50. Rozdział, w którym Snape ma kryzys.

Był niedzielny poranek, kiedy usłyszał pukanie.

- Kto? - warknął oburzony, że ktoś może go nachodzić bladym świtem.

- Byliśmy umówieni. - usłyszał głos Cassandry Avery za drzwiami.

- Na szesnastą - warknął w odpowiedzi.

- Jest w pół do piątej. - odparła dziewczynka. - Harry przetarł oczy i sięgnął po różdżkę. - Tempus potwierdził słowa dziewczynki. Machnął jeszcze raz różdżką i zdjął blokadę z drzwi.

- Wejdź. - powiedział niewyraźnym wciąż głosem.

Usiadł na łóżku i przyjrzał się małemu łobuzowi. Nie miała dziś na sobie uniformu Slytherinu. Była w czarnych jeansach i jakiejś bluzie z kapturem z myszką Miki z przodu. Spojrzała na niego z zaciekawieniem, gdy wciągał sweter przez głowę.

- Chodzisz w piżamie cały dzień?

- Zaspałem. Siadaj. Pokaż ten esej. - Dziewczynka wyciągnęła pergamin przed siebie, podając mu go i rozsiadła się w fotelu. - Harry spojrzał z powątpiewaniem na koślawe literki. - To jest za krótkie -powiedział gdy tylko rzucił okiem na tekst.

- Pisanie na ilość jest bzdurą. - Harry wzruszył ramionami.

- Miała być stopa.

- Jest stopa.

- Trzylatka? Nawet Binns się na to nie nabierze.

- Napisałam wszystko co trzeba o trolach. - Harry przemknął wzrokiem po tekście.

- A gdzie druga wojna?

- Druga? To były dwie? - jęknęła z obrzydzeniem.

- Cass! Wypunktowałaś tu tylko kilka dat. - wyjaśnił i cisnął w nią tym pergaminem. Dziewczynka się naburmuszyła.

- Streść mi to, jak takiś mądry.

- Poczekaj tu. - powiedział Harry i sięgnął do swojego kufra. Grzebał w nim przez chwilę, po czym wyjął opasłe tomiszcze i położył je przed dzieciakiem. - Proszę. Rozdział siódmy i dziewiąty.

- A co jest w ósmym?

- W ósmym... nie ważne! Przeczytasz teraz siódmy i dziewiąty i powiesz mi co zapamiętałaś. Potem spiszesz to na pergaminie. - zażądał.

- Ale to... 22 strony. - jęknęła i zrobiła smętną minę.

- No. - Harry spojrzał na nią z irytacją. - To i tak niewiele. Czytaj. Ja mam dwa własne eseje do napisania na rano. Nie pomogę ci więcej, niż przeczytanie tego co tu napiszesz. - dziewczynka westchnęła.

Harry usiadł i zaczął od opracowania właściwości kozłka lekarskiego w połączeniu z innymi substancjami. Snape się wygłupiał, zadając im takie bzdury do pisania. Nikomu nie będą potrzebne właściwości inne niż lecznicze. Po co marnować aż dwie stopy pergaminu? McGonagall za to chciała coś o transformacji metali szlachetnych.

Harry był obłożony zajęciami. Treningi z Severusem wypadały raz w tygodniu, w czwartki. Miał wtedy i tak już zajęcia aż do obiadu, a po nich „szlabany" z mistrzem eliksirów. Tak było już od miesiąca. Minął ponad miesiąc odkąd odkrył pokój życzeń. W którym ku jego wielkiemu niezadowoleniu, nie dało się magicznie wyczarować prostytutki, która mogłaby spełnić wszelkie jego zachcianki. Od tego czasu miał zawalony robotą każdy jeden dzień, poza niedzielami. To właśnie w niedziele po prostu odsypiał.

Odsypiał: knucie z Wesleyami i wymyślanie co raz to nowych specyfików mogących pognębić innych ludzi, w tym znienawidzoną nauczycielkę Obrony. Nowe rzeczy testowali zwykle na młodych gryfonach, lub wśród pierwszaków Slytherinu, którzy dzięki temu mogli się urwać z zajęć. Odsypiał piątkowe treningi z piątą kolumną, czyli Weasleyami i Blaisem, którzy ku jego zaskoczeniu wydawali się dogadywać całkiem dobrze. Odsypiał sobotni quidditch i próby zbliżenia się do Longbottoma. Okupione koniecznością oglądania Granger raz w tygodniu. Uparta dziewczyna nie chciała kupić jego charytatywnej oferty, że nauczy tego głąba eliksirów na poziomie uznawanym przez Severusa za wystarczający, by został dopuszczony na wyższy poziom wtajemniczenia. Było mu to potrzebne do studiowania w przyszłości Herbologii, w której ta niedojda była niesamowita, jak się okazało. Granger nadzorowała więc ich kontakty na polu naukowym, jakby od niej zależało życie wszystkich gryfonów, nie dając Harry'emu nawet chwili na osobności z Nevillem, by choćby wspomnieć mu o przepowiedni.

Ponadto najwyraźniej zarówno Malfoy jak i Nott musieli poskarżyć się rodzicom, bo po szkole kręciły się czasem delegacje z rady szkoły, w postaci jednego czy drugiego śmierciożercy, udających że kontrolują Umbridge. On jednak nie dał się zwieść, wiedział że ślizgoni kontaktują się z rodzicami, by zdawać im relacje z tego co robił, mówił i jadł Harry Potter. Zapewne jakby zaczął objadać się jedynie słodyczami w wielkiej sali, powstała by delegacja mająca dbać o jego dobre odżywianie. Zadziwiające jak absurdalne wydawało się nastawienie dorosłych ludzi, kiedy wiedziało się o tym, że jedyne czego pragną, to by dożył w zdrowiu i szczęściu do swojej rychłej śmierci.

Umbridge przestała znęcać się na szlabanach nad ludźmi, odkąd Tonks zaglądała jej przez ramię, a jakaś dziwna zaraza dotykała ją, ilekroć próbowała choćby napić się kawy w czasie zajęć. Złośliwa baba odbijała sobie jednak te niedogodności, zadawaniem miliona durnych wypracowań po zajęciach. Podobno nawet zapraszała uczniów na herbatę i próbowała z nich wyciągać informacje o dyrektorze. Snape zapewnił go, że dostarcza jej zwykłą wodę we flakonach z plakietką Veritaserum i że nie pozwoliłby tej kobiecie nadużywać władzy w imieniu ministerstwa.

Harry żałował, że po pierwszym szlabanie, nie chciała więcej go widzieć, bo chętnie by jej powiedział to i owo do słuchu. Jednak omijanie jej szerokim łukiem przysłużyło się Harry'emu jak mało co. Nie groziły mu nieoczekiwane szlabany, a i sama wiedźma zdawała się zapomnieć o jego wyskoku w pierwszy dzień szkoły. Cała jej złość została przelana na mistrza eliksirów i kłopoty w które ją wpakował. Harry był niemal przekonany, że gdyby miał możliwość porozmawiania z czarownicą w cztery oczy, przekonałby ją, że to dyrektor kazał mu to wszystko powiedzieć pierwszego dnia. I że jest mu przykro, że tak straszliwie się wygłupił.

Sam Albus Dumbledore wydawał się zupełnie ignorować Harry'ego i konflikt wakacyjny. Severus nie miał z nim także dużo kontaktów. Jedynie raz w tygodniu zebrania Zakonu informujące o postępach w szpiegowaniu. Podobnie, spotkania z Voldemortem zostały ograniczone do minimum. Był u niego do tej pory dwa razy i poza pierwszą sobotą, kiedy to Snape oberwał Cruciatusem i kilkoma czarami tnącymi, żadna krzywda mu się nie działa, co było raczej dobrym sygnałem. Podobno czarny pan zainteresował się zachodnim brzegiem Anglii i Szetlandami i tam zbierał swoją armię, podczas gdy Dumbledore nadal prowadził rozmowy z wilkołakami, utrudniając im jak mógł podjęcie decyzji o przyłączeniu się do sił Riddle'a.

Co nie uległo absolutnej zmianie przez miesiąc? Sprawa Draco. Niby wiedział, że więź jaka ich łączyła jest sprawą na całe życie. A mimo to łudził się, że wszystko nagle zniknie i będzie mógł się skupić na Severusie i na tym co do niego czuje.

A kotłowało się w nim jak w pralce automatycznej.

Harry już nie pamiętał, kiedy spojrzał na niego w ten sposób pierwszy raz.

Kiedy lęk zatarł się w jego wyobraźni, zastąpiony przez tęsknotę. Widział go niemal codziennie. A mimo to, każda kolejna godzina zajęć z nim była czymś wyczekiwanym jeszcze na trzecim roku. Kiedy wchodził w korytarz, w którym mieścił się jego gabinet, czuł jak kolana zmieniają się w watę cukrową. Jak zupełnie przestaje kontrolować swój oddech i puls.

Może to była zima? Może za oknem świeciło jasne słońce? A może w powietrzu rozbrzmiewał pogłos burzy? Temperatura na zewnątrz zupełnie straciła na wartości. Tak właściwie znaczenie straciło wszystko, poza tym jednym, drobnym, denerwującym szczegółem. Głosem tego faceta.

Pamiętał jeszcze jak pochylał się nad nim na pierwszym roku, wrzeszcząc mu niemal w twarz, kiedy coś spartolił. Dałby teraz wiele, by znów był tak daleko, by mógł go bezkarnie obserwować. By szarpał go za szatę, ciągnąc po schodach do swego gabinetu, i udawał że jest oburzony, żeby wywrzeć jakiś efekt wychowawczy.

Odkąd jednak Snape dowiedział się o więzi, która łączyła go z Malfoyem, coś w nim uległo drastycznej zmianie. Nie naciskał na to by Harry wrócił do Draco. Nigdy już jednak nie powiedział złego słowa na jego temat, czy na temat jego ojca, mimo, że Malfoy zjawiał się kilka razy bez zapowiedzi na różnych zajęciach, utrudniając jak mógł ich prowadzenie.

To co zbudowali we Włoszech, zniknęło. Harry nie potrafił tego wyjaśnić. Sev przytulał go gdy byli sami. Pomagał mu znajdować książki potrzebne do istotnych jego zdaniem esejów. Rozmawiał z nim. Trenował go. A jednocześnie był kompletnie głuchy na wszelkie próby prowokacji ze strony Harry'ego. Czasem Potter miał wrażenie, że mężczyzna unikał go jak ognia. Jakby wzrok Harry'ego mógł poparzyć. Jakby koncentracja uwagi na tym „nieznośnym bachorze" miała zostawić trwałe ślady na jego psychice. Jakby dotyk miał spopielić Severusa Snape'a.

A właśnie dotyku Harry pragnął najbardziej. Grając obrażonego na cały świat wybawcę ludzkości nie mógł sobie pozwolić na kontakty fizyczne z innymi ludźmi, bo mogły by zostać odebrane jako słabość. Więc nawet jeśli Blaise czy Fred zrobili w trakcie treningów coś zachwycającego, nie próbował ich nawet poklepać po plecach, o przytuleniu nie było już kompletnie mowy. Jedyne co mu pozostawało, to drobne oznaki zażyłości, gdy spędzał czasem w towarzystwie Severusa wieczór na czytaniu.

Ale Harry nie chciał się tylko przytulać. Chciał znów poczuć na sobie te usta. Chciał widzieć te czarne ślepia, płonące pożądaniem. Chciał znów poczuć te dłonie na swoich pośladkach. Chciał zasnąć wtulony w jego zapach. A jeśli już nie mógł spać otoczony jego ramionami, chciałby móc chociaż wczepić palce w czarną sierść wielkiego kota. Nic z tego jednak nie miało miejsca. Nie mogło mieć miejsca. Nie w tej przeklętej szkole. Szkole, która okazała się ciężkim więzieniem, bez możliwości ucieczki.

Nie potrafiąc sobie z tym poradzić, Harry popadał w coraz większą wściekłość.

Wściekłość na Mistrza Eliksirów.

##

- Severusie, podejdź proszę. - Łysy Pan zasiadał na swoim drewnianym krześle z rzeźbionym zagłówkiem. Miał w dłoni białą różdżkę, wyglądającą jakby była fragmentem kości udowej przerośniętego zająca. Miał na sobie szarą szmatę i szare mokasyny. Skrzaty w zamku ubierały się lepiej. Kto na boga dał mu ksywkę „Czarny Pan"?

- Tak panie? - skłonił się nisko i spuścił wzrok. Wolałby nie spuszczać dłoni z zabójczą różdżką sprzed oczu, ale wtedy Riddle gotów był pomyśleć, że Snape go nie szanuje. Chwała El Grinni za bariery umysłowe, pozwalające mu myśleć co mu się podoba w towarzystwie tego lunatyka.

- Jakie wieści na zamku? - spytał swoim zwykłym, rzeczowym tonem. Severus nieco się rozluźnił. Dziś nie będzie łaskotania Cruciatusem. Podniósł się do pozycji stojącej i spojrzał na swojego „przywódcę".

- Dyrektor trzyma się z dala od chłopca. Często też znika z zamku. Niestety tylko jego zapchlony familiar może wiedzieć gdzie znika, bo Fawkes ulatnia się wraz z nim. Profesor Binns urządził ostatnio wraz z Prawie Bezgłowym Nick'iem przyjęcie urodzinowe. Sybilla Trelawney strasznie dużo ostatnio pije, zapewne na skutek wzmożonej kontroli tego co dzieje się na zajęciach, z którymi jak wiadomo sobie nie radzi. W ostatnim miesiącu nie odnotowano na terenie zamku żadnych poważnych wypadków. - Severus uśmiechnął się pod nosem. - Jeśli nie liczyć bagna, które powstało pod drzwiami profesor Umbridge.

- Bagno? - Voldemort pogłaskał węża, który sunął po podłokietnikach jego krzesła i skrzywił się, co w ocenie Severusa chyba miało wyglądać jak uśmiech.

- Tak, panie. Nauczycielka nie jest lubiana przez uczniów. Zamiast nauczać wiedzy praktycznej, skupia się jedynie na literaturze. Jest kompletnie bezużyteczna.

- Cóż, posada nauczyciela obrony jest przeklęta, jak słyszałem. - uśmiechnął się Riddle, tym razem ukazując rząd ostrych kłów.

- Skoro, tak twierdzisz, panie. Ja zauważyłem tylko szereg niekompetentnych nauczycieli zatrudnianych na to stanowisko. - mruknął Sev pod nosem.

- Czyżbyś ty chciał objąć ten wakat?

- Nie śmiałbym panie zajmować miejsca, które jak wiemy należy się tobie.

- Och, nie oszukujmy się Severusie. Mogłem pragnąć tej posady w młodości. Teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż uczenie bandy bachorów, jak prosto trzymać różdżkę.

Jakbym ja nie miał lepszych rzeczy na głowie. Wolałbym w tym czasie ruchać Malfoya.- przemknęło przez głowę Snape'a.

- Oczywiście, mój panie.

- Jak się miewa pan Potter?

- Przysiadł na tyłku. Przestał się obnosić ze swoją wyjątkowością. Jest raczej ospały ostatnimi czasy. Zaprzyjaźnił się ze zdrajcą krwi, których przedstawiciel mieszka w dormitorium Slytherinu. Miało to miejsce po czynnej napaści na jego osobę, podczas której owy chłopiec został ranny broniąc Pottera. Cieszę się, że Aleksander był tak łaskawy i utemperował swoje dziecko. Jeśli nadal zachowywał by się tak zuchwale, stracilibyśmy cenne źródło informacji o tym co się dzieje w dormitorium, gdy ja nie mogę tam być.

- A co z dziećmi Crabbe'a i Goyla? - spytał Riddle. - Oni też pochodzą z zacnej linii czystokrwistych czarodziei.

- Panie, oczywiście, są wiernymi poplecznikami. Jednak jeśli idzie o spryt… cóż ja umieściłbym ich obu w Hufflepuffie. - Snape skrzywił się porozumiewawczo i Riddle uśmiechnął się kolejny raz.

- Tak. Nagini też to zauważyła. - Severus spojrzał w stronę zagłówka krzesła na którym siedział Voldemort, ale węża tam nie było. Jakby czytała mu w myślach, w tym samym czasie, przeklęta poczwara otarła się o jego nogi. Przełknął ślinę, ale znów spojrzał na swojego rozmówcę, ignorując absurdalnie wielkiego węża kręcącego się przy nim.

- Panie, co mam przekazać dyrektorowi?

- Powiedz temu staremu capowi, że Voldemort zebrał już dwa klany olbrzymów. - Riddle uśmiechnął się drwiąco.

- A zebrał? - spytał z ciekawością w głosie Snape.

- Zebrał trzy. - W kościstej dłoni pojawił się puchar z czerwonym winem. A może z krwią. Severus nie był pewny. Wiedział, że drań ostatnio często pije i albo został alkoholikiem, albo czerwony napój jest mu do czegoś niezbędny. Uśmiechnął się z zadowoleniem, udając że jest rad ze sprytnego nad wyraz planu wpędzenia Albusa w dezinformację. Chciał już się skłonić i pożegnać, gdy Riddle spojrzał na niego i przywołał gestem ręki bliżej. Snape podszedł, nie wiedząc czego oczekiwać.

- Nie wiesz, przypadkiem co się ostatnio dzieje z Lucjuszem? - spytał niemal szeptem Voldemort.

- Panie? - oczy Snape'a zrobiły się wielkie jak spodki. Nie widział Lucjusza od ich ostatniej zabawy, która skończyła się fatalnie dla Harry'ego. Co ten kretyn znów wymyślił?

- Ostatnie dwa zadania na które go wysłałem…

- Nie wykonał ich? - spytał przerażony Severus.

- Ależ wykonał. Zabił wszystkich zdrajców krwi. Zabił też ich żony i dzieci. Nie żebym miał coś przeciwko, ale takie zachowanie jest do niego nie podobne.

- Być może praca, którą wyznaczyła mu rada szkoły, w pilnowaniu nauczycieli, go drażni. Wiem jak denerwujące potrafią być te bachory. Malfoy nie przywykł do nieustającego hałasu.

- Być może gdyby mu zafundować jakieś wyjście do burdelu - trochę by odreagował…- powiedział Riddle.

- Panie? Mam się tym zająć? - spytał Severus, niemal dusząc się z komizmu sytuacji. Nie mógł jednak ani przez ułamek sekundy zdradzić, że bawi go frustracja Malfoya.

- Nie… Alexander jest w tych sprawach bardziej na czasie. Będzie wiedział gdzie go wysłać, żeby kilka trupów nie zrobiło burdelmamie różnicy w razie kłopotów.

- Tak, panie. - skłonił głową Snape.

- Nie zatrzymuję cię już, Severusie. Miej oko na Pottera. Nie pozwól, żeby stała mu się krzywda. Chłopak jest mój. - szepnął Voldemort tonem, od którego krew na chwilę zatrzymała się w żyłach Severusa.

- Do zobaczenia, Panie. - Skłonił się nisko, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku wyjścia z posiadłości Czarnego Pana.

##

Draco był wściekły. Mógłby w tym momencie kogoś ciężko uszkodzić, gdyby akurat nie groziło to Azkabanem. Chciał... co właściwie chciał? Pocałować Pottera. Tak. Wtulić się w niego. Też. Zabić pieprzonego Zabiniego. Definitywnie. Czemu Zabiniego? Bo akurat był najbliżej. Bo mógł spędzać czas z Harrym, odrabiając lekcje. Bo ośmielił się mu powiedzieć, że Potter zniknął z Granger na wieży astronomicznej.

Dlaczego z Granger? Draco serdecznie jej nienawidził po tym jak rozbiła mu nos na trzecim roku. Czy zrobiła mu coś więcej? W zasadzie nie. Ośmieszała go tylko od początku szkoły, próbując udowodnić że jest lepsza niż czystokrwisci czarodzieje. A najgorsze było to, że faktycznie była lepsza.

Draco wiedział, że Harry nie jest czystokrwisty, a był potężniejszy od niego. Wiedział, że Severus miał mugolskie korzenie, a szanował go nawet czarny pan. Jak to możliwe? Ojciec tłumaczył mu, że krew jest ważna, ale Draco robił badania i obserwował, i nie znalazł specjalnych różnic w poziomach magii między mugolakami, a czystokrwistymi czarodziejami. Wręcz przeciwnie, większość znanych mu potężnych czarodziei nie miała czystej magii w żyłach.

Podobnie było z jego rodziną. Odkąd pamiętał rodowe historie, Abraxas Malfoy twierdził, że ich to ich północne korzenie sprawiają, że mają takie jasne włosy. Ale Draco wiedział, że żaden szwedzki czarodziej nie wyglądał... tak bardzo ulotnie. Niczym wiatr. Niczym płynne srebro...

Już na mistrzostwach świata w Quidditchu powziął poważne podejrzenie, co do swojego pochodzenia. To wtedy widział je po raz pierwszy, jak tańczyły otumaniając zebrany tłum. Wile. A potem przyjechały dziewczyny z Francji. Podczas gdy cały Slytherin sikał po nogach, Draco im nie ulegał. Były dla niego tylko zwykłymi dziewczynami. Potem rozważał czy przypadkiem nie miała z tym coś wspólnego fascynacja językiem Pottera na swoim ciele… a jednak… żadna z dziewczyn po prostu nie działała. Nawet Harry był w stanie przyznać, że są śliczne. Ulotne. Zwiewne. Ponętne. Gibkie... a Draco widział po prostu jasne włosy i oczy błyszczące magią.

To wtedy Potter szepnął mu do ucha, zasypiając:

- Lecą na ciebie wszystkie laski, od Slytherinu po Hufflepuff. Może też masz to coś? Może jesteś jak one?

I zrobili eliksir wykrywający magiczne istoty. Ukradli Snape'owi kilka substancji. Włosy Draco zaświeciły się niczym latarnia morska pod wpływem eliksiru. To wtedy Harry zrobił mu pierwszego loda. Zupełnie nie potrafiąc się oprzeć pokusie, na samą myśl, że spotyka się z Wilą.

Rozwiązanie tej zagadki jednak nic mu nie dało. Nadal nie miał pojęcia, który przodek zdradził, ani kiedy w jego krwi pojawiła się ta obca magia, zupełnie inna niż czystokrwista. Postanowili tez zachować dla siebie wiedzę, którą zdobyli.

W obecnej sytuacji też niczego to nie zmieniało. Harry nie chciał go widzieć. Nawet gdyby zastosował na nim teraz moc swojej krwi, (bo ojciec nauczył go w wakacje jak tego dokonać), nawet wtedy nie użyłby na Harrym takiej magii. To byłoby oszustwo. To nie byłoby prawdziwe i kiedy urok jego krwi przestałby działać, Harry byłby naprawdę wściekły. I Draco nie sądził, że mógłby kiedykolwiek naprawić to co się stało.

Draco ubrał bluzę i ruszył na spacer. Być może nie uda mu się dostać na wieżę niezauważonym, ale dowie się przynajmniej czemu ta cała Granger kręci się koło jego Harry'ego.

##

- To naprawdę nie jest skomplikowane, jak pojmiesz podstawy. - usłyszał głos Harry'ego.

- Wiem, wiem, butelkowanie sławy. To już opanowałeś, co? - wymamrotała Granger przemądrzałym tonem.

- Nie butelkowanie sławy, Granger, tylko różnice między zgniataniem, kruszeniem i cięciem. To proste do opanowania. Inne właściwości ma coś w stanie stałym, a inne w stanie ciekłym, dlatego krople belladonny mają inne zastosowanie, niż jej nasiona. Tu masz rozpiskę różnic większości podstawowych substancji. Te mniej popularne i tak zobaczysz dopiero na szóstym roku.

- Ale jakie znaczenie ma machanie chochlą raz w lewo raz w prawo? - spytał inny, męski głos.

- To czysta chemia. Kręcąc w prawo - przyspieszasz reakcję. Kręcąc w lewo - spowalniasz. Więc jak chcesz, żeby coś reagowało ze sobą powoli, musisz kręcić w lewo. Jak te same substancje zakręcisz w prawo, cały kocioł wybucha właśnie dlatego, że reakcja zaszła za szybko.

- Dlaczego Snape nie może tego tak tłumaczyć? - spytał chłopak.

- Bo ma pewnie ciekawsze rzeczy do roboty. Nie interesuj się naszym opiekunem, tylko skup się. Czemu należy utrzymać właściwą temperaturę mikstury, to mam nadzieję pojmujesz?

- Tak. Niektóre substancje zmieniają stan skupienia przy zmianach temperatur, a nie można do tego dopuścić.

- No dobrze, jest jeszcze dla ciebie nadzieja. Eliksiry są ściśle związane z herbologią. Jeśli jesteś w stanie nauczyć się właściwości tysiąca roślin: ich korzonków, liści i kwiatów, dlaczego u diabła nie możesz się nauczyć tego samego o ślimakach czy pająkach?

- Bo... - Draco jednak nie słyszał już odpowiedzi chłopaka, bo jego miotła, na której się unosił pod oknami wieży, nagle zaczęła wariować. Sycząc wściekle zlądował na ziemię, prawie z niej dwukrotnie spadając. Gdy tylko wylądował, miotła się uspokoiła. Uniósł głowę w górę, by upewnić się, że nikt go nie widział, i w tym samym momencie dostrzegł wielką szopę Granger wychylającą się z okna.

Westchnął przyłapany na szpiegowaniu i chcąc zaszyć się w swoim pokoju, próbował ruszyć z miejsca. Stopy jednak wydawały się być przyrośnięte do podłoża.

##

- Co tam zobaczyłaś Granger? - spytał Potter zirytowany, gdy mruczała coś stojąc pod oknem. Ta odwróciła się i z podejrzliwą miną spojrzała na niego.

- Mówiłam ci, że nie chcę żadnych numerów.

- O co ci chodzi? Siedzę tutaj i tłumaczę Longbottomowi coś, co ty też mogłabyś zrobić z palcem w nosie, ale zamiast pomóc koledze wolisz patrzeć mi się na ręce. Zakochałaś się we mnie, że pilnujesz każdego mojego kroku?

Dziewczyna spojrzała oburzona na Pottera i prychnęła.

- Śnisz. Jesteś najbardziej podłym, podstępnym i nieuczciwym chłopakiem jakiego poznałam.

- Wierz mi, że są gorsi ode mnie.

- Co zatem twój srebrnowłosy chłopiec robił pod oknem?

- Malfoy był za oknem? - Harry podniósł się z ziemi i dopadł do okna, poszukując miotły z człowiekiem gdzieś na horyzoncie.

- Jest tam. - Wskazała palcem na ziemię. Harry zachichotał złośliwie.

- Dobrze. Jak długo trwa ten czar? - spytał rzeczowo dziewczynę. Ta spojrzała na niego zdziwiona i zrozumienie przemknęło przez jej twarz.

- Póki go nie odwołam.

Harry zaśmiał się w głos i spojrzał na nią błagalnie.

- Draco Malfoy to podstępna kreatura, która szpieguje dla Voldemorta. - Usłyszał jak Neville wciąga z sykiem powietrze, słysząc ksywkę antybohatera narodowego. - To on pozlepiał ci książki jakiś czas temu. To on przeklął twoją suknię balową… choć według mnie taka krótka, ledwo zakrywająca tyłek, wyglądała o niebo lepiej. To on…

- Okej. Zrozumiałam. Po korepetycjach może mi przecież wypaść z głowy zdjęcie tego czaru. Jako prefekt mam tyle zajęć, że jestem zawalona. Nie muszę o wszystkim pamiętać.

- Ale jest zimno. - jęknął Longbottom, najwyraźniej skłonny uratować Malfoya przed zostawieniem go na dziedzińcu.

- Draco Malfoy ma ze sobą różdżkę. Nie zmarznie.

##

Harry wrócił dziś do lochów bardzo zadowolony. Zamówił piwo imbirowe dla siebie i Severusa, po czym rozsiadł się w kanapie z głupawym uśmiechem na twarzy.

- Co znowu zmalowałeś? - spytał Snape.

Harry uśmiechnął się błogo.

- Nauczyłem dziś kogoś czegoś ważnego.

- Mam nadzieję, że lekcja nie będzie bolesna. - Snape spojrzał na niego spod zasłony włosów.

- Myślę, że wszystkim nam może przynieść pewne korzyści. - Harry pociągnął łyk piwa i przymknął powieki opierając głowę o oparcie kanapy. Severus wzruszył ramionami. Przywykł już do tego, że dzieciak był ciągle zajęty. Z informacji, które udało mu się pokątnie pozyskać wynikało, że bagno w korytarzu koło gabinetu Umbridge to sprawka jego i Weasleyów. Nie mógł powiedzieć, że mu się to nie spodobało. Do tej pory żaden z nauczycieli nie miał nic przeciwko tym drobnym wypadkom, które zdarzały się tej wiedźmie. No, może z wyjątkiem samej Umbridge.

Harry podszedł do niego i oparł się o jego ramię, by zajrzeć na blat biurka przy którym siedział Severus. Snape mógł niemal poczuć cholerny szampon, którego używała Lily. Musi natychmiast zamówić butelkę truskawkowego, inaczej szlag go trafi na miejscu, wąchając włosy Pottera.

- Chciałeś coś? - spytał oschle. Bardziej ostro niż planował, dzieciak uśmiechał się i wpatrywał w jego oczy.

- Chciałem ci podziękować. Jesteś naprawdę wspaniały. - Severus nabrał czujności.

- Co zrobiłeś?

- Nic. Przysięgam. Nic nie zrobiłem. Możesz sprawdzić. - Harry zamrugał zalotnie rzęsami, jakby chciał go zachęcić do zanurzenia się w jego umysł… Severus chrząknął i wstał od biurka.

- Będę musiał zniknąć w sobotę na kilka godzin. Muszę zobaczyć się z szefem. Przywieźć ci coś z Włoch?

- Lody. - Harry uśmiechnął się szeroko. - Dużo lodów. Tyle żeby starczyło na miesiąc… albo na dwa…

##

Alarm w gablocie rozdzwonił się na znak, że jakiś dom stracił dużo punktów za jednym zamachem. Podszedł, żeby sprawdzić co się stało i dlaczego Potterowi się oberwało. Wpatrywał się jednak z niedowierzaniem w tablicę wyników. Czerwone kryształki spadały na łeb na szyję. McGonagall odjęła sto punktów Granger. Niesłychane. W dodatku gryfonka dostała szlaban z Filchem, co oznaczało, że przewinienie musiało być wysokiej klasy.

Spojrzał na tablice z krótkimi notkami, na których pojawiały się istotne informacje o uczniach i nic nie wyglądało tak dramatycznie, by przełożona gryfonów ukarała własnego prefekta.

Ogłuszenie Mandragorą, trzeci rok Hufflepuff, oczywiście.

Zatrucie pokarmowe, drugi rok Slytherin. Nuda.

Zielone bąble na twarzy, trzeci rok Ravenclaw. Weasleyowe cukiereczki.

Upadek z miotły, siódmy rok Ravenclaw. Idiota.

Zamrożenie, piąty rok Slytherin. Kurwa mać.

Snape'a zamurowało. Rzucił czar namierzający Pottera, ale Harry był właśnie na zajęciach u Flitwicka. Spojrzał więc na listę dzieciaków przebywających w ambulatorium i skrzywił się wyraźnie, nie mogąc uwierzyć w to co widzi.

Johnes, D'arte, Stevenson, Edgardson, Malfoy.

Ruszył do sali chorych, by dowiedzieć co się stało.

Poppy uwijała się przy piątce pacjentów jak w ukropie. Minerwa stała z różdżką przy jednym z łóżek, a obok ze spuszczoną głową stała kupka nieszczęścia w postaci panny Granger. Gdy tylko wszedł, od progu Pomfrey rzuciła do niego:

- Dobrze, że jesteś. Pomóż Minerwie. - Na te słowa stara kocica odwróciła się w jego stronę, ukazując stojącego przed nią z miotłą w dłoni Draco Malfoya. Wyglądał jakby pokrył go lód na całej powierzchni ciała.

- Może mi ktoś wyjaśnić co mu się stało? - westchnął, patrząc na ewidentną winowajczynię, która właśnie ocierała twarz z łez.

- P-profesorze, ja nie chciałam. To prosty czar. Naprawdę. Miał go tylko sparaliżować na chwilę. Ale za- zapomnia-ałam o nim. - zaszlochała dziewczyna. Severus warknął, i widząc minę Minerwy wiedział, że Granger miała więcej szczęścia niż rozumu, co musiało dawać sporą dawkę szczęścia, biorąc pod uwagę pokłady jej rozumu, skoro stała tu jeszcze, a nie pakowała się do domu.

##

Godzinę później Severus wszedł do lochów i zastał tam Harry'ego w bardzo dobrym nastroju. Gówniarz nucił coś pod nosem i zajadał się jakimś ciastem z galaretką, które zapewne wyłudził od skrzatów. Snape był diabelnie zmęczony, bo odmrożenie Malfoya zajęło im sporo czasu i energii. Chłopak szczękał zębami i kichał. Był ewidentnie przeziębiony, przemęczony i obolały. Gdy tylko się ocknął, wrzasnął wściekle „Granger", co tylko potwierdziło, to co już wiedzieli.

- Jak ci minął dzień? - spytał z uśmiechem Harry, wpychając sobie do ust kolejny kawałek ciasta.

- Zdaje mi się, że wiesz.

- Ja? O czym? - spojrzał na niego, udając zdziwienie.

- Granger straciła dziś sto punktów dla Gryfindoru. Ale zakładam, że doskonale wiesz czemu.

- Hihihi. No. Cała szkoła o tym mówi. Od dzisiaj będą na nią wołać Królowa Śniegu.

- Potter! - nie wytrzymał Severus.

- Co? - nadal słodki wyraz nieświadomości gościł na tej twarzy, którą miał przed sobą, jego oczy błyszczały jednak zadowoleniem, tak cholernie szmaragdowo, że Severusa szlag jasny trafił.

- Wiem, że miałeś z tym coś wspólnego. Nie wiem jak przekonałeś Granger do zaatakowania Malfoya, ale przez ciebie ta dziewczyna niemal nie wyleciała dziś ze szkoły.

Harry wzruszył ramionami.

- Nie miałem nic wspólnego z tym co zrobiła. Możesz sprawdzić jej różdżkę. Możesz sprawdzić też moją, to nie ja przekląłem Malfoya.

- Ale wiedziałeś doskonale, że coś złego się wydarzy!

- Czy człowiek już nie może mieć czasem dobrego humoru, nie będąc w tym samym czasie oskarżanym o chęć wymordowania wszystkich wkoło?! Nic mu nie zrobiłem! Nie jestem taki głupi, żeby zaatakować kogoś z kim wiążą mnie magiczne więzi!

- Wynoś się do swojego pokoju! Jeszcze raz… jeszcze raz będziesz zamieszany w coś takiego…

- A co zrobisz? Nie możesz mnie tknąć. Ścigało by cię trzech potężnych czarodziei, bo każdy ma wobec mnie jakieś plany. Więc pocałuj się w dupę. - To powiedziawszy wyszedł z salonu, trzaskając drzwiami. Snape przestał nad sobą panować. Wszedł z impetem do jego pokoju i przycisnął gówniarza do ściany.

- Dość tego. Nie po to obiecałem ratować twoje życie, żebyś ty niszczył innych. Nie po to twoja matka umarła broniąc cię, żebyś został psychopatycznym mordercą. Nie zasługujesz na to, żebym za ciebie umierał. Od teraz robisz co chcesz, ale nie przychodź do mnie z płaczem jak rozwydrzony dzieciak, którym jesteś, jak coś pójdzie nie po twojej myśli.

To powiedziawszy puścił Pottera i wyszedł z jego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Zabezpieczył je w tym samym momencie magicznie, by dzieciak nie mógł w nocy tam wejść. W tym momencie miał ochotę rzucić w cholerę wszystkie misje, które mu zlecono.

##

- Profesor Snape. - Zimny głos dotarł do niego z końca sali eliksirów, do której właśnie wszedł. Czy oni do cholery jasnej nauczą się, że nie należy wchodzić do pracowni eliksirów, bez pozwolenia?!

- Panie Nott. Czemu zawdzięczam tą wizytę? - usłużny uśmiech tkwił na jego twarzy, choć miał ochotę rozerwać intruza na strzępy.

- Nadzór rady szkoły. Zapewne Lucjusz o tym wspominał.

- A tak, mówił ostatnio. Czy jeszcze nie znaleźliście czegoś na tą kobietę? Moglibyście z Lucjuszem to zwyczajnie przegłosować.

- A jednak Czarny Pan nie życzy sobie by wróciła do ministerstwa. Więcej zamętu sieje tutaj.

- Zamętu i zagrożenia. Ta kobieta jest niekompetentna. Czy wiesz, że jeszcze niczego nie nauczyła twojego syna? Jeśli dzieciaki nie zdadzą SUMów, to będzie wyłącznie jej zasługa.

- Jestem pewny, że chłopcy sobie poradzą. - Nott przechadzał się po klasie jakby był u siebie. Snape nie wiedział czego się po nim spodziewać.

- Czemu naprawdę tu jesteś? - spytał, blokując wyjście.

- Severusie, znalazłoby się kilka powodów. - Uśmiechnął się lubieżnie Alexander.

- Świetnie. Kręć się po zamku i koło mojej osoby, a ten przeklęty dyrektor w końcu się zorientuje, że pracujemy razem. Chcesz tego? Żeby zaczął obserwować Theodora?

- Och, zapewne Potter i tak mu wszystko powiedział. Starzec wie, że współpracujemy.

- Jeśli informacje, które mi zdradza, mają mieć jakąś wartość dla naszego pana, nie może podejrzewać że działam przeciwko niemu. Czemu naprawdę tu jesteś?

Alexander zaśmiał się pod nosem.

- Nie uwierzysz. - powiedział rozbawiony Nott.

- Sprawdź mnie. - rzucił wyzwanie Snape.

- Nasz pan kazał dać Lucjuszowi wolne od obowiązków szkolnych. Uważa, że robi się zbyt brutalny. Dostał dwa tygodnie urlopu.

Snape parsknął, choć nie było mu do śmiechu. Czy to mogło oznaczać, że Lucjusz znalazł się na krótkiej liście ludzi do zabicia?

- Mam sobie zamówić już nowe szaty pogrzebowe? Te których używałem na mugolskim cmentarzu się nie nadadzą.

- Bzdura. Nasz pan potrzebuje Lucjusza. Jest jedyna Wilą w tym bałaganie. Pewne rzeczy są jedynie jego domeną. Dlatego nasz pan potrzebuje go przy zdrowych zmysłach, a nie w morderczym szale. Krew na rękach tak wysoko postawionego człowieka, nie jest czymś co przysłuży się naszej sprawie.

- To nie zmienia mojego pytania. Czemu tu jesteś?

- Nie jestem durny, Snape. Mogę udawać, że tego nie widzę. Ale wiem dokładnie w kogo chce się zanurzyć nasz drogi Lucjusz. Nie żebym ja też nie miał ochoty. - Zgrabny palec bruneta przemknął po ramieniu Mistrza Eliksirów. Ten odepchnął od siebie dłoń.

- Zwariowałeś?! Nie tutaj! - syknął wściekle Severus.

- Czyli gdzie indziej mam szansę?

- Do rzeczy. - Czarne oczy skupiły swoją uwagę na przybyszu.

- Okiełznaj go. Wiem, że masz swoje sposoby.

- Czy jeśli tego nie zrobię, tobie się oberwie za agresję Malfoya? - Snape uniósł brwi w wyrazie bezbrzeżnego rozbawienia. Nott prychnął tylko i odstąpił krok od Severusa.

- Jeśli już ci się znudził, daj mu jakiś eliksir. Zaczaruj go, żeby przeruchał kozę, nie obchodzi mnie to. Załatw to.

Severus spojrzał lisim wzrokiem na Aleksandra.

- Wisisz mi już dwie przysługi i nie myśl, że się z tego wykręcisz.

- Powinieneś być mi wdzięczny, że okiełznałem Teodora. To twoim zadaniem jest chronić tego niedorzecznego bachora, by nie zabił go nikt inny. Moim - przyprowadzić go przed oblicze Czarnego Pana. Załatw sprawę Malfoya.

- Sam się z nim prześpij. Zawsze mi się zdawało, że fascynuje cię jego krew. Ja nie mam ochoty na wpierdol. - wzruszył ramionami Severus i odszedł kilka kroków, by zapisać na tablicy formułę eliksiru, który za chwilę będą pichcić drugoroczni ślizgoni. Alex jęknął zrezygnowanym tonem i podszedł do Snape'a, po czym zbliżył się i szepnął mu do ucha:

- W porządku. Jestem ci dłużny, a teraz idź zajmij się tą sprawą.

- Teraz, mój drogi, mam zajęcia do prowadzenia. Zajmij go czymś do soboty, a potem to załatwię.

##

Severus aportował się w barze Leona. W barze było już kilka znajomych „kotów", którym skinął głową na przywitanie.

- Jest szef? - spytał od wejścia i podszedł by podać rękę Górze.

- Ma być za pół godziny.

- Whisky z lodem. - Powiedział w odpowiedzi Snape i rozsiadł się przy barze, obok blondyna. - Coś ciekawego? - spytał ponurym tonem.

- Taa. Wilczyca Paolo ma szczenięta. Może chcesz jedno? - Snape spiorunował go wzrokiem.

- O niczym innym nie marzę. - prychnął i w milczeniu spojrzał na zimny alkohol w szklance. Przechylił go energicznie i wypił do dna.

- Dzieci, co? Dają w kość? - Alex spojrzał na niego z ciekawością, gdy Snape wypijał właśnie drugą szklankę trunku duszkiem.

- Mam dość. Mam ochotę urwać łeb temu gówniarzowi i naszczać do szyi. Jeśli szef nie poda mi dobrego powodu dla którego mam tkwić przy tym małym psychopacie, przysięgam, że uduszę go jak będzie spał.

- Szefa? - Spytała Mia, pojawiając się z nikąd.

- Pottera. - warknął Sev i kazał sobie nalać trzecią szklankę gestem dłoni. Gdy ją trzymał przy ustach, do baru weszła Calisto w granatowych jeansach i krótkiej, czerwonej bluzeczce na ramiączkach, przypominającej bardziej stanik, niż odzież wierzchnią. Większość mężczyzn w barze spojrzała na nią, odstawiając swoje kufle z piwem. Podeszła jednak do nikogo innego, a do Severusa i objęła jego ramiona swoimi.

- Sev. Tak się martwiłam. - rzekła i odstawiła jego jeszcze pełną szklankę, po czym pocałowała go w policzek. - Nie odzywaliście się od miesiąca.

- My? - uniósł brwi w górę i spojrzał na nią z ciekawością.

- Luiggi też się nie pokazywał. Podobno szef się z nim widział, ale nikt z nas nie miał tej przyjemności.

- Jak twoje sprawy z centaurami? Przyjdziesz wesprzeć mnie w szkole?

- Dopiero jak pozbędziecie się nauczyciela. Kogokolwiek, naprawdę. Ale szef nie chce nic na siłę zmieniać, żeby Albus nie zwęszył podstępu. - Severus jęknął, twierdząc, że nie nastąpi to prędko, skoro na razie wiedźma z ministerstwa wydaje się nie do ruszenia. Calisto rozsiadła się obok niego na barowym stołku i zamówiła białe wino. Leon od razu podał jej całą butelkę.

Przez chwilę wymieniali się informacjami zdobytymi na misjach, lecz rozmowę przerwały im dwie czarne pantery, które weszły do baru. Samice. Rozejrzały się po zebranych, po czym usiadły przy drzwiach. W tym samym momencie drzwi się otworzyły i do baru wszedł biały tygrys.

- Znów przedstawienie? Kto nowy dziś się tu zjawił? - spytała Calisto szeptem w ucho Severusa, gdy wstawali z krzeseł by oddać honor szefowi. Severus wskazał tylko gestem podbródka w stronę rogu baru, gdzie w ciemności siedziała jakaś kobieta.

##

Godzinę później siedział przy stoliku w kącie. Obok niego zasiadał starszy pan, na oko wyglądający na około siedemdziesiątkę. Miał na sobie granatową koszulę z jedwabiu i jasne spodnie. Popijał czerwone wino, i podgryzał jakieś śmierdzące kapciem kiełbaski. Podobno francuskie. Leon był bardzo dumny z ich sprowadzenia do baru. Severusowi niestety kojarzyły się z zepsutym jedzeniem jakie miał przyjemność serwować mu jego ojciec i chciał jak najszybciej uciec od smrodu tego mięsa.

- Mam dość, szefie. Potter musi zniknąć ze szkoły. Trenujmy go tutaj, gdzie nie będzie musiał oglądać innych rówieśników.

- Severusie, on musi pozostać w tamtej szkole.

- Mam dość udawania przed Albusem, że nic mnie nie łączy z tym dzieckiem. Wciąż chodzi nabuzowany, a to odbija się na mnie. W dodatku Potter robi się niebezpieczny dla swoich wrogów.

- To dobrze. - Snape pokręcił głową w odpowiedzi.

- Robi się niebezpieczny dla Draco. Draco musi poznać prawdę. Nie mogą być obok siebie, bo się pozabijają, jak dalej będą się uczyć w tych murach. Nie jestem w stanie ich upilnować. Kilka dni temu dzieciak prawie zszedł od odmrożeń i Harry maczał w tym palce.

- Severusie, oni muszą pozostać razem. Ich więź musi nabrać mocy w naturalny sposób. Muszą poznać swoje możliwości i granice. Muszą wiedzieć co potrafią w pojedynkę, by potem wykorzystać tą wiedzę wspólnie. Przepowiednia mówi…-

- Przepowiednia mówi, że Harry zgładzi Czarnego Pana.

- Nie mówię o tej przepowiedni.

- Jest jeszcze jakaś? O czym mówi ta przepowiednia?

- Że chłopiec, który pokonał Czarnego Pana sprowadzi pokój na czarodziejski świat. Że ustanowi politykę tolerancji i miłości.

- Ach, czyli polityczne bla, bla, bla. Jak na razie Potter rozsiewa wkoło samo zniszczenie.

- Dokona tego z pomocą swojej bratniej duszy. W ich rękach mają spocząć wszystkie trzy insygnia.

- Przecież nie wiemy gdzie jest trzecie. - odparł Severus.

- Lucjusz wierzy, że ma je Voldemort. - Severus posmutniał, na dźwięk imienia kochanka.

- Szefie, cofnij zakaz który wystawiłeś. Muszę się z nim spotkać, poza oficjalnym obiegiem.

- Nie. Przekaż mi co masz mu do powiedzenia, a ja to załatwię. - Snape westchnął i otworzył umysł, by pokazać szefowi czego się ostatnio dowiedział. Pokazał rozmowę z Voldemortem i Nottem. Przekazał, że chce go tylko wyciszyć.

Gdy starzec opuścił jego głowę, spojrzał na niego ze zrozumieniem.

- Dobrze, że martwisz się o Lucjusza, ale zajmij się chłopcami. Ja się zajmę moim wnukiem. Kilka godzin treningu z Sergio dobrze zrobi na jego rządzę krwi. Nie musisz podkładać się pod jego pazury. Ostatnie uszkodzenia pana Pottera nie mogą się powtórzyć. - No tak. Severus był przekonany, że ten temat w końcu wróci. I wcale mu się to nie podobało. Mógł przecież odwrócić działanie eliksiru legionistów. Mógłby przez kilka godzin zająć się przyjacielem, zamiast uganiać się po starych murach zamku za piętnastolatkiem.

- Tak, szefie. - przytaknął, choć nie był przekonany do tego co powiedział starzec. Chciał po prostu zobaczyć Malfoya i móc go pocałować. Nie musiał przecież od razu z nim spać, ani dać się pobić.

- Nadejdzie taki czas, kiedy nie będziecie musieli się pilnować, ani rozliczać z czasu, który jest wam dany. Ale teraz mamy świat do uratowania. Lucjusz też to rozumie.