ROZDZIAŁ 50

Ale gdy to, co kochamy jest zagrożone, jesteśmy w stanie bez zastanowienia wystąpić przeciw niemu."

Delikatny wiatr zawirował tuż ponad koronami drzew, zwinął się niby niewidzialna wstęga i pomknął dalej w całkowitym spokoju. Niespiesznie kontemplował krajobraz, muskając wyciągnięte ku nieboskłonowi, rozcapierzone gałęzie. Po kilkunastu metrach zrobił powolny zwrot, chcąc jeszcze raz przyjrzeć się wiewiórce hasającej w brązowej gęstwinie.

Huk!

Przestrzeń zadrgała, zawirowała, gdy ziemią wstrząsnęła potworna eksplozja. Długi, wijący się snop ognia przedarł się naprzód, rozrywając podmuchy żywiołu, rozrzucając je na boki czy też pochłaniając, pożerając pomarańczowymi, żrącymi jęzorami. Wszystko wokół zdawało się bez ostrzeżenia zapaść w najgłębszej czeluści piekła, gdzie żarząca się rzeka podpalonej smoły spycha każdą cząstkę otoczenia w pusty niebyt.

Błoniaste, wielkie skrzydła poruszały się prędko, natomiast giętki, pokryty twardymi niczym stal łuskami ogon kosił to, czemu udało się utrzymać solidny pion. Przyroda zawyła na ten niespodziewany atak, ugięła się bezsilnie i runęła do fundamentów, poddając się ogromnemu magicznemu jaszczurowi z jeźdźcem na grzbiecie. Stworzenie rozwarło paszczę i wypluło nowy potok straszliwej, niszczycielskiej pożogi prosto w drobną istotkę próbującą zbiec. Jednakże płomienie potęgi nie trafiły w cel, a zderzyły się z wysoką, nagle powstałą ścianą wody przywodzącej na myśl tsunami. Powietrze wokół zafalowało konwulsyjnie, wypełniło się czarnym, gęstym dymem przeplatającym się z białą parą.

- No, słodka mapo, nie masz dokąd uciekać. Daj się ładnie złapać – syknął ukontentowany Voldemort, obserwując szkarłatnymi oczyma zielonowłosą dziewczynkę.

Nie posłuchała, uparcie brnąc naprzód mimo krystalicznych łez spływających po policzkach oraz niemożności coraz ciaśniej oplatającej przerażoną duszę. Wiedziała, że nie da rady skryć się przed Czarnym Panem; wiedziała, że w pewnym momencie polegnie i nie będzie potrafiła się obronić. Lecz wbrew owej świadomości nie zamierzała łatwo się poddać, walcząc tak długo, aż zabraknie tchu. Musiała dać Hari'emu więcej czasu, musiała podarować mu chociaż marną godzinę, aby mógł zdobyć Gwiaździstego Smoka.

Nie mogę się… - Krzyknęła z zaskoczenia i bólu, kiedy to zakończona srebrzystym grotem włócznia wbiła się tuż obok niej, zostawiając po drodze sporą szramę na jej łydce. Potknęła się i upadła na kolana, zasłaniając drobną dłonią drżące usta. Szybujący nad nią wampir zarechotał złośliwie, wpatrując się w nią łakomie ślepiami o barwie świeżej krwi. Ten osobnik jako jedyny, będąc najlepszym pozostał przy boku Lorda podczas ciągnącego się pościgu, zaś reszta dostała polecenie zatrzymania grupy wysłanej przez Zakon. Nikt nie mógł udaremnić im zdobyć mapy, nikt nie mógł przerwać rodzącego się, wcielanego w życie z każdą chwilą planu.

Olbrzymi, czarny gad zapikował ku znieruchomiałej, ogarniętej strachem nimfie. Krwiopijca zszedł natychmiast z drogi wzbijając się wyżej ku sklepieniu, nie chcąc być staranowanym czy pożartym przez oszalałe zwierzę oraz jego równie szalonego pana. Odsunął się na ubocze, by w razie czego wznowić atak, by chronić tyły tego, który obiecał jego rasie całkowitą wolność. Ale okazało się, iż to wcale nie pleców Lorda powinien strzec, a…

Błysk i trzask.

Jaszczur ryknął wściekły, gdy złoty promień ugodził go prosto w zranione na ulicy Pokątnej oko. Wyrzucił łeb w tył, miotając się chaotycznie, wirując i zataczając nierówne kręgi. Z jego gardzieli buchnęła ciemna, gryząca krtanie chmura przypominająca chmarę głodnych szarańczy. Tom, warknąwszy ze złością, powstał majestatycznie, jak gdyby wariacje wykonywane przez smoka nie dotyczyły jego osoby. Wreszcie, obrawszy odpowiedni moment, zeskoczył na jeden z wielkich, nierównych głazów, dzierżąc gotową do zadania cierpienia różdżkę. Ledwo parę sekund później jego ziejący ogniem pupil rozbił się o ziemię z przeciągłym skowytem, trąc maniakalnie bliznę, która pękła na nowo pod wpływem zaklęcia.

- Kto śmie mi przeszkadzać? – zapytał niskim, lodowatym tonem Voldemort, nie zważając na wampira czającego się za nim niby skrytobójca, a pełniącego rolę wartownika.

- To tylko my – odpowiedział na wpół poważny, na wpół żartobliwy głos. W zasięgu wzroku Czarnego Pana pojawiły się dwie uzbrojone rudowłose osoby z zarzuconymi na barki pelerynami niewidkami. Nad nimi natomiast unosił się wdzięcznie dorosły gryf, który to wcześniej posłużył braciom jako transport, teraz zaś szykował się do ewentualnej potyczki.

Nereida w dalszym ciągu trwała na klęczkach, nie mogąc w żaden sposób powstrzymać toczących się po gładkiej, pobladłej skórze kropel. Wpatrywała się nieustannie w wybawicieli, trzęsąc się i łkając bezgłośnie. Tak bardzo się bała… lecz nie śmierci – ta była dla niej wyłącznie przejściem na drugą stronę, nowym początkiem czy też odmienną formą przygody – a tego, że nie uda jej się uratować ludzkości przed mocą Trójzębu, że wszyscy zginą od oręża, którego przez tyle wieków pilnowała. Że on, Hari, umrze.


Słaby, migoczący blask pochodni rozjaśniał ciemność panującą w podziemnym korytarzu, ledwo przeganiając ją pod nierówne ściany czy odleglejsze kąty. Ale dla Raikou, którego oczy przysłonięte były kawałkiem tkaniny, wokół panował niezgłębiony, bezdenny mrok. Nie przejął się tym zbytnio, skupiając przede wszystkim na wydostaniu się z tego miejsca, złapaniu Ojca i odnalezieniu Alice. Jego pesymistyczna mentalność kreowała wiele scenariuszy na temat tego, co Bydlak – jak niekiedy nazywał Kaspra – śmiał JEJ zrobić, jaką karę wymierzyć. Spychał je, co prawda na same dno oceanu jestestwa, jednak nie zdołał wyzbyć się ich zupełnie. I to go przytłaczało, katowało wewnętrznie i gryzło niczym jadowita żmija.

- Czy twój przestarzały umysł pamięta jeszcze konflikt z gangiem Kuro Tenshi? – zapytał w końcu pułkownika, odtrącając wszystkie inne kwestie prócz przetrwania. Teraz właśnie to było najistotniejsze, teraz to posiadało najwyższy priorytet.

- Nie jestem stary, Tańczący! - odparł Roy, rzucając podwładnemu groźne spojrzenie, które nie zostało zauważone. Westchnął więc jedynie i dodał: - Ciężko byłoby nie pamiętać tamtego incydentu. – Zmarszczył w zastanowieniu brwi, nie mając najmniejszego pojęcia, do czego też dąży Hari i jakiż ma to związek z wojskowym mundurem.

- Jakiego? – zapytała zaciekawiona Tonks, nie zwracając nawet uwagi na przytyk młodzieńca i oburzenie Mustanga. Syriusz, także wykazując oznaki zaintrygowania, przekręcił się nieco, aby móc chociaż zerknąć na Płomiennego i jednocześnie patrzeć na chwilowo oślepionego Raikou.

- Nie mamy zbytnio czasu na opowiastki do poduszki – rzucił zniecierpliwiony Wilk, strzygąc lewym, spiczastym uchem. Nie mogli trwonić cennych minut w nieskończoność, nie mogli aż tyle zwlekać z ucieczką. – Po misji z Aniołkami kazałem na wszelki wypadek wszyć pod kieszeń twojej marynarki kilka brookitów* – wyjaśnił wcześniejsze dopytywania, nie mając sposobności ujrzeć szoku na twarzy przełożonego – zaś pod podszycie mojej aba kalcytów. Z oczywistych jednak powodów nie jestem w stanie ich wyciągnąć i użyć – ciągnął dalej niewzruszenie, dopiero na koniec krzywiąc się z irytacji spowodowanej niemożnością dostania się do broni. I słabości zatruwającej organizm jak trucizna, złośliwy patogen.

- Nie mogłeś prędzej powiedzieć? – Pułkownik odsunął się szybko od dwójki czarodziei, ściągając wierzchnie, granatowo-srebrne okrycie. Poszarpanej, na nic już się zdającej odzieży Beduinów pozbył się na samym początku.

Prężnym szarpnięciem rozerwał materiał tuż przy szwie, gdzie był najsłabszy i najbardziej uszkodzony. Strunę sumienia szturchnęło poczucie winy – bądź co bądź niszczył rzecz, którą szanował od wstąpienia do japońskiej armii. Stracić ją podczas bitwy to jedno, świadome, samowolne rozdzieranie drugie. Lecz mimo wszystko w tym momencie liczyło się przetrwanie, nawet to za wszelką cenę, toteż zdusił niemal natychmiast sentymentalne myśli. Pociągnął ponownie, ignorując suchy, nieprzyjemny trzask.

Cztery niewielkie, jak gdyby bursztynowe kamyczki z ciemniejszą pręgą potoczyły się po brudnej podłodze celi, przynosząc ze sobą ogromną nadzieję na wydarcie się z kleszczy szaleńca. Roy zgarnął je zaraz w dłoń z maniakalnym wręcz uśmiechem, zaciskając na nich palce tak mocno, że knykcie przybrały kredowy kolor. W tej chwili otrzymali szansę na umknięcie z pustynnego piekła stworzonego przez obłąkanego Eleganta, w tej chwili – wreszcie! – Płomienny odzyskał władzę, swoją osobistą, alchemiczną potęgę.

- Odsuńcie się – nakazał stanowczym tonem, podnosząc się na nogi. Nimfadora, bez słowa sprzeciwu, pomogła dźwignąć się kuzynowi i razem ulokowali się w bezpiecznej odległości za kompanem. Mustang wystawił przed siebie rękę, nie broniąc się przed euforią oraz zadowoleniem wypełniającymi umysł.

Nie czekając dłużej, potarł o siebie minerały, które na owy czyn odpowiedziały niechętnym zgrzytem i chrzęstem. Negatywnym mankamentem było to, że ze względu na ich rozmiary zmuszony był do wykorzystania wszystkich jednocześnie na pojedynczy proces. Odetchnął, wiedząc, iż musi udać się za pierwszym razem, inaczej zaprzepaści pozyskaną okazję. Skoncentrował się na zebraniu i zmagazynowaniu energii w odłamkach, wiążąc je ze sobą wątłą, acz stabilną nicią mocy.

- Tytanowy tajpan* – rzekł, mając stu procentową pewność odnośnie nawiązania połączenia z żywiołem.

Wpierw nie działo nic wskazującego na powodzenie wyzwolenia przez niego sztuki wschodu, lecz wtem wokół jego nadgarstka zaroiło się od strzelających dziko iskier. Tańczyły i pląsały, wyglądając jak miniaturowy pokaz fajerwerków. Gdyby miał teraz rękawiczki, mógłby manipulować stężeniem tlenu i wzniecić śmiercionośny płomień. Natomiast w tym przypadku, mając do dyspozycji brookity i pierwszy stopień, przekształcił, nagiął drobne lśnienia ledwo mogące oparzyć w cienki, skondensowany sznur ognia zdolny przebić na wylot gruby, stalowy pancerz. Twór oplatał mu potulnie przedramię szerokimi pierścieniami, gotów wykonać każdy zlecony przez pana rozkaz.

Pułkownik przymknął powieki, po czym, wziąwszy jeszcze głęboki wdech, zamachnął się silnie. Pomarańczowa, skrząca się linia zapulsowała, skręciła się, aż wreszcie wierzgnęła, przecinając zamaszyście trzy kraty. Pręty o stopionych, żałosnych końcówkach z jękiem przechyliły się ku wnętrzu więzienia, szykując się na donośne ucałowanie matki ziemi. Aby zapobiec głośnego brzdęku mogącego zaalarmować gospodarza, Łapa wyskoczył zza Roy'a, łapiąc metalowe tyki. Odłożył je cicho na bok, krzywiąc się przy tym z bólu, jaki zaatakował zraniony bok.

Nim któryś z mężczyzn zdołał mrugnąć, Tonks, poganiana zmartwieniem o majora, przeszła błyskawicznie przez utworzoną wyrwę. Niepokój dławił ją, zjadał i gryzł bezczelnie, nie przyzwalając normalnie funkcjonować przed sprawdzeniem stanu młodzieńca. Klęknęła tuż przy nim, czując miażdżący, nie dający się zignorować ucisk w klatce piersiowej.

- Już cię uwalniam – zakomunikowała niepotrzebnie, sięgając bez zwłoki ku solidnemu łańcuchowi oraz obręczom.

Kiedy różowowłosa siłowała się bezskutecznie z okowami, Mustang wraz z Blackiem opuścili przygnębiającą, niegościnną celę. Zminimalizowany, rozciągnięty żar wskrzeszony przez Roy'a skurczył się widocznie wraz z kruszeniem się bursztynowych minerałów, ale mimo to nadal nadawał się do użytku. Dostrzegłszy smukłe palce aurorki ślizgające się po świeżej jak i zakrzepłej już posoce, nie potrafiące poradzić sobie z usunięciem przeszkody, postanowił skierować ostatnie tchnienia ognia na zgruchotanie połyskujących ogniw. Te pękły z brzdękiem pod wpływem wysokiej temperatury oraz zagęszczonej energii, strasząc przejętą Nimfadorę, która aż cofnęła się w tył.

Hari nie odezwał się nawet krótkim wyrazem po ostatnich tłumaczeniach, przysłuchując się chrzęstowi brookitów, szelestowi płomienistej liany, komendzie Mustanga, sapnięciu Syriusza, zbędnej obietnicy Tonks. A wszystko po to, aby odwrócić własną uwagę od naprężonych, rwących mięśni i jak gdyby rozjechanych walcem płuc. I mroku, szepczącego niewyraźne rzeczy przesłodzonym tonem, owijającego go lepkimi mackami, pochłaniającego z każdą następną godziną coraz głębiej. Oddech wiązł w gardle, serce tłukło się gorączkowo, pragnąc wolności. Ileż to razy w przeszłości przeżywał coś takiego? Ileż to razy Ojciec zapewniał mu takie rozrywki ciągnące się w nieskończoność? Ileż to razy błądził po omacku po zakamarkach myśli, aby tylko nie popaść w szaleństwo?

Ile? Ile? Ile? – Obijało się w pustce głuchym echem. – Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? – Nie było odpowiedzi, nie znalazło się żadne, najmniejsze wyjaśnienie. To po prostu się działo, tak właśnie było… nic więcej. Nic. Może się mylił? W końcu była jeszcze ona, Alice, reprezentująca promyk światła, matczyną troskę, pozytywne emocje - każdą dobrą część świata, której nie rozumiał, którą mu bestialsko odebrano, a którą w dalszym ciągu miał szansę poznać.

Nie przejmował się staraniami aurorki, nawet nie rejestrował ich, nie umiejąc dłużej bronić się przed cierpieniem i zmęczeniem ogarniającymi ciało. Każdy ma przecież swój limit – jego raz wyczerpywał się wolniej, innym razem szybciej, w zależności od skatowania układu oddechowego. W ich sytuacji podtrzymywanie się w pełni świadomości oraz próby obmyślenia planu działania wysysały z niego resztki zachowanej witalności, teraz znajdującej się na pozycji krytycznej, prawie zerowej. Nic więc dziwnego, że gdy wytwór Roy'a roztrzaskał więzy, na wpół przytomny Wilk osunął się bezwładnie na kolana. Gdyby nie reakcja Łapy, który chwycił go w silnym uścisku, padłby prosto na twarz. Nie warknął, nie zaoponował, jedynie trwając nieruchomo w objęciach Syriusza.

Koniec. – Po zesztywniałych barkach, łopatkach i rękach przeszedł prąd, sygnalizujący mozolny powrót czucia. Na nadgarstkach wciąż ciążyły kajdany, lecz nie wgryzały się już w skórę jak wygłodniałe drapieżniki. Najgorsze było oddychanie, podczas którego miał wrażenie, jakby do oskrzeli nieustannie wsypywano garście rozgrzanych igieł. Miał szczerą ochotę skulić się, zwinąć w kłębek i przeczekać to, ale nie mogli się ociągać. Nie ma czasu! – Poruszył się z zamiarem odsunięcia się od Blacka i pozbycia materiału uniemożliwiającego mu widzieć.

- Hej, spokojnie, dzieciaku – zanegował jego działania animag, nie pozwalając młodzieńcowi na samowolę.

Nimfadora, odzyskawszy rezon, pomogła zajętemu kuzynowi, ściągając tkaninę z głowy majora. Troje dorosłych mimowolnie przyglądało się z napięciem twarzy najmłodszego uczestnika wyprawy, nie wiedząc zupełnie, czego oczekiwać. Wilk, zauważywszy brak lnianej przepaski, uchylił ostrożnie powieki, aby przypadkiem nie zostać porażonym ostrym światłem. W korytarzu wyposażonym w ledwo kilka słabo palących się pochodni nie było go wiele, toteż Hari bez przeszkód przyzwyczaił się do powtórnego postrzegania otoczenia. Jego towarzysze odetchnęli z ulgą, nie znajdując nic nieprawidłowego w zielonych oczach.

- Tańczący, słuchaj mnie bardzo uważnie i nie waż się sprzeciwić poleceniom – rzekł Mustang, kucnąwszy przy podwładnym. – Plan jest następujący – zaczął. – Najpierw Tonks i Syriusz cię opatrzą – oboje wymienieni skinęli – a ja w tym czasie wydobędę kalcyty z aba, żebyś później mógł przez wiatr zlokalizować Ojca i osłaniać nas. Przede wszystkim musimy odzyskać nasz ekwipunek, więc musisz zaprowadzić nas tam, gdzie najprawdopodobniej jest przetrzymywany. Idziemy razem, nie ma poszukiwań na własną rękę, zrozumiano? – mówił powoli, dobitnie, jasno wskazując cele i priorytety. Całkowita improwizacja nie wchodziła w grę, tak samo rozdzielenie się na dwuosobowe składy.

Raikou spiął się niezadowolony, co Łapa natychmiast odczuł. Mógł tylko przypuszczać, jaka w tej chwili burza nawiedza myśli majora, któremu zabroniono odnalezienia tajemniczej Alice czy wziąć samotnego odwetu na Kasprze. Lata tropienia, wykonywania misji, użerania się z mordercami, zamachowcami, porywaczami, dochodzenia do prawdy odnośnie miejsca pobytu tego chorego, obłąkanego bydlaka… Hej! Momencik!

- Czegoś nie pojmuję – odezwał się, przerywając ciszę zakłócaną wyłącznie cichym powarkiwaniem młodzieńca. – Skoro mieszkałeś tutaj i wiedziałeś, że ten drań się tu ukrywa, dlaczego nie wróciłeś do tej kryjówki, żeby skopać mu tyłek? – zapytał skonsternowany, marszcząc ciemne brwi. Aurorka wyprostowała się zaskoczona, zaś Hari parsknął cicho.

- Mylisz się, Kundlu. Odwiedziłem ją wiele razy, lecz zawsze była w takim stanie, w jakim ją opuściłem: pusta, zostawiona, zawalona gruzami tak, że nie dało się nijak przejść. Musiał wrócić tutaj jakiś czas temu i odremontować ją. Poza tym, kiedy jeszcze tutaj żyłem, Ojciec nie przebywał w tym miejscu cały czas. Najczęściej trwało to tydzień, nim opuszczał pustynię na długie miesiące, prowadząc te swoje idiotyczne interesy. Sądzę też, że posiada parę innych „apartamentów" w różnych częściach świata i dlatego chciałem podróżować – odparł ochryple, co chwilę przerywając dla zaczerpnięcia haustu powietrza.

- Faktem też jest, że po ucieczce Tańczącego proces porwań w tym obszarze i produkcja hybryd zanikły – dodał pułkownik, zdejmując z Raikou beduińskie okrycie. Było to nieco problematyczne ze względu na rany, a także to, że był on nadal trzymany w ramionach Łapy.

Na szczęście Black szybko otrząsnął się z zadumy i przyłączył do Mustanga. Pozbawiwszy niezbyt ukontentowanego Wilka aba, każdy zajął się przydzielonym mu zadaniem. Nimfadora powoli, ostrożnie zsunęła ciężkie, stalowe pierścienie z pokaleczonych dłoni nastolatka. Udało się to tylko dzięki temu, że ich średnica była większa niż powinna, a lepka krew powodowała ślizganie się metalu po skórze. Dopiero teraz ukazały im się w pełnej krasie skutki szamotaniny Hari'ego – liczne, głębokie rozcięcia, szramy, paskudne siniaki wychylające się spod zastygłej posoki. Nie wyglądało to najlepiej, wręcz przeciwnie.

- Cholera, nie mamy bandaży – wymamrotała, bezskutecznie starając się zatamować krwotok. Przestrzeń przeszył dźwięk rozrywanej szaty.

- To wystarczy – powiedział Roy, podając jej brązowe pasmo wyrwane z odzienia majora. Ten prychnął, łapiąc je zanim uczyniła to różowowłosa.

- Sam … - zaczął, lecz nie dane mu było skończyć, ponieważ Syriusz poczochrał mu entuzjastycznie krucze kosmyki.

- Przestań, dzieciaku. Pozwól nam to zrobić – rzucił swobodnie. – Możesz na nas polegać, bo przecież… jesteśmy przyjaciółmi, nie? – Uśmiechnął się do niego radośnie, spychając tymczasowe, jak przekonywał się w duszy, niebezpieczeństwo na bok. Dla niego, owszem, przetrwanie było ważne, jednak misja odmrożenia serca młodzieńca zapoczątkowana podczas pogoni za hybrydami była ponad wszystko inne. Człowieczeństwo, pozytywne uczucia, wesołość oraz śmiech – to są prawdziwe skarby świata, których każdy bez wyjątku powinien zasmakować.

/„Ależ z ciebie buntownik!"… Delikatny niczym jedwab chichot rozległ się za kratami… „Wszyscy mają w sobie iskrę, nawet tacy jak ty."… „Wiem, że ty też cierpisz"… „Wierzę w ciebie, wiesz?"… „Przepraszam."… „Musisz po prostu sobie przypomnieć, jak to jest, kiedy…"… Ciepłe spojrzenie… „… masz kogoś, kto się o ciebie troszczy."/

Zielone oczy rozszerzyły się z szoku, kiedy wreszcie, choć nie w pełni, dotarł do niego sens słów i zachowania Alice. Kiedy wreszcie, mimo iż nie definitywnie, zrozumiał, co przeważnie miażdżyło to wieczne kłucie w klatce piersiowej. Co sprawiało, że ten chłód, ta zimna kra wycofywała się na krótkie okresy. Czego tak naprawdę, aczkolwiek nieświadomie pragnął. Dlaczego tak bardzo chciał JĄ odszukać. Była dla niego czymś w rodzaju bliskiej osoby, wspierającego rodzica, matki, próbującej wydrzeć go z brutalnej rzeczywistości pełnej mordu i śmierci.

- Dokładnie! Syri ma rację – odezwała się obserwująca go ze skrytą nadzieją Tonks. – Czasami nawet mam wrażenie, jakbyś był moim młodszym bratem, o którego muszę dbać – dopowiedziała, dając zdumionemu Wilkowi żartobliwego prztyczka w nos.

/Musisz po prostu sobie przypomnieć, jak to jest, kiedy masz kogoś, kto się o ciebie troszczy."/

Płomienny nie wtrącał się, nie zakłócał deklaracji dwójki kompanów, spoglądając nadzwyczaj miękko na podwładnego i czekając na jego reakcję. I właśnie wtedy – nie było odepchnięcia Łapy, wyrwania się z jego ramion i skrytykowania aurorki – kąciki ust porywczego młodzieńca odrobinę się uniosły. Otóż to, trójka dorosłych w osłupieniu patrzyła, jak Hari… uśmiecha się. Nie ironicznie, fałszywie czy podstępnie, a szczerze, naturalnie, prawdziwie.


Smok wyszczerzył ostre niby brzytwa zębiska, nieustannie miotając się po ziemi. Oszalały, na wpół oślepiony rozdziawił paszczę, wypluwając potężny potok ognia w każdą praktycznie stronę. To, co przetrwało poprzedni atak, po tym zostało praktycznie zmiecione z powierzchni globu. Czarny, gęsty dym wzbił się ku nieboskłonowi jeszcze raz, gromadząc się i tworząc niemożliwe do przebicia wzrokiem chmury. Jaszczur pokryty łuskami przeturlał się, prawie łamiąc swe błoniaste skrzydła i atakując wszystko, co się rusza. Jego masywna sylwetka kruszyła głazy, biczowaty ogon zostawiał na ziemi kilkudziesięciometrowe wyrwy, zakrzywione szpony zgniatały i rozszarpywały suche, cudem ocalałe pnie obalonych drzew.

- Idę do niego! – krzyknął Charlie do brata, po czym gwizdnięciem przywołał szybującego nad nimi gryfa. Wierzchowiec natychmiast zniżył lot, żeby umożliwić rudowłosemu wskoczenie na swój grzbiet. Zaraz po tym skierował się ku ogarniętemu obłędem smokowi, zręcznie omijając słupy pomarańczowych, żrących jęzorów.

- Czy jesteś zdolna mnie ubezpieczać? – zapytał Bill nadal klęczącą nimfę, która po sekundzie wahania skinęła na potwierdzenie.

- Łudzicie się, że zwyciężycie? – zasyczał Voldemort, unosząc różdżkę w celu rzucenia jednej ze śmiercionośnych klątw.

Nie przejmował się pożarem, płomieniami trawiącymi krajobraz, gdyż krążący za nim wampir ochraniał go przed tym rodowymi zaklęciami. Nie dopuszczał pożogi do chwilowego pana, osoby, która zagwarantowała jego ludowi wolność po wygraniu wojny i podbiciu wpierw Wielkiej Brytanii, potem, reszty kontynentów.

- Gdyby tak nie było, nie wychodzilibyśmy ci naprzeciw – odpowiedział najstarszy z potomstwa Molly i Artura, odważnie krocząc ku czarnoksiężnikowi.

Gotowy był uczynić wszystko, co w jego mocy, aby powstrzymać Riddle'a, nie dopuścić do porwania mapy Trójzębu. Gotowy był poświęcić życie dla dobrej, bezpiecznej przyszłości. Gotowy był zginąć w obronie tego, w co tak uparcie wierzył, co było bliskie jego sercu. Jesteśmy tylko małymi istotami, niczym wobec ogromnego wszechświata. Ale gdy to, co kochamy jest zagrożone, jesteśmy w stanie bez zastanowienia wystąpić przeciw niemu.


*Brookit - na temat tego minerału macie dokładnie TUTAJ

*Tajpan - jeden z najbardziej jadowitych węży świata.

*Jeżeli chodzi o to, dlaczego "Tytanowy tajpan", to odpowiedź macie w linku do brookitów, które są po prostu dwutlenkami tytanu.


Aby wystawić komentarz do opowiadania nie trzeba być zarejestrowanym na portalu ff. Wystarczy kliknąć o, to to pod rozdziałem ^^