No i proszę. Oto ostatni rozdział Oswobodzonego z mroku. Następna historia, czwarty rok, zostanie nazwana Wolny człowiek nie zazna spokoju.
Do wszystkich, którzy zostali ze mną tak długo – dziękuję, że zabraliście się ze mną w tę podróż! Mam nadzieję, że zobaczę Was też w następnej części!
Rozdział czterdziesty piąty: Rozmowa z Jamesem
Harry zatrzymał się przed wejściem do skrzydła szpitalnego i spróbował uspokoić swoje bijące ze strachem serce. Najwyraźniej James w pierwszej chwili pojawił się w skrzydle szpitalnym, bo był przekonany, że jego synowie wciąż tam będą. Swoją wizytą obudził Madam Pomfrey, która poleciała obudzić dyrektora, który obudził prefektów Gryffindoru i Slytherinu, którzy z kolei obudzili Percy'ego i Dracona. Draco tłumaczył mu to wszystko, kiedy Harry próbował się pośpiesznie ubrać w swoje szaty i otrzeć resztki snu z oczu. Harry jako pierwszy dotarł do skrzydła szpitalnego i próbował ustalić, co powinien powiedzieć swojemu ojcu zanim jeszcze Connor się zdąży pojawić.
– Harry?
Za późno, pomyślał Harry, po czym odwrócił się i złapał Connora za rękę.
– Tak, tata naprawdę tu jest – powiedział, odpowiadając na pytanie, które zobaczył na twarzy swojego bliźniaka. – Ale chcę, żebyś pamiętał, że nie musimy z nim nigdzie iść, zwłaszcza, że sam od wielu miesięcy nawet nie próbował się z nami skontaktować.
Connor przygryzł wargę.
– Ministerstwo…
– Musi przestrzegać prawa i załatwić wszystko zgodnie z ustawami – powiedział Harry.
Connor zamrugał na niego.
– Zawsze mi się wydawało, że takie sposoby są całkiem potężne – powiedział cicho.
Harry oparł się o swojego brata i pozwolił swojej magii wyzwolić się ze swoich więzów i zawirować wokół nich.
– Dyrektorowi też tak się wydawało – powiedział. – Znam w ministerstwie kogoś, kto zdołał mu się oprzeć. Słyszałeś też, co powiedziałem Dumbledore'owi w czasie negocjacji, Connor. Naprawdę miałem to na myśl. Nie pozwolę mu nas skrzywdzić. Nikomu nie pozwolę nas skrzywdzić. – Spojrzał Connorowi w oczy i czekał.
Connor przełknął ślinę.
– Włącznie z tatą?
Harry kiwnął głową.
Connor odetchnął głęboko.
– W porządku. Jeśli myślisz, że nie może nas rozdzielić ani nic, to wejdę tam z tobą i porozmawiamy z nim razem. – Zerknął na Harry'ego i uśmiechnął się blado. – Naprawdę miło wiedzieć, że mam cię po swojej stronie, że nie stoimy po przeciwnych stronach barykady.
Harry pochylił głowę i nie wymówił na głos swoich myśli. Zawsze byłem po twojej stronie, mój bracie, stałem u twojego prawego ramienia. Nawet, kiedy ci się wydawało, że tak nie było, albo mnie tam nie widziałeś, i tak tam byłem.
Sięgnął przed siebie i otworzył drzwi do skrzydła szpitalnego.
James potarł twarz rękami i powiedział sobie, że nie boi się swoich własnych synów, do cholery jasnej, i że był aż nadto rozbudzony, żeby poradzić sobie z tą rozmową.
Prawda była taka, że ledwie skończył ostatnią konfrontację z samym sobą i poznał ostatnią prawdę, jaką mu się wydawało, że potrzebował, żeby się stać dobrym ojcem i momentalnie poleciał do Hogwartu, zanim sen zdołał przyćmić jego przemyślenia do zwykłych szkiełek, z czystych diamentów, jakimi teraz były.
Usłyszał za sobą szelest i obrócił się gwałtownie. Madam Pomfrey, która właśnie udawała się z powrotem do łóżka, zatrzymała się i przyjrzała się mu surowo.
– Ja ci nie dam straszyć tych chłopców – powiedziała.
James przytaknął, po czym zorientował się, jak ten ruch musiał wyglądać – zupełnie jakby był marionetką i miał głowę na końcu nitki – i zmusił się do powtórzenia tego gestu nieco płynniejszym ruchem. Jego rodzice nie wierzyli w większość używanych przez mroczne rodziny tańców, ale dużo uczyli go o tym jak ważna jest właściwa postura. Spojrzał na pielęgniarkę z uśmiechem prefekta naczelnego, dzięki któremu na siódmym roku uniknął tak wielu kłopotów, że nikt nie byłby w stanie ich zliczyć.
– Obiecuję, Madam Pomfrey. Chcę tylko przez chwilę z nimi porozmawiać, zobaczyć czy uda mi się ich przekonać, by dali mi drugą szansę. Jeśli nie zechcą, nie będę naciskał, po prostu wyjdę, obiecuję. – Dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak niewielkie są jego szanse i jak łatwo mógłby to wszystko zniszczyć.
Madam Pomfrey prychnęła lekko, ale jej twarz złagodniała.
– Lubię widzieć, jak rodziny ponownie się łączą w całość – powiedziała. – Zbyt często widziałam, jak były rozrywane na kawałki w czasie wojny. Ale bądź przy nich ostrożny, panie Potter. Naprawdę.
James zamknął mocno oczy i kiwnął głową. Będzie. Konfrontacje, z jakimi musiał się zmierzyć w Lux Aeternie, pokazały mu dokładnie jak wiele szans już mu przemknęło przez palce, jak często zaniedbywał swoje obowiązki i jak wiele miał do naprawienia.
Usłyszał, jak matrona rusza z powrotem do swojego pokoju i zamyka za sobą drzwi. Otworzył oczy i spojrzał na drzwi. Dumbledore zapewnił go, że jego synowie zostali powiadomieni o jego obecności i że najlepiej będzie, jeśli zostanie w skrzydle szpitalnym, podczas gdy on się zajmie wzywaniem ich, jednego z lochów, a drugiego z wieży Gryffindoru.
Wbij to sobie wreszcie do głowy, skarcił się James. Jeden z nich przyjdzie z lochów. Harry jest Ślizgonem i zrobisz mu tylko przykrość, jeśli o tym zapomnisz, albo będziesz udawał, że wciąż można go przydzielić gdzie indziej, czy też spróbujesz odstawić inną tego rodzaju szopkę.
Drzwi do skrzydła szpitalnego otworzyły się szeroko.
James poczuł, że jego oczy otwierają się szerzej i jego brwi marszczą się z niepokoju, ale czekał cierpliwie.
Jego synowie weszli do środka.
Harry szedł przodem, unosząc wysoko głowę i wbijając oczy w swojego ojca. Jamesowi przyszło go głowy, że porusza się jak auror, kiedy przypomniał sobie tę część swojego szkolenia. Ważnym aspektem było patrzeć podejrzanemu prosto w oczy i nigdy nie pokazywać, że samemu się jest nerwowym, zdenerwowanym czy zaniepokojonym. Harry był pod tym względem od niego sto razy lepszy.
Za Harrym szedł Connor, szurając nogami, a James jeszcze nigdy nie widział, żeby jego orzechowe oczy były aż tak zdystansowane. Nie był pewien, jak wiele z tego można było przypisać późnej godzinie.
– Ojcze – powiedział Harry, brzmiąc, jakby się w absolutnie uprzejmy sposób zwracał do obcego mu człowieka. – Dziękujemy za wizytę. Oczekiwaliśmy z niepokojem wszelkich wieści o tobie. – Zamilknął i przechylił głowę na bok. James zastanawiał się, czy szuka jakichś tarcz, albo zaklęć, a może po prostu stara się ustalić, gdzie jego ojciec trzyma różdżkę.
James kiwnął niepewnie głową.
– Ja… myślałem – powiedział.
– O czym? – Twarz Harry'ego nie wyrażała absolutnie niczego.
James wziął głęboki, głęboki oddech. Niełatwo to będzie wyjaśnić, ale jego synowie na nic innego nie zasługiwali, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, jak długo byli od siebie rozdzieleni.
– Usiądźcie, chłopcy, proszę was – powiedział, wykonując gest w kierunku szpitalnych łóżek. Connor chętnie wdrapał się na swoje. Harry obserwował Jamesa.
– Będziesz chodził w kółko? – zapytał.
James zamrugał na niego.
– Ja… tak, prawdopodobnie.
Zupełnie jakby na taką odpowiedź właśnie czekał, Harry kiwnął głową, po czym wskoczył na łóżko, które wskazał mu James. James stłamsił wszelkie podejrzenia, jakie chciały zagościć w jego umyśle. Praktycznie rzecz biorąc nie wiedział nic na temat Harry'ego. Teraz przynajmniej już zdawał sobie z tego sprawę.
James zaczął chodzić i zrobił całe dwa kółka przed łóżkami, zanim się nie zmusił do powiedzenia czegoś wreszcie.
– Czy słyszeliście o Lux Aeternie?
Connor zamrugał i pokręcił głową.
– Wiem, że to była posiadłość Potterów – powiedział cicho Harry. – Wydawało mi się jednak, że została sprzedana, kiedy musieliście się z matką ukryć – potrzebowaliście pieniędzy w pogotowiu, nie mogliście ryzykować mieszkania w miejscu, w którym Voldemort mógłby nas łatwo zaatakować.
James pokręcił głową.
– To było tylko na pokaz. W rzeczywistości człowiekiem, który kupił tę posiadłość byłem ja sam, po prostu alternatywna wersja mnie. Lux Aeterny nie da się sprzedać. Jest związana z linią Potterów. To nie jest miejsce w której nadano naszej rodzinie imię, ani gdzie się rozpoczęła, ale tam właśnie po raz pierwszy zadeklarowaliśmy się Światłu i podejmowaliśmy wszystkie nasze najważniejsze decyzje, przechowywaliśmy wszystkie nasze najważniejsze artefakty. – Westchnął głęboko. – To rudyment, chłopcy.
Twarz Connora dalej niczego nie wyrażała. Harry jednak wyglądał, jakby nie wiedział, czy powinien być przerażony, czy pod wrażeniem.
– Nie wiedziałem, że jakiś mamy – szepnął.
James kiwnął głową. Nie było tak źle, jak się spodziewał, że będzie. Connor nie zdawał sobie sprawy z tego, co to jest, więc można mu było spokojnie i powoli wszystko wytłumaczyć, a Harry nie zaczął wrzeszczeć na samo wspomnienie o rudymentach, co kompletnie nie zdziwiłoby Jamesa, jeśli wziąć pod uwagę więzy, jakie Lily i Dumbledore na niego nałożyli.
– Mamy. Nie chwalimy się tym, bo nasi wrogowie łatwo mogliby nam zaszkodzić, gdyby się o tym dowiedzieli, ale mimo wszystko istnieje.
Harry kiwnął z namysłem. Connor patrzył to na niego, to na swojego ojca.
– No dobra – wypalił w końcu – co to jest rudyment?
– Posiadłość połączona z linią krwi – szepnął Harry. – Dokładniej to połączona z… większą stroną tej krwi. To może być miejsce, gdzie wygrali bitwę, albo tam, gdzie zdecydowali czy ich rodzina należy do strony Światła, czy Mroku, albo miejsce, w którym rodziły się wszystkie ich dzieci. Nie da się jej sprzedać. Nie można jej oddać. Kotwiczy całą rodzinę, zapewnia im dostęp do magii nawet, kiedy wszystko inne zawiedzie, ale to wszystko nie przychodzi bez ceny. Gdyby ktokolwiek zaatakował rudyment kiedy rodziny tam nie ma, to ten pobierze magię od wszystkich członków rodziny, żeby się obronić. Mógłby osuszyć nasz wszystkich, starając się utrzymać swoje osłony. – Harry podniósł głowę i spojrzał Jamesowi w oczy. Wyglądał, jakby to wszystko mu jednak zaimponowało, ale w bardzo przerażający i ponury sposób. – Rozumiem już, czemu nie chcieliście się tam z matką ukryć. Voldemort miał dość siły, by nas osuszyć nawet, gdybyśmy byli ukryci za osłonami, mógłby bez trudu zniszczyć rudyment.
James kiwnął głową, po czym się zawahał. Musiał kontynuować swoją historię, ale najpierw musiał się czegoś dowiedzieć, ale nie był Ślizgonem, nie był w stanie dokładnie odczytać emocji z głosu swojego syna. Nie był już nawet aurorem, zbyt długo wyleciał z praktyki.
– Harry – powiedział – jak teraz postrzegasz Lily?
– Nigdy więcej nie chcę jej widzieć na oczy – powiedział Harry szorstko. – Za bardzo mi zaszkodziła, żebym był w stanie być wobec niej neutralny, do tego zachęcała Connora, żeby ten mnie znowu ściągnął na siłę pod jej kontrolę. – Przez chwilę w jego oczach zalśnił jego ognisty temperament. James powstrzymał się od napomknięcia o tym, jak strasznie przypominał wtedy swoją matkę. – Być może w pewnej chwili w przyszłości będę w stanie przebywać z nią pod jednym dachem bez ciągłego pragnienia zniszczenia całego domu.
James kiwnął głową. Takiej mniej więcej odpowiedzi się spodziewał i dzięki temu mógł usunąć ze swojej głowy plan, który zakładał, co będzie musiał zrobić, jeśli Harry spróbuje się znowu skontaktować ze swoją matką. Żaden problem. Po prostu przejdę do następnego.
– Pojechałem do Lux Aeterny, ponieważ wiedziałem, że to będzie najlepsze miejsce, żeby się nad wszystkim zastanowić – powiedział James. – Nikt nie mógł się tam za mną udać. Jestem dziedzicem Potterów, jeśli chcę, żeby inni trzymali się ode mnie z daleka, to nie będą mieli innego wyjścia.
Odetchnął głęboko.
– Myślałem i myślałem i myślałem. Jedyną osobą, do której w ogóle napisałem, był Remus. Nie mogłem sobie ufać, że będę się zachowywał cywilizowanie wobec Lily czy Dumbledore'a, nie po tym, jak zrozumiałem, co ci zrobili, Harry. – Spojrzał swojemu starszemu synowi w oczy przez moment, po czym odwrócił wzrok. – Nie wiedziałem, co zrobić w kwestii Syriusza, a jeśli chodzi o Petera, to wciąż było mi tak strasznie wstyd, że nie byłem pewien, czy przyjąłby w ogóle ode mnie list. A to w waszej kwestii musiałem się przecież zastanowić. Co zrobiłem źle? Jak mogę się upewnić, że to się nigdy więcej nie powtórzy?
Przeczesał ręką włosy, czując echo tamtej frustracji.
– Ostatecznie wiedziałem, że to po prostu nie działa. Myślałem, ale gdzie bym się nie udał, tam znajdowałem ślepe zaułki. Skrzywdziłbym was będąc przy was, ale krzywdziłem was też trzymając się od was z daleka. Popełniłem w przeszłości błędy i nie miałem żadnej gwarancji, że nie popełnię takich samych błędów w przyszłości.
– Nie oczekiwaliśmy po tobie, że będziesz idealny, tato. – To Connor to powiedział, oferując mu przy tym kruchy uśmiech. – Po prostu chcieliśmy, żebyś tu z nami był.
James pochylił głowę, czując się, jakby ktoś właśnie usunął mu całe powietrze z płuc.
– Obawiam się, że nie zasługuję na taki poziom zaufania, mój synu – powiedział. – A przynajmniej, nie zasługiwałem. I wiedziałem, że nie zasługiwałem. Widziałem, kim jestem, królikiem…
Harry drgnął na to słowo z jakiegoś powodu. James przyjrzał mu się i zaczekał chwilę, ale Harry się nie odezwał. James uznał, że to prawdopodobnie nie było coś, czym chłopak chciał się teraz z nim dzielić, więc ciągnął dalej.
– Wiedziałem jednak, że szybko znowu się nim stanę, jeśli tylko Lily poprosi mnie o to wystarczająco słodko. Przekonała mnie, że powinienem się trzymać z daleka od mojego syna, który cierpiał po opętaniu przez Voldemorta. – James pokręcił głową. – A Albus jest jeszcze gorszy. Albus ma zdolność przymuszania.
– Wydawało mi się, że mama też go ma – powiedział wtedy Connor, podciągając kolana pod brodę. – Inaczej skąd ja bym go miał?
– Jeden z moich przodków go miał – powiedział łagodnie James, uznając, że przynajmniej tyle może dać Connorowi. Ostatecznie to była jedna z rzeczy, które chciał dać swoim chłopcom: posmak ich własnego dziedzictwa. – Ten dar pochodzi z linii Potterów, nie od twojej matki.
Connor kiwnął głową.
– Nie – powiedział cicho James – ona miała tylko swoje słowa i fakt, że ją kochałem. – Zamrugał. Niespodziewanie pojawiły mu się w głowie wspomnienia tej nocy, kiedy wrócił do domu tylko po to, by znaleźć swoich synów z zakrwawionymi czołami. Pokręcił głową. Kusiło go, żeby powiedzieć, że to właśnie ta noc zaczęła całe to zamieszanie, ale to nie była prawda. To, kim się stał, zaczęło się na długo przed tą nocą. – I wciąż ją kocham – dodał.
– Ja też – powiedział Harry.
James pisnął, czując się, jakby centaur go kopnął w pierś. Deklaracja Harry'ego przypomniała mu tylko jak strasznie, strasznie ciężkie to wszystko było. Chciał usiąść.
Uznał jednak, że powinien stać przez resztę pobytu. I tak najlepiej wyrzucał z siebie swoją nerwową energię chodzeniem w kółko. W dodatku najlepiej będzie, jeśli będzie gotów do szybkiej ucieczki, jeśli Connor albo Harry odrzucą to, co miał im zamiar zaraz zaoferować.
Podjął z powrotem swoją opowieść.
– Postanowiłem, że pozostaje mi zrobić tylko jedno, nawet jeśli oznaczało to, że będę musiał się trzymać od was jeszcze dłużej. Przynajmniej wiedziałem, że jak to już dobiegnie końca, to nie będzie już odwrotu.
– Jak? – zapytał Harry. – Złożyłeś przysięgę wieczystą?
James pokręcił głową.
– Zrobiłeś jakiś rytuał? – dodał Connor.
James znowu pokręcił głową.
– Wszedłem do jednego z artefaktów w Lux Aeternie – powiedział. – Wiedziałem, że jak z niego wyjdę, to albo będę wiedział, jak być dobrym ojcem, bo zobaczę i stawię czoło wszystkim moim błędom, albo zginę.
Connor pobladł i zagapił się na niego. Harry tylko zmarszczył brwi.
– I wydawało ci się, że się ucieszymy z tego, że będziemy mieli martwego ojca? – zapytał.
James drgnął. Musiał przyznać, nie myślał do końca o tym w ten sposób. Wyglądało na to, że wciąż będzie musiał popracować nad nowymi sposobami zrozumienia sposobu myślenia Harry'ego. Harry uderzył prosto w słaby punkt jego zbroi, którą Gryfon by zignorował, albo uznałby za wybaczalną dzięki jego odwadze.
– Nie, tak naprawdę to nie – przyznał James. – Ale nie przychodziło mi już nic innego do głowy, Harry. Gdyby ktoś tam ze mną był, to pewnie bym tego nie zrobił. Ale spędziłem już wtedy kilka miesięcy w izolacji, poza jednym listem wysłanym do Remusa i powoli zaczynało mi odbijać. Byłem pewien, że jeśli zginę, to przez to ucierpicie, ale równie mocno, jak nie gorzej, uszkodzę was żyjąc takim samym życiem co wcześniej, a sam nie byłem w stanie wymyślić, jak się zmienić. Przynajmniej jeśli zginę, to Lily i Dumbledore nie zdołają wykorzystać mnie przeciwko wam. Dlatego wszedłem do Labiryntu.
Harry wyprostował się nagle.
– Musiałeś wysłać jeszcze jeden list w takim razie – powiedział. – Snape wspomniał coś o labiryncie.
James pochylił głowę i stłumił irytację na myśl o Snape'ie przebywającym gdziekolwiek w pobliżu jego syna. To była kolejna sprawa, do której będzie musiał się przyzwyczaić dla dobra Harry'ego, bo nie sądził, żeby jego syn tak łatwo chciał zrezygnować ze swojego opiekuna.
– Tak, wysłałem. Labirynt to zawiły układ korytarzy, który czasem pokazywał mi, co się dzieje w międzyczasie w świecie na zewnątrz – ale tylko wtedy, kiedy uznawał, że dzięki temu lepiej zrozumiem swoje błędy, nigdy cokolwiek, co mogłoby odwrócić od nich moją uwagę. Widziałem, kiedy pozbyłeś się swojej sieci feniksa, Harry, i co was spotkało w czasie walki z Voldemortem. To już było niemal pod koniec, więc byłem w stanie wysłać list, w którym napisałem, że chcę się z wami niedługo zobaczyć. Wysłałem go do Remusa. Podejrzewam, że musiał się nim podzielić ze Snape'em.
Harry kiwnął głową, nie jakby chciał powiedzieć, że już o tym wiedział, ale raczej jakby był tak zaabsorbowany historią, że nie miał czasu wątpić w to, co mówił James.
– Labirynt… nie był aż taki zły – powiedział James. To nie była do końca prawda. Był piękny i przerażający, ale rezultat końcowy był "nie taki zły". Co powiedział swoim synom było zaledwie suchym szkieletem prawdy. Labirynt ustawił go przed każdym jednym możliwym błędem, który kiedykolwiek w życiu popełnił i nie pozwolił mu odwrócić od nich wzroku, zarówno od samych błędów, jak i od ich konsekwencji. Musiał patrzeć, co się działo, kiedy kochał swoją żonę bardziej niż obu swoich synów, kiedy kochał Connora bardziej niż Harry'ego. Mógł im to powiedzieć i pewnie kiedyś to zrobi, jeśli tylko zapytają, ale nie zrozumieją tego w pełni, jeśli sami nie wejdą do Labiryntu, a James miał nadzieję, że nigdy nie będą musieli tego zrobić. – Zrobił dokładnie to, czego po nim oczekiwałem. Pokazał mi, jak mogę się zmienić.
– Jak? – zapytał Harry.
James przeszedł przez pokój dwukrotnie, zanim znalazł właściwe słowa, żeby odpowiedzieć. Czuł się, jakby serce miało mu zaraz wyskoczyć z piersi, wciąż bijąc i zawiśnie w powietrzu, żeby jego synowie mogli sięgnąć w jego kierunku i je zmiażdżyć. Od tego momentu zależało wszystko, co sobie zaplanował w ciągu ostatniego miesiąca.
– Pokazał mi, że muszę zacząć myśleć o waszym dobrobycie zanim zacznę w ogóle rozważać swój własny, wasze dobro jest ważniejsze od mojej miłości do Lily czy mojego spokoju ducha – powiedział. – Bycie rodzicem powinno być trudne i bolesne, a ja tego do tej pory unikałem. Pokazał mi, że byłem tchórzem, bo chowałem się przed swoją własną skłonnością do używania mrocznej magii. – Harry spojrzał mu w oczy i James kiwnął do niego. Harry'emu i tylko jemu powiedział o tym, jak kiedyś coś w nim pękło i torturował Bellatrix Lestrange, prawdopodobnie niszcząc resztki jej poczytalności zanim ta jeszcze trafiła do Azkabanu. – Pokazał mi, że Światło nie będzie mi przychylne, jeśli tylko będę się chował za innymi, pozwalając im robić wszystko za siebie, albo odwracał wzrok od spraw, z którymi nie chcę mieć nic do czynienia. Straciłem żonę, przynajmniej na razie, zaufanego mentora i dwóch najlepszych przyjaciół, którzy się ze mną trzymali jeszcze od czasu szkoły, po prostu dlatego, że nie chciałem widzieć. – Poczuł, że oczy mu zachodzą łzami i przetarł je ze złością. Niech to Merlin weźmie, obiecałem sobie, że nie będę tutaj płakał. – Nie chcę już nikogo więcej stracić.
– I jak my się konkretnie mamy wpasować w ten plan? – Harry pochylił się do przodu.
James odwrócił się w jego kierunku.
– Wiesz wiele o tańcach czystokrwistych i tradycjach stosowanych wśród mrocznych rodzin, Harry – powiedział. – Ale nie wiesz nic o rytuałach i tradycjach czarodziejów światła, a naprawdę mam wrażenie, że powinieneś. To również twoje dziedzictwo. Potterowie byli zadeklarowani Światłu już od dwóch pokoleń, zachowywaliśmy się zgodnie z tym, co nam nakazało i od wielu lat podążaliśmy za Świetlistymi Panami. Nic kompletnie o tym wszystkim nie wiesz. Powinieneś. – Zwrócił się w stronę Connora. – I ty też. Obaj jesteście Potterami. Na zbyt długo pozwoliłem sobie o tym zapomnieć.
Harry kiwnął głową i zerknął z ukosa na brata. Connor spojrzał bratu w oczy i po chwili też kiwnął głową.
James przygryzł wargę. Pierwszy znicz złapany.
– Wiem też, że oboje potrzebujecie miejsca, w którym możecie odpocząć, zaleczyć rany – powiedział. – Syriusz… – Nie był pewien, jak wiele będzie w stanie powiedzieć na temat Syriusza, nie brzmiąc przy okazji jak bełkoczący idiota, więc tylko do tego się ograniczył. – Syriusz. I Voldemort, niech go Merlin weźmie, w zeszłym roku i w tym też. Chcę, żebyście mieli trochę czasu na pozbieranie się w sobie. Trochę czasu na zabawę – dodał, przypominając sobie dom w Dolinie Godryka, zamknięty szczelnie za osłonami izolującymi. Harry i Connor mogli się tam bawić tylko ze sobą nawzajem, czasem z odwiedzającymi ich Syriuszem i Remusem, rzadziej z Jamesem, który prawie nigdy nie bawił się z Harrym. Harry zawsze czytał i James nie potrafił tego zrozumieć (właściwie to wydawało mu się czasami, że chłopak trafi do Ravenclawu). Teraz, oczywiście, rozumiał już, czemu Harry cały czas czytał i na samo wspomnienie zrobiło mu się niedobrze. – Miejsce, w którym możecie mieszkać bez obaw, że ktoś was zaatakuje, że Voldemort może się czaić za każdym rogiem. Miejsce, w którym możecie być dziećmi.
Connor pokiwał głową, oczy mu lśniły. Harry wyglądał, jakby wciąż miał wątpliwości.
– Chcę zabrać was do Lux Aeterny w to lato – powiedział James. – Możecie się tam nauczyć o Potterach i o swoim dziedzictwie. Możecie latać ile tylko chcecie, a wasi przyjaciele będą mogli was odwiedzić kiedy tylko będą chcieli, tak jak tego nie mogliśmy mieć w Dolinie Godryka. – Przez paranoję Lily, chciał dodać, ale ostatecznie to była również jego paranoja. Tak długo jak nie musiał widzieć nikogo mrocznego, to nie musiał też myśleć o mroku wewnątrz siebie. – Możecie być tam razem, z dala od śmierciożerców. Lux Aeterna może wam to zapewnić. Chcę też poprosić Remusa, żeby pojechał tam razem z nami.
Spojrzał im w oczy i zmusił się do spokoju. Musiał o to poprosić i obiecał sobie, że to powie, ale i tak strasznie miał ochotę w tym momencie wybiec z pokoju.
– W dodatku będziecie ze mną – powiedział cicho. – Po raz pierwszy w życiu mógłbym być dla was prawdziwym ojcem.
Twarz Connora rozpogodziła się już kompletnie i niemal lśniła radością. James pozwolił sobie się skąpać w cieple tej chwili. Prawda była taka, że nie spodziewał się specjalnego oporu ze strony Connora, chociaż Labirynt pokazał mu cokolwiek dosadnie, że kompletnie nie rozumie swoich synów, że miał swoje wątpliwości.
Odwrócił się i spojrzał na Harry'ego.
Harry marszczył brwi, a jego oczy były ciemnozielone, zupełnie jak Lily, kiedy coś ją martwiło. Poruszył w pewnym momencie głową tak, że jego grzywka odsłoniła jego bliznę w kształcie błyskawicy. Labirynt powiedział Jamesowi, co ta blizna oznacza i Dumbledore potwierdził to w ich krótkiej rozmowie, jaką odbyli przez kominek. James odniósł wrażenie, że Albus chciał go tym nastraszyć, ale zamiast tego James zrobił się tylko jeszcze bardziej zdeterminowany.
– Czy Draco będzie w stanie mnie odwiedzić? – zapytał ostrożnie Harry.
James postanowił powiedzieć mu prawdę
– Tylko jeśli osłony go przepuszczą. Ktoś przesiąknięty mroczną magią może nie być w stanie ich przekroczyć.
Harry rzucił mu neutralne spojrzenie.
– Ja jestem przesiąknięty mroczną magią.
– Ale jesteś Potterem – powiedział James. – Twoja krew cię przepuści, chyba, że zwrócisz się w pełni i nieodwracalnie w stronę Mroku i zostaniesz wydziedziczony z rodziny. Żaden Malfoy nie ma tej gwarancji.
Harry kiwnął głową.
– A profesor Snape?
– Nie wiem – przyznał James. – Rudymenty potrafią być kapryśne, jeśli ich dziedzic taki jest. A ja nie lubię Snape'a, więc Lux Aeterna przez wzgląd na moją niechęć może go po prostu nie wpuścić.
– Wiem – powiedział Harry. – Nie proszę o gwarancję, że zmienisz swoje podejście do niego. Pytam się, czy zgadzasz się na to, żeby mnie odwiedzał, i Draco też, jeśli tylko będzie w stanie.
James chciał zamknąć oczy. Harry był dorosły pod każdym względem poza wiekiem i wzrostem. Co myśmy mu zrobili?
Ale po przejściu Labiryntu znał odpowiedź na to pytanie w bardzo intymnych detalach, więc nie poświęcił na to zbyt dużo czasu. Najważniejsze teraz było przekonać do siebie jego syna i na pewno nie zdoła tego zrobić, jeśli po prostu zakaże wstępu do Lux Aeterny najlepszemu przyjacielowi Harry'ego i jego opiekunowi.
Snape nigdy nie zostałby jego opiekunem, gdybym przez tak długi czas nie ignorował szaleństwa Lily, przypomniał sobie James i otworzył oczy.
– Zrobię co w mojej mocy, żeby przekonać dom do wpuszczenia go do środka – powiedział.
Harry przez chwilę siedział cicho, myśląc. James tylko mu się przyglądał. Zdawał sobie sprawę, że Connor wbija w Harry'ego błagalny wzrok i zastanawiał się, jak wielki to miało wpływ na to, że Harry w końcu kiwnął głową.
– Pojadę z tobą – powiedział cicho, po czym skrzywił się, jakby ktoś na niego krzyknął. – Ale najpierw będę się musiał uporać z pewnymi nieprzyjemnymi sprawami.
James chciał zamknąć oczy i zatańczyć. Otrzymał swoją drugą szansę, a musiał przyznać, że pod wieloma względami wcale na nią nie zasługiwał.
– Pójdę z tobą – powiedział. – Jeśli chcą kogoś o to wszystko winić, to niech winią mnie. – Odwrócił się i spojrzał na Connora. – Czy ktoś będzie miał jakieś obiekcje przed twoją wyprawą do Lux Aeterny, Connor?
Jego młodszy syn pokręcił głową.
– Tak długo jak Ron może mnie odwiedzić i może inni, jeśli będą chcieli, to nie, nie sądzę – powiedział.
James zamrugał, niemile zaskoczony. Nawet mu do głowy nie przyszło, że Connor ma tak niewielu przyjaciół. Oczywiście, jeśli charakter jego syna był taki, jakim go uformowały błędy Jamesa, to pewnie nie miał nawet czego zaoferować innym ludziom.
– Oczywiście – powiedział. – Weasleyowie też są zaprzysiężeni Światłu. Nie powinno być z nimi żadnych problemów.
Connor przechylił głowę na bok.
– Lux Aeterna to czystokrwiste miejsce. Myślisz, że wpuści do siebie mugolaków?
James uśmiechnął się.
– Na pewno. Ono po prostu nie lubi mrocznej magii, to wszystko.
Connor kiwnął głową.
– W takim razie chyba zapytam, czy Hermiona się zgodzi na to, żeby nas odwiedzić – powiedział. – Ja… nie wiem, czy będzie chciała. Przeprosiłem ją, ale nie układa się już między nami tak jak dawniej.
Brzmiał niepewnie, ale jego głos zdawał się nabierać na sile z każdym wymówionym słowem. Jamesowi ulżyło. Wyglądało na to, że Connor miał w sobie jednak trochę uporu i nie pęknie w chwili, w której spotka swoje pierwsze, prawdziwe wyzwanie. Być może James zdoła jednak nawiązać z nim relacje, które nie będą tylko się obracały wokół niewinności i ignorancji.
– Tato?
James odwrócił się. Harry stał przy drzwiach prowadzących do skrzydła szpitalnego i czekał cierpliwie aż ten do niego dołączy.
– Dziękuję – powiedział Harry i uśmiechnął się.
To wszystko było tego warte, pomyślał James, choćby dlatego, że teraz mogę zobaczyć jego szczery uśmiech.
Draco nie potrafił pojąć jakim cudem wszystkie jego eleganckie plany nagle wzięły w łeb.
Najpierw Harry powiedział mu, że nie może się z nim udać do skrzydła szpitalnego, upierając się, że spotkanie powinno się odbyć w prywatnym gronie, tylko on, jego brat i ich ojciec. Draco próbował się stawiać, ale Harry zauważył, że obietnica, którą mu złożył, zakładała, że Harry może czasem być sam, o ile poinformuje jego albo Snape'a o tym, gdzie idzie. Draco niechętnie go puścił, przekonany, że Harry szybko wróci. Co takiego ten zdrajca krwi, ten tchórz miałby niby takiego ciekawego do powiedzenia, co by wytłumaczyło jego zniknięcie na tak wiele miesięcy?
A teraz Harry wrócił, jego ojciec szedł zaraz za nim – musiał niezgrabnie się pochylić, przechodząc przez drzwi – i Draco został poinformowany, że Harry na lato pojedzie do "domu" ze swoim ojcem i bratem.
To było niesprawiedliwe. Draco był pewien, że wszechświat wreszcie zaczynał być po jego stronie, jak tylko przedarł się wreszcie przez upór Snape'a i zdołał mu wreszcie wyjaśnić, że rezydencja Malfoyów to najlepsze miejsce, w którym Harry może spędzić wakacje. Zamiast tego wyglądało na to, że wszechświat miał zamiar po raz kolejny odebrać mu Harry'ego, tak samo jak robił to w każde możliwe jak do tej pory święta, poza gwiazdką na pierwszym roku i pierwszym miesiącem wakacji w zeszłym. Draco podejrzewał, że powinien też wliczyć w to gwiazdkę na drugim roku, ale Harry leżał wtedy nieprzytomny w skrzydle szpitalnym, więc to się nie liczyło.
– Ale nie możesz – spróbował Draco.
Harry spojrzał na niego cierpliwie.
– Oczywiście, że mogę. Ty i Snape wiecie, gdzie będę, i będziecie mogli mnie odwiedzić.
– Może – burknął Draco. Słyszał historie o rudymentach i rudyment świetlistej rodziny raczej nie pozwoli się Malfoyowi zbliżyć do siebie na milę, bez względu czy ten uprawiał mroczne sztuki czy nie, bo świetliści to byli bigoci. – Ale Harry, czemu?
Harry zerknął na niego z zaciekawieniem z ukosa, przeglądając swój kufer, jakby próbował się upewnić, że już wszystko spakował.
– Jak to, czemu? Muszę trenować swojego brata i dzięki temu rozwiązaniu będę w stanie to robić bez przeszkód. Mam szansę pogodzić się ze swoim ojcem i dzięki temu będę to w stanie zrobić. – Uśmiechnął się do Jamesa, a ten odwzajemnił uśmiech. Na ten widok w Draconie zawrzało. Jeszcze nie tak dawno tylko on potrafił sprawić, żeby Harry się w ten sposób uśmiechnął. Czemu wszystkie dobre strony leczenia muszą iść w parze z obrzydliwymi? pomyślał Draco. – Do tego potrzebuję spędzić wakacje w jakimś bezpiecznym miejscu, gdzieś, gdzie śmierciożercy nas nie dorwą. Hogwart jest bezpieczny, ale śmierciożercy wiedzą, że tu jesteśmy. Lux Aeterna jest bezpieczniejsza, ma lepsze osłony, ochroni dowolnego Pottera agresywniej niż Hogwart byłby w stanie.
Draco położył rękę na ramieniu Harry'ego i zmusił go do spojrzenia na siebie.
– Wszystko to ma znaczenie dla ludzi, którzy walczą w wojnie, Harry – powiedział. – A co z tobą? Czego ty chcesz?
Harry zamarł, patrząc się na niego wielkimi oczami. Draco czekał, nieoczekiwanie czując jak serce mu podjeżdża do gardła. Przez tych kilka chwil naprawdę wydawało mu się, że Harry jednak zmieni zdanie i pojedzie z nim.
A potem Harry uśmiechnął się do niego i Draco porównał ten uśmiech do tego, który Harry wcześniej posłał swojemu ojcu i uznał, że ten jest od niego piękniejszy.
– Dziękuję – powiedział Harry. – Dziękuję, że o to zapytałeś, Draco. – Jego głos złagodniał. – Naprawdę chcę tego wszystkiego. Co więcej, wiem teraz, że ty i Snape o mnie nie zapomnicie, nie zwrócicie się przeciwko mnie, ani nic w tym stylu – bo znaczę dla was tak wiele, że nie muszę spędzać przy was każdej wolnej chwili, naprawiając i wzmacniając nasze relacje.
Durny palant, pomyślał tępo Draco, czując jak w piersi rośnie mu bolesna gula. Nie może się tak po prostu wymigiwać prawdą, to nie fair.
– No to może zostaniesz z nami po prostu dlatego, że lubisz nasze towarzystwo? – zapytał.
– Zostałbym, gdyby tylko o to chodziło – powiedział Harry. – Ale wiesz, czym jestem, Draco – wiesz o mnie wszystko, prawdopodobnie znasz mnie lepiej niż ktokolwiek poza Snape'em. Chcę pomóc swojemu bratu. Wciąż jest straumatyzowany po utracie Syriusza i musi zacząć się uczyć. – Obejrzał się na Jamesa i upewnił się, że mężczyzna go słyszy. – Wciąż nie ufam, że ktokolwiek poza mną zdoła go wystarczająco rygorystycznie wytrenować.
James się wzdrygnął, ale pochylił głowę. Poprawiło to nieco jego pozycję w oczach Dracona. Mimo wszystko jednak był czystokrwisty, nawet jeśli zadeklarował się Światłu i aż od tego cuchnął.
– Chcę pojechać do Lux Aeterny – powiedział Harry. – Naprawdę teraz tego potrzebuję. Nie mogę po prostu powiedzieć, że chcę naprawić moje relacje z rodziną, a potem niczego z tym nie zrobić. – Westchnął lekko. – Ale prędzej czy później zaleczę ich wreszcie jak należy i kto wie, co przyniesie przyszłość? – Uśmiechnął się do Dracona.
Draco kiwnął powoli głową. Jeśli nałożyć na to szerszą perspektywę, to nie było w sumie aż takie złe. Mógł odwiedzać Harry'ego, a to były tylko jedne wakacje. Będą kolejne, będą gwiazdki i wielkanoce, a potem całe ich życie po ukończeniu szkoły, kiedy nie będą musieli się słuchać rodziców, ani martwić o upierdliwych braci.
Draco miał zamiar dopilnować, żeby Harry spędził większość tego czasu, jak nie cały ten czas, razem z nim. Był skłonny poddać tę walkę na rzecz przyszłych korzyści.
– W porządku – powiedział – ale masz mnie zaprosić do siebie tak szybko, jak tylko będziesz w stanie.
Harry uśmiechnął się.
– Oczywiście.
Odwrócił się z powrotem do swojego kufra i zaczął w nim grzebać. Draco rozejrzał się, zastanawiając się, czego szuka. Pakowanie nigdy nie zajmowało Harry'emu dużo czasu. Nigdy nie rozrzucał swoich rzeczy, zupełnie jakby w każdej chwili spodziewał się, że zostanie zaatakowany i będzie musiał złapać niezbędniki i uciekać.
Po chwili Harry odwrócił się do niego, trzymając w ręku złożony kawałek pergaminu.
– Wszystkiego najlepszego, Draco.
Draco zamrugał. Faktycznie, jutro były jego czternaste urodziny, piątego czerwca, ale biorąc pod uwagę stan Harry'ego, nie spodziewał się, że Harry naprawdę będzie o tym pamiętał. Sam prawie o tym zapomniał.
Prawie.
Sięgnął i przyjął pergamin z rąk Harry'ego, po czym powoli zaczął go rozwijać. Ich doświadczenie z Mrocznym Panem piszącym do Harry'ego z Wrzeszczącej Chaty sprawiło, że Draco był ostatnio niechętnie nastawiony do listów i ich potencjalnej zawartości.
To nie był jednak list, nawet jeśli na górze zdobiło go pozdrowienie "Drogi Draco". Pod spodem była lista. Draco zmarszczył brwi i zaczął ją czytać.
Kiedy sprawiłeś, że poczułem się mile widziany w naszym domu podczas uczty sortującej.
Kiedy sprawiłeś, że zrozumiałem, że przydzielenie do Slytherinu to nie koniec świata i że może nawet będę w stanie znaleźć tu jakichś przyjaciół.
Kiedy chciałeś, żebym przestał oszukiwać w czasie eliksirów, bo nie chciałem, żeby Connor wpakował się w kłopoty – teraz już wiem, że po prostu chciałeś, żeby ktoś mnie docenił za mój talent, nawet jeśli wtedy nie rozumiałem, o co ci chodzi.
I tak leciała ta lista, wymieniając wszystkie okazje, kiedy Draco wykonywał jakieś drobne, przyjacielskie gesty wobec Harry'ego. Miał sucho w ustach, kiedy dotarł do końca listy.
Za przyjaźń, nawet, kiedy byłem jeszcze za ślepy, żeby ją zauważyć. Za gesty sympatii, nawet jeśli wtedy wydawało mi się, że mają źródło w zazdrości o mojego brata. Za to, że jesteś Ślizgonem w każdym calu, jednocześnie będąc najlepszym przyjacielem, o jakim tylko mógłbym marzyć.
Wszystkiego najlepszego, Draco. Teraz już to wszystko widzę i wiem, co to oznacza, nawet jeśli nie rozumiałem tego wtedy. Nigdy więcej o tym nie zapomnę i jeśli kiedyś coś mi umknie, to nie wahaj się mi przywalić.
Harry.
Draco spojrzał w górę, wściekły za to, że kawałek pergaminu sprawił, że siąpnął nosem. Spojrzał za to Harry'emu w oczy i zobaczył jak Harry pochyla głowę, a na jego ustach tańczy niewielki uśmieszek.
– Przecież to nie tak, że stracimy ze sobą kontakt – powiedział cicho Harry. – Nie stracilibyśmy go nawet, gdybyśmy nie widzieli się ani nie pisali do siebie aż do września. Nigdy tego nie stracimy.
Draco kiwnął powoli głową, po czym złożył znowu pergamin i schował go do kieszeni.
– Naprawdę teraz już musisz iść? – szepnął.
Harry obejrzał się na moment na swojego ojca.
– Tak – powiedział, kiedy James kiwnął głową. – Jak tylko porozmawiamy z profesorem Snape'em. – Skrzywił się, jakby chciał powiedzieć, że wcale się do tego nie pali.
– Czyli najpierw przyszedłeś do mnie? – zapytał Draco.
– Oczywiście – powiedział Harry. – Niby czemu nie? Mój kufer tu jest i tak czy inaczej musiałem ci dać twój prezent na urodziny, zanim napisałbyś do mnie, cały rozhisteryzowany, że o tym zapomniałem.
Draco nie przywalił mu tylko dlatego, że Harry się dalej do niego uśmiechał ciepło. Zamiast tego przyciągnął do siebie Harry'ego i przytulił go na pożegnanie.
– Oczekuję zaproszenia nie dalej niż za kilka dni – szepnął. – I powodzenia z profesorem Snape'em.
Poczuł, jak Harry się krzywi.
– Dzięki. Przyda się.
Snape zamrugał, powoli się budząc; znowu zasnął w swoim gabinecie, przeglądając ostatnie egzaminy z tego roku. Ktoś pukał do jego drzwi. O takiej porze to mogła być tylko jedna osoba.
Skoczył na nogi jak tylko o tym pomyślał, wyciągając różdżkę i śpiesząc do drzwi. Jeśli Harry'emu coś się stało…
Harry'emu nic się nie stało. Harry stał w korytarzu, patrząc na Snape'a z lekkim zaskoczeniem. Najwyraźniej nie spodziewał się, że drzwi zostaną otwarte tak szybko. Za nim unosił się jego kufer, wyglądał na pełny. A za nim stał James Potter, z założonymi rękami i w niedbałej postawie, równie irytujący co zawsze.
Snape momentalnie zrozumiał sytuację. Nie miał innego wyjścia. Wiedział, że James przyjdzie odwiedzić swojego syna i wiedział, że Harry nie przyprowadziłby go tutaj ze sobą, gdyby jednak miał zamiar się wybrać do rezydencji Malfoyów.
Poczuł, jak w jego piersi zwija się coś głębokiego i paskudnego, coś całkiem podobnego do tego, co poczuł, kiedy po raz pierwszy zorientował się, że Syriusz Black był zagrożeniem dla Harry'ego. Nie. Na to się nie zgodzę.
– Nie – warknął.
Harry westchnął.
– Czy mogę z panem porozmawiać, profesorze Snape? Proszę?
– Tak – powiedział Snape, po czym dźgnął Jamesa spojrzeniem, kiedy ten spróbował ruszyć za Harrym. – Ty nie.
James zatrzymał się potulnie, mając czelność do powtórzenia lekko zaskoczonego spojrzenia swojego syna, jakby faktycznie nie spodziewał się po Snape'ie takiego zachowania. Snape zaciągnął Harry'ego do swojego gabinetu i zamknął za nimi drzwi.
– Tata naprawdę znacznie lepiej sobie radzi – powiedział Harry jego plecom. – I chce przyjąć do siebie mnie i Connora. Wiem, że pan nie miał na to ochoty. Myślę, że powinienem pojechać razem z nim.
– Czy Draco słyszał o tej niedorzecznej szaradzie? – powiedział Snape niskim głosem, przeciągając zgłoski i odwracając się powoli w jego stronę. Harry zamrugał na niego.
– Oczywiście – powiedział. – To on mnie obudził, kiedy tata się pojawił. Będzie mógł mnie odwiedzić w czasie lata, więc się zgodził. – Po raz pierwszy w jego głosie pojawiło się wahanie. – Tata powiedział, że pan może nie być w stanie mnie odwiedzić, bo Lux Aeterna to rudyment. Ale obiecał, że spróbuje wyrosnąć ze swojej niechęci do pana, żeby dom mógł pana wpuścić.
A jeśli nie będzie chciał, żebym się zobaczył z Harrym, pomyślał Snape, to wystarczy, że powie mu, że po prostu osłony nie chciały mnie wpuścić.
Coraz ciężej mu się oddychało. Jego sytuacja różniła się od Dracona, nawet jeśli Harry tak tego nie postrzegał. James nie miał żadnego szczególnego powodu, by nienawidzić Dracona Malfoya. Nienawidził jednak Snape'a i to z wzajemnością.
Na samą myśl, że nie będzie mógł się zobaczyć z Harrym po prostu dlatego, że jego ojciec postanowił nagle wrócić i może być zdeterminowany, by odciąć Snape'a od Harry'ego…
Snape przez chwilę po raz pierwszy na poważnie rozważył porwanie Harry'ego i fiuknięcie go na Kraniec Spinnera, mimo całego niebezpieczeństwa, w jakim ten by się tam znalazł przez szalejących po Brytanii śmierciożerców.
– Powiedziałem mu, że chcę, żeby pan pozostał moim opiekunem.
Snape zamrugał i wrócił do siebie. Harry obserwował go z poważnymi, zielonymi oczami, które rozumiały zbyt wiele.
– Tata wie – ciągnął dalej Harry. – Powiedział, że nie widzi przeciwwskazań. Nie ma zamiaru odseparować pana ode mnie, ani mnie od pana. I wiem, że musi być panu ciężko słyszeć, że wciąż nazywam go tatą – dodał ciszej – ale myślę, że powinienem. Myślę, że powinienem spróbować się z nim pogodzić, zobaczyć, czy ta relacja ma w ogóle jakieś szanse powodzenia.
James wciąż jest rodzonym ojcem chłopca.
Był taki czas, kiedy Snape nie byłby w stanie mu tego wybaczyć. Ten czas minął ponad rok temu.
Nie po raz pierwszy jednak przeklął tendencję Harry'ego do wybaczania wszystkim jak leci.
– Myślę, że powinieneś mieć normalne wakacje, Harry – powiedział, pilnując by jego głos pozostał cierpliwy. – Choć raz powinieneś spędzić lato bez zobowiązań, kiedy będziesz mógł po prostu… bawić się, robić wszystko to, co robią dzieci, na które nie czyha Mroczny Pan. To właśnie mógłbyś tutaj mieć. Wiesz przecież, że nie pozwolę ci się przepracować, a gdyby nie było tutaj twojego brata, to nie musiałbyś stale na niego uważać. Masz też własne rany do zaleczenia – dodał. – Wiem lepiej od kogokolwiek, że wciąż się nie do końca wyleczyłeś po utracie swojego ojca chrzestnego, po wszystkim tym co widziałeś i zrobiłeś tamtej nocy, nawet jeśli stale powtarzasz ludziom, że już się z tym uporałeś.
Harry odwrócił od niego wzrok.
– Jak wiele koszmarów, Harry? – zapytał Snape i naciskał dalej, kiedy Harry odsunął się od niego o krok. – Jak wiele?
– Jeden czy dwa na noc – powiedział niechętnie Harry. – Ale to nie wizje od Voldemorta, po prostu zwykłe koszmary – dodał pośpiesznie.
– Nie obchodzi mnie to – powiedział uprzejmie Snape. I naprawdę go to nie obchodziło. Harry miał zamiar spędzić wakacje wśród ludzi, którzy go kompletnie nie rozumieli, którzy będą żądać od niego bycia dorosłym, którzy nie zauważą, kiedy Harry zacznie się statecznie i z determinacją przepracowywać, w porównaniu do tego wszystkiego naprawdę go to nie obchodziło. – Wciąż musisz je przezwyciężyć. A dźwiganie na barkach ciężaru całego świata w żaden sposób ci w tym nie pomoże.
Harry przestał się wycofywać, odetchnął głęboko i spojrzał na niego.
– Ale ciężar całego świata nie zniknie tylko dlatego, że będę tu, a nie tam – powiedział. – Wiem, że chce mnie pan ochronić, ale nie może pan. Nie przed wszystkim. I wiem, że rany, które odniosłem tamtej nocy były łagodne w porównaniu do tego, co mnie czeka. Wiem, naprawdę – dodał, kiedy Snape próbował się wtrącić. – Niech pan pamięta, że słyszałem i czytałem historie o Pierwszej Wojnie odkąd byłem mały. Voldemort wróci i będzie próbował zrobić to wszystko od nowa, a tym razem pewnie będzie jeszcze gorszy. A ja będę na frontowej linii, walcząc, bo muszę i wiem, że się na tym sparzę. To jest właśnie ten moment, kiedy wciąż jestem pańskim wychowankiem i jestem za to wdzięczny, ale jednocześnie nie jestem dzieckiem. – Harry rozłożył ręce. Jego magia zalśniła wokół niego, namacalna potęga w pokoju i Snape odkrył, że ciężko mu w niej nabrać tchu, nawet jeśli zazwyczaj nawet jej już nie zauważał. – Jestem potężnym czarodziejem, może nawet vatesem, ale też wojownikiem. – Przywódcą, niemal powiedział Snape, ale wzrok Harry'ego podpowiedział mu, że to nie był moment na tę kłótnię. – Muszę przygotować Connora na wojnę, muszę pomóc mu się wyleczyć. Nikt inny mi w tym nie pomoże. – Przyjrzał się Snape'owi uważnie. – A pan go tutaj nie chce.
– Ponieważ chcę, żebyś chociaż raz pomyślał o sobie, a nie o tym dziecku! – wypalił Snape.
Harry uśmiechnął się.
– Jestem za to wdzięczny, naprawdę – powiedział. – Ale wojna nie przejmuje się tym, co my chcemy. A jesteśmy teraz w środku wojny, tej, która tak naprawdę nie skończyła się odkąd Voldemort przyszedł do Doliny Godryka. Nie wiem, czym tak naprawdę jest pokój.
– No to może najwyższy czas się nauczyć – powiedział z naciskiem Snape. Czemu ten przeklęty dzieciak tego nie widzi?
– Jeszcze nie teraz – powiedział Harry. – Może po wojnie.
– Albo w następne wakacje – powiedział Snape, a w jego głosie pojawiła się lekka groźba.
Harry pochylił głowę.
– Może wtedy. – Zerknął w stronę drzwi. – Czy to znaczy, że jednak mnie pan puści do Lux Aeterny?
Snape walczył ze sobą przez dłuższą chwilę. Wiedział, że Harry nie skrzywdzi go, jeśli mu zabroni wyjazdu, ale to nie znaczyło, że Harry zostanie, a zakazanie chłopcu tego wyjazdu pewnie tylko skończy się na tym, że ten tylko się do niego zrazi. Dzięki temu James będzie miał tylko więcej powodów, żeby legalnie odebrać mu Harry'ego, a jeśli James skieruje sprawę do sądu, to Snape nie będzie miał szans z nim wygrać.
Ale w tym samym czasie..
Harry za łatwo wszystko przebacza. James miał swój udział w tym, co mu się przytrafiło, bez względu na to, jakby mu teraz nie było z tego powodu przykro.
– Jeśli ktoś cię tam skrzywdzi, to od razu mnie o tym poinformujesz – powiedział Snape. – I jeśli zrobi to jeszcze raz, aportujesz się tutaj. Wiem, że jesteś w stanie się przebić przez osłony anty–aportacyjne.
Harry kiwnął głową.
– Przyjdę prosto do pana – powiedział – chociażby dlatego, że będę się bał tego, co mogę im zrobić, jeśli coś mi zrobią, a ja z nimi zostanę w Lux Aeternie. – Oczy mu zabłysły w sposób, który Snape aprobował, chociaż jak na jego gust ten płomień powinien być większy i głębszy.
– Będziesz pisał do mnie codziennie – powiedział Snape. – Bez względu na wszystko. I będziesz pisał w swoich listach prawdę na temat twoich koszmarów.
Harry potulnie kiwnął głową.
– I nie pozwalam ci się wykończyć próbami nauczania twojego cholernego brata – zakończył Snape.
Harry przytaknął.
– Dziękuję panu – powiedział, po czym zrobił krok w jego stronę i przytulił go. – Wiem, że to dla pana ciężka decyzja. Obiecuję, że jeszcze się zobaczymy, w ten czy w inny sposób, jeszcze przed końcem wakacji.
Snape objął go, a jego wzrok powędrował do stosu książek, które dostał od departamentu magicznej rodziny i służby dziecka.
Zawsze jest to, oczywiście. Zawsze pozostaje to. Trochę mi to zajmie, ale zemsta jest zawsze najlepsza serwowana na zimno.
Trzymając to w pamięci, Snape był w stanie wypuścić Harry'ego i nawet otworzyć mu drzwi i posłać Jamesowi tylko krzywy uśmieszek, a potem patrzeć jak Harry idzie w stronę schodów z unoszącym się za nim kufrem. Następnie zamknął za sobą drzwi i wrócił do oceniania ostatnich egzaminów, tak żeby móc czym prędzej zacząć poszukiwania informacji.
Jeśli Harry nie ma zamiaru powziąć odpowiednich kroków przeciw swojemu ojcu, przeciw Lily, przeciw Dumbledore'owi, to zrobię to za niego.
– Gotowi, chłopcy?
Harry rozejrzał się po skrzydle szpitalnym i kiwnął głową. Kufer Connor stał obok niego, a na nim spoczywała klatka z Godrykiem. Harry miał swój kufer za sobą, Hedwigę w klatce i Fawkesa na ramieniu. Fawkes dogonił go, kiedy wychodzili z lochów i wyglądało na to, że nie miał zamiaru zostawać w szkole. Remus stał zaraz za Connorem, trzymając swoje własne bagaże i wyglądał na mocno zaskoczonego nagłą odmianą losu. Harry nie słyszał jego rozmowy z Jamesem, ale najwyraźniej wystarczyła, by go przekonać do pójścia razem z nimi.
Wreszcie odwrócił się, spojrzał na swojego ojca i nabrał tchu. Wszystko inne, czego potrzebujemy, nie da się zobaczyć gołym okiem.
– Gotowi – powiedział.
James uśmiechnął się do niego przelotnie i cisnął proszek fiuu w ogień.
– Lux Aeterna! – zawołał, kiedy płomienie błysnęły zielenią, po czym wszedł w nie i zniknął.
Connor poszedł zaraz za nim, ciągnąc za sobą zaskoczonego Godryka, który uderzał skrzydłami o klatkę, a potem była kolej Remusa. Harry odprowadził go wzrokiem i podskoczył, kiedy Fawkes zanucił zachęcająco.
– Wiem, wiem – wymamrotał, po czym wziął szczyptę proszku fiuu. – Wcale się nie boję. Po prostu chciałem się upewnić, że wszyscy przejdą bez problemu, to wszystko.
Fawkes zaćwierkał i przytulił łepek do policzka Harry'ego, po czym podskoczył i zniknął w kuli ognia, lecąc bez strachu poprzez ogień.
Harry nabrał tchu i zawołał:
– Lux Aeterna!
Wieczne światło.
Harry miał nadzieję, kiedy wskoczył między płomienie, w kierunku swojej przyszłości, że ta nazwa to był wystarczająco dobry omen, który mu jakoś wynagrodzi wszystko to, co przeszedł do tej pory.
To nic takiego. Po prostu reszta mojego życia.
