Shanica: Wiem, sama też uwielbiam jak rozdziału opowiadań są długie, bo więcej radości za jednym razem 😊. Co nie zmienia faktu, że im dłuższy rozdział, tym ciężej robi się korektę. No nic, ten jest dłuższy, choć w jego przypadku nie jestem do końca pewna, czy to zaleta.


N/A: Witajcie... wybaczcie, że tak długo. 20 dni, jestem zszokowana! Proszę przyjmijcie ten fajny długi rozdział w ramach przeprosin. I jak zawsze dziękuję za wszystkie komentarze i polubienia. Jesteście wspaniali.

No i dla Emily, bez której ten rozdział dalej byłby w połowie pracy, miał połowę sensu i był w połowie tak dobry. DZIĘKI xx


31 października

James i Lily pokładali się ze śmiechu.

- Łapo - odezwał się słabo James. - wiem, że to była ciężka noc, ale nie musisz wymyślać takich niestworzonych historii, żeby nas pocieszyć. Pewnie, że boli mnie strata Dumbledore'a, wszystkich nas boli, ale Voldemort nie żyje, a wiesz, jak mawiał Dumbel, „następna wielka przygoda..."

Syriusz spojrzał na Jamesa. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez przyjaciela odwróciło jego uwagę od tego jak źle szła zamierzona rozmowa.

- Ciebie też nakarmił tymi głupotami? Powiedział mi to po śmierci wujka Alpharda.

- Ta - James przytaknął, lekko ściągając brwi, a potem dodał znacznie mniej radośnie. - powiedział mi to, kiedy odeszli rodzice.

Wszyscy dziwnie się czuli przez tę histeryczną radość, która w nich buzowała. Cóż, przynajmniej Syriusz się tak czuł i uważał, że to tłumaczyło, dlaczego Potterowie nie byli w stanie wziąć ich na serio. Najprawdopodobniej powinien być w strasznej depresji, ale Voldemort odszedł... „Nie 'odszedł'", pomyślał Syriusz z pół śmiechem, ciało z całą pewnością leżało w przedpokoju, mógł je zobaczyć, gdyby tylko odchylił się na krześle. W każdym razie Voldemort na sto procent nie żył i ciężko było czuć odpowiedni żal związany ze stratą Dumbledore'a, skoro przed chwilą kopnęło się Voldemorta w twarz. Dawało mu to mniej satysfakcji niż można by się spodziewać, ale chodziło o zasady. Na usta Syriusza znów wypłynął maniakalny uśmiech, ale stłumił go. Ludzie umarli, a poza tym nie nadszedł jeszcze koniec, musieli jeszcze coś zrobić.

- Mniejsza o to. - odezwała się Lily, wyciągając rękę, którą nie przyciskała Harry'ego do piersi, by pocieszająco poklepać męża po kolanie. - Bez względu na to czy dobrze zorganizowany umysł Dumbledore'a wybrał się na przygodę czy nie, mówiliście, że musimy się czegoś dowiedzieć zanim dotrze tu Ministerstwo. A szczerze wątpię, czy chodzi o to, że twoja dziewczyna jest przyjaciółką mojego syna z przyszłości. Więc jedźmy z tym koksem.

Syriusz spojrzał na uśmiechnięte twarze Jamesa i Lily, a potem na Hermionę, która też się uśmiechała, choć nerwowo. Nie wiedział co robić. Powiedział im wszystko (horkruksy, historia Hermiony, to co zdarzyło się za pierwszym razem) a oni myśleli, że to ogromny żart.

Hermiona napotkała spojrzenie Syriusza i bez problemu odczytał pytanie w jej oczach: Czy naprawdę musimy im teraz powiedzieć? Przytaknął, a dziewczyna przygryzła wargę i zmarszczyła brwi, w potem pochyliła się i zaczęła przetrząsać plecak, który zabrała do chaty. Szybko znalazła to czego szukała i po stole przesunęła w stronę Lily biały kwadrat.

- Wiem, że to brzmi jak szaleństwo, ale... - wzruszyła ramionami, kiedy Lily przewróciła coś co mogło być tylko zdjęciem, które przekonało go w czerwcu. Harry, Hermiona i Ron stojący z Remusem i Syriuszem na progu Numeru Dwunastego Grimmauld Place.

Ze strachem patrzył jak Lily ze zdumieniem wpatruje się w obrazek. Miał wrażenie, że nie poruszała się całymi godzinami, choć z pewnością minęło zaledwie kilka chwil nim James pochylił się nad jej ramieniem i powiedział:

- Cholera, ten dzieciak wygląda jak ja.

Wtedy Syriusz to zobaczył, powolny gniewny rumieniec wściekłości wspinający się wolno po dekolcie i szyi Lily, całkiem jakby wypełniała się wrzątkiem.

- Kiedy zrobiono to zdjęcie? - spytała z wymuszonym spokojem, który zdaniem Syriusza nie miał potrwać długo. Jej nozdrza zadrgały lekko, kiedy się odezwała i nawet Harry wydawał się trochę przestraszony, a przecież Syriusz wiedział, że mądry z niego dzieciak.

Wszyscy podskoczyli, kiedy ciszę przerwał hałas upadającego krzesła, na którym przed chwilą siedział Remus. Mężczyzna wstał i wyciągnął różdżkę, mrucząc „Protego" i na powrót zajął miejsce za Syriuszem i Hermioną.

- Pierwszego września 1995. - odparła Hermiona, ale ruda kobieta nie spojrzała na nią.

Przeszywające spojrzenie zielonych oczu tkwiło wbite w Syriusza, a on musiał sam sobie przypomnieć, że nie zrobił nic złego. „Jak spojrzenie mogło wpędzić człowieka w takie poczucie winy?" Pomyślał nerwowo.

- Lily, Rogaczu, posłuchajcie. - powiedział, mając nadzieje, że uda mu się przekonać ich, że podjął dobrą decyzję, zanim zda się na plan b, czy (jak zawsze) pozwoli wszystko wyjaśnić Lunatykowi. - To było jedyne wyjście, jedyny moment, kiedy byliśmy pewni, gdzie Voldemort się znajdzie. I nie powinnaś się złościć Lily, zadziałało. Ostatnim razem Harry właśnie trafiał do twojej siostry, mnie aresztowali za próbę zabicia Pettigrewa, a wy... - spojrzał na Jamesa. - byliście martwi.

Zakończył czując się odrobinę dramatycznie.

Lily mrugnęła kilkakrotnie, ale Syriusz nie mógł odwrócić wzroku.

- Cóż, w takim razie - powiedziała tym samym, fałszywie spokojnym głosem. - kim jestem by się kłócić? Dzisiejszej nocy Voldemort prawie zabił Remusa i Jamesa, ale jeśli taki mieliście plan... - jej spojrzenie przemknęło do Remusa, który dalej stał za Syriuszem. Warknęła cicho. Syriusz dobrze znał podirytowane prychnięcie, które zazwyczaj towarzyszyło odkryciu huncwockich planów, ale ten warkot był znacznie potężniejszy. - Zakładam, że on też o wszystkim wiedział.

Remus głośno przełknął ślinę. On też cierpiał pod tym spojrzeniem. Remus prawie nigdy nie musiał go znosić, bo zazwyczaj to nie on ponowił winę, a jeśli już tak się zdarzyło to miał dość inteligencji, by unikać Lily, póki nie wyżyła się na Syriuszu lub Jamesie. Jednakże dobrze je zniósł i Syriusz był pod wrażeniem rozsądnego tonu jakiego użył.

- Tak, Lily, naprawdę nie mogliśmy wymyślić innego sposobu. Hermiona i ja...

- Chwila moment - przerwał James. - więc przez cały dzisiejszy dzień wiedziałeś, że czekamy aż pojawi się pieprzony Voldemort?

Remus przytaknął.

- I wiedziałeś, bo ona... - Syriusz zauważył ślad nieufności w głosie swojego najlepszego przyjaciela. - jest z przyszłości i pomogła mojemu synowi pokonać Voldemorta w 1998 roku?

Remus znów przytaknął.

- O cholera. - prychnął gniewnie James. - Czemu nam nie powiedziałeś? To jest... to jest... - spojrzał na Lily. Jej niechęć do tej sytuacji zdawała się zbyt wielka, by kobieta dała radę powiedzieć choć słowo.

- Popieprzone? - zasugerował Syriusz. James lekko zmrużył oczy, ale nic nie powiedział. Syriusz skorzystał z ciszy. - Rogaczu, nie było, jak dostać się do Voldemorta nie pozwalając mu tu przyjść. I zadziałało, on nie żyje, wy jesteście bezpieczni, a wojna się skończyła. Wiem, że to ryzykowne, ale nie powiesz, że nie zrobiłbyś tego samego.

James dalej się nie odzywał, ale nagle Lily wydała z siebie niecierpliwe i zirytowane prychnięcie i oznajmiła:

- A odkąd to ty zrobiłeś się taki logiczny? - potem wreszcie spojrzała na Hermionę i spytała ze znacznie mniejszym jadem, niż Syriusz się spodziewał. - To prawda? Petunia naprawdę wychowywała Harry'ego?

Hermiona przytaknęła.

- Tak i była dla niego okropna. Nie wiedział nawet o magii aż Hagrid pojawił się z jego listem z Hogwartu. Ogromny włochaty facet przynajmniej na jakiś czas przestraszył ich do poziomu uległości. – powiedziała przepraszająco, a kąciki ust Jamesa uniosły się. - Kiedy Voldemort powrócił, życie Harry'ego stało się takie okropne, życia nas wszystkich się stały... i wpadłam na pomysł jak to naprawić, więc musiałam spróbować. Założyłam, że nie będziecie w stanie świadomie siedzieć tu i czekać na przybycie Voldemorta. - zaczerpnęła tchu, a jej głos nabrał panicznego tonu. – A gdyby was tu nie było, mógłby w ogóle się nie pojawić, a wtedy ostatnie pięć miesięcy poszłoby na marne i stworzylibyśmy nową linię czasu, w której Voldemort dalej żyje pierwszego listopada i... - urwała nagle, z powodu, jak podejrzewał Syriusz, zamglonego spojrzenia Lily. - Przepraszam, Lily, Jamesie. - dodała łagodnie. - Nigdy nie chciałam by Harry znalazł się w niebezpieczeństwie. A z doświadczenia wiem, że nigdy nie potrzebował pomocy w znajdowaniu go. Był moim najlepszym przyjacielem, proszę zrozumcie, że to dla całej czarodziejskiej Brytanii i że wszelkie co-by-było-gdyby i może nie mają teraz znaczenia, bo nam się udało. Harry ma rodzinę, a Voldemort nie żyje.

Kiedy obmyły go te słowa, Syriusz pod stołem znów ścisnął jej dłoń. „Udało im się."

Przez chwilę wszyscy siedzieli w ciszy, a Lily wpatrywała się w zdjęcie swojego syna. James przesunął mrożony groszek na drugą stronę czoła.

- Czyli to, dlatego nie chciałeś, by szła do Forte de Sang? - spytał nagle.

- O tak. - potwierdził Syriusz, prawie wybuchając śmiechem przez to jak cudownie było po prostu powiedzieć cholerną prawdę. Wyszczerzył zęby i dodał. - No i jeszcze dość ją lubię, wiesz... wolałbym, żeby nie zginęła.

- To rozumiem. - odparł James, a Lily parsknęła śmiechem. Na początku był to dziwny dźwięk podobny do czkawki i James posłał jej pełne niepokoju spojrzenie. Ona jednak śmiała się coraz mocniej. To bardzo rozbawiło Harry'ego, który dalej siedział na jej kolanach, a jego coraz głośniejsze dziecięce chichoty wkrótce dołączyły do śmiechu jego mamy. - Lily? O co chodzi?

- O nic, tylko - wykrztusiła. - po prostu tak strasznie bali się nam powiedzieć. - po jej policzkach płynęły łzy. - Właśnie ocalili cholerny świat, a ja właśnie pokonałam w pojedynku Voldemorta i oni... - spojrzała na Syriusza i Remusa. - i oni bali się, że będziemy źli!

Walnęła pięścią w stół, a Harry zaklaskał w dłonie i pisnął z radości na widok kuriozalnego zachowania swojej matki.

- Liluniu - odezwał się James słabym i zdumionym głosem. - Ja jestem trochę zły, mogliśmy wszyscy zginąć.

Lily wyszła poza zwykły śmiech i wpadła w coś pomiędzy histerią, a całkowitym szaleństwem. Niezdarnie poklepała męża po policzku i powiedziała, cały czas chichocząc:

- Ale nie zginęliśmy, James, nie zginęliśmy. Jest w porządku, koniec z chowaniem, koniec ze strachem. - a potem posłała Remusowi szeroki uśmiech. - I zdejmij to zaklęcie tarczy. Szczerze, czuję się trochę obrażona. - Remus machnął różdżką, a Lily zachichotała. - Nie dałaby rady ochronić was przed kobietą, która zabiła Voldemorta.

- Hej! - zawołał Remus, też zaczynając się śmiać. - To była praca zespołowa, nie zagrabisz sobie całej chwały, panienko.

James był dalej oszołomiony, a Syriusz nie mógł uwierzyć, że Lily nie zagroziła mu śmiercią lub chociaż pomniejszą klątwą. Nagle w kuchni pojawił się srebrny baran i odezwał się ponurym i lekko zirytowanym głosem Moody'ego.

- Black, jestem na zewnątrz, ale nie widzę tego cholernego domu. Wyjdź po mnie.

Remus i Lily uciszyli się, a kiedy baran zniknął, zdumiona Hermiona powiedziała do Syriusza:

- Ale przecież jeszcze nie wysłałeś mu patronusa.

- Musiał się znudzić czekaniem. - Syriusz wzruszył ramionami, a potem odezwał się z uśmiechem. - No chodźcie, powiedzmy mu. Jestem pewien, że znajdzie sposób, by zrzucić wszystkie pomyłki na mnie, więc najpierw chcę mu przekazać dobre wieści.

- Syriuszu - Hermiona wywróciła oczami i wstała. - nie może cię winić za Dumbledore'a...

Ale Syriusz zaśmiał się.

- Nie znasz go tak jak ja. Wy tu zostańcie - powiedział pozostałej trójce. - Lunatyk lepiej odpowie na wasze pytania. Niedługo wracamy.

W przedpokoju złapał Hermionę za rękę i ścisnął, a potem puścił ją i otworzył drzwi. Minęli gruzy jakimi stała się weranda i wyszli przez furtkę. Kiedy dotarli do ulicy, zobaczył Moody'ego stojącego na granicy posesji sąsiadów w niewielkim zagajniku z tyłu ogródka Potterów i wpatrującego się usilnie w miejsce trochę na prawo od prawdziwego umiejscowienia domu. Nie skrzywił się, gdy wyszli przez furtkę, chociaż musiało to wyglądać jakby wyłaniali się z nicości. Dał im tylko znać, że ich zobaczył i cofnął się pomiędzy drzewa, cały czas zachowując stałą czujność, choć w dniu takim jak ten Syriusz nie miał pewności, czy unika Śmierciożerców czy też może mugoli.

- Mam dla ciebie list, dziewczyno. - burknął, kiedy do niego dotarli, podając Hermionie grubą, wytłoczoną kopertę. - Widziałem co się działo w dole ulicy, mam nadzieję, że masz dla mnie dobre wieści, Black. - warknął, kiedy Hermiona rozrywała kopertę i rozkładała śnieżnobiały pergamin.

- O tak. - przyznał Syriusz. - Zniszczenie horkruksów poszło jak z płatka. Voldemort dotarł do drzwi frontowych, ale go powstrzymali. Jego ciało leży tam. - obrócił się, by wskazać na domek i jego uwagę odwróciła twarz Hermiony. Podczas czytania listu wyraz jej twarzy zmienił się ze zdumionego w pełen nadziei, by ustąpić miejsca przygnębieniu. Spojrzała na Syriusza, a jej warga zadrgała lekko, ale wzięła głęboki oddech przez nos i podała mu list. Skupiwszy się na eleganckim piśmie, zapomniał, że miał wyjaśnić Moody'emu sytuację.

Najmilsza Hermiono,

Pracowałam bardzo ciężko by rozwiązać Twój problem, ale jak powie Ci Remus było to niezmiernie trudne. Nie potrafię znaleźć sposobu na to byś pozostała w Anglii. Jednak będziesz musiała wrócić do domu. Niezmiernie mi przykro, że dałam ci fałszywą nadzieję, Schatz, ale jestem pewna, że zobaczysz swoich przyjaciół w przyszłości.

Kochająca matka xox

Syriusz przez chwilę zastanawiał się czy można umrzeć na zgagę. Patrząc na te okropne słowa miał wrażenie, że eksplozja kwasu rozprzestrzenia mu się pod żebrami i w górę przełyku. „Pewnie nie" pomyślał „ale brak tlenu to co innego" wytłumaczył sobie, kiedy dotarło do niego, że coraz trudniej przychodzi mu wciąganie powietrze, tak zaciśniętą ma klatkę piersiową. „To z cała pewnością śmiertelne." W głowie mu wirowało, ale dalej mógł oddychać, co było prawie niefortunne, bo wolałby w tym momencie zemdleć i nie musieć radzić sobie z konsekwencjami odmowy. Wrócili do punktu wyjścia. Brak planu.

Zarejestrował niski głos Moody'ego i spojrzał na niego, by zobaczyć, jak ten rozmawia z Hermioną. Miała spuszczoną głowę i przytakiwała.

- Dobrze, nie zrobię tego. - usłyszał, jak mówi. - Jeśli jest pan pewien... Wiem, że istnieje ryzyko...

- Nie ryzyko, dziewczyno, to pewne. - burknął Moody. - Byłoby po nas wszystkich, a nie wiem jakbyś wtedy od nich uciekła. - wyciągnął pomarszczoną rękę i położył ją na jej ramieniu. - Bo zawsze będą wiedzieli kim jesteś i będą na ciebie czekać. Właściwie to mogliby w ogóle przeszkodzić ci w odejściu. - Hermiona lekko się przygarbiła i Syriusz zdał sobie sprawę, że się poddała. - Nie możemy na to pozwolić, nie teraz.

Syriusz obejrzał się i zobaczył, jak Remus otwiera furtkę i zmierza w ich stronę. Albo rozmowa w środku nieco się uspokoiła albo zabrał ze sobą na dwór ponury nastrój (dość depresyjnej) konwersacji, bo tak samo jak oni był śmiertelnie poważny. Skinął Syriuszowi głową, a potem spojrzał prosto na Moody'ego.

Zanim się pojawi, stary auror właśnie mówi Hermionie:

- Śmierć Dumbledore'a to szok, ale był takim dziwnym starym prykiem, że pewnie ucieszyłby się, że zastrzelono go jak mugola. Zawsze bał się śmierci pozbawionej sensu.

Mimo narastającej w nim paniki, Syriusz prychnął, a Hermiona podniosła wzrok. Na jej ustach malował się okropny, pełen bólu uśmiech. Wyciągnęła do Syriusza rękę, a on ujął ją, nie mogąc wymyślić nic co można by powiedzieć.

- Dobra, czy ciało Voldemorta tam leży? - mruknął Moody. - Czekam na szansę ukłucia go laską w oko, odkąd ją dostałem.

Remus przytaknął i podał mu kawałek pergaminu. Moody zerknął na niego, a potem odszedł pospiesznie, podążając za wilkołakiem przez furtkę.

Palce Hermiony drgnęły w jego uścisku.

- Moody mówi, że muszę odejść. – powiedziała łagodnie.

Syriusz przełknął ślinę czy raczej spróbował to zrobić mimo ogromnej guli, która utworzyła się w jego gardle. Hermiona pociągnęła go za rękę i usiadła na trawie, opierając się plecami o drzewo. Syriusz zrobił to samo, głównie dlatego, że nie mógł myśleć i prościej było po prostu posłuchać.

- Słyszałeś co przed chwilą powiedział o wyznaniu Ministerstwu prawdy?

Syriusz przytaknął, nienawidząc tego, że zgadza się ze swoim szefem. Powiedzenie Ministerstwu było idiotycznym pomysłem.

- Resztę też słyszałeś? - spytała, a jej pewny głos zadrżał odrobinę.

Syriusz potrząsnął głową.

- Nie. - wychrypiał. - Nie, czy coś jeszcze?

- Właściwie to nie. Mówił mi tylko, że Ministerstwo nie może się o mnie dowiedzieć, mugole mnie ścigają i Śmierciożercy też... Podobno szpiedzy powiedzieli im, że Voldemort zlecił wyeliminowanie nas obojga po tym jak mu odmówiłeś i teraz tylko się pogorszy. Moody martwi się, że Śmierciożercy będą nas ścigać, że dojdą do wniosku, że to przez nas Voldemort nie żyje.

Mózg Syriusza znów zaczął działać.

- Jak to, co stało się Frankowi?

Hermiona przytaknęła.

- Tak, najwyraźniej Dumbledore obawiał się, że zajmiemy ich miejsce w umyśle Bellatrix jako najbardziej prawdopodobne źródła informacji o miejscu pobytu Voldemorta. Moody mówi, że musze trzymać się oryginalnego planu i... odejść... - jej głos znów zadrżał. - i... ma rację, Syriuszu. Nieodpowiedzialnie by było zostać, skoro przez to tylu ludzi znalazłoby się w niebezpieczeństwie.

Syriusz tylko przytaknął, a przegrana kopnęła go w brzuch. Siedział tam trzymając Hermionę za rękę i zastanawiając się, dlaczego do diaska łudził się, że uda im się pokonać system.

- Jesteś pewna? Znaczy możesz poczekać z tydzień, prawda? Możemy spróbować coś wymyślić. Kolejny tydzień nic nie zmieni, co nie?

- Nie wiem, Syriuszu. Kolejny tydzień... będzie tylko trudniej, a nie możesz mi powiedzieć, że spędzimy ze sobą czas... ty musisz wrócić do pracy, tam będzie teraz dom wariatów... a jeśli tu zostanę ludzie będą chcieli ze mną rozmawiać... James i Lily nie mają z tym problemu, ale cały Zakon... Znaczy, Moody chyba powie im co będzie chciał, ale ja po prostu - pokręciła głową. - Chyba będzie najlepiej, jeśli odejdę.

Syriusz wiedział, że nie miał dość szczęścia by dostać w życiu wszystko czego chciał, ale i tak wkurzał go złowieszczy mistrz kukiełek, który pociągał za sznurki w tej sytuacji. Syriusz pomógł zniszczyć Voldemorta, przecież zasługiwał na zdobycie dziewczyny?

Sięgnął i pociągnął ją do siebie. Choć było mu niewygodnie na zimnej jesiennej trawie z ciężarem Hermiony na złożonych po turecku nogach, które natychmiast mu zdrętwiały, zupełnie mu to nie przeszkadzało, bo objęła go i pocałowała dygoczącymi ustami, a potem ukryła twarz w jego ramieniu. Gniew kazał mu trzymać ją mocniej niż zwykle.

Narosła w nim myśl, że zaryzykował cholerne wszystko by uratować cholernych wszystkich i nie mógł nawet dostać jednej małej rzeczy. Nienawidził tego, że po tym wszystkim wróci do samotności. Bo Hermiona miała rację, Moody dobrze mówił, pozostanie bez tożsamości było dla niej zbyt niebezpieczne. Gdyby została wsadzono by ją do Azkabanu, a czekanie na nią przed dwadzieścia lat nijak się do tego miało.

- Przynajmniej zadziałało. - odezwała się Hermiona. - James i Lily, musisz się z tego cieszyć. Będziesz wolny i Remus będzie miał ze sobą przyjaciół w czasie pełni i Harry... Harry ma mamę i tatę i.… pieprzyć to, przepraszam Syriuszu. Nigdy nie powinnam była pozwolić ci zacząć z tymi bzdurami z zostawaniem. Przepraszam.

Cichutki śmiech wymknął się spomiędzy ust Syriusza i mężczyzna zdziwił się, że był w stanie go wyprodukować mimo kiepskiego stanu swojego umysłu. Hermiona spojrzała na niego, a on poczuł jak kącik jego ust unosi się lekko.

- Podoba mi się, że myślisz, że mogłabyś mnie powstrzymać. To zabawne.

W odpowiedzi Hermiona posłała mu smutny uśmiech.

- W takim razie nie powinnam była cię zachęcać. Jest mi po prostu przykro, że przybyłam i nabałaganiłam w twoim życiu.

- Moim zdaniem to bardziej wywrócenie do góry nogami. To na pewno zrobiłaś. Och i wiesz, ratowanie świata było całkiem zabawne.

Jej uśmiech stał się trochę bardziej naturalny.

- Oj było, prawda? - pochyliła się, by go pocałować i szepnęła. - Będziesz tu na mnie czekał? Proszę? Nawet jeśli się ożenisz czy coś tam, to możemy być... być przyjaciółmi, prawda?

Syriusz prawie wywrócił oczami. „Ile razy trzeba jej powtarzać?"

- Tak, oczywiście, przecież obiecałem. Lunatyk też przyjdzie. Gdzie się pojawisz?

- Tutaj. To miejsce równie dobre jak każde, a nie zapomnisz, gdzie się znajduje nawet jeśli Lily i James się przeprowadzą.

- Dobrze. - zgodził się Syriusz. - więc um... - i przerwał, bo nagle przytłoczyła go ostateczność tej całej sprawy.

- Chcę się pożegnać z Remusem. - ciągnęła Hermiona. - I z pozostałymi, ale to już wszystko. Mógłbyś dać Moody'emu moje notatki? Obiecał, że weźmie na siebie odpowiedzialność, bo przeze mnie Dumbledore zginął dwie dekady za wcześnie.

Syriusz przytaknął.

- Pewnie... ja... oczywiście.

To już wszystko?" Tak po prostu odejdzie? Spojrzał znów na dom i zobaczył Remusa stojącego przy tylnej furtce i wyglądającego na tak samo smutnego jak Syriusz się czuł. Pomyślał, że Moody musiał wprowadzić go w sytuację.

- Chodź, Lunatyk tu jest. Możesz się... - ale jego słowa przerwał szybki pocałunek i Syriusz stwierdził, że Remus może poczekać minutę. Za wcześnie Hermiona cofnęła się i wstała. Wyciągnęła rękę, by mu pomóc, ale Syriusz potrząsnął głową. - Poczekam tu, podczas gdy ty... - odchrząknął, by zabrzmieć pewniej. - się pożegnasz.

- Dobrze. - odparła łagodnie Hermiona, sięgając do przodu i klepiąc go po głowie i jednocześnie odgarniając mu włosy z twarzy. Syriusz posłał jej napięty uśmiech, a ona odwróciła się.

Naprawdę nie był pewien jak wyjaśnić obejmujące go uczucia, kiedy patrzył jak Hermiona przytula Remusa, a potem oboje wchodzą do środka. Zarejestrował tylko chłód i nieprzyjemne uczucie, podobne do drżenia poprzedzającego nadejście grypy. Po prostu siedział na wilgotnej trawie i czuł się fatalnie. Sądził, że przygotował się na taką ewentualność, że był gotów powiedzieć żegnaj, gdyby okazało się to konieczne, ale zaczynał rozumieć, że jednak nie. Wyciągnął różdżkę i wstał. Obróciwszy się do drzewa za swoimi plecami i zaczął mamrotać pod nosem, robiąc cięcia w jego korze.

Hermiona wróciła niedługo po tym jak na powrót schował różdżkę i na widok zniszczeń jakich dokonał w pniu uśmiechnęła się. Przytaknęła lekko i podeszła bliżej, obejmując go w pasie i kładąc głowę na jego piersi.

- Już czas. - mruknęła stłumionym głosem.

- Wiem. - odparł Syriusz. - Beznadzieja.

Hermiona wydała z siebie dziwny stłumiony dźwięk i wymamrotała.

- O tak, o tak.

- Jest w porządku. - Syriusz spróbował przekonać sam siebie. - Będę tam, zobaczysz mnie za minutę.

Hermiona pociągnęła nosem.

- Wiem, ale nie będzie tak samo.

- Może będzie. - powiedział Syriusz, zwalczając mrok wewnątrz siebie. - Nigdy nic nie wiadomo, a Lunatyk już tam stoi i naprawdę musisz już iść.

- Dlaczego? - spytała, brzmiąc na odrobinę zranioną.

- Bo - odparł, przyciskając ją do siebie jeszcze mocniej. - najprawdopodobniej nas słyszy, a nie przeżyję kolejnych dwudziestu lat z żartami na temat tego jaki ze mnie sentymentalny głupek.

- Nigdy by tego nie zrobił. - zawołała zgorszona Hermiona, zerkając przez ramię na Remusa, który pomachał, ale się nie uśmiechnął.

- Może. - mruknął Syriusz. - Nie zamierzam tego ryzykować. - pochylił się i pocałował ją w czoło. - Pospiesz się i zobaczymy się za chwilę.

Hermiona odsunęła się i Syriusz pomyślał, że próbowała powstrzymać łzy, ale ona zaśmiała się cichutko i zaczęła bawić łańcuszkiem na szyi.

- Wiesz co, Syriuszu? Oczekiwałam, że będziesz przystojny i zabawny, ale cały czas dziwię się, że jesteś taki miły.

Syriusz zmarszczył nos i prychnął:

- Szszsz, Lunatyk usłyszy. - cieszył się z powodu do żartów, bo prawdziwym powodem, dla którego chciał, by już odeszła były szpilki wbijające mu się w kąciki oczu i to, że nie chciał przyjąć do wiadomości tego, co nadejdzie potem.

Posłała mu mokry uśmiech, który nic nie pomógł i odezwała się teatralnym szeptem.

- Wydaje mi się, że już wie. Cieszę się po prostu, że ja też.

Zaczęła obracać brązową klepsydrę w dłoni i Syriusz musiał powstrzymać się przed rzuceniem się do przodu i wyrwaniem jej urządzenia z ręki. Potem uniosła wolną rękę, pomachała palcami w geście pożegnania i zniknęła mu z oczu.

Patrzył, jak się rozmywa i nie mógł w to uwierzyć. Ledwo zdawał sobie sprawę z tego co robi, kiedy opadał na ziemię i na powrót siadał po turecku. Usiadł oparty o pień drzewa gapiąc się na swoje kostki i mając nadzieję, że Hermiona zaraz pojawi się z powrotem i powie „Przyszłość jest do bani, pieprzyć mugoli i ministerstwo, zostaję!". Ale minuty mijały, a jej nie było.

Zaraz jednak po jego obu stronach rozległy się bliźniacze łupnięcia i obok niego usiadło dwóch ludzi.

- Przykro mi, bracie. - odezwał się James i Syriuszem wstrząsnęło to jak objął go ramieniem.

- Przetrwasz to, Łapo. - dodał Remus. - Jest masa dziewczyn, które zajmą ci czas oczekiwania. - na dźwięk wydawać by się mogło niewrażliwych i niepodobnych do wilkołaka słów, Syriusz podniósł głowę z pełnym irytacji burknięciem i Remus szturchnął go ramieniem, mówiąc: - A może nie chcesz. W końcu jesteś taki miły i w ogóle.

- Wiedziałem, że słuchałeś. - burknął, ale miał dwadzieścia lat na marudzenie, a na razie nie chciał o tym myśleć, bo szpilki znów atakowały jego oczy, a to zupełnie mu się nie podobało. Przyzwał swój najbardziej nonszalancki głos i odezwał się. - Założę się, że Moody'ego strasznie wkurza siedzenie tam z Lily i czekanie na nas.

Przez chwilę zarówno James jak i Remus milczeli, ale bez słowa przyjęli zmianę tematu.

- Rozmawia z Prorokiem. - powiedział James, cofając ramię znad ramion Syriusza i zaczynając wyrywać mokre trawki z zmieni. - Pojawili się na chwilę zanim tu przyszedłem.

- Na razie nie chcę, by ktokolwiek wiedział, że miałem z tym coś wspólnego. Albo w ogóle. – Syriusz nie chciał odpowiadać na pytania o to co zrobił, by osłabić Riddle'a, bo to tylko przypomniałoby mu Hermionie. Nagle doznał przypływu inspiracji. - Ale ty powinieneś się zgłosić, Lunatyku. Wyobraź sobie miny tych, którzy nienawidzą wilkołaków, kiedy dowiedzą się, że brudny mieszaniec zabił Voldemorta.

Remus uśmiechnął się szeroko i Syriusz pomyślał, że to ten sam uśmiech, który wykwita i na jego twarzy i że wygląda na piekielnie niewygodny.

- Ale przecież to nie ja, Łapo, tylko Lily...

- Ona nie chce sławy - wtrącił James. - tylko spokojnego życia. Ma nadzieje, że po prostu powiemy, że to twoja zasługa.

Remus wyglądał na dość przerażonego.

- Ja też nie chcę sławy, wiesz. A tak, poza tym to i tak głównie zasługa mugoli. Ja go powstrzymałem, Lily go oszołomiła, ale nic z tego nie było śmiertelne.

- Lunatyku. Bracie. - zaśmiał się James. - Naprawdę myślisz, że ktokolwiek będzie przejmował się mechaniką, kiedy powiesz im, że poszliśmy się z nim zmierzyć i mnie przytrzasnął dach. - Syriusz zachichotał pod nosem, a James walnął go w ramię, by go uciszyć. - I rzuciłeś klątwę uśmiercającą, a potem Voldemort umarł? Jestem pewien, że wymyślisz coś znacznie bardziej elokwentnego niż uchylanie się przed klątwami i myślenie, że zaraz umrzesz, a reporterzy dostaną swoją opowieść o słabszym z miotu. - Remus wywrócił oczami na dźwięk żartu, ale James ciągnął. - Publicznemu wizerunkowi wilkołaków się to przyda, a my odzyskamy życie. Co powiesz?

Remus wydał z siebie sfrustrowane prychnięcie.

- Wiesz, że się zgodzę, ale jak tylko im powiem wracam do domu, potrajam zaklęcia ochronne i nie wychodzę przez rok. A ty jesteś na herbacianym dyżurze przez najbliższe sto pełni. - dodał cierpko. - Łapa zasługuje na przerwę.

James uśmiechnął się szeroko i rzucił w nic nie spodziewającego się Syriusza kępą wyrwanej trawy, a potem wstał.

- Przyjemność po mojej stronie. No chodź, wejdźmy do środka. Strasznie tu zimno.


31 października 2001

Przez kilka chwil po tym jak oszołomienie błyskającymi światłami i ryczącym echem zaczęło znikać, Hermiona stała zwarta i gotowa w obliczu zawieruchy dookoła Zmieniacza Czasu, ale kiedy kolorowe figury wyostrzyły się w oświetlone przez księżyc kształty, zaczęła się trząść. „Jak to mogło być takie proste?" Odeszła. Po prostu go tam zostawiła. Mężczyznę, który znaczył dla niej więcej niż misja, mężczyznę, który jej to wszystko umożliwił i zrobił wszystko, by osiągnęli zwycięstwo. A ona po prostu odeszła.

Jak mogła być taka bezduszna? Może i szukali jej mugole i Śmierciożercy, ale wiedziała, że Moody miał rację. To idiotyczne i niebezpieczne dla nich wszystkich, podnieść rękę i powiedzieć „Złamałam więcej praw niż jestem w stanie zliczyć, mam głowę pełną niebezpiecznych wiadomości i całkowicie zignorowałam Kodeks Tajności, ale hej, zabiłam też Voldemorta, więc możecie mi wybaczyć?", ale i tak miała wrażenie, że uciekła, nie zastanawiając się z czym zostawia Syriusza. Ledwo powiedziała do widzenia i tak ją zapamiętał, znikającą przy pierwszej okazji. Hermionę tak pochłonęła myśl, że zaraz go zobaczy, że zapomniała, że bez względu co mówił Syriusz, zastanie zupełnie innego człowieka.

Bez względu na to co czuł, kiedy odchodziła, miał lata, by się do tego przyzwyczaić, a jej twarz dalej była mokra od łez, które popłynęły, kiedy obracała Zmieniaczem Czasu. Bez względu na to jakie błędy popełniła, on miał lata na ich znienawidzenie, a ona nie miała nawet pewności co zrobiła nie tak. Bez względu na to jakie wielkie plany razem snuli, on miał lata na ich przemyślenie. To co między nimi było wydawało się bardzo prawdziwe i bardzo dobre, ale on miał lata, by to zapomnieć. I oto ona, dalej cierpiała na zawroty głowy po podróży w czasie, a pod powiekami miała widok płonącej Chaty Gauntów i wyrazu twarzy Remusa, kiedy mówił im o losie Dumbledore'a. Wszystko to dla Syriusza stanowiło stare wspomnienia.

Potrząsnęła głową, próbując pozbyć się z głowy ostatnich trzydziestu minut, zadowolona, że ma chwilę na zebranie myśli. Wzięła głęboki oddech i wytarła oczy, zawstydzona swoją paniką. Wyobrażała sobie co o tym mazaniu się pomyśli Syriusz. I wtedy to do niej dotarło. Była sama. Nikt na nią nie czekał.

Zapaliła światełko na końcu różdżki i oświetliła drzewo. To z całą pewnością był ten sam pień. Widniały na nim stare litery „31/10/81 DTV", a za nimi psia łapa, tak samo jak przed chwilą, ale jasne drewno znaków ściemniało i teraz słowa wydawały się częścią pnia. Czy Syriusz nie dał rady go znaleźć? Albo może miał po prostu inne rzeczy do zrobienia? I gdzie był Remus?

Po plecach przebiegł jej dreszcz. Tak bardzo się skupiła na możliwości zostanie, że obietnica Syriusza, że będzie na nią czekał wydawała jej się romantyczna, ale (do tego wieczora) tak zbędna, że właściwie bez znaczenia. To był niezły niejasny plan awaryjny, wystarczający by ukoić jej lęki w tych rzadkich chwilach, kiedy zaczynała zastanawiać się co się stanie po powrocie do 2001, ale nigdy nie zastanawiała się co będzie, jeśli mężczyzna się nie pojawi.

Powinni byli ułożyć prawdziwy plan, pomyślała, wkurzona na siebie. Coś konkretnego, żeby mogła zdobyć informacje potrzebne do łatwego transferu w nowe okoliczności. Problem polegał na tym, że na koniec uwierzyła stałym zapewnieniom Syriusza i naprawdę spodziewała się, że będzie na nią czekał. To co zastała stanowiło jedyny lęk, o którym pozwoliła sobie zapomnieć w miłosnym oszołomieniu. Poszedł naprzód i oczywiście nie mogła go winić.

Odkąd zostawiła go pod tym drzewem, Syriusz przeżył kolejne dwadzieścia lat. Jak mogła być tak naiwna by wierzyć, że dalej będzie z utęsknieniem czekać na jej powrót. To niedorzeczne myśleć, że ich czteromiesięczny związek sięgał dość głęboko, by Syriusz tęsknił na nią ten cały czas. Że był silniejszy od gniewu za bycie zmuszonym do zachowania ślimaczego tempa, że przeważy poczucie winy, które pojawi się, kiedy przestanie za nią tęsknić. Co za dziecinny sen, coś takiego co nigdy nie zadziała. Ale nawet jeśli Syriusz był zbyt zajęty, czuł się niekomfortowo, lub za bardzo gniewał się na nią i sytuację, którą stworzyła, miała nadzieję, że Remus wyjdzie jej na spotkanie. Przecież mogli dalej się przyjaźnić, żadne skomplikowane uczucia czy żony nie powinny mu przeszkodzić w upewnieniu się, że nic jej się nie stało.

Każda z tych wątpliwości ciążyła jej jak kamień. Maleńki gładki kamyczek stawał jej boleśnie w gardle, kiedy przełykała i potem uderzał o dno jej żołądka, sprawiający, że z każdym czuła się cięższa i cięższa. „Czy w ogóle jeszcze żyli? Czy to nie zadziałało? Czy nienawidzili jej za to, że ich zostawiła? Czy ich aresztowano za pomoc kryminalistce?" Łup, łup, łup z każdym okropnym pomysłem robiło jej się coraz bardziej niedobrze. Hermiona przycisnęła dłonie do oczu, próbując tym gestem zatrzymać potok strasznych obrazów. Syriusz i Remus ciągnięci do Azkabanu, albo złapani i torturowani przez Bellatrix albo zamordowani za jednego z licznych wkurzonych popleczników Voldemorta...

Kiedy ona mocniej naciskała na swoje oczodoły, starając się myśleć o wszystkim byle nie o tym, jej mózg powrócił do jedynej myśli, która pomogła jej przetrwać ostatnie sześć miesięcy. Naprawienia przeszłości by Harry i Weasleyowie mogli wieść lepsze życie. Dziwiła się jak szybko o tym zapomniała, straciła z oczu celu, który pchał ja do przodu i zmuszał do skupienia jeszcze tuż zanim wreszcie dowiedziała się co udało jej się osiągnąć.

Wzięła głęboki oddech. Świadomość, że pozwoliła sobie na stratę koncentracji w takiej chwili wyrwała ją z paniki. Powoli wypuściła powietrze, wciągnęła kolejny haust i skupiła się na tym co należało zrobić. Moody rozmawiał z nią zanim odeszła i miał rację. Jeśli Voldemort miał plan, jeśli Śmierciożercy dalej walczyli bez przywódcy to Hermiona mogła wrócić do 1981 roku z odpowiednią ilością informacji, by ich powstrzymać. Jakaś część jej samolubnie liczyła na to, że Śmierciożercy kontynuowali swoją misję, bo wtedy miałaby powód, by wrócić.

Ruszyła w stronę domku, którego już nie było widać. Korony drzew stały się gęstsze przez ostatnie dwie dekady, pnie grubsze, a krzewy wyższe. Słyszała muzykę płynącą z posesji Potterów. Świetnie jej znaną muzykę, piosenkę Fatalnych Jędz, która była hitem tego lata, którego Harry i Ginny wzięli ślub i wciąż często pojawiała się w czarodziejskim radiu, kiedy Hermiona cofała się w czasie. Uśmiechnęła się. Nigdy jej nie lubiła i zawsze zgadzała się z Ronem, kiedy skarżył się na słuchanie jej cały dzień podczas pracy w sklepie, ale teraz utwór stanowił dla niej znak czegoś znajomego i „prawidłowego". Sprawy nie mogły potoczyć się strasznie źle, jeśli dwadzieścia lat później Myron Wagtail dalej namawiał brytyjskie czarownice by „pocałowały go z magią, której nie potrzeba zaklęć", prawda? Kiedy dotarła do ostatniej linii drzew, Hermiona poczuła, jak opada jej szczęka. Kolorowe sznury światełek zwieszały się z tylnej werandy do drzew za domem, dookoła stały suto zastawione stoły, a wokół nich kręcili się ludzie.

Kiedy piosenka umilkła Hermiona usłyszała ponad szmerem rozmów w ogrodzie głos spikera. „Gdziekolwiek w Brytanii teraz jesteście, jakkolwiek świętujecie dwudziestą rocznicę, nasze radio pragnie życzyć wam wesołego i bezpiecznego Dnia DTV! I pamiętajcie słuchacze, nie należy łączyć ognistej whisky i mioteł! Oto kolejny przebój na ten wieczór..." Znów zabrzmiała muzyka i Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu. „Dzień DTV" mógł znaczyć tylko jedno, wojna skończyła się dwadzieścia lat temu ze śmiercią Voldemorta. Udało im się.

Hermionę przeszyło ukłucie rozczarowania, kiedy zorientowała się, że nie miała powodu, by wrócić, ale utonęło w morzu wdzięczności. Czuła ulgę, ogromną ulgę, że plan zadziałał. Obserwowała gości w ogrodzie za domem. Rozpoznawała wiele twarzy, byłych uczniów Hogwartu i ludzi, których znała z pracy w Ministerstwie, a poczucie ciągłości poprawiło jej humor. Przewróciło jej się w żołądku na widok czarnej potarganej czupryny, która mogła należeć wyłącznie do Harry'ego, a kiedy się odwrócił Hermiona zobaczyła, jak uśmiecha się do pana Weasleya, który był znacznie mniej łysy niż pamiętała.

Ale bez względu na to jak znajoma wydawała jej się ta scena, nie wysunęła się spomiędzy drzew. Nawet jeśli ją znali i mieli ucieszyć się na jej widok, co wcale nie było takie pewne, to nie znali tej Hermiony. Lepiej było poczekać, popatrzeć dyskretnie na jej nowe życie. Musiała zobaczyć się z Moodym. On będzie wszystko wiedział. Ale co, jeśli jemu też coś się stało?

- To ty, dziewczyno?

Hermiona obróciła się na pięcie na dźwięk cichego, warkotliwego głosu i uniosła różdżkę. Jej oczom ukazała się znajoma sylwetka Szalonookiego Moody'ego. Na twarzy miał więcej zmarszczek i wydawał się bardziej zmęczony, a z niebieskim sztucznym okiem śmigającym na wszystkie strony znacznie bardziej przerażający niż dwadzieścia minut wcześniej. A mimo to niewiele różnił się od starego aurora, który terroryzował zebrania Zakonu na Grimmauld Place.

- Kiedy ostatnio mnie pan widział? - spytała cicho Hermiona, nie opuszczając różdżki.

Moody posłał jej dość przerażający uśmiech i odparł:

- Cóż, ja ostatni raz widziałem cię wczoraj w pracy, ale chyba chodzi ci o to, kiedy ty ostatnio widziałaś mnie? A to było o tam. - laską wskazał na drzewo. - W Noc Duchów 1981 roku. - Hermiona przytaknęła, a Moody dodał. - W takim razie chyba powinienem zrobić to porządnie. Ty i ja odbyliśmy krótką pogawędkę zanim odeszłaś. O co cię poprosiłem?

Hermiona uśmiechnęła się.

- Powiedział mi pan żebym wróciła, jeśli zakończenie wojny nie pójdzie po naszej myśli. - Moody przytaknął, a Hermiona dodała. - i żeby nie mówić Syriuszowi, bo upewni, że coś pójdzie nie tak. Chociaż ja sądzę, że by tego nie zrobił.

- Lepiej było się upewnić. - burknął Moody. - I mogę ci powiedzieć, że wszystko potoczyło się tak jak chcieliśmy. Pojmanie pozostałych Śmierciożerców zajęło nam więcej czasu niż podejrzewaliśmy, a społeczeństwo ciężko zniosło śmierć Dumbledore'a, ale na koniec wszystko dobrze się skończyło.

Hermiona próbowała się uśmiechnąć. Szczerze cieszyła się, że wszystko zadziałało, ale nie mogła pozbyć się rozczarowania, że już po wszystkim. Że nie miała po co wracać do 1981 roku.

- Panie Moody, co się stało z Syriuszem i Remusem? Obiecali, że tu będą... czy oni...

Moody z miejsca zrozumiał.

- Wybacz, musiałem zrobić to sam. Wszystko u nich w porządku, właściwie to wspaniale. No, u Lupina, Black dalej jest wrzodem na dupie. Chociaż teraz pracuję już tylko na pół etatu, dalej doprowadza mnie do szaleństwa. Ale na tym sprawa się nie kończy. Dumbledore miał tu być i wszystko ci wyjaśnić, ale... cóż - Moody chwilę grzebał w swoim płaszczu, a potem wyciągnął ogromną kopertę. - To powinno wystarczyć. Zawsze miał plany awaryjne.

- Um... dzięki. - odparła Hermiona, przyjmując kopertę. Była bardzo gruba, w środku musiała znajdować się cała masa papieru. - To wszystko od Dumbledore'a?

- Nie, trochę jest ode mnie i jeszcze list od Lady Fehr. Wracam teraz do Ministerstwa. Możesz mnie tam znaleźć gdybyś mnie potrzebowała, gdy już skończysz.

Obrócił się na pięcie i ruszył w swoją stronę.

- W porządku. - odparła wolno Hermiona, zastanawiając się czemu tak bardzo chciał sobie pójść. Niejasno jej to przypomniało tarczę, którą rzucił Remus w trakcie rozmowy z Lily i zastanowiła się co mogła zawierać koperta. - Panie Moody?

- Tak, dziewczyno? - spytał, odwracając się do niej.

- Czy oni mnie tu znają? - wskazała na ogród.

Moody znów się uśmiechnął, co na jego twarzy dalej ją szokowało, ale wydawać by się mogło znacznie milej niż jego strategia podrzuć-paczkę-i-uciekaj.

- Oczywiście, że tak, ale przeczytaj listy zanim pójdziesz się przywitać. Nie chcesz wzbudzać podejrzeń.

- Naturalnie. - odparła Hermiona, dalej zaniepokojona tym co sprawiło, że Syriusz lub Remus nie pojawili się, by jej wszystko wyjaśnić, szczególnie jeśli obaj byli cali i zdrowi jak twierdził Moody.

Kiedy stary auror kuśtykał w swoją stronę, ona spojrzała z powrotem na grupę ludzi w ogrodzie i poczuła równocześnie ukłucie smutku i przyjemności, bo zdała sobie sprawę, że mężczyzną, który właśnie otworzył drzwi był czterdziestoletni James Potter. Jeśli James tu był to, czy znajdzie też Syriusza lub Remusa? Patrzyła, jak James wędruje przez tłum i nie mogła powstrzymać zduszonego śmiechu, bo właśnie pojawiła się pani Weasley i James płynnie zmienił kierunek i wylądował tuż obok Harry'ego. Uśmiechnęła się szerzej, bo właśnie objął syna ramieniem. Byli tego samego wzrostu, a Harry wyglądał dokładnie tak samo jak pamiętała.

Jej uśmiech zadrżał, kiedy zdała sobie sprawę, kto stał obok Harry'ego. Ron. Oczywiście. Z kim innym mógłby rozmawiać Harry? Ale obaj wydawali się szczęśliwi, tak szczęśliwi, że Hermiona poczuła ukłucie winy z powodu swojej ucieczki. Tego właśnie pragnęła, spokojnego życia dla swoich dwóch najlepszych przyjaciół.

Jednakże musiała mocno się skupić na cieszeniu się ich szczęściem, bo na jej oczach ciemnowłosa dziewczyna opuściła towarzystwo Ginny, by dołączyć do panów. Ron wydawał się szczególnie zadowolony na jej widok, czego Harry i James nie omieszkali zauważyć. Obaj posłali Ronowi swego rodzaju bezgłośne, męskie spojrzenie, które sprawiło, że zaczerwienił się i odsunął od dziewczyny. „To musi być młodsza siostra Harry'ego" zdała sobie sprawę Hermiona, kiedy ta wywróciła oczami w stronę Jamesa i mocno szturchnęła Harry'ego w ramię, a potem stanęła na palcach i pocałowała przestraszonego Rona w policzek. Ze swojego miejsca Hermiona słyszała dźwięczny śmiech Ginny, do którego w sekundę dołączyli James i Harry. Najwyraźniej Harry'emu nie przeszkadzało to, że Ron umawiał się z jego siostrą, chociaż to chyba było coś nowego, bo żart nie upowszednił się jeszcze. Swoją drogą okazałby się wtedy hipokrytą, bo sam otaczał ramieniem młodszą siostrzyczkę Rona.

Hermiona zastanowiła się czy Harry i Ginny wzięli ślub. W poprzedniej czasoprzestrzeni ich wesele odbyło się rok wcześniej, ale może tutaj Harry jeszcze nie poprosił jej o rękę, biorąc pod uwagę, że wychowywał się w świecie bez ograniczeń czasu i gróźb śmierci. Nie musiał tworzyć nowej rodziny, bo jedną już miał. Zwyczajni dwudziestojednolatkowie się nie oświadczali. Jakże cudownie myślało się o Harrym jako o normalnym dwudziestojednolatku.

Hermiona spojrzała z powrotem na grubą kopertę. Tak przyjemnie stało się tu obserwując ludzi, dla których to zrobiła, że nie chciała tego niszczyć czytając to co Dumbledore uznał za ważne. Widziała jak Fred i George rozmawiają z Frankiem i Nevillem Longbottomami i co chwila wszyscy wybuchają radosnym śmiechem z czegoś co powiedział któryś z bliźniaków. Dookoła ganiały dzieci, przebiegając pod nogami dorosłych i nie chciała nawet zgadywać kim mogli być ich rodzice. Percy i jego żona Audrey siedzieli przy jednym ze stołów pogrążeni w rozmowie ze starszą kobietą, której Hermiona nie rozpoznała. Miała krótkie, jasne włosy i chyba uważała to co mówiła Audrey za całkowicie fascynujące. Przebiegając wzrokiem po zebranych zauważyła pana Weasleya zmierzającego do domu z wyrywającym się rudym brzdącem pod każdą pachą. Drzwi do ogrodu otworzyły się, kiedy do nich podszedł i pojawiła się w nich pani Wesley lewitująca pomiędzy nimi ogromny tort, na którym widniały zimne ognie i filetowy lukier. Ciasto popłynęło w dół schodów i przez ogródek. Udało im się dokonać manewru, a dwoje dzieci wyplątało się z objęć Artura i pomknęło w stronę gigantycznego deseru, ledwo unikając katastrofy.

Hermiona wiedziała, że jeśli się nie ruszy, to możliwe, że będzie wiecznie stała pomiędzy drzewami, ciesząc się tą radosną wizją. Uderzyła ciężką kopertą o dłoń. „Pięć minut dłużej nie zaszkodzi." powiedziała sobie, zwracając wzrok z powrotem na przyjęcie. Cóż to był za wspaniały widok.