Wiem, wiem, strasznie długie są te przerwy między rozdziałami. Żadnej regularności. I tak już chyba będzie. Ech.


Gdybym upominała się o jakieś prawa do tej historii, byłoby to prawo weta.


– Nowy samochód? – zapytał, kiedy opuściłam szybę.

- Owszem – odparłam z szalonym uśmiechem na twarzy. Moje plecy przyklejone były do oparcia, żeby zasłonić dziurę po kuli.

- No, no – Andy zdziwionym spojrzeniem nowiutkie auto. Zdałam sobie sprawę, że zatrzymał mnie po prostu po to, by móc mu się lepiej przyjrzeć. – Ktoś dostał hojny prezent.

Oczywiście Andy od razu domyślił się, że sama nie mogłabym sobie pozwolić na nowy samochód. Doskonale orientował się też w fakcie, że umawiałam się z wampirami, więc nie był specjalnie zdziwiony, choć jego zazdrość zabarwiona była lekką pogardą dla mnie. Wiem, jak łatwo było wyciągnąć niepochlebne dla mnie konkluzje: wedle wiedzy mieszkańców Bon Temps byłam niewyedukowaną, lekko szurniętą kelnerką z dużym biustem. Nie trzeba było być detektywem jak Andy, by domyślić się, jakiej przyczyny za prezentem Erica będą się dopatrywać. Był to jeden z powodów, dla których byłam tak niechętna, by w ogóle mi go dawał. Rzecz jasna Eric miał tak niskie zdanie o moich sąsiadach, że nie miał najmniejszego zamiaru sugerować się ich opinią i zgodzić się na to, żebym przez wzgląd na nich jeździła gorszym samochodem – tym bardziej, że w jego mniemaniu zastępował mój poprzedni, rozbity pojazd. Słuchanie lekceważącej oceny mojej osoby w myślach Andy'ego nie było zbyt przyjemne i byłam w stanie je znieść tylko dlatego, że wiedziałam, gdzie tak naprawdę stoję z Erikiem. Eric ze swojej strony doskonale zdawał sobie sprawę, że zupełnie zwisa mi fakt, że jest obrzydliwie bogaty.

- Zatrzymałeś mnie tylko po to, żeby mi to powiedzieć, czy miałeś jakąś prawdziwą przyczynę? – warknęłam, bo jednak trochę mnie wkurzył, a moje nerwy nie były w najlepszym stanie.

Błąd. Andy nadął się i spiorunował mnie wzrokiem.

- Dokumenty proszę – powiedział zimno i formalnie.

- Dlaczego? Nie złamałam przepisów. Jechałam z dozwoloną prędkością…

- Kontrola pojazdu! Skąd mogę wiedzieć, że nie ukradłaś tego samochodu?

Zamknęłam się w porę pomimo rosnącego we mnie oburzenia, przypominając sobie, że może głoszenie własnej niewinności z moim obecnym ładunkiem nie było najlepszym pomysłem. Bez dalszego marudzenia otworzyłam schowek i wzdrygnęłam się, gdy wypadł z niego z głośnym stukotem kołek. Na szczęście pistolet schowałam po użyciu do torebki.

Andy uniósł tylko brew, ale nie skomentował, kiedy bardzo sztywno sięgnęłam po dokumenty (musiałam uważać, żeby za bardzo się nie pochylić i nie odsłonić schowanej za moimi plecami dziury). Póki co nie wprowadzono jeszcze prawa które nakazywałoby uzyskanie pozwolenia na noszenie przy sobie zaostrzonego patyka.

- Prawo jazdy – nie dawał za wygraną urażony Andy, choć znał mnie od dziecka i doskonale wiedział nie tylko, że mam ważne prawo jazdy, to jeszcze nawet kiedy mi je wydano i że nie popełniłam od lat żadnych większych wykroczeń.

- Słuchaj, Andy, spieszę się do pracy…

- Po prostu pokaż to cholerne prawo jazdy, Sookie.

Raz jeszcze okazało się, że miałam farta, bo mój portfel był w kieszeni płaszcza, a nie w torebce, więc nie musiałam jej przy nim otwierać.

Patrzył na mnie chmurnie zanim oddał mi prawo jazdy i wiedziałam, że kombinuje, jak by tu jeszcze mnie zatrzymać. Próbowałam dyskretnie zerknąć za okno, by zobaczyć, czy drzwiczki po zewnętrznej stronie nie są przypadkiem opryskane krwią. Jeśli były, to przynajmniej na czerwonym lakierze nie było to widoczne.

- Bagażnik – powiedział Andy tryumfalnie.

Nie.

O nie.

- Daj spokój – jęknęłam starając się, by nie dać po sobie znać, jak bardzo mnie przestraszył. – Przepraszam, że na ciebie warknęłam. Mam zły dzień i jestem spóźniona…

Ale Andy niestety nie był wcale złym gliną i musiał coś zobaczyć w mojej twarzy, bo nagle nabrał podejrzeń. Bratałam się z wampirami – kto wie, co mogłam przewozić w bagażniku? V? Wampirze łupy? (cokolwiek Andy miał na myśli, kiedy to pomyślał).

- Sookie, otwórz bagażnik – powiedział stanowczo.

Przełknęłam ślinę. Myślę, że zbladłam.

- Nie mogę – powiedziałam tylko.

- Dlaczego?

Mój mózg pracował na najwyższych obrotach. Miałam w bagażniku martwego kolesia przebranego za policjanta i prawdziwego podejrzliwego policjanta przed nosem. Podejrzliwego przez moje powiązania z wampirami… Jak z tego wybrnąć? Pam powiedziałaby, że muszę obrócić jedną ze słabości w atut. Zamiast wypierać się, że wożę ze sobą martwe ciało powiedzieć coś, co sprawi, że…

- Mam w bagażniku wampira – rzuciłam rozpaczliwie zaskakując tą woltą sama siebie.

Andy spojrzał na mnie kompletnie zbity z tropu. Bingo.

- Że co?

- Nie mogę otworzyć bagażnika, bo w środku jest wampir. Jest dzień – słońce – nie chcesz chyba, żebym zabiła wampira? – paplałam desperacko.

Patrzył na mnie z powątpiewaniem. Zawahał się jednak – może byłam na tyle szalona, że naprawdę woziłam wampiry w bagażniku?

Ha! Przyszedł wreszcie dzień, by ugrać coś na mojej złej sławie.

Andy nie sądził, żebym mówiła prawdę, ale gdyby, przypadkiem… Był ułamek procenta, że nie kłamię, a wtedy gdyby otworzył bagażnik…

Czekałam w napięciu.

Wypuścił ciężko powietrze.

- W porządku, Sookie – powiedział w końcu, a ja miałam ochotę go uściskać. – Tym razem ci się upiekło. Puszczam cię z ostrzeżeniem. Ale następnym razem, kiedy cię spotkam, sprawdzę co jest w twoim bagażniku, bez względu na to, czy będzie dzień, czy noc. Więc lepiej nie trzymaj tam swoich zimnokrwistych przyjaciół. Co ci w ogóle przyszło do głowy? Jestem pewien, że to niedozwolone…

- Obiecuję, więcej tego nie zrobię – odparłam starając się wyglądać na skruszoną.

Odetchnęłam głębiej, kiedy wreszcie odwrócił się i poszedł w stronę radiowozu. Musiałam się zmuszać, żeby nie ruszyć pełnym gazem. Miałam nadzieję, że po drodze nie natknie się na Sama szorującego asfalt.

Dziwnie się czułam zostawiając samochód na parkingu, ale nie miałam większego wyboru. Przykryłam oparcie od strony kierowcy apaszką i dwa razu upewniłam się, że zamknęłam auto, zanim w końcu weszłam do Merlotte's. Była spóźniona. Arlene, od której przejmowałam zmianę, miała bardzo krzywą minę, ale na szczęście szybko się ulotniła.

Sam wrócił jakieś dwadzieścia minut później i skinął głową w moją stronę, by dać mi znać, że wszystko poszło dobrze. Nie był to mój najlepszy dzień w pracy, co wyraźnie odbiło się na moich napiwkach, bo nie mogłam wykrzesać z siebie czarującej kelnerki, ale przynajmniej miałam jakieś zajęcie trzymające mnie w ryzach i nie pozwalające mi myśleć o trupie w moim bagażniku. Kolejna porcja stresu spłynęła ze mnie, kiedy w barze pojawił się Tray Dawson i dyskretnie odebrał ode mnie wraz z zamówieniem kluczyki. Wiedziałam, że nie może rozmawiać ze mną o dochodzeniu w barze, więc postanowiłam wypytać na spokojnie Amelię co odkryła w mieszkaniu Marii. Tray wypił swoją colę duszkiem i wyszedł łapiąc od bywalców kilka zdziwionych spojrzeń, ale nikt nie poświęcił mu zbyt dużo uwagi.

Moja komórka zadzwoniła gdy tylko zaczęło się ściemniać. Nie patrząc na wyświetlacz wiedziałam, że to Eric. Pomyślałam, że jeśli nie uda mu się szybko ze mną skontaktować, Eric może zrobić coś drastycznego, więc odebrałam mimo że byłam w pracy.

- Hej – powiedziałam starając się brzmieć optymistycznie.

- Słowo daję, gdyby to było możliwe, już dawno bym przez ciebie osiwiał – powiedział Eric zamiast powitania.

- Eric, przepraszam za tę wiadomość – powiedziałam porzucając fałszywie radosny ton. – Wiem, że to nie brzmiało dobrze. Byłam zbyt oszołomiona, żeby powiedzieć coś składnego.

- Jesteś cała? – zapytał rzeczowo.

- Tak.

- Cała, czy potłuczona?

- Obiecuję, jestem cała.

- Co się stało?

- Nic. Mówiłam ci, że nic mi nie jest!

- Sookie – powiedział ostrzegawczo.

Westchnęłam i schowałam się w korytarzu prowadzącym na zaplecze.

- Ktoś próbował do mnie strzelić – powiedziałam zniżając głos, kiedy upewniłam się, że nikogo nie ma w pobliżu. – Strzeliłam pierwsza. To wszystko.

Skrzywiłam się. Próbowałam zabrzmieć, jakby nic takiego się nie stało, ale chyba mi nie wyszło.

- Kto?

- Nie wiem. Wilkołak. Tray Dawson zabrał ciało, ale nie miałam jak z nim porozmawiać. Coś dzieje się w sforze. Dziewczyna Alcide'a nie żyje.

Eric milczał przez chwilę przetwarzając informacje.

- Zadzwonię do Herveaux'a – powiedział. – Twój samochód jest na chodzie?

- Tak, ale Tray go zabrał. Schowałam zwłoki do bagażnika. Najłatwiej było dać mu auto, żeby po prostu je wywiózł. Nie jestem pewna, kiedy wróci. Hm… kula utknęła w oparciu siedzenia.

Eric zignorował moją ostatnią uwagę.

- Nie mogę teraz do ciebie przyjechać, – słyszałam jak bardzo był tym faktem sfrustrowany – ale Pam ma dziś randkę w Bon Temps. Powiem jej, żeby przejechała przez Merlotte's i odwiozła cię do domu.

- Serio? – powiedziałam zaskoczona. Pam? Randkę? W Bon Temps? – Nie musi mnie odwozić – dodałam szybko.

- Sookie – tym razem ostrzeżenie zadźwięczało wyraźniej. – Chcę wiedzieć, że dotarłaś bezpiecznie do domu. Jestem zachwycony, że ustrzeliłaś przeciwnika, ale może zgódźmy się, że lepiej byłoby, żebyś nie musiała ryzykować ustrzelania na własną rękę kolejnego, jeśli ktoś postanowi zatrzymać cię w drodze powrotnej i dokończyć robotę.

Westchnęłam i potarłam czoło dłonią. Biorąc pod uwagę sytuację nie chciałam wystawiać cierpliwości Erica na próbę.

- W porządku – powiedziałam. – Pojadę z Pam.

- Zadzwonisz do mnie, jak będziesz w domu, żeby dać mi znać, że wszystko poszło zgodnie z planem – nie dawał za wygraną.

Przewróciłam oczami w reakcji na tryb oznajmujący, w którym wygłosił to zdanie.

- Dobrze, kochanie – udało mi się nawet powstrzymać sarkazm.

- Dam ci znać, jeśli uda mi się czegoś dowiedzieć – tym razem brzmiał prawie jakby był zmęczony i natychmiast poczułam wyrzuty sumienia.

- Obiecuję, będę ostrożna.

Pożegnałam się z nim szybko i wróciłam na salę rzucając Samowi przepraszające spojrzenie.

Jakieś czterdzieści minut później wszedł Andy. Często wpadał po pracy na obiad i piwo.

- No i gdzie ten twój wampir, Sookie? – zapytał z lekką kpiną, kiedy podeszłam wziąć od niego zamówienie.

- Jeden jest tu – powiedział zza moich pleców głos, który dobrze znałam.

- Pam! – zawołałam odwracając się z uśmiechem.

Oczy jej błyszczały i była w niestosownie dobrym humorze. Andy zmierzył ją niedowierzającym spojrzeniem. Pam miała na sobie białą, koronkową sukienkę, a jej jasne włosy leżały rozczesane gładko na ramionach. Wyglądała na ostatnią osobę, którą można by posądzić o wypełznięcie z bagażnika.

- Słyszałam, że dziś nie próżnowałaś – powiedziała całując mnie w policzek na przywitanie. – Zbieraj się. Powinnam być u ciebie w domu za piętnaście minut.

- Jeszcze nie skończyłam zmiany.

Posłała mi karcące spojrzenie.

- Nie chcesz chyba, żebym spóźniła się na randkę? Obie wiemy, że nie ruszę się stąd bez ciebie. Jeśli będziesz się upierać, żeby pracować dalej, po prostu siądę tu i na ciebie poczekam.

Próbowała wpędzić mnie w poczucie winy. Działało. Byłam rozdarta pomiędzy poczuciem obowiązku a głęboką niechęcią do psucia planów Pam.

- Daj mi chwilę – powiedziałam i podeszłam do Sama, który obserwował nas zza lady.

- O co chodzi? – zapytał wskazując brodą w stronę Pam.

- Eric wie o dzisiejszym… incydencie. Chce, żeby Pam odwiozła mnie do domu.

Sam westchnął.

- Nie specjalnie obchodzi mnie Eric, ale jeśli ty chcesz wracać do domu, to oczywiście cię puszczę. Prawdę mówiąc prawdopodobnie i tak należy ci się reszta dnia wolnego tym, co się stało.

- Sam, przepraszam, że cię w to wszystko wciągnęłam – powiedziałam szczerze.

Nie dość, że bez żadnych pytań pojechał na moją prośbę sprzątać miejsce zbrodni, to jeszcze uważał, że należy mi się wolne.

- Nie, Sookie, cieszę się, że do mnie zadzwoniłaś. Chcę, żebyś wiedziała, że zawsze możesz się do mnie zwrócić, jeśli masz kłopoty.

Gdyby nie stał za barem, to bym go uściskała.

- A teraz leć, zanim Pam przestraszy Andy'ego na śmierć – dodał.

Szybko obróciłam głowę w stronę porzuconego stolika. Pam siedziała naprzeciwko Andy'ego i z lekko pochyloną na bok głową i studiowała go wzrokiem. Andy wyglądał bardzo nieswojo pod jej badawczym spojrzeniem. Czym prędzej odciągnęłam ją od niego i powiedziałam, żeby czekała na mnie na zewnątrz. Wrzuciłam fartuch do kosza z brudami i zgarnąwszy z biura Sama płaszcz i torebkę (z pistoletem w środku!) poszłam odszukać ją na parkingu.

- Tylko mi nie mów, że zdążyłaś skasować samochód – powiedziała, kiedy stało się jasne, że mojego nowego pojazdu nie ma nigdzie w okolicy. Widocznie Eric nie opowiedział jej całej historii.

- Nie, ale jest trochę sponiewierany – przyznałam wsiadając do jej auta.

- To znaczy?

- Krew w bagażniku. Kula w tapicerce.

Pokiwała ze zrozumieniem głową przekręcając kluczyk w stacyjce.

- Nie znoszę krwi w bagażniku – powiedziała ze współczuciem. – Strasznie ciężko ją wywabić. W końcu zaczęłam wozić ze sobą kilka worków na zwłoki, żeby uniknąć sprzątania. Może też powinnaś. Mała rzecz, a zaoszczędza tyle pracy.

- Dzięki za radę – odparłam nieco słabo.

- Nie ma sprawy.

Poklepała mnie po ramieniu.

- Nie martw się, jeśli nie zejdzie – powiedziała. – I tak niedługo będziesz musiała przemalować paznokcie.

Spojrzałam na nią niepewna, czy dobrze usłyszałam.

- Jak to się mówi, nie ma sensu płakać nad rozlaną krwią – dodała.

- Bardzo śmieszne, Pam.

Miałam nadzieję, że żartowała. Zaśmiała się, więc chyba na szczęście tak było.

- Musisz kiedyś nauczyć mnie strzelać – rzuciła po chwili zerkając na mnie z sympatią.

- Och, jasne. Mogłybyśmy zrobić sobie taki damski wieczór – mój sarkazm znów zagubił się gdzieś po drodze.

Pam pokiwała z entuzjazmem głową.

- Wiesz, Pam, nie jestem wcale doborowym strzelcem – przyznałam. – Jeśli naprawdę chcesz się nauczyć strzelać, to prawdopodobnie możesz znaleźć lepszego instruktora.

- Trafiasz wtedy, kiedy się liczy – nie zgodziła się Pam.

Uśmiechnęłam się słabo.

- Przypuszczam, że masz rację. Jesteś w świetnym humorze. To przez randkę? Z kim się spotykasz?

- Z twoją współlokatorką.

- Z Amelią? – zapytałam zaskoczona. – Dlaczego ja nic o tym nie wiem?

Wzruszyła ramionami.

- Myślałam, że ci powie albo usłyszysz, jak o tym myśli. Jestem w dobrym humorze, bo idę dziś na randkę i dlatego, że oboje z Erikiem mnie bawicie. Swoją drogą dzięki – machnęła mi przed oczami telefonem ze zdjęciem śpiącego Erica z moją inskrypcją na czole. – Eric jeszcze nie wie, że to mam.

Uśmiechnęła się szeroko i niebezpiecznie.

Przez to wszystko zdążyłam już zapomnieć, że je jej wysłałam.

- Myślisz, że przed wyjściem z domu spojrzał w lustro? – zapytałam po chwili milczenia.

Normalnie by to zrobił, ale moje nagranie na sekretarce mogło go rozproszyć. Pam w dalszym ciągu się uśmiechała.

- Głowię się nad tym odkąd wstałam – przyznała.


Ucinam tu, bo później byłoby trudniej.