Rozdział przed publikacją sprawdziły Felly oraz anga971 - dwie wspaniałe osoby, które bezlitośnie wyłapują wszystkie błędy. Za co ogromnie im, oczywiście, dziękuję.

Dziękuję również Gumosi, Isanis, fiction96, Lilith, Isztar, hulkowi, Anuii, wonnnderlaand, Xylone, Panterze, jupixx, Marley Potter, MinamiDaisy, kolosi oraz Neverquite za pozostawienie komentarza pod ostatnim rozdziałem. Ich czytanie było dla mnie prawdziwą przyjemnością i naprawdę trudno mi wyrazić, jak ogromnie wdzięczna jestem wam za wsparcie, jakie mi okazujecie. Z góry przepraszam też za to, że rozdział pojawia się z późnieniem oraz że dopiero teraz odpisuję powoli na wasze komentarze.

Lilith, bardzo dziękuję za komentarz. Cieszę się ogromnie, że opowiadanie przypadło ci do gustu! I aż pobudzasz we mnie wyrzuty sumienia, że wrzucam rozdziały tak późno i często z lekkim opóźnieniem :). Co do porównywania Izara do Harry'ego - ja zawsze zostawiam każdemu czytelnikowi przy tym wolną rękę. Każdy sam musi ocenić, czy uważa je za jedną postać, czy może jako dwie zupełnie różne osoby. Ja każdą opinię szanuję :). Isztar, och jej, przez ciebie mam wyrzuty sumienia, że zawracałam ci opowiadaniem głowę w czasie matur! Mam przynajmniej nadzieję, że poszło ci dobrze :). Choć cieszę się oczywiście, że opowiadanie ci się podoba. I dziękuję za wszystkie miłe słowa pod moim adresem :). Przyznam, że mnie również strasznie irytuje porzucanie ficów w połowie - to zdecydowanie zbyt częste zjawisko w fandomie. Masz rację, los Izara jest trochę tragiczny. Aczkolwiek właściwie zawsze do tego właśnie zmierzał - do utraty najbliższych. Co do reakcji Toma na horkruksa - mam nadzieję, że ci się ona spodoba :). hulku, cieszę się w takim razie, że rozdział nie zawiódł twoich oczekiwań. Mam nadzieję, że z poniższym będzie podobnie. Pantero, a ja mam nadzieję, że spodoba ci się reakcja Voldemorta na stworzony przez Izara fałszywy horkruks :). I bardzo dziękuję ci za komentarz. jupixx, proszę bardzo! :) I nie ma za co przepraszać, doskonale rozumiem, dlaczego byłaś zdenerwowana przerwą, zwłaszcza że nie wiedziałaś, co się dzieje. Cieszę się, oczywiście, że opowiadanie ci się podoba :). I tak, też sądzę, że odzyskana przez Izara wrażliwość na magię będzie w przyszłości pomocna. Neverquite, cieszę się, że rozdział ci się spodobał. I mam nadzieję, że podobnie będzie z poniższym. Rozmowa Izara i Voldemorta powinna ci się spodobać, tak myślę :). Więcej natomiast nie zdradzam.

Miłego czytania!


Ostrzeżenia: scena o zabarwieniu erotycznym. Czy coś w tym stylu. W każdym razie, jakbyście nie mieli na nią ochoty – przejdźcie po prostu za linię.


Gdy umiera dzisiaj

Część druga

Rozdział dwudziesty trzeci

Kiedy tylko wszedł do wielkiego pokoju, Voldemort gwałtownie pchnął go na ścianę. Silne ramiona oparły się po obu stronach jego ciała, więżąc go, niezachwiane i nieruchome. Izar nie potrafił zetrzeć ze swojej twarzy wielkiego uśmiechu, gdy spojrzał prosto w oblicze pochylającego się nad nim Czarnego Pana. Oczy mężczyzny były zwężone i śledziły każdą krzywiznę oraz linię twarzy młodzieńca.

Pokusa była zbyt silna. Izar przyłapał się na tym, że leniwie podnosi rękę i przesuwa koniuszkami palców po policzku Voldemorta. Czarny Pan nie odsunął się od tej pieszczoty, tylko mrugał przez chwilę, zanim jego wzrok się wyostrzył. Pomiędzy nimi zawisło napięcie i tak dobrze mu znana pewność, że nic się nie zmieniło. Pochylił się nieco bliżej, aż w końcu jego wargi dzielił od ust Voldemorta zaledwie krótki oddech. Izar pragnął ich, jednak wiedział również, że nie mógł poddać mu się tak łatwo.

Uśmiechając się szelmowsko, przemknął pod ramieniem Voldemorta i lekkim krokiem oddalił się od ściany.

- Minęło tyle czasu – przyznał cicho. – Niemal zapomniałem, że powinienem odmawiać ci tego, czego pragniesz. – Ruszył w stronę przeciwległego końca pokoju, doskonale świadomy głodnych i wnikliwych oczu obserwujących każdy jego ruch.

- Nie czuję się tym jakoś szczególnie zaniepokojony – skomentował Voldemort. – Doskonale zdaję sobie bowiem sprawę, że odmawiasz przy tym również samemu sobie.

Izar spojrzał na niego przez ramię, unosząc brew.

- Nie bądź tego taki pewien.

Voldemort przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.

- Chciałeś mi dzisiaj zaimponować – domyślił się stanowczo. Jego wężowe oczy przesunęły się po jego dopasowanych szatach wykonanych z eleganckiego i drogiego materiału. – I chociaż mi to schlebia, wolałbym, aby były białe. O czym doskonale wiesz, dziecko.

- No, no, no, ktoś ma dzisiaj o sobie strasznie duże mniemanie – zaświergotał Izar. Odwrócił się całkowicie, niezdrowo oczarowany obecnością mężczyzny. – W życiu nie zrobiłbym czegoś tak durnego, jak staranie się zaimponowania ci poprzez atrakcyjne ubranie się. – Był kłamcą. Obaj to wiedzieli.

Voldemort posłał mu w odpowiedzi krzywy uśmiech.

Izar westchnął lekko, znów się od niego odwracając, by skierować całą swoją uwagę na wypełniony luksusowymi potrawami i deserami mahoniowy stół.

- On chyba nie jest poważny? Lucjusz? – zapytał, robiąc kolejny krok w stronę przepełnionego jedzeniem stołu. Wszystko było na nim dokładnie ułożone. Truskawki głęboko rubinowe, mango pomarańczowe, owoce soczyste, a czekoladki elegancko udekorowane strumykami ciemnej i jasnej posypki.

- Oczywiście – wycedził Voldemort – należy mi się wszystko, co najlepsze. – Umilkł na moment, jakby się nad czymś zastanawiając. – Być może przydałoby ci się, gdybyś nauczył się od niego, jak powinno się mnie traktować.

Młodzieniec wyśmiał ten pomysł.

- Och nie – mruknął, pochylając się, by przyjrzeć się najbardziej apetycznie wyglądającemu deserowi. – Mnie wystarczy korzystanie z tego, że jestem blisko ciebie. – Izar w końcu chwycił jedną z truskawek i chciwie ją ugryzł. – Poza tym rozpieszczanie cię byłoby zbyt pracochłonne. Gdzie znalazłoby się w tym miejsce na zabawę?

- No tak – wycedził w odpowiedzi Voldemort. – W końcu nie chcielibyśmy, abyś się przepracował.

Izar zerknął na niego, zastanawiając się, jak powinien dalej postąpić. Żarty żartami, ale obaj mieli kilka spraw, które musieli przedyskutować i pytań wymagających odpowiedzi. Nie wiedział, co sprawiało mu większą przyjemność. Drażnienie się z Voldemortem, czy kłócenie z nim. Oba miały w sobie coś ekscytującego.

Odwrócił się całkowicie, opierając lekko o stojący za nim stół.

- Mam dla ciebie prezent – przyznał, rozpoczynając swoją strategię. Lepiej było zamachać najpierw Czarnemu Panu przed nosem nagrodą, zanim zażąda się od niego kilku rzeczy.

Szkarłatne oczy zalśniły krwisto.

- Och tak? Prezent z okazji przesilenia zimowego?

Izar pochylił głowę w zastanowieniu.

- Można by go za takowy uznać, chociaż osobiście wolałbym, aby był urodzinowy. Wiem, że masz je gdzieś pod koniec grudnia. – Odchrząknął, próbując stłumić rozbawienie. – Które to już w tym roku? Osiemdziesiąte, mam rację? A może dobijasz do dziewięćdziesiątki?

Voldemort pozostał niewzruszony, nawet nie drgnął pod wpływem tego przytyku. Wciąż stał niedaleko ściany i nic nie wskazywało na to, by miał się w najbliższym czasie ruszyć.

- Muszę przyznać, że tęskniłem za twoimi docinkami i nieznośnymi komentarzami – powiedział z powagą. – Choć niech to nie uderzy ci do głowy. W żadnym wypadku nie jest to komplement, jedynie stwierdzenie faktu – zlekceważył nonszalancko swój komentarz Voldemort, odpychając się w końcu od ściany i powoli zbliżając w jego kierunku.

Izar miał nadzieję, że udało mu się ukryć na twarzy emocje, jakie ogarnęły go pod pływem tego szorstkiego wyznania. Przyznawanie się do takiej słabości nie było w stylu Voldemorta. Chociaż jak najbardziej mile widziane. Obu im brakowało nawzajem swojej obecności. I chociaż nie należeli do osób, z którymi łatwo można było się dogadać, czuli się w swoim towarzystwie przyjemnie i znajomo. Lubili wyzwania, jakie sobie nawzajem stawiali… lub, w każdym razie, w przypadku Izara, próbowali sobie stawiać.

- Prezent? – podpowiedział Voldemort, skutecznie zmieniając bieg rozmowy.

- Prezent – powtórzył Izar, znów się na nim skupiając – otrzymasz po tym, jak o kilku rzeczach porozmawiamy. Bardzo istotnych rzeczach.

Voldemort zatrzymał się w pół kroku i uważnie się mu przyjrzał. W jego oczach rozpaliła się iskra okrutnego rozbawienia.

- No tak, oczywiście. Jakże głupie było z mojej strony zakładanie, że sprawisz mi przyjemność, nie wymyślając żadnego problemu.

Izar posłał mu zjadliwie spojrzenie.

- Chcę wiedzieć, czy jesteś zadowolony. – Kiedy Voldemort uniósł pytająco brwi, Izar doprecyzował: - Z mojej lojalności. Chcę wiedzieć, czy jesteś zadowolony, że jestem ci lojalny – zapytał wzgardliwie. – Ten test, jakiemu mnie poddałeś za pomocą Scrimgeoura, był dla mnie wysoce obraźliwy. Poświęciłem dla ciebie wiele rzeczy, a ty nie potrafisz nawet tego docenić?

- To było konieczne – wyjaśnił spokojnie Voldemort, wydawałoby się ślepy na gniew Izara. – Chociaż, zapewniam, to nie był tylko test. Nic z tego, o czym rozmawialiśmy w świętym Mungu po ataku na twojego ojca, nie było nieprawdą. Byłeś słaby. I z tego właśnie powodu odsunąłem cię z szeregów śmierciożerców. Nie żałuję swojej decyzji i podejmę ją ponownie, jeśli taka sytuacja się powtórzy.

Te słowa miały w sobie ostrzeżenie ubrane w zwykłe oświadczenie. Jeśli Izar będzie miał kolejne załamanie, Voldemort bez wahania wyciągnie go ze swojej armii i zmusi do pozbierania się. To sprawiało, że czuł się jak rozkapryszony bachor. Czy podczas minionego roku Voldemort nie zaczął spoglądać na niego chociaż trochęinaczej? Izar myślał, że dokonał od tamtego czasu dużych postępów, ale najwyraźniej się mylił.

- Doskonale to rozumiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego poszedłeś do Scrimgeoura i zasugerowałeś, aby spróbował mną manipulować.

- Spróbował? – wyszeptał radośnie Voldemort. – Z tego, co widziałem, udało mu się to zaskakująco dobrze, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego absolutny brak subtelności.

- Od kiedy tylko zmienił taktykę, doskonale wiedziałem, że próbuje mną manipulować. Od razu domyśliłem się też, że to ty za tym stoisz, ty pieprzony draniu – syknął Izar, czując, jak świat znów zaczyna rozmazywać mu się przed oczami. – Udało mu się to tylko dlatego, że źle go z Oranem oceniłem. Jak na kogoś tak porywczego, Scrimgeour był w swoich planach dość cierpliwy i dyskretny. Ale to tylko dlatego, że Dumbledore zanurzył w tej mieszance swoją obrzydliwą brodę.

Izar odetchnął głęboko z przyzwyczajenia, aby uspokoić wzbierający w nim gniew. Im bardziej w nim on bowiem wzrastał, tym mocniejsze stawały się jego zawroty głowy. Dawało mu się we znaki wyczerpanie wywołane stworzeniem horkruksa.

- Czyżbym uderzył w czuły punkt? – wydumał delikatnie Voldemort. – Czyż to nie właśnie przed tym cię ostrzegałem? Jesteś zupełnie jak kociak… z tą swoją ciekawością. Twoja fascynacja niektórymi ludźmi i rzeczami nie jest zdrowa.

Odepchnąwszy się od stołu, Izar zaczął się ku niemu zbliżać.

- Przyznajesz więc, że podsunąłeś Scrimgeourowi pomysł manipulowania mną tylko po to, by przetestować moją lojalność. Ale zarazem twierdzisz, że chciałeś dać mi nauczkę. Ostrzec, że nawet najbardziej przewidywalne osoby mogą mieć w rękawie jakąś niespodziankę. – Splótł ręce za plecami, podświadomie przesuwając palcami po czarnym pierścieniu celtyckim. – Więc jak to ostatecznie jest, mój Panie? Dlaczego dokładnie pomogłeś Scrimgeourowi mnie zwieść?

Czarny Pan usiadł powoli w skórzanym fotelu, sprawiając wrażenie, jak zwykle, obojętnego.

- A kto powiedział, że nie mogłem zrobić tego z więcej niż jednego powodu? Choć, muszę przyznać, sam byłem zaskoczony tym, jak to wszystko dobrze poszło. – Głos mężczyzny kipiał arogancją. – Nie tylko powstrzymałem Scrimgeoura przed wyrzuceniem cię z Departamentu Tajemnic o miesiąc za wcześnie, ale również przetestowałem twoją lojalność i nauczyłem cię cennej lekcji.

Izar parsknął śmiechem, jakoś nawet nie zaskoczony postawą mężczyzny wobec tej całej sytuacji.

- Zastanawiam się – zaczął – czy nie należysz tak naprawdę do tych czarodziei, którzy robią rzeczy pod wpływem chwili, uprzednio ich nawet nie przemyślawszy. A potem znikąd pojawiają się rezultaty, zupełnie jakbyś uważnie zaplanował każdy krok, choć w rzeczywistości tylko niedbale płyniesz z nurtem wydarzeń. – Izar przyjrzał się uważnemu uśmieszkowi, jaki wykrzywił usta mężczyzny. – A potem, oczywiście, pod koniec dnia siadasz ze szklaneczką whisky i zastanawiasz się, co zrobić, by wydawało się, że od początku to wszystko zaplanowałeś.

Voldemort pokręcił tylko głową.

- Obawiam się, że nigdy się tego nie dowiesz, dziecko.

- Dowiem się – obiecał żarliwie Izar. – Kiedyś…. Kiedyś będę znał cię na wylot. – Zrobił duży krok w stronę Voldemorta, kontynuując, zanim Czarny Pan mógłby zacząć się z nim kłócić. – Jednak wciąż nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Czy jesteś zadowolony z mojej lojalności?

Voldemort przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Jego długie palce postukały o siebie pod jego brodą.

- Myślę, że znasz na to odpowiedź, dziecko.

Izar zatrzymał się przed Voldemortem w taki sposób, że jego kolana ocierały się o jego nogi. Stał wyprostowany, ciesząc się świadomością zajmowania w towarzystwie siedzącego Czarnego Pana pozycji stojącej. Choć mężczyzna wyglądał oczywiście, jakby to on znacznie go przewyższał.

Dziedzic Blacków pochylił się do przodu, kładąc dłonie na obu podłokietnikach.

- Myślałem, że znałem na to odpowiedź, kiedy straciłem dla ciebie rozum przez dementorów. A jeśli nie wtedy, myślałem, że znałem odpowiedź, gdy poświęciłem dla ciebie swoją śmiertelność. A jeśli nawet to nie było wystarczające, być może… kiedy odwróciłem się dla ciebie od mojej rodziny. – Ich twarze dzieliły cale, a ich oczy niezachwianie się w siebie wpatrywały. – Wiele dla ciebie poświęciłem. Wiele rzeczy, których nigdy już nie będę mógł odzyskać, bez względu na to, jak bardzo bym chciał. Kiedy zaczniesz więc dostrzegać, że jestem lojalny? Że możesz mi ufać?

Voldemort poruszył się szybko, niczym rozgniewany wąż. Przyjemnie ciepłe dłonie zacisnęły się ostro wokół jego gardła, przyciągając go do siebie. Izar był zmuszony wpatrywać się w ścianę ponad ramieniem Voldemorta, gdy ten wdychał jego zapach i musnął ustami jego wrażliwą, odsłoniętą skórę.

- Zaufanie, jakim cię obdarzam, nie jest takie samo jak to, które pokładam w moich śmierciożercach. A twoja lojalność w żadnym wypadku nie jest porównywalna do lojalności pospolitego poplecznika. – Zęby musnęły jego szyję, o dziwno niewystarczająco ostre, aby przebić ją do krwi. – Te testy, te poświęcenia były konieczne. Bez względu na to, jak dla ciebie bolesne.

Izar odsunął się od niego, ściskając boleśnie nadgarstki mężczyzny, nim ten nie puścił jego szyi.

- Czy udało mi się zdobyć twoje zaufanie? – powtórzył śmiało.

Wzrok Voldemorta przyciemnił się złowieszczo.

- Tak.

Pomimo małego zwycięstwa, jakie odniósł Izar, zmusiwszy Voldemorta, by to przyznał, obaj doskonale wiedzieli, że to zaufanie bardzo łatwo można było zniszczyć. W oczach Voldemorta lśniło ciche ostrzeżenie, które obiecywało, że spotkałyby go srogie konsekwencje, gdyby kiedykolwiek nadużywał tego zaufania bądź je złamał.

I młody czarodziej nigdy nie miał zamiaru do tego dopuścić.

- Jesteś poszukiwanym przestępcą – kontynuował spokojnie Voldemort, jak gdyby wcale nie przyznał się właśnie do słabości.

Oczywistym było, że nie czuje się dobrze z tym tematem i Izar nie potrafił go za to winić. Również dla niego samo zapytanie o to było niezręcznie, jednak musiał wiedzieć, że był to już koniec testów lojalności Voldemorta. Jasne, wciąż będą stawiać sobie wyzwania i Izar nie mógł się już ich doczekać, jednak nie będą to już testy, które będą obrażały go oraz to, co poświecił.

- Mimo że w noc ataku odstawiłeś imponujące przedstawienie, popełniłeś jeden poważny błąd.

Izar uniósł wysoko brodę, natychmiast mając się na baczności.

- Dlaczego tak mówisz? Nie miałem innego wyboru. Mogłem albo ujawnić, że jestem śmierciożercą, albo pozwolić, aby większość z nich została pozbawiona magii.

- Nie mówię o tym, że się ujawniłeś. Mam na myśli twoje późniejsze polowanie. – Widząc nieznacznie zaskoczony wyraz Izara, Voldemort uśmiechnął się groźnie. – Chyba nie myślałeś, że nie mam pojęcia, co wyrabiasz, hmm? Wiedziałem o tym, że znikają, giną Niewymowni, na długo przed tym, jak opinia publiczna w ogóle o tym usłyszała. Polowałeś na tych, którzy brali jakikolwiek udział w tworzeniu tego wynalazku. W czym więc problem? Zapomniałeś o najważniejszym z nich.

- Oranie – splunął z obrzydzeniem Izar. – On jest nieważny. – Obrócił się plecami do siedzącego Czarnego Pana, całkowicie świadomy skierowanego na tył jego głowy oceniającego spojrzenia. Magia mężczyzny połaskotała jego zmysły, zarówno przyjemnie, jak i ostrzegawczo. Zawsze ostrzegawczo. – Oran to żałosny chłopczyk, który potrzebuje potężnych jednostek, takich jak Dumbledore czy Scrimgeour, by prowadziły go za rękę – spróbował się obronić. Nienawidził tego, jak speszył go komentarz Voldemorta. Nienawidził też prawdziwego powodu, dla którego nie zabił jeszcze Connera Orana. – Potrzebował grupki Niewymownych, która pomogłaby mu w stworzeniu tego urządzenia. Będzie zbyt przerażony, aby rozważać skonstruowanie kolejnego.

- Chciałeś zostawić go na sam koniec – mruknął Czarny Pan. – Upewnić się, że będzie świadomy śmierci swoich współpracowników. Chciałeś, by wiedział, że będzie następny. To dość samolubne i dziecinne, Izarze. Zwłaszcza że to on wymyślił cały ten wynalazek. – Voldemort bez najmniejszego wysiłku przejrzał go na wylot.

Miał już dość kpiny. Zwłaszcza po tych wszystkich trudach, przez jakie musiał przejść, nie miał ochoty wysłuchiwać, co do powiedzenia o tej sprawie ma Voldemort.

- Nie traktuj mnie protekcjonalnie, mój Panie – szepnął niebezpiecznie. Stawił mu czoła, nie znajdując powodu, by wziąć sobie jego słowa do serca. – Pouczanie mnie o moich grzesznych przyjemnościach to z twojej strony niezła hipokryzja. W końcu to ty masz problemy z jednotorowością umysłu, gdy chodzi o torturowanie.

Kiedy tylko te słowa opuściły jego usta, Izar zdał sobie sprawę, że nie była to najlepsza rzecz, jaką mógł powiedzieć. Bywały czasy, gdy mógł, przekomarzając się, wytykać Voldemortowi słabości, jednak ton, jakiego użył tym razem, był wysoce pozbawiony szacunku. I pomimo że ich relacja się rozwijała, a między nimi istniało zaufanie, Izar musiał pamiętać, że Voldemort jest Czarnym Panem i jego Mistrzem. Istniały granice, których musiał być świadomy.

A właśnie jedną przekroczył.

Ciało Voldemorta zdawały się otoczyć cienie, kiedy wstał, przez co wydawał się jeszcze wyższy i bardziej złowieszczy niż zazwyczaj. Posiadany przez Izara dar wrażliwości na magię był w stanie wychwycić jego aurę, kiedy ta wirowała wokół mężczyzny niczym wściekłe fale.

- A ty nigdy nie będziesz traktował protekcjonalnie mnie – wysyczał groźnie Voldemort.

Izar zacisnął mocno usta, zanim ulegle się odwrócił. Zastanawiał się, czy Voldemort nie był przypadkiem tak bardzo zły tylko dlatego, że wytknął mu jego prawdziwą słabość. Najprawdopodobniej wierzył, że nie posiada żadnych wad i nie godził się z tym, by ktoś mu je wskazywał.

Sprawa zafascynowania Voldemorta torturami wiązała się także z obawami, które Izar miał względem wojny oraz przyszłości. Ich niekończącej się przyszłości.

Chciał porozmawiać z Voldemortem na temat wielu spraw, jednak wiedział, że ich czas jest teraz ograniczony. Poza tym Czarny Pan nigdy nie miał cierpliwości na długie rozmowy.

- To prawda, że chciałem, by bał się mojego pojawienia się – przyznał cicho Izar. – Co nie zmienia jednak faktu, że prędzej czy później go dopadnę. Jestem pewien, że Lucjusz będzie w stanie dowiedzieć się, gdzie Ministerstwo go trzyma. A żadne bariery nie mogą mnie zatrzymać. – Mogło być to z jego strony trochę aroganckie, jednak teraz, kiedy powróciła jego wrażliwość na magię, oderwanie i usunięcie jakichkolwiek barier nie będzie dla niego najmniejszym problemem.

Czarny Pan zachichotał niebezpiecznie, co sprawiło, że Izar obrócił szybko głowę i spojrzał na niego podejrzliwie.

- Bawisz mnie, dziecko – wycedził Voldemort. – Naprawdę wierzysz, że teraz, gdy jesteś poszukiwanym przestępcą, pozwolę ci opuścić moje bezpieczne skrzydła? Twoja wolność właśnie się skończyła. Gdy tylko będziesz chciał wydostać się z tej rezydencji lub mojej bazy, będziesz potrzebował mojej zgody i, przede wszystkim, ochrony.

I nagle cała ta niezależność i wolność, jakimi Izar cieszył się przez ostatni miesiąc, została mu wyrwana. Znów był w klatce, która otaczała go niczym cztery solidne mury i nie pozwalała na żadną aktywność bez ścisłej zgody Voldemorta.

Młodzieniec pochylił głowę i zaczął cicho chichotać, co wkrótce zamieniło się w kwitnący śmiech. Histeryczny.

- Nie wiem nawet, dlaczego wciąż z tobą próbuję – wyszeptał poprzez swoją histerię. Niespodziewanie poczuł się uwięziony, klaustrofobicznie. Fakt, że pomimo iż nie potrzebował tlenu, i tak trudno mu było oddychać, mówił dość wiele o jego obecnym stanie psychicznym i emocjonalnym.

Nie będąc w stanie pozostać w tym pokoju choćby chwili dłużej, Izar minął Voldemorta i szybko wyszedł na korytarz. Tam pochłonęła go ciemność, a on skulił się w sobie. Jego ramiona opadły, pochylił też głowę. Otaczający go świat zaczął się kręcić i Izar położył dłonie na kamiennych ścianach korytarza, aby się podeprzeć. I chociaż cienie ukrywały jego osłabiony wyraz twarzy, wiedział, że Voldemort, który spokojnie za nim podążył, spostrzeże jego słabnącą determinację.

Czy to właśnie tak od teraz będzie? Czarny Pan bez przerwy będzie miał go na oku?

Oczywiście, że nie.

Co było z nim nie tak? To, że był w tej chwili niestabilny po stworzeniu sztucznego horkruksa nie znaczyło, iż musi tracić wszelki zdrowy rozsądek.

Wyprostował ramiona, zmuszając się do odepchnięcia od siebie swojego wycieńczenia. Przecież zachodzenie Voldemortowi za skórę było jego życiowym celem. Wiedział, że będzie równie niezależny, co wcześniej, bo po prostu na nic innego się nie godził. Voldemort spróbuje go ujarzmić, jednak on sam z równie wielkim zacięciem będzie walczył o to, aby się od niego uwolnić. Wymknięcie się z dworu Malfoyów bądź bazy Czarnego Pana nie mogło być przecież zbyt trudne. Już on o to zadba.

Wdrapywał się bezgłośnie po schodach, zmierzając do pokoju, który zajmował w zeszłą uroczystość przesilenia zimowego. Zresztą sama Czarna Magia, jaką nałożył na Nagini, wabiła go w odpowiednim kierunku.

Postanowił, że mimo ich sprzeczki nie będzie zwlekał z przekazaniem jej Czarnemu Panu. Voldemort był draniem i Izar powinien się tego spodziewać. W każdym razie pragnął jak najszybciej pozbyć się Nagini i położyć się spać zaraz po tym, jak odda ją Voldemortowi.

- Nie zasługujesz na to – przemówił do śledzącego go cienia – ale istotne jest, byś otrzymał ten prezent najszybciej, jak to tylko możliwe.

Poczuł ulgę, gdy okazało się, że pokój, którego używał w zeszłym roku, rzeczywiście został mu przypisany i tym razem. Szybko spostrzegł stojący obok dużego łóżka kufer. Kiedy tylko Voldemort zakradł się za nim do środka, Izar zamknął drzwi machnięciem różdżki.

Mężczyzna nie odezwał się, gdy młodzieniec uklęknął obok swojego kufra. Machając różdżką nad zamkami, Izar szybko je otworzył, a następnie uśmiechnął się krzywo, dumny z siebie, gdy wabiąca go w kierunku koszyka Nagini magia jeszcze bardziej się nasiliła. Jeśli Voldemort również ją poczuł, nic nie powiedział.

- Masz – zachęcił go Izar. Podniósł koszyk i wysunął go w stronę Czarnego Pana, ciesząc się, że pomyślał o tym, by nałożyć na niego zaklęcia poszerzające jego małe wnętrze i likwidujące jego wagę.

Voldemort przyjrzał się podejrzliwie koszykowi, odmawiając wzięcia go w swoje ręce. Oczywiste było, że wyczuwał wręcz wyciekającą z niego moc. Szkarłatne oczy przesunęły się na twarz Izara, uważnie się jej przyglądając. Następnie, marszcząc mocno brwi, Voldemort usiadł powoli na skraju jego łóżka i otworzył przyjmująco ręce.

- Powinienem się uzbroić?

Izar spojrzał na niego spod byka.

- Po prostu go otwórz.

Czarny Pan wziął koszyk i położył go na swoich kolanach. Ostrożnie otworzył jego wieczko i Izar pochylił się do przodu, gorliwie obserwując jego reakcję.

Nagini, jak gdyby sfrustrowana z powodu bycia zamkniętą przez cały dzień w tej klatce, wystrzeliła szybko do góry. Refleks Voldemorta był jednak równie dobry i szybko owinął on dłoń wokół jej otwartej paszczy. Dzięki temu trzymał ją mocno za pysk, kontrolując jej ruchy. Zarówno wąż, jak i mężczyzna przyglądali się sobie przez chwilę, oddaleni o zaledwie kilka cali – Voldemort z zainteresowaniem, a Nagini z nieufnością.

- Wąż – wydumał z nikczemną przyjemnością Voldemort. – Bardzo atrakcyjny wąż. – Jego nozdrza zadrgały, gdy wdychał jej zapach. – A także kobieta, którą na tobie poczułem.

Izar oparł z irytacją czoło o swój kufer.

- Głupcze – mruknął z lekką naganą. – Naprawdę myślisz, że tylko tym jest?

Voldemort po raz ostatni spojrzał na Nagini, po czym zmusił ją do wrócenia do kosza. Izar przyglądał się temu na wpół rozbawiony, a na wpół zaniepokojony o zdrowie psychiczne węża. Jej oczy błyskały na niego oskarżająco z wnętrza klatki, zanim Voldemort zamknął jego pokrywę.

- Długo czekała, aby z tobą porozmawiać. – Izar poczuł, że powinien bronić tego ogromnego węża.

- To może poczekać – odpowiedział szybko Voldemort, zanim pochylił się i złapał go za kołnierz. Następnie równie szybko, jak zatrzymał wyskakującą Nagini, podniósł Izara z podłogi na łóżko.

Zanim młodzieniec mógłby przetworzyć ich pozycję, długie palce owinęły się u podstawy jego włosów i odciągnęły do tyłu jego głowę, odsłaniając gardło. Chwilę później usta zaborczo przycisnęły się do jego szyi.

- To mój horkruks – odpowiedział na jego wcześniejsze pytanie Voldemort. – To imponujące. Ty jesteś imponujący – wyszeptał ochrypłym głosem mężczyzna do wilgotnej skóry jego szyi.

No proszę, to było coś, do czego Izar z pewnością mógłby przywyknąć. Jeśli Voldemort chciał kontynuować, na pewno nie będzie mu przerywał…

Jęknął cicho. Nigdy wcześniej nie czuł się tak rozanielony jak teraz. Znajdował się na szczycie Voldemorta. Co było smutne? Nie mógł znaleźć w sobie siły, aby się podniecić. Kiedy jego zmysły ogarnął ogień, wyczerpanie i zmęczenie uderzyły w niego ze zdwojoną siłą. Jego oczy wcale nie były w lepszym stanie, błagając o chwilę wytchnienia. Izar próbował zepchnąć to wszystko na bok, wykorzystać okazję… okazję, która, jak wiedział, już się nigdy więcej prawdopodobnie nie powtórzy.

Miał kontrolę. Oto gdzie się właśnie znajdował, na szczycie zadowolonego Czarnego Pana i jedyne, o czym mógł myśleć, to jak wyśmienicie wyglądały te poduszki przy wezgłowiu łóżka.

Voldemort wydawał się zauważyć jego brak podniecenia, bo gwałtownie odwrócił ich pozycje. Był pobudzony, czego twardy dowód przyciskał się teraz do nogi Izara. Młodzieniec westchnął z zaskoczenia, tylko przez chwilę rozważając ich pozycję.

Był to pierwszy raz, gdy Voldemort w całości na nim leżał. Jego waga była przytłaczająca, a sylwetka zaborcza i dominująca. Gdyby Izar pragnął, mógłby się jakoś spod niego wyplątać, ale właściwie podobało mu się ich obecne położenie. Materac, na którym leżał, był niezwykle miękki…

Przymknął oczy, z pozoru z rozkoszy, kiedy Voldemort potarł przez szaty jego męskość, aby go podniecić.

To był dobry dzień – pomyślał Izar. Powrócił do śmierciożerców po długiej i podejrzanej nieobecności, zabił jednego z ostatnich Niewymownych, jaki przyłożył rękę do stworzenia wynalazku Connora, stworzył w końcu horkruksa, na którego polować będzie Jasna Strona i całkiem dobrze poradził sobie z Voldemortem.

Mając to na uwadze, niezwłocznie zasnął.


- Black.

Wołanie było dosyć ciche, więc Izar zapadł z powrotem w głęboki sen. Jednak uporczywy głos rozbrzmiewał dalej…

- Black!

Izar obudził się gwałtownie, senny i oszołomiony. Ślina oblepiła kącik jego ust, czuł na sobie również ciężki koc. Przez chwilę wpatrywał się w swoje całkowicie ubrane – w teraz już pomięte szaty – ciało. Na stopach, które zwisały poza krawędź łóżka, wciąż miał buty.

A potem wszystko do niego powróciło.

Jego wzrok wyostrzył się, kiedy szybko skierował go na mężczyznę siedzącego leniwie na krześle obok łóżka. Voldemort miał na sobie nowe szaty, co świadczyło o tym, że nie spędził całej nocy w jego pokoju i że nastał nowy dzień. Nagini owinięta była z zadowoleniem wokół jego ramion, wręcz mrucząc, gdy mężczyzna gładził wrażliwy obszar pod jej brodą. Oboje wpatrywali się w niego z niezadowoleniem, choć każdy z nich miał ku temu inny powód.

- Proszę bardzo – mruknął spokojnie Voldemort. – Zaproś tu swojego gościa. Z chęcią posłucham, co ma ci do powiedzenia młody pan Malfoy.

Izar usiadł, przykładając dłonie do swoich oczu, aby się skupić. Jak na razie ten dzień nie zapowiadał się zbyt dobrze. Obudzenie się przy niezadowolonym Czarnym Panu i zdesperowanym Malfoyu? Przynajmniej jakimś cudem zmalało jego wyczerpanie, zamieniwszy się w zwykłe zdezorientowanie wywołane długą drzemką.

- O ile tylko zrobisz się jakoś niewidzialny – odparł posępnie Izar. Młodzieniec powoli podniósł się z łóżka, kiedy od strony drzwi dobiegło kolejne głośne pukanie. Nie wiedział, czy będzie w stanie zebrać w sobie wystarczająco cierpliwości, aby poradzić sobie z Draco Malfoyem.

- Do cholery jasnej, Black, otwórz te…

Wierząc, że Czarny Pan ukryje swoją obecność, Izar otworzył z zamachem drzwi, posyłając Malfoyowi duży grymas.

- Pragnę poinformować, że udało ci się osiągnąć swój cel – syknął posępnie Izar.

Draco przyjrzał mu się szybko od stóp do głów, zanim wszedł bez zaproszenia do jego pokoju.

- Jaki cel? – odparował majestatycznie blondyn. – Obudzenia twojego leniwego tyłka?

- Nie – odpowiedział spokojnie Izar, zanim zamknął drzwi. – Sprawienia, bym uwierzył, że jesteś nieznośnym bachorem.

Oczy Draco, tak bardzo podobne do oczu jego ojca, rozejrzały się po pomieszczeniu. Na szczęście Czarnego Pana ani Nagini nigdzie nie było widać. Pozostała tylko pognieciona pościel, która jednak w żaden sposób nie poddawała wątpliwości faktu, iż łóżko nie zostało rozścielone przed snem. Spojrzawszy na materac, Izar mimowolnie przypomniał sobie, co zaszło poprzedniej nocy.

Nie mógł uwierzyć, że zasnął, kiedy Voldemort próbował go podniecić. To była okazja, której nigdy nie powinien zmarnować. Był gotowy na seks. A ostatniej nocy Voldemort był z niego na tyle zadowolony, aby pozwolić mu przejąć choć odrobinę kontroli. Jedno było pewne – kiedy następnym razem posuną się tak daleko, Voldemort będzie absolutnie nie do zniesienia.

- To uczucie jest w takim razie jak najbardziej odwzajemnione – zgodził się Draco.

Wzrok Izara oderwał się od łóżka i skierował na stojącego obok niego, niższego czarodzieja. Skupiwszy się na nim, Izar bez problemu spostrzegł, że ostatnie czasy nie były dla niego łatwe. I chociaż Malfoy dobrze to ukrywał, wyostrzony wzrok Blacka dostrzegał cienie pod jego oczami, zaczerwienione białka, chorowitą bladość… wszystkie oznaki emocjonalnego niepokoju. Jak gdyby chcąc potwierdzić jego przypuszczenia, otaczająca chłopca aura osłabła i wydzieliła jasne, rozpaczliwe fale, zanim znów przygasła.

Izar powoli odwrócił się od niego, udając, że tego nie zauważył. Zastanawiał się, czy nie powiedzieć Malfoyowi, że porozmawiają później, na osobności, ale z drugiej strony zupełnie nie obchodziło go, co podsłucha Czarny Pan.

- O czym chciałeś ze mną porozmawiać? – zapytał bez żadnej uszczypliwości. – Czy ma to jakiś związek z tym, czego chciała ode mnie zeszłej nocy Daphne?

Z ust chłopca uciekło zmęczone westchnienie, kiedy podniósł on z biurka jakiś ornament. Izar przyglądał mu się uważnie, dzięki czemu zauważył upór, z jakim blondyn zacisnął usta.

- Nie chciałem z tym do ciebie przychodzić. Nie mam jednak wyboru. Daphne zapewniała mnie, że pomożesz.

- Jeśli tylko będę w stanie – odparł sceptycznie Izar. – Co stwierdzę, gdy dowiem się, o co chodzi.

Draco dalej stał od niego odwrócony, śledząc palcami ciemne zawijasy szklanego ornamentu.

- Dostałem od Czarnego Pana zadanie. – Izar natychmiast wyprostował się, gotowy mu przerwać, jednak Malfoy kontynuował: – Miałem udowodnić nim moją wartość, moją lojalność. Gdyby mi się powiodło, awansowałbym do drugiego szeregu. Sam tak powiedział. Powiedział, że jeśli ukończę to zadanie, będę godzien wspięcia się na kolejny poziom. I podobnie jak mój ojciec, któregoś dnia znajdę się w Wewnętrznym Kręgu. – Draco obrócił się, wpatrując się w Izara z ognistą pasją. – Pragnę tego jak niczego innego na świecie, Black.

Istniały dwa typy śmierciożerców. Jedni, tacy jak Lucjusz, Lestrange'owie czy Izar, byli okrutni… ostrzy… i nie do końca zdrowi na umyśle. Istniała jednak również druga grupa, której członkowie płynęli z prądem, bo albo myśleli, że tego się właśnie od nich oczekuje, albo chcieli wpasować się w formę. Formę, w której mile widziane były odrzutki społeczeństwa. Draco należał do tych drugich. Chciał napełnić dumą swojego ojca.

- Jesteś pewien? – zapytał miękko Izar. – A może sądzisz, że to twój ojciec pragnie tego bardziej niż ty?

Draco wpatrywał się w niego przez chwilę, zanim gwałtownie odłożył szklany ornament na stolik.

- Wiedziałem, że mi nie pomożesz. Niepotrzebnie tu przyszedłem. Najlepiej w ogóle o tym zapomnij, Black.

Izar uniósł wzrok ku niebu, zbierając w sobie wszystkie pokłady cierpliwości, jakie tylko miał pod ręką, zanim ruszył do przodu i chwycił Draco za nadgarstek, zatrzymując go.

- Przestań się nad sobą użalać, Malfoy – skarcił go. – Powiedziałem, że pomogę, jeśli dowiem się, o co chodzi. Jeszcze mi nie wyjaśniłeś.

Nie miał zamiaru naciskać na temat zaangażowania Draco w szeregach śmierciożerców. Chłopiec byłby imponującym politykiem, jednak wydawało się, że skupia się jedynie na zrobieniu wrażenia w armii Voldemorta.

Draco westchnął ciężko przez zęby, posyłając Izarowi pełne pogardy spojrzenie.

- Chce, abym znalazł sposób na przedostanie śmierciożerców do Hogwartu.

Izar puścił jego nadgarstek, przez moment całkowicie zaskoczony. Voldemort prawdopodobnie kipiał ze złości, że Draco rozmawiał z kimś o zdaniu, które przed nim postawił. Chociaż, sądząc po pełnym przygnębienia wyglądzie Malfoya, oczywiste było, że nie radził sobie z nim zbyt dobrze.

- Jest taka szafa, dwie szafy, mówiąc dokładniej – kontynuował Malfoy. – Można się dzięki nim przenieść z jednego miejsca w drugie…

- Szafka Zniknięć – podpowiedział mu Izar, przypominając sobie, jak czytał o nich w jednej ze swoich książek. Malfoy posłał mu pełne pogardy spojrzenie wywołane tym, że tak szybko i bez trudu domyślił się odpowiedzi. Izar nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. – To genialny pomysł. I jedna z nich znajduje się w Hogwarcie? Gdzie? Dumbledore jej nie usunął?

Malfoy upuścił wzrok, pociągając za swoje szaty.

- Jedna jest w Pokoju Życzeń, a druga u Burkesa. I nie, dyrektor nie zdał sobie jeszcze sprawy z jej znaczenia. – Draco spojrzał na Izara z odrobiną desperacji. – Próbowałem wszystkiego. Za każdym razem, gdy wkładam do niej jakiś obiekt, powraca on do mnie martwy lub… lub cholernie zniszczony. – Białka oczu Malfoya rozbłysły, gdy na jego twarzy pojawił się wyraz lekkiego obłąkania.

Izar zamrugał, po czym zachichotał cicho. Nie chciał, by ten dźwięk uciekł mu przez usta, ale tak się stało i Malfoy doskonale go usłyszał.

- Sądzisz, że to śmieszne?

- Właściwie nie – odparł Izar, opanowując się. Odwrócił się od Malfoya i zaczął szczerzyć w stronę ściany, aby przynajmniej w taki sposób okazać swoje rozbawienie. Ten chłopiec popadał w histerię. I nie było niczego złego w tym, że Izar uważał to za zabawne. – Przyznaję, że nie znam wszystkich właściwości Szafek Zniknięć. Będę musiał trochę się o nich dowiedzieć. Ale brzmi to tak, jakbyś miał problem z szafką znajdującą się u Burkesa i tym, jak odsyła ona dany przedmiot do Hogwartu lub nawet być może z tą znajdującą się w Hogwarcie, kiedy przesyła jakiś przedmiot do Burkesa.

Rozmyślał po prostu na głos, zastanawiając się, czy byłby w stanie pomóc Malfoyowi, nie mogąc osobiście zobaczyć koniecznego do naprawy przedmiotu.

- Mógłbyś mi z tym pomóc? – zapytał Draco.

Dobry chłopczyk. Blondyn pozbierał się już ze swojej rozpaczy i na jego twarz powracała w końcu zimna, czystokrwista maska, którą stworzył dla niego Lucjusz. A jednak… w tonie Draco było coś jeszcze. Coś, co Izar mógł uznać za wahanie.

- Być może – zaczął – będę mógł udać się do Borgina i Burkesa, aby się temu z tobą bliżej przyjrzeć. Jednak… - Odwrócił się i zmrużył na chłopca oczy. – Tylko, jeśli powiesz mi, co jeszcze cię dręczy.

Draco wyprostował się, krzywiąc się szyderczo.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz.

Izar zrobił ku niemu duży krok.

- Och, myślę, że masz. Tak czy inaczej, jeśli mi nie powiesz, mogę pójść do naszego Pana i poinformować go, że nie jesteś w stanie ukończyć zadania, które przed tobą postawił. Jestem pewien, że byłby zachwycony, gdybyś…

- Jesteś taki sam jak Bella – oskarżył go gwałtownie Draco. – Oboje macie tę słodką fasadę i ton, jednak pod szalonym błyskiem w oku kryje się w was pieprzona suka.

- No, no, no – skarcił go cicho Izar. – Czym innym jest oskarżanie mnie o bycie suką, a czym innym pozwalanie, by twoim słownictwem rządziła zazdrość. – Młodzieniec machnął lekceważąco ręką na oburzone spojrzenie Draco. – Czasami wydaje mi się, że pasowałbyś lepiej do mojej części rodziny. Gdybyśmy mogli zamienić się miejscami… - Urwał, zastanawiając się, jak potoczyłby się jego życie, gdyby Lily przespała się z Lucjuszem, a nie Regulusem.

A następnie szybko odepchnął od siebie te myśli.

Chociaż Draco doskonale pasowałby do Regulusa i Syriusza, a Izar do Lucjusza, obaj fachowo radzili sobie ze swoim brzemieniem – Izar z szaleństwem Blacków, a Draco z akceptowaniem rozpieszczania przez matkę i ojca.

Malfoy pokręcił głową, jakby otrząsając się ze zmieszania.

- Jesteś cholernie niepoważny, Black. Nie mam pojęcia, do czego zmierzasz. Znowu.

Izar uśmiechnął się lekko, mijając Draco i kierując do drzwi.

- Wskazuję jedynie, że nie udzielę ci swojej pomocy, o ile nie powiesz mi, co cię tak naprawdę męczy. Prócz tego, że nie potrafisz naprawić Szafki Zniknięć. – Opierając się o drzwi, posłał chłopcu przebiegły uśmiech. – Rzucanie obelgami donikąd nas nie zaprowadzi.

Tak jak oczekiwał, chłopiec zawrzał. Walczenie o pozostanie pewnym siebie i nieskazitelnym sprzeciwiało się jego porywczej i rozkapryszonej naturze. Izar wiedział, że Lucjusz źle go wychował. Mówił swojemu synowi, jaki powinien być, a jednak, w zaciszu własnego domu, wraz z Narcyzą nieustannie go rozpieszczał… zamieniając w czarodzieja, który miał wszystko, czego chciał i nigdy nie uczył się na własnych błędach.

- Chcę… - Draco wziął głęboki oddech, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. – Hogwart to mój dom, gdy jestem z dala od rezydencji. Chciałem tylko, abyś poprosił Czarnego Pana o oszczędzenie w czasie ataku zamku i może większości uczniów…

Izar dostrzegał teraz, że to nie naprawienie Szafki Zniknięć było tym, co tak dręczyło Draco. Chodziło o sam atak, o to, co się stanie, gdy naprawi szafkę.

- Zadziwiasz mnie – wyszeptał Izar. – Tym, że tak bardzo zależy ci na uczniach, których przysiągłeś nienawidzić. – Jego pięść zacisnęła się wokół klamki, gdy uważnie się Malfoyowi przyjrzał. Również inni musieli zauważyć głębokie cienie pod jego oczami. Izar musiał przyznać, że każdy inny siedemnastolatek na jego miejscu miałby prawo zachowywać się dokładnie tak samo. Byli w końcu tylko dziećmi, nawet jeśli dziećmi Mrocznych czarodziejów. Śmierć i zniszczenie nie były czymś, co przychodziło im łatwo.

- To ogólnie uczniów chcesz ochronić? Czy może jakąś szczególną osobę, która nie wspiera Ciemnej Strony? – naciskał Izar, przyglądając się reakcji chłopca.

Malfoy pochylił głowę.

- Nie każ mi na to odpowiadać.

Ta odpowiedź potwierdziła jego podejrzenia. Pytaniem było tylko – kogo chłopiec pragnął uratować? Izar przypomniał sobie, że niechęć Draco skupiona była głównie na szlamie Granger z Ravenclawu i oczywiście Weasleyu. Czyżby ta zażarta nienawiść miała być sposobem na ukrycie jego prawdziwych poglądów?

- Wiesz, że nie mogę poprosić o nic Czarnego Pana. Co sądzi, że myślisz, iż mogę sprawić, że zmieni zdanie, jeśli planuje zniszczyć Hogwart? – Izar postanowił nie naciskać na temat ukrytych pragnień Malfoya.

- Jeśli istnieje jakikolwiek śmierciożerca, który może pomówić z Czarnym Panem otwarcie, jesteś to właśnie ty – odparował Malfoy. – Ma na twoim punkcie pieprzoną obsesję. Jesteś jego ulubieńcem. Naprawdę sądzisz, że jestem aż tak tępy, by tego nie dostrzec?

- Zaczyna mnie to nużyć – westchnął. – Poinformuję cię, kiedy udamy się do Borgina i Burkesa. A jak na razie możesz już pójść.

Zanim zdążyłby otworzyć drzwi, aby wypuścić Draco, blondyn zatrzymał się bezpośrednio przed nim. Ciepła dłoń spoczęła na jego zimnej pięści.

- Nie jesteś tak okrutny i zimny, jak lubisz o sobie myśleć. – Draco pochylił się odrobinę, na próżno próbując dodać sobie kilka cali, aby spojrzeć mu w oczy na tym samym poziomie. – Wiem, że masz wśród czarownic i czarodziejów kilku swoich ulubieńców, i że zrobisz wszystko, aby ich chronić. To pewnie jakiś kompleks bohatera. I chociaż prawdopodobnie się do nich nie zaliczam, wiem, że masz do mnie pewną słabość. Mam również nadzieję, że nigdy nie zrobię niczego, co by to zniszczyło. Jestem ci wdzięczny za pomoc.

Usunąwszy rękę z dłoni Izara, blondyn cofnął się. Black otrząsnął się szybko z szoku i otworzył mu drzwi, zastanawiając się, czy w Draco nie ma przypadkiem czegoś więcej, niż początkowo sądził. Chłopiec był teraz na skraju dorosłości, stracił część swojej niewinności. Być może za kilka lat Izar zmieni zdanie co do jego prawdziwego charakteru i dostrzeże w nim więcej z młodego Lucjusza, niż rozpieszczonego dziedzica Malfoyów.

Kiedy Izar otworzył drzwi, ujrzał po ich drugiej stronie kolejnego blondyna.

- Nie wiem, jak wielu Malfoyów będę jeszcze w stanie zdzierżyć tego ranka… - wycedził sucho, choć tak naprawdę był bardziej zachwycony widokiem Lucjusza, niż nim zdenerwowany.

Mężczyzna spojrzał ostro na swojego syna, kiedy Draco wypadł z pokoju i szybko oddalił się korytarzem.

- Niestety nie przyszedłem tutaj, aby z tobą porozmawiać – mruknął Lucjusz, odwracając się z powrotem do Izara i przypatrując się podejrzliwie jego pełnemu nieładu stanowi. – Jest tu ktoś, kto chciałby się z tobą spotkać. Bezskutecznie starałem się wyrzucić go z mojej posiadłości, ale się uparł…

Twarz Izara pociemniała, gdy ujrzał ubranego w aurorski mundur Syriusza. Posłał on bratankowi mały uśmieszek, chociaż nie sięgnął on oczu.

- Cześć, dzieciaku.

- Syriuszu – przywitał się z nim złowieszczo Izar. Jego zaczarowane na grafitowo-zielono oczy przeniosły się na Malfoya. – Dziękuję, Lucjuszu. – Miało to znaczyć, że został odprawiony, jednak blondyn nie ruszył się z miejsca.

- Nie podoba mi się to, jaki wpływ ma na ciebie ten kundel oraz twój ojciec – wyszeptał niebezpiecznie Lucjusz, gdy zmierzył Syriusza wzrokiem swoich lodowych oczu. – Zgodziłem się pokazać mu, że wszystko z tobą dobrze tylko dlatego, że zagroził, iż ściągnie na mój dom aurorów. Nie pozwolę jednak na żadną rozmowę między wami.

Izar żałował, że nie był świadkiem tego, jak ta dwójka się ze sobą gryzie. Nie doceniał jednak ciągłego bycia obserwowanym i niańczonym.

- Szanuję twoją pozycję Lorda Malfoyów, Lucjuszu, a także to, że masz pełną kontrolę nad barierami. Jeśli sądzisz, że Syriusz powinien zostać wyrzucony poza ich granice na zbity pysk, proszę bardzo, zrób to. Jeśli nie, chciałbym przez kilka minut porozmawiać z nim na osobności.

Syriusz oparł się o framugę drzwi, ostrożnie ich obserwując. Podobnie jak Draco, okazywał oznaki emocjonalnego niepokoju. Ziarna wątpliwości, jakie Izar zasiał w umyśle swojego wuja, musiały w końcu wykiełkować. A samo to, że to Syriusz go odszukał, a nie na odwrót, udowadniało, że udało mu się skutecznie nim zmanipulować.

- Niczego bym więcej nie pragnął, niż się na to zgodzić – odparł Lucjusz, zerkając w głąb korytarza. – Jednak nasz Pan wyraźnie polecił mi odprowadzić pana Blacka poza tę część dworku, gdy tylko cię on ujrzy. Ani chwilę później. Wewnątrz znajduje się kilku innych aurorów, którzy wpadli na pomysł szukania cię w mojej rezydencji. Pan Black przekonał ich, że sam zajmie się górą. – Lucjusz skrzywił się. – Jak udała mu się ta manipulacja, nie mam najmniejszego pojęcia.

Nie powinno zaskoczyć go, że to Czarny Pan za tym stał. Teraz, kiedy zwrócił większą uwagę na swoją wrażliwość na magię, poczuł, że Voldemorta rzeczywiście nie ma już w pokoju. Kiedy wyszedł? Głupotą ze strony Izara było nie śledzenie poczynań Czarnego Pana. I, na brodę Merlina, ten mężczyzna był po prostu niemożliwy.

- Muszę z tobą porozmawiać – przerwał tę wymianę zdań Syriusz. – O nas. O Regulusie i Lily… to niezwykle ważne.

Izar przyjrzał się obu mężczyznom, zauważając, że Lucjusz przybliża się do Syriusza… gotów użyć siły, jeśli będzie to koniecznie. Wzdychając, odwrócił się na pięcie i zaczął rozbierać. Lucjusz wydał z siebie dźwięk sprzeciwu, ale Izar nie zwrócił na niego żadnej uwagi, kiedy zrzucił z siebie swoje pogniecione szaty wyjściowe i chwycił z kufra zwykłą, czarną szatę z kapturem. Przy odrobinie szczecią jej srebrne obszycie wystarczy, aby zaspokoić wydumany gust modowy Malfoya.

- Odprowadzę go, Lucjuszu.

Blondyn poruszył się, aby się nie zgodzić, ale ostatecznie trzymał język za zębami. Ukłonił się tylko krótko i gniewnie w pasie, zanim gwałtownie odszedł. Był dość opiekuńczy w stosunku do Izara. Nigdy nie lubił Regulusa i sądził, że miał on na niego zły wpływ.

- Co za nadęty dupek – warknął głęboko Syriusz, obserwując odejście Lucjusza z ostrym grymasem. – Traktują cię jak więźnia, Izarze. Nie rozumiem, jak możesz z nimi wytrzymać.

Izar wymknął się ze swojej sypialni i chwycił Syriusza za łokieć, zanim zaczął prowadzić go wzdłuż korytarza. Pomimo że nie było wcale tak wcześnie, słońce nie sięgnęło jeszcze do najgłębszych części rezydencji.

- A ja nigdy nie zrozumiem, dlaczego tak upierasz się, aby popierać człowieka, którego moralność jest równie pomarszczona, co jego jądra.

Syriusz nie miał wyboru, musiał za nim podążyć. Wolną ręką pogładził swoją rosnącą brodę, a na jego twarzy zakwitł figlarny uśmiech.

- Nie będę się w tej kwestii z tobą kłócił, dzieciaku.

- Ale dajmy sobie już spokój z tymi docinkami. Dlaczego tu przyszedłeś, Syriuszu? – upierał się Izar, prowadząc wuja ciemnym i cichym korytarzem. Polityczni goście, którzy zawitali w rezydencji Malfoyów z okazji uroczystości przesilenia zimowego, wstali już najpewniej i cieszyli się właśnie śniadaniem w głównej sali. Śmierciożercy natomiast prawdopodobnie znowu krzątali się po ogródku.

Twarz Syriusza rozsypała się i spojrzał on żałośnie w głąb korytarza.

- Nie chcę, byś myślał, że cała rodzina się od ciebie odwróciła. Regulus jest całkowicie rozdarty, Izarze. Wrócił na Grimmauld do opiekowania się Aidenem i od kiedy wstał, na jego twarzy ani razu nie pojawił się uśmiech.

- Odwiedzasz go. To dobrze. A już myślałem, że położyłeś na swojej rodzinie krzyżyk.

Syriusz chwycił go nagle za ramiona, popychając go na ścianę. Izar próbował nie wyglądać na rozbawionego, ale kącik jego ust uniósł mały uśmieszek, kiedy spostrzegł, jak sfrustrowany tak naprawdę jest jego wuj.

- Powiedziałem ci już, że rodzina jest dla mnie ważna. Być może potrzebowałem tego potrząśnięcia, jakie zgotowałeś mi w Ministerstwie, muszę to przyznać, jednak chcę, abyś zrozumiał, że ty i Regulus zawsze będziecie dla mnie wiele znaczyć. Nie wiem, co zrobić, by dotarło do ciebie, że cię kocham i że Regulus zrobiłby dla ciebie wszystko. Nie mógł z tobą uciec, bo musi utrzymywać pozory niewinności, na wypadek gdyby mogło ci się to kiedyś przydać.

- Nie chcę rozmawiać o Regulusie – zaczął Izar. – Chcę rozmawiać o tobie. I tym, dlaczego tu dokładnie jesteś.

Syriusz syknął z frustracji i mocniej na niego nacisnął, zanim się odwrócił. Następnie położył ręce na głowie, przyglądając się portretom wiszącym na przyciemnionych ścianach.

- Powinieneś wiedzieć, że twoja rodzina cię kocha. Nie chcę, by Bellatriks była jedynym Blackiem w twoim życiu. Biorąc pod uwagę szaleństwo Blacków, jakie grozi nam każdego dnia, niemądrze jest otaczać się kimś tak niestabilnym jak ona. Wyciągnie z ciebie to, co najgorsze.

Izar pozostał oparty o ścianę, zaintrygowany kierunkiem, w jaki to wszystko się potoczyło. Choć czuł również poczucie winy. Dziwne poczucie winy, którego nigdy zawczasu nie wyczuwał. Syriusz zawsze był dumnym czarodziejem. Obserwowanie go w tak załamanym stanie sprawiało, że coś ściskało się Izarowi w sercu. Ale tylko trochę.

- Jeśli pokazanie ci, że cię wspieram, oznacza, że muszę kilka rzeczy poświęcić, zrobię to – kontynuował Syriusz, odrywając dłonie od swojego czoła i odwracając się do Izara. – Nigdy nie przyłączę się z własnej woli do śmierciożerców. Jednak jestem gotów odgrywać rolę twojego osobistego szpiega. Nie popieram Dumbledore'a, a Rufus stał się zbyt żądny władzy. Riddle nie jest od nich lepszy, jednak ciebie wpieram. Wierzę, że potrafisz sprawić, by to zadziałało.

- Jesteś gotów dla mnie szpiegować? – wyszeptał cicho Izar.

Syriusz spojrzał w głąb korytarza, wyraźnie czując się nieswojo.

- Muszę już iść, Izarze. Ale wciąż musimy jeszcze przedyskutować sporo rzeczy. Lily i James… oni również chcieliby z tobą porozmawiać.

Perspektywa rozmowy z Potterami powinna budzić w nim wstręt, ale tak nie było. Oboje byli całkiem przyjemni, a dla Ciemnej Strony mogło wyjść z tego ostatecznie coś dobrego.

- Kiedy chciałbyś się spotkać? – zapytał cicho Izar. - Tej nocy są Dzikie Łowy i moja obecność zostałaby zauważona. Co powiesz o kolejnej? – Upewnił się, by sprawdzić otoczenie pod kątem wszelkich magicznych aur.

Nikogo nie było w pobliżu.

- Może być. O dwudziestej drugiej? Najlepszym miejscem na spotkanie byłaby prawdopodobnie lodziarnia Floriana Fortescue'a. Wszyscy jesteśmy ostatnio obserwowani, spotkanie się w miejscu publicznym będzie prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem. Tylko nie zapomnij też się przebrać.

Izar skinął głową, już planując szczegóły swojej ucieczki z rezydencji Malfoyów.

Syriusz już ruszył korytarzem, zanim Izar mógłby zasugerować inne miejsce spotkania. Nie pozwolił mu jednak odejść bez otwartego ostrzeżenia.

- Syriuszu – zawołał w plecy swojego wuja. Mężczyzna odwrócił się ku niemu z oczekiwaniem. – Pokładam w tobie namiastkę zaufania. Wiedz tylko, że jeśli czegokolwiek spróbujesz, nie zawaham się… - Urwał, ale to ostrzeżenie i tak uniosło się ciężko i namacalnie w powietrzu.

Mężczyzna opuścił na chwilę głowę, a jego ramiona zadrżały, podczas gdy pięści zacisnęły się.

- Boli mnie, słyszeć to z twoich ust. Jednak cię rozumiem. – Przyciemnione szare oczy spojrzały z powagą na Izara. – Rozumiem.

Kiwnąwszy mu głową na pożegnanie, Syriusz odwrócił się.

Pół twarzy mając ukrytej w cieniu, Izar przyglądał się odejściu swojego wuja, a na jego ustach pojawił się mroczny i krętacki uśmieszek. Chociaż był zadowolony z tego, że udało mu się zmienić zdanie mężczyzny, jego myśli koncentrowały się przede wszystkim na nadchodzącej potyczce z Voldemortem. Zetrą się w niej ich umysły i Izar miał szczery zamiar ją tym razem wygrać.

Spotkanie się z Jamesem, Lily oraz Syriuszem nie mało tak właściwie na celu wysłuchania ich, a było pretekstem wymknięcia się z nieustępliwego uścisku Voldemorta.

I Izar miał dobry pomysł, od czego zacząć.


Naznaczona zmarszczkami dłoń pogładziła długą brodę i niebieskie oczy zwęziły się w zastanowieniu.

- To, o czym mi powiedziałeś, to bardzo poważne oskarżenie, jednak niezwykle użyteczne.

- Nie ma mowy o oskarżeniu, gdy mówi się prawdę – mruknął kwaśno mężczyzna siedzący naprzeciwko Dumbledore'a. – Izar Black w rzeczywistości jest wampirem. Przedstawiłem ci dowód. Niewielu ludzi wie, że Black wyruszył do Francji w towarzystwie swojej własnej grupy śmierciożerców. I tam stoczył pojedynek z Acelinem Morelem. Obaj doskonale wiemy, jakim był stworzeniem, zanim umarł. Z ręki Czarnego Pana, chciałbym zauważyć. Przeprowadzona przez Blacka próba zamachu nie powiodła się, co może tylko oznaczać, że skończył po drugiej stronie kłów Morela.

Dumbledore pochylił się w swoim fotelu. Przyglądał się przez dłuższą chwilę śpiącemu Fawkesowi, odnajdując w jego złoto-czerwonym upierzeniu spokój.

- Ale inne dowody… - Dumbledore znów skierował się od swojego towarzysza. – Jesteś pewien, że umysł, z którego zaczerpnąłeś tę informację, był wystarczająco zdrowy, aby zebrać wszystkie potrzebne fakty?

Ciemna postać pochyliła się, składając dłonie przed twarzą.

- Może istnieć szansa, że Black nie jest wampirem, owszem. Jednak szczerze w to wątpię.

- Z jakiegoś powodu Tom odnalazł w młodym panu Blacku kogoś, kto może być jego prawą ręką – Dumbledore zamarł, podczas gdy jego umysł próbował rozszyfrować postawioną przed nim zagadkę. Choć musiał przyznać, że była ona jedną z najtrudniejszych, jakim kiedykolwiek musiał stawiać czoła. Gdy sprawy dotyczyły Toma Riddle'a, zawsze trudno mu było wszystko poukładać, aby domyślić się, co ten takiego kombinuje.

- Czarny Pan lubi mieć Blacka na widoku, jednak w miejscach publicznych woli zachowywać między nimi dystans.

- Co jest dość zaskakujące, biorąc pod uwagę, że Tom jest zaborczym czarodziejem. – Dyrektor śledził wzrokiem tańczące na jego szatach wiry. – Pan Black to geniusz – mówił dalej. – Jest bardzo spostrzegawczy i mądry, jak na kogoś tak młodego. Rozmawiałem z nim tylko kilka razy, ale zawsze sprawiał wrażenie raczej zabawnego i czarującego. Nic dziwnego, że Tom go polubił. W końcu Izar Black bardzo go przypomina. – Dumbledore westchnął ze smutkiem. – Chociaż nie dostrzegam w panu Blacku sadyzmu, jaki posiada Tom. Mówisz, że jest dość łagodny w torturach?

Mężczyzna skinął głową.

- Nie sprawiają mu one przyjemności. Ale niech ci nie wpadną do głowy jakieś głupie pomysły, Albusie. Nie uda ci się nawrócić go ze ścieżki Ciemności. Kiedy staje oko w oko z przeciwnikiem, który może się przed nim jakoś bronić, jak nikt inny dorównuje swoim przedstawieniem Czarnemu Panu.

- Nie myślałem o tym, aby go nawracać. – Dumbledore pokręcił głową. – Próbuję tylko oszacować jego wartość. To ja próbowałem przekonać Rufusa, by umieścił pana Blacka w granicach działania wynalazku Niewymownych, aby wyeliminować zagrożenie, jakie stanowi. Zamiast tego Rufus upierał się, aby pogrywać sobie z jego umysłem poprzez zmuszanie go do obserwowania cierpienia jego podwładnych.

Jego palce zastukały o ciężkie biurko. Izar Black był czarodziejem, którego Dumbledore nie mógł pozostawić przy życiu, mimo że był dość honorowy wobec tych, którzy byli od niego słabsi. Chłopiec był niebezpieczny w rękach Toma, zwłaszcza że Tom wiedział, co robić, aby wydobyć z niego cały potencjał.

- Staram się ustalić, dlaczego Tom jest nim tak bardzo zainteresowany. Ceni sobie tylko umysł pana Blacka, czy może jest coś więcej, o czym nie wiemy? – Chociaż jak często rodzili się geniusze skłonni do pracowania na rzecz Czarnego Pana? – To nieważne. Pan Black jest niebezpieczny i to na nim musimy się teraz skupić. Chociaż i mnie samemu trudno w to uwierzyć, utrata pana Blacka może na dobrą chwilę sparaliżować Toma.

- Izar Black to tylko jedna osoba. Naprawdę wierzysz, że jest dla Czarnego Pana taki ważny?

Dumbledore mruknął głęboko, kierując uwagę na srebrną tacę z cytrynowymi dropsami. Pochylił się, przesuwając żółtą kulkę, która mu nie pasowała.

- Tak, wierzę. Naprawdę sądzę, że Tom polega na panu Blacku. Czy sądzę, że śmierć Blacka zniszczy Ciemną Stronę? Nie, oczywiście, że nie. Ale Tomowi może zająć trochę czasu, zanim zmieni swoją strategię i pogodzi się z utratą swojej prawej ręki… Ach! – Dumbledore chwycił największego cytrynowego dropsa i oparł się ponownie o krzesło. Przewrócił cukierkiem między palcami, wpatrując się w niego z głębokim zastanowieniem. – Zabicie Blacka będzie wyzwaniem, jednak teraz, kiedy wiemy, że jest nieśmiertelny, możemy wymyślić jakiś odpowiedni sposób.

Stary dyrektor wsadził sobie cytrynowego dropsa do ust i zamknął oczy. Nieśmiertelność. Zaczął wydobywać z cukierka słodki smak, rozmyślając o Izarze Blacku i Tomie Riddle'u. Czy możliwe było, aby Black był nieśmiertelny, zanim stawił we Francji czoła Morelowi? Jeśli tak właśnie było, ktoś musiał przekazać mu klątwę nieśmiertelności.

Tom…

Niestety Tom nie mógł być wampirem, czyż nie?

Nie, oczywiście, że nie mógł. To była głupia myśl. Tom Riddle uważał magiczne stworzenia za podrzędne. Wampiry miały zbyt wiele słabości i były zbyt proste do zabicia. Czarny Pan nie ryzykowałby bycia takim łatwym celem.

- Teraz, kiedy Tom w końcu przyjął tytuł Czarnego Pana, wierzę, że nadszedł czas na ponowne wszczęcie poszukiwania jego horkruksów. – Dumbledore otworzył jedno oko i spojrzał na towarzyszącego mu mężczyznę. – Masz jakieś pomysły, gdzie zacząć, Severusie?

Snape uśmiechnął się szyderczo.

- Nie mam czasu na wymyślanie na chybił trafił zupełnie nieznanych nam przedmiotów, Albusie. Dopóki więc nie będę ci naprawdę potrzebny, będę w swoi laboratorium.

Dumbledore patrzył, jak mężczyzna odchodzi, machnięciem ręki odsuwając od siebie nieprzyjemną atmosferę. Pozwolił, by jego umysł skupił się jeszcze na chwilę na Tomie Riddle'u i Izarze Blacku, zanim jego uwagę przyciągnął kolejny cytrynowy drops.