushina wzięła głębokich wdech, czując, jak jej serce łamie się na myśl, że musi tu zostawić swoje pociechy. Zamknęła dokładnie grube drzwi, upewniając się, że nie otworzy ich nikt, a przynajmniej nie tak łatwo.

Potem wszystko potoczyło się szybko. Kushina jak tornado wpadła do pokoju, gdzie ona i jej mąż trzymali wszystko, co powinien posiadać porządny shinobi. W mgnieniu oka nałożyła na siebie odpowiedni strój z kamizelką, uzbroiła się w kunaie i shurikeny, a następnie złapała za ostre tanto. Machnęła nim parę razy na próbę, upewniając się, że dobrze leży w jej dłoni. Wzięła jeszcze jeden wdech, żeby się uspokoić.

Kiedy wydostała się z domu, jej oczom ukazał się prawdziwy chaos. Wrodzy shinobi... nie, bandyci atakowali wszystkich dookoła, zabijając i shinobi i niewinnych. Kushina skoczyła do przodu, atakując najbliższego i szybko pozbywając się go. Potem złożyła pieczęć, unieruchamiając kilku następnych. Choć jej pierwsze kroki w tej bitwie były niemalże wzorcowe, lata zaniedbywania treningów wkrótce dały się we znaki.

Zanim Kushina zdołała się przedrzeć do centrum walki, z głębokiej rany na jej brzuchu wypływała krew, a od mocnego uderzenia widziała niemalże podwójnie. Mimo to nadal ściskała tanto, atakując każdego przeciwnika, który zanadto się do niej zbliżył. Trafiała zarówno na zwykłych bandytów, ledwo zdolnych do posługiwania się nożem kuchennym, a także na wyćwiczonych, niebezpiecznych morderców.

Mierzyła się właśnie z jednym z tych drugich, czekając na okazję do zadania ostatecznego ciosu. Mężczyzna wiedział jednak, jak się bronić przed takimi okazjami i sam zaczynał przejmować władzę w pojedynku. Jego ostrze śmigało Kushinie przed oczami, za każdym razem grożąc trwałym kalectwem, a nawet nieprzyjemną śmiercią. Kobieta broniła się, jak tylko potrafiła, myśląc głównie o swoich dzieciach i, wyjątkowo, również o Naruto.

Krzyknęła, wykonując ostatni, desperacki cios. Postawiła wszystko na jedną, decydującą kartę... I chybiła. Straciła równowagę, co jej przeciwnik szybko wykorzystał, podcinając ją. Kushina z jękiem upadła na ziemię, tanto wyleciało jej z dłoni. Spojrzała w górę na triumfującego wroga, który unosił ostrze, żeby zadać ostateczny cios. Szybko zabrała się do składania pieczęci, ale czuła, że nie zdąży. I kiedy już myślała, że jest po wszystkim...

Mężczyzna charknął, wypluwając krew. Zatoczył się, upuszczając ostrze i sięgając dłoni za siebie. Wtedy nadleciał kolejny, mocny cios, ostatecznie łamiąc mu kręgosłup. Bandyta jęknął, jego oczy zamgliły się. Upadł tuż obok Kushiny, która szybko się podniosła, nie chcąc zostać zaatakowana w tak bezbronnej pozycji. Jej oczy napotkały zakrwawionego i lekko rannego Jiraiyę.

-Gdzie dzieci?

-W schronie. -odpowiedziała szybko, odbijając lecącego w jej kierunku kunaia.

-Pieprzony Nero... -Sannin splunął- Trzeba go było zabić, kiedy była okazja!

-Już nie zdążysz. -powiedziała- Sama go zabiłam. Gdzie jest Minato?!

Jiraiya wzruszył ramionami, a potem odwrócił się na pięcie, żeby znokautować szarżującego na niego bandytę. Kushina również włączyła się do walki, karcąc siebie samą za swoją głupotę i ignorowanie treningów. Teraz miała za swoje.

-Nie mam pojęcia! -krzyknął do niej Jiraiya- Przez jakiś czas miałem go na oku, a potem rozpłynął się w powietrzu! Pewnie szuka dowódców!

Kushina skinęła mu głową i zaczęła się przebijać dalej. Jej oczy napotykały coraz więcej znajomych: Shikaku i Chouza doskonale radzili sobie w duecie, Tsume była prawdziwą matką śmierci dla wrogów. Kushina przebijała się jeszcze dalej, szukając blond czupryny, swojego męża, jej ukochanego. I nie mogła go znaleźć.

[OKOLICE KONOHY]

-Naruto! Naruto!

Chłopak podniósł wzrok, ledwo przytomny. Ujrzał małego liska, krążącego przed jego twarzą. Naruto, w całym tym szale, kompletnie zapomniał o Minoshim, który towarzyszył mu przez ten cały czas.

-Wstawaj! -krzyknął lisek, skacząc mu na głowę. Naruto jęknął słabo i pozwolił, żeby jego głowa opadła na poduszkę z liści. Blondyn nie miał nawet siły, żeby się opędzić od Minoshiego, więc ograniczył się tylko do cichych protestów. Po co w ogóle miałby się wysilać, skoro nie jest nawet w stanie wstać? Wioska musi sama się obronić, nie potrzebuje kogoś tak nieporadnego jak on. Przecież tam jest Minato, Jiraiya, Yoshitsu... Na pewno dadzą sobie radę i to wzorcowo! Po co on miałby im się plątać pod nogami? Bez sensu.

-Naruto! Ostrzegam cię: jak nie wstaniesz, podpalę ci tyłek!

Chłopak prychnął cichutko, zamykając oczy. Pogodził się ze swoją porażką. Przecież on powinien już nie żyć! Gdyby nie dogadał się z Lokim, byłby już trupem. Być może wtedy Nero nie atakowałby wioski... To była jego wina? On zwrócił na Konohę uwagę tego zdradzieckiego lisa? Łzy upokorzenia i poczucia winy zaczęły strumieniem spływać po jego policzkach. To on był wszystkiemu winny. On i nikt inny.

-Naruto? -Minoshi podskoczył jeszcze parę razy na chłopaku, ale ten już się nie poruszył, jedynie oddech, który poruszał liśćmi i trawą dowodził, że ten jeszcze w ogóle żyje. Lisek westchnął cicho, rozumiejąc, że blondyn już nic nie zrobi. Musiał być wyczerpany, w końcu po takim mocnym zrywie na taką odległość... Minoshi położył się na plecach Naruto, obiecując sobie, że będzie go pilnować przez cały czas.

Cały czas.

Nawet nie zauważył, kiedy zmorzył go sen.

[KONOHA]

Yoshitsu wykrzykiwał niezbyt przyjemne rzeczy, skacząc od wroga do wroga. Naprawdę nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Oczywiście, przeczuwał, że Nero jest naprawdę dwulicowy, ale nie spodziewał się czegoś takiego! Wrzasnął wściekle, łącząc na chwilę siły z jakimś Uchihą, ale ten wyraźnie nie był zadowolony z towarzystwa lisa i po chwili odłączył się, biegnąc w stronę swoich rodaków. Yoshitsu zaklął pod nosem, ledwo unikając ciosu kataną.

To było znacznie gorsze od ostatniego ataku na Konohę: bandyci byli nieprzewidywalni, raz byli zabójczy, raz zupełnie żałośni. I nie było wiadomo, z kim się mierzy. Yoshitsu próbował być ostrożny, ale tą ostrożność prawie przypłacić swoją głową, kiedy jeden z przeciwników rzucił w jego stronę całą siatkę shurikenów. Lis wyskoczył w powietrze, robiąc parę widowiskowych akrobacji, a potem wylądował zgrabnie na ziemi. A raczej wylądowałby, gdyby kilku wrogów nie rozciągnęło pod nim sieci, owijając go w nią szybko.

Lis warknął, wywijając pazurami na wszystkie strony, ale materiał okazał się zbyt solidny, żeby mógł go rozerwać. Tak naprawdę, to jeszcze bardziej się w niego zaplątał. Yoshitsu poczuł, jak do jego serca zaczyna pukać panika. Od dawien dawna nie znalazł się w tak beznadziejnej sytuacji. Spróbował się uspokoić, w końcu nie raz znajdował się w tragicznych momentach... no dobrze, nie aż tak tragicznych!

-Macie go? -usłyszał poprzez wrzawę. Zamarł, rozglądając się za właścicielem głosu. Dostrzegł, jak podchodzi do niego jakiś nieogolony, brudny mężczyzna, trzymający w rękach wielki shuriken. Spojrzał na niego triumfalnie, a potem się zaśmiał. Skinął dłonią w stronę swoich ludzi, którzy natychmiast chwycili za sieć i zawlekli ją, razem z Yoshitsu, w stronę jednego z płonących domów. Lis zwielokrotnił swoje wysiłki, wywijając pazurami na prawo i lewo, ale równie dobrze mógłby rzucać grochem o ścianę.

-Czekajcie!

Bandyci zawahali się, zerkając na mężczyznę, który podszedł do nich szybkim krokiem. Kucnął, żeby spojrzeć lisowi prosto w oczy. Uśmiechał się złośliwie, ale w jego oczach błyszczała czysta wściekłość, tak jakby zbyt długo czekał na coś, co mu się należało. Złapał za jedną z łapek lisa i ścisnął ją mocno, nie zważając na pazury, które przebiły mu skórę.

-Wiesz, kim jestem? Nie? -prychnął- Jestem cieniem dawnego siebie, to prawda. Ale to wkrótce się zmieni. Pozbędę się teraz ciebie... A potem całej reszty tej żałosnej, lisiej gromadki. Jeszcze zobaczysz. Wiedz, że zginąłeś z ręki Mizukiego! -krzyknął, łamiąc lisowi wszystkie kości w łapce. Yoshitsu nie pozwolił sobie nawet na najmniejszy jęk, szczerząc kły prosto w twarz wroga. Mężczyzna puścił go i cofnął się.

-Do ognia z nim!

Bandyci zamachnęli się, a potem wyrzucili sieć z szamocącym się lisem prosto przez okno do płonącego budynku. Mizuki odetchnął z ulgą, a potem ruszył w głąb wioski, otoczony przez swoich najlepszych ludzi. Nie mógł się doczekać, aż przejmie władzę i pokaże tym ludziom, przed czym uciekali. To on był autorytetem! Gdyby Yondaime miał jego rozum, nie popełniłby tylu błędów. Wioska spłonęła przez tego żałosnego Hokage i chyba wszyscy zaczęli to rozumieć. Teraz wystarczyło się pozbyć tylko Namikaze i jego rodzinki.

Wzrok Mizukiego przykuła pewna rudowłosa kunoichi, zacięcie walcząca z bandytami. Wiedział, że teraz Minato walczy z Meizu i Gouzu, nie mógł pozwolić, żeby ktoś się w to wtrącił. A z pewnością nie ona. Poza tym, jak mógłby przepuścić taką okazję? Odepchnął od siebie paru nadopiekuńczyć bandytów i zamachnął się shurikenem. Pocisk pofrunął w stronę Kushiny, zostawiając głęboką ranę na jej udzie. Ta wrzasnęła i upadła na ziemię, odruchowo sięgając w stronę nogi, żeby zatamować dłońmi krwotok.

Mizuki zaśmiał się, wszystko szło tak prosto... Podszedł do niej tanecznym krokiem, sięgając po kunaia. Ta noc miała być nocą jego zwycięstw. Dzisiaj przyniesie Konosze prawdziwą władzę, która wyniesie Kraj Ognia na tron całego świata! Może nie zrobi tego tak od razu, ale krok po kroku... zaczynając od tego jednego kroczku. Od niej. Spojrzała na niego najpierw z nienawiścią, a potem, kiedy go rozpoznała, z przerażeniem. Podobało mu się jej spojrzenie. Sprawiało, że czuł się niezwyciężony.

-Ty...

-Słodka Kushina... A gdzie twój mąż? Czyżby już go nie obchodziła jego kochana żona? A może znalazł sobie kogoś innego?

Czerwonowłosa chciała już coś mu powiedzieć, ale on miał dość gadania. Stracił wystarczająco dużo czasu na mieleniu językiem, nadszedł czas na czyny. Pochylił się nad nią, celując kunaiem w jej serce, ale ta zdołała się uchylić. Puściła jedna ranę i krew zaczęła tryskać z rany, natychmiast ją osłabiając. Jej oczy zaszły mgłą, po policzkach zaczęły ściekać łzy. Mizuki prychnął, zażenowany tym widokiem. I wszyscy się jej obawiali? Złapał ją za gardło i przycisnął do ziemi, unosząc ostrze do ciosu. Na sekundę przed zadaniem go zobaczył w jej oczach przerażenie. A potem z uśmiechem opuścił kunaia, wbijając go głęboko w jej pierś.

-SUKINSYN!

Odwrócił się na pięcie akurat wtedy, kiedy srebrny pocisk uderzył w niego z taką mocą, że zbił go z nóg. Jiraiya zaczął okładać go pięściami, zapominając na chwilę o całym swoim wyszkoleniu. Bandyci natychmiast się na niego rzucili, ale ledwo go dotknęli, kiedy skupił na nich swoją uwagę – wściekłą uwagę. Jego pięści i kopniaki były wszędzie, łamały karki i kości. Mizuki próbował skorzystać z okazji i wycofać się, ale wtedy na jego drodze stanął ktoś, kogo nie chciał dzisiaj spotkać.

Tsunade złapała go za włosy i uniosła w górę z taką łatwością, jakby był szmacianą laleczką. Na jej twarzy nie było żadnych emocji. Żadnych. Jej pięści wylądowały najpierw na jego klatce piersiowe, nodze, ręce, połamały mu kości, ale nie były zagrożeniem dla jego życia. Szarpnął się, mając nadzieję, że uda mu się wyrwać, ale kolejny cios złamał mu nos. Świadomość, że ona specjalnie się hamuje, uderzyła w niego z całą mocą. Do jego serca zakradł się strach – tak nie miało się to skończyć. Nie mógł przegrać!

Jiraiya skręcił kark ostatniemu z przeciwników, a potem skierował się w stronę Mizukiego. Tsunade już połamała mu nogi i jedną rękę, a widząc Sannina zbliżającego się do niej, rzuciła mężczyznę w jego kierunku, natychmiast kierując się w stronę Kushiny z głupią nadzieją, że jeszcze będzie w stanie coś zrobić. Uklękła, ignorując okrzyki bólu, dochodzące zza jej pleców. Jeszcze zanim jej palce dotknęły kobiety, wiedziała już, że jest za późno. Kushina leżała na ziemi z szeroko otwartymi oczami, w których kryło się przerażenie.

Tsunade zaklęła głośno, uderzając w ziemię tuż obok niej i zostawiając małą dziurę.

[KONOHA – gdzie indziej]

Iruka nie wiedział, gdzie ma podziać oczy. W małym obozie, skleconym na szybko, panował chaos. Medycy starali się poskładać wszystkich, którzy wylądowali tam ranni, ale dla większości było już za późno. Umino chciał pomóc, ale nie miał pojęcia, co miałby zrobić, żeby nie zawalić. Wystarczyłoby, że wszedłby komuś w drogę i ten mógłby nie zauważyć jakiegoś nadlatującego ciosu. Sytuacja była naprawdę chaotyczna.

Schował twarz w dłoniach, starając się na chwilę odciąć od hałasu i zapachu krwi. Dlaczego to zawsze Konoha miała padać ofiarą takich ataków? Nie mogli dla odmiany zaatakować Ame? Iruka potrząsnął głową, zastanawiając się, czy nieobecność Kakashiego jest dobra, czy zła. Z jednej strony Hatake był bezpieczny, będąc z dala od tego całego zamieszania, ale Iruka czuł się znacznie lepiej, kiedy jego ukochany był blisko niego. Nie mógł ukrywać, że przebywanie w pobliżu o wiele niebezpieczniejszego shinobi, który stał po jego stronie, sprawiało, że czuł się bezpieczniejszy.

Wtedy jego uwagę przyciągnęło małe zamieszanie w pobliżu. Fugaku i paru innych shinobi zbierali się w grupkę, na ich twarzach malowało się zdecydowanie i złość. Iruka wahał się przez chwilę, w końcu kim on był, żeby się wtrącać, ale w końcu nie wytrzymał i zerwał się, zaciskając dłonie w pięści. Podszedł do nich twardym krokiem, zdecydowany, że zrobi co w jego mocy, aby im pomóc.

-...miejsce w północnej części wioski. -mówił Fugaku- Wykurzymy ich stamtąd i otoczymy. Sukinkoty nie będą wiedziały, co się stało! Nie możemy sobie pozwolić na najmniejszy błąd, bo... Iruka?

-Chcę dołączyć. -powiedział Umino, starając się wyglądać na najgroźniejszego chunina w okolicy. Nie wyszło mu i pozostali spoglądali na niego ze zdziwieniem, ale Fugaku jedynie skinął głową, kontynuując tłumaczenie planu. Zakładał on, że zaatakują główny przyczułek bandytów, a wtedy otoczą ocalałych i wyrżną ich do ostatniego. Jeśli będą mieli szczęście, za jednym razem pozbędą się najgroźniejszych i będą mogli spokojnie zająć się całą resztą. Był to ryzykowny plan, ale musieli zaryzykować, jeśli chcieli zyskać przewagę w tym starciu.

Ruszyli, nie marnując ani chwili dłużej. Unikali starcia z przeciwnikami, chcieli dotrzeć na miejsce w jak najlepszym stanie, choć mijanie umierających i rannych nie było takie proste, jak mogłoby się wydawać. Iruka wielokrotnie wahał się, czy nie zawrócić i nie spróbować pomóc, ale szybko się otrząsał: miał do zrobienia coś ważniejszego, coś co mogło zaważyć na życiu wielu innych. W tym wypadku rachunek był bardzo prosty. Nie podobał mu się, ale nadal był prosty. I nie mógł go zignorować tylko dlatego, że jego serce cierpiało.

Byli już w połowie drogi, kiedy wpadli na grupę przeciwników, zmierzających w przeciwnym kierunku. Ich ostrza unurzane były we krwi i Iruka naprawdę nie chciał wiedzieć, czyja ona była. Skoczył do walki razem ze swoimi sojusznikami, starając się nikomu nie zawadzać. Dodatkowe treningi z Kakashim przyniosły rezultaty i nie był tak bezużyteczny jak się obawiał, a jednak wróg, którego wybrał, był lepszy. W jego oczach było to coś... Coś, co posiadają osoby, które zabiły więcej ludzi niż można przypuszczać.

Iruka krzyknął, z trudem uchylając się przed kilkoma shurikenami, a potem w ostatniej chwili udało mu się zablokować nadlatujący cios. Przez jego głowę przemknęła cicha myśl: zginie? Warknął sam do siebie i wściekle zaatakował. Nie mógł przegrać, nie mógł zginąć. Musiał wygrać, dla Kakashiego. Jego przeciwnik był zaskoczony tym nagłym zwrotem akcji, ale szybko się dostosował, machając ostrzem na prawo i lewo. Iruka sprawnie unikał ciosów, pozwalając, aby jego gniew go napędzał.

Fugaku dostrzegł, że Umino ma kłopoty, ale sam mierzył się z trzema przeciwnikami na raz i nie był w stanie mu pomóc. Jego Sharingan był bezużyteczny, bo wrogowie przygotowali się do starcia z Uchihą i unikali spoglądania na niego. Fugaku warknął, wściekły, że ktoś zdołał go przechytrzyć i obiecał sobie, że jak dorwie winnego, to ten ktoś będzie cierpiał. Sięgnął po kunaia, a potem skoczył do przodu, z gracją wślizgując się pomiędzy dwóch przeciwników. Ostrze wbiło się najpierw w brzuch jednego, a potem w kark drugiego.

Wtedy Uchiha dostrzegł cień nad Iruką. Krzyknął.

Zanim jednak wróg dosięgnął Umino, złoty błysk zwalił go z nóg.

[OKOLICE KONOHY]

I co? Co teraz zrobisz? Gdybyś był tak łaskaw mi wytłumaczyć...

Stul dziób! Myślę!

Robisz to za wolno! Och, Wspaniały Naruto, podczas gdy wioska była atakowana, ucinał sobie drzemkę na nieznanej i nienazwanej polanie, myśląc. Wspaniała notka do podręczników, naprawdę.

Nie dasz mi świętego spokoju, co?

Naruto wziął głęboki wdech, a potem ostrożnie podparł się najpierw na łokciach, a potem lekko się podniósł, opierając cały ciężar ciała na kolanach. Minoshi z sykiem zaskoczenia zsunął się z jego pleców, niezadowolony z nagłej pobudki. Chłopak zacisnął zęby, kiedy jego mięśnie eksplodowały bólem, wywołanym przez wcześniejszy zryw, ale nie przerywał, dalej się podnosząc. Całe jego ciało protestowało głośno, próbując go powstrzymać przed każdym następnym ruchem.

-Co robisz? -zapytał Minoshi, przyglądając się, jak Naruto otwarcie walczył z bólem, sycząc przez zęby. Chłopak zerknął na niego.

-Jeszcze nie wiem, ale zrobię wszystko, żeby się zamknął.

-Kto się zamknął? -zdziwił się lis. Naruto jęknął, łapiąc się za łydkę.

-Nieważne! Och... -wziął parę wdechów, a potem wyprostował się i postawił pierwszy krok do przodu. Zachwiał się, ale nie pozwolił sobie na upadek. Poczekał chwilę, a potem kolejny krok. I następny. Powoli i bez pospiechu. Minoshi szedł za nim jak cień, przyglądając mu się z zaniepokojeniem. Bał się, że kolejny zryw źle się skończy dla blondyna.

I to mi się podoba!

W nosie mam, co ci się podoba!

Auć! Zabolało.

[GDZIEŚ]

-Co teraz?

-Jesteś pewien? -dopytywał się Pain, sącząc herbatkę. Konan stała obok niego, coś zażarcie notując w swoim nowym zeszycie. Kisame skłonił głowę, wahając się z odpowiedzią. Po chwili westchnął ciężko i spojrzał Painowi w oczy.

-Tak, jestem pewien. Konoha płonie. Znowu.

Pain zaklął i rzucił filiżanką o ścianie.

-Pięknie. Konan, znajdź mi tego cholernego Uchihę. On coś wie.

Coś musiał wiedzieć.