Trudne prawdy
Tak bardzo go odczłowieczasz, by uciszyć sumienie?
W połowie stycznia zima była w pełnym rozkwicie. Na terenach Hogwartu ścielił się biały puch, z którego młodsze roczniki lepiły bałwany, a starsze śnieżki i warownie, zza których prowadziły zażarte wojny. I w tamtym momencie rywalizacja domów wylatywała za okno, Ślizgon z Gryfonem ramię w ramię współpracowali, by pokonać drużynę przeciwną. Przyjaźnie przestawały się liczyć, więzy krwi nie miały znaczenia, ważne było tylko to, by temu drugiemu wrzucić śnieg za kołnierz. Część dzieci wdało się w zawody z wierzbą bijącą, obrzucając ją śniegowymi gałkami, za co w zamian drzewo strząsało na nich sople lodu, które utworzyły się na jego gałęziach. Nikt jednak nie był na tyle odważny, by podchodzić do Czarnego jeziora, gdyż nikt nie chciał być oblany lodowatą wodą przez wielką kałamarnicę. I właśnie w jedną z takich swobodnych i beztroskich sobót Harry dotarł powoli na ostatni stopień ruchomych schodów i rzucił zjadliwe spojrzenie na siódmorocznego Krukona, który unosił się nad nim ochronnie. Gryfon planował spacer po terenach i odwiedziny u Hagrida, jednak wątpił czy pozostanie pozostawiony samemu sobie.
Wraz z powiększającym się brzuchem, rosła opiekuńczość uczniów mających rodziców bądź krewnych po stronie Voldemorta. Normalnie Harry znosił to zachowanie ze stoickim spokojem, zdając sobie sprawę ze słuszności takiego postępowania. Jednak dziś było jednych z tych dni, kiedy cała logika wylatywała za okno i jedyne co chciał, to udusić towarzyszącego mu Krukona. Fortuna musiała jednak czuwać nad biednym chłopcem, gdyż zanim zdążył go przekląć, usłyszał głośne kroki dobiegające z bocznego korytarza i głos Neville'a.
— Harry, Merlinie, Harry. Dobrze, że cię złapałem — Gryfon sapał opierając jedną rękę o ścianę. — Przeszukałem cały zamek, musimy porozmawiać.
— Oddychaj Neville — Harry delikatnie się uśmiechnął do przyjaciela. — Szedłem właśnie na spacer, chcesz się przyłączyć?
Neville spojrzał nieprzytomny wzrokiem na Harry'ego i pokręcił głową.
— Jest zimno — stwierdził bezceremonialnie. — Nigdy nie zrozumiem twojego zafascynowania śniegiem.
— Daj spokój, idę do Hagrida. Pomyśl o cieple ognia i gorącej herbacie w jego chacie — namawiał Harry.
— Nie mam płaszcza, musiałbym po niego wrócić do wieży.
Harry przewrócił oczami.
— Zgredek!
Ciche pop rozległo się koło prawej nogi Pottera i wyjątkowo entuzjastyczny skrzat z niesamowitą ilością dzianinowych pęcherzy na głowie pojawił się w korytarzu.
— Co Zgredek może zrobić dla wielkiego Harry'ego Pottera, sir!
— Witaj Zgredku, mógłbyś przynieść płaszcz zimowy Neville'a z jego pokoju, proszę?
— Natychmiast, Harry Potter, sir!
I nadgorliwy skrzat zniknął. Krukon był wstanie tylko się gapić na puste miejsce na posadzce.
— Tylko nie mów Hermionie, da mi ponownie wykład o nadużywaniu szkolnych skrzatów domowych do własnych celów.
Neville pokręcił głową, zaś Krukon zachłysnął się powietrzem.
— Uczeń może przywołać hogwardzkie skrzaty do siebie? — wypalił.
— Tak, trzeba tylko znać ich imiona — powiedział Harry. — Odpowiedzą jeśli w tym czasie nie są zajęte sprzątaniem, gotowaniem lub wykonywaniem poleceń pracowników szkoły.
Chwilę później Zgredek wrócił z płaszczem, a Harry dostrzegł szansę uwolnienia się od ucznia siódmego roku.
— Wiesz Fitzherbert, skrzaty mogą przynosić książki z biblioteki po ciszy nocnej bezpośrednio do pokoju uczniów. Wystarczy tylko pójść do kuchni i się trochę z nimi zapoznać — kusił.
Neville widział wewnętrzny konflikt Krukona. Z jednej strony chłopak chciał zostać przy Harrym, z drugiej w tym roku zdawał swoje OWTMy i chciał uczyć się jak najwięcej.
— Zostanę z nim przynajmniej do obiadu, nie będzie sam.
Fitzherbert skinął Longbottomowi głową i prawie pobiegł w kierunku kuchni.
— To nawet nie było subtelne — Neville zarzucił na siebie płaszcz i wziął Harry'ego pod ramię. — Czym on cię zdenerwował?
— Nie wiem, sama jego obecność działała mi na nerwy. Od rana jestem poirytowany i właściwie nie wiem dlaczego.
— Może to nie ty? Może to, no wiesz, on?
Harry przez chwilę nie wiedział o kim Neville mówi, aż w końcu kliknęło.
— Masz na myśli Voldemorta?
Drugi Gryfon ledwo powstrzymał wzdrygnięcie, ale pokiwał głową na zgodę.
— To nie byłby pierwszy raz, kiedy odbierasz od niego emocje, prawda Harry?
— Ron ma zdecydowanie zbyt wielkie usta — Harry wymruczał. — Z jakiego powodu mnie szukałeś?
Wyszli już na ośnieżony dziedziniec i powoli kierowali się do chatki Hagrida, z której unosił się dym.
— Myślałem o tych dzieciach, z którymi mamy spotkanie po lunchu. — Harry zamruczał, by mówił dalej. — Nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale niektóre z nich zmagają się z zaklęciami podobnie jak ja. Przyszło mi do głowy, że mogą mieć niedopasowane różdżki.
Harry nagle się zatrzymał i spojrzał szerokimi ze zdziwienia oczami na chłopaka.
— Jesteś geniuszem Neville!
Longbottom zaczerwienił się i przerwał kontakt wzrokowy odwracając głowę.
— Przesadzasz, nie jestem…
— Tak, jesteś. Pomyślałeś o czymś, na co ani Hermiona, ani ja, czy Luna nie wpadliśmy.
Mała grupa wsparcia utworzyła się po tym, jak Violette i Rose powiedziały znajomym kto pomaga im w odrabianiu lekcji. Słowo rozeszło się jak pożar i teraz Harry spotykał się regularnie z uczniami pierwszego i drugiego roku na korepetycjach. Wraz z Nevillem przejęli praktyczną stronę tego wszystkiego i wyznaczyli spotkania na sobotnie popołudnia. W całość zaangażowały się również Hermiona i Luna, które głównie pomagały w zrozumieniu teorii, sprawdzały eseje i ogólnie działały bardziej jak starsze siostry. Luna cieszyła się z większej ilości przyjaciół, a Hermiona mogła utrzymywać zajęty umysł i nie myśleć o głupocie Rona. Dziewczyny w niedzielę przejmowały bibliotekę. Nikt nie wiedział jakim cudem Hermiona przekonała madam Pince, ale surowa bibliotekarka pozwoliła im wykorzystywać stół w dziale czasopism i prowadzić tam ciche rozmowy.
Okazało się, że Hagrida jednak nie ma w swojej chacie, więc po krótkim spacerze po błoniach obaj Gryfoni wrócili do zamku i po odesłaniu ciepłych płaszczy przez skrzaty udali się do Wielkiej Sali na początek lunchu. Harry w skupieniu obserwował wszystkie cztery głowy domów, nie sądził żeby miał jakieś problem z przekonaniem Snape'a, Sprout lub Flitwicka o konieczności zdobycia właściwie dobranych różdżek, jednak najbardziej zastanawiał się na McGonagall. Czarownica nigdy nie zwróciła uwagi na zmagania Rona lub Neville'a, a byli jej własnymi lwami. Czy byłaby chętna w pomocy wynegocjowania części środków z budżetu szkoły na kupno nowych różdżek dzieciom, których rodziny nie mogły sobie na to pozwolić? Czy w ogóle ją to obchodziło? Harry był gotowy sponsorować te kilka potrzebnych różdżek swoim dzieciakom z grupy, ale przydałoby się sprawdzić pod tym kontem wszystkich uczniów. Gdyż jak sam zauważył po sobie, wraz z dorastaniem każdy się zmieniał i nie koniecznie różdżka, która została kupiona w wieku jedenastu lat pasowała idealnie później. Jego bzowa różdżka była tego świetnym przykładem. Z drugiej strony, może gdyby udał się do Gregorowicza po swoją pierwszą różdżkę, to ta wybrałaby go od samego początku? Na to pytanie już nigdy nie znajdzie odpowiedzi. Nie mówiąc już o zarejestrowanych przypadkach, kiedy to osoby cierpiące z powodu opętania musiały zmienić swoje pierwotne różdżki, gdyż ich magia się zmieniła. Ginny miała szczęście na swoim pierwszym roku, że Tom z dziennika nie należał do typowych widm i pozostawił jej magię nietkniętą.
Rozmyślania Harry'ego zostały przerwane przez Violette chwytającą jego dłoń i lekko ciągnącą go za włosy.
— Tak?
— Czy już skończyłeś jeść? Czy możemy już iść? — dziewczynka przestąpiła z nogi na nogę widocznie starając się nie podskakiwać.
Odwrócił się, za nim stała cała grypa pierwszo- i drugorocznych. Trzech Ślizgonów, czterech Puchonów, trzy Krukonki i tylko dwie Gryfonki.
— No, Harry. Chyba nie mamy wielkiego wyboru — Neville uśmiechnął się i wytarł usta serwetką. — Biegnijcie przodem, my za chwilę za wami pójdziemy.
Violette puściła jego rękę i wraz z resztą dzieci wyszła podekscytowana z Wielkiej Sali.
— Nie rozumiem — westchnął Harry — nie zachowują się tak przed żadną normalną lekcją. — Wykorzystał serwetkę do otarcia ust i wstał od stołu. — To znaczy wiem, że lekcje Binnsa nie są porywające, ale McGonagall zna się na transmutacji, a nawet Snape jest znośny na obronie.
Neville dał mu niedowierzające spojrzenie.
— Nie doceniasz się Harry — chłopak pokręcił głową. — Poświęcasz im czas i podchodzisz do każdego z nich indywidualnie oraz próbujesz znaleźć najlepszy sposób, by pomóc z tym z czym akurat się kłopoczą.
— Nie jestem przekonany…
— Uwierz, tak jest. I jeśli jednak nie będziesz miał serca do uzdrawiania, to kariera nauczycielska czeka na ciebie otworem.
Już w dużo lepszym nastroju dwóch Gryfonów dotarło do Pokoju Życzeń, przed którym stali ich mali uczniowie. Neville szepnął ciche przypomnienie o różdżkach i Harry pokiwał głową.
— Dobrze, chociaż jesteście podekscytowani, to dajcie mi chwilę — Potter poprosił grupę dzieci.
Przeszedł szybko pod ścianą i wszedł przez lekko spękane drzwi do odmiany Pokoju z porzuconymi rzeczami. Wynurzył się z niego po piętnastu minutach z tekturowym pudełkiem w dłoni i lekko zakurzonymi szatami. Zamknął salę i jeszcze raz przywołał Pokój, tym razem nadający się do lekcji. Otworzył szeroko drzwi i zaprosił gestem dzieci do środka. Tym razem zamek przygotował im wygodne poduchy do siedzenia ustawione w koło na środku sali. Kiedy już wszyscy zajęli miejsca, Harry zaklaskał uciszając grupę i skupiając na sobie ich uwagę.
— Dobrze, zanim zaczniemy robić to, co normalnie chcę zadać wam bardzo ważne pytanie — zawiesił głos, by wiedzieli, że faktycznie jest poważny. — Czy każde z was ma różdżkę, która was wybrała?
Część dzieciaków pokiwała głowami, ale niektóre tylko niepewnie spojrzały na innych. Harry wewnętrznie westchnął.
— Spójrzcie, mój przyjaciel przyszedł do szkoły z różdżką starszego brata. Neville miał różdżkę swojego taty. Obie nie działały bardzo dobrze. Innemu mojemu przyjacielowi – Draco, mama wybrała różdżkę.
Ślizgoni będący w pokoju zaśmiali się. Harry przeprosił w myślach Draco, nawet jeśli tak nie było, to blondyn właśnie to mówił podczas ich spotkania u Madam Malkin. Neville zaś miał nieczytelną minę, jakby nie mógł się zdecydować między niedowierzaniem a rozbawieniem.
— I chociaż Draco nie ma problemów z zaklęciami, może gdyby miał różdżkę, która go sama wybrała byłby jeszcze lepszy, albo objawił talent w jakiejś innej dziedzinie magii. Więc jeszcze raz, czy są w tym pokoju osoby, których różdżka nie wybrała?
Podniosło się kilka nieśmiałych rąk. Harry szybko je przeliczył, w sumie było pięcioro uczniów ze wszystkich domów.
— Teraz wykorzystamy szybkie rozwiązanie — Harry wyciągnął zza pleców szare tekturowe pudełko z wcześniej, w którym były różne różdżki. — W porządku, one nie są nowe i zostały porzucone w tym pokoju, więc nie mam pojęcia z czego są zrobione i jaki mają rdzeń, ale może któraś będzie pasować.
Pięcioro dzieci wstało i podeszło do niego nieśmiało. Każde z nich wypróbowało różdżki, które Harry znalazł w Pokoju Życzeń. Było trochę śmiechu, kiedy pomieszczenie wypełniło się bańkami mydlanymi i kolorowymi iskierkami.
— Świetnie Ruby — Neville uśmiechnął się do Ruby Bridges, Puchonki z drugiego roku — ta różdżka z pewnością cię lubi.
Dziewczynka pokiwała zawzięcie głową i wyszczerzyła się radośnie.
— Czuję ciepło, którego przy tej różdżce nie było — wyciągnęła swoją starą różdżkę z kieszeni. — To tak jak bym machała zwykłym patykiem.
Kolejnym, któremu udało się dopasować nową różdżkę był Ślizgon – Mark Tremaine. Chłopiec był bardziej opanowany w wyrażaniu swojego szczęścia, chociaż od razu wypróbował zaklęcia lewitacji na wolnej poduszce i wszyscy widzieli jego dumny uśmiech, kiedy ta uniosła się w powietrze. Pozostałe dzieci były wyraźnie rozczarowane, że im nie udało się znaleźć odpowiedniej różdżki.
— Nie martwcie się, będę rozmawiać ze wszystkimi głowami domów o tym problemie i zaręczam wam, że do końca roku szkolnego będziecie mieć nowe różdżki — obiecał Harry. — Nawet jeśli sam będę musiał za nie zapłacić — dodał tak cicho, że tylko on mógł to usłyszeć. — Jest jeszcze jedna rzecz, o którą chciałem was zapytać — wszystkie oczy były w skupieniu skierowane na niego. — Niedawno dowiedziałem się, że w szkole jest chłopiec… — Harry zawahał się, nie chciał pogłębiać ewentualnego problemu, ale nie mógł pomóc na to, że martwił się o dziecko, które mogło być szykanowane przez swoich rówieśników. Przed oczami mignął mu obraz Hermiony z pierwszego roku i Luna. To wzmocniło jego determinację — …który ma problemy i zdarza mu się płakać w towarzystwie ducha Marty. Czy może wiecie, kto to?
Zaskoczenie na twarzach dzieci było szczere. Wszystkie pokręciły głowami.
— A czy możecie rozejrzeć się w swoich domach i ewentualnie powiedzieć mi, jeśli zobaczycie kogoś komu inni dokuczają albo jest bardzo smutny?
Dostał kiwnięcia zgody od każdego w pokoju, ponadto Neville posłał mu zaskoczone spojrzenie i Harry był pewny, że przyjaciel będzie chciał z nim porozmawiać później, bez ciekawskich, młodych uszu. Następnie starsi Gryfoni wraz z dziećmi popadli w sobie znaną rutynę. Chłopcy dowiedzieli się co w tym tygodniu uczniowie ćwiczyli na lekcjach i z czym mieli problemy. Zwracali uwagę na ruchy różdżek, wymowę zaklęć i skupienie, pozwalając swoim podopiecznym na pracę we własnym tempie. Problem pojawił się dopiero, kiedy Dominic Callahan – Krukon z pierwszego roku poprosił Harry'ego o pomoc w nauce zaklęcia, które usłyszał od starszego brata podczas przerwy świątecznej. Wcześniej szukał informacji o nim w bibliotece, ale niczego nie znalazł.
— To mroczna magia, jest pewnie w dziale ksiąg zakazanych.
Harry odwrócił się. Za nim stała Astrid Fay, nieśmiała Ślizgonka z pierwszego roku, która przypominała Harry'emu porcelanową lalkę z jej bladą skórą, dużymi, niebieskimi oczami i czarnymi, kręconymi włosami.
— Mój brat nie jest zły! — wykrzyczał Dominic zaciskając pięści. — Nie uczy się czarnej magii!
W sali zrobiło się gwarno. Inni zaczęli rozmawiać i komentować między sobą, to co właśnie usłyszeli. Harry wiedział, że musi zdusić kłótnię w zarodku i wyjaśnić tym dzieciom niektóre rzeczy.
— Teraz wszyscy, cisza! — wskazał ponownie poduszki. — Usiądźcie, a postaram się wyjaśnić pewne rzeczy.
Poczekał aż każdy zajmie miejsce i głęboko odetchnął. Czuł się zmęczony i może miał ochotę na brzoskwinie. Nie czekał na nadchodzącą rozmowę.
— Tego, co za chwilę wam powiem nie dowiecie się na lekcji historii — powiedział Harry posługując się ostrym tonem McGonagall. — I to nie dlatego, że Binns utknął głównie w czarodziejskich wojnach z różnymi istotami. Powodem jest to, że prawda jest niewygodna i sprzeczna z obowiązującą na świecie polityką.
— Emm… Harry… Neville zerknął niepewnie na przyjaciela, a później na dzieci, które patrzyły na Harry'ego z adoracją w oczach. — Czy oni nie są trochę za młodzi, by wciągać ich w politykę?
— Neville, tu nie chodzi o politykę, tylko o tak zwane stare zwyczaje.
— Jak święta? — zapytał cicho Dominic.
— Tak, tylko takie, które były obchodzone dawno, dawno temu — Harry odpowiedział chłopcu i delikatnie się uśmiechnął. — W czasie równonocy czarodzieje urządzali pokazy mroku i światła, jednak z biegiem czasu zostały one potępione. Chociaż warunki określania czarnej i białej magii pozostały niezmienne, nawet jeśli są bardzo wypaczone, to tylko mroczne rodziny tak naprawdę trzymał się ich pierwotnego znaczenia. A nawet wtedy, większość zapomniała o prawdziwych różnicach między ciemnością a światłością, zamiast tego rozdziela je między nielegalnością i legalnością.
— Czarna magia jest zła, a biała magia jest dobra — powiedziała Marigold, podnosząc nos do góry.
— Typowo gryfońskie myślenie — parsknął Harry, a Neville pokręcił głową.
— Im będziesz starsza, tym lepiej zrozumiesz, że świat nie jest czarno-biały — Longbottom poklepał dziewczynkę po głowie.
— Dużo mądrzejsi i starsi od nas dyskutują o tym czym jest czarna i biała magia — zaczął wykładać Harry. — I jak na razie nie ma co do tego zgody. Mogę wam powiedzieć, co ja o tym myślę, ale musicie dojść do własnych wniosków. Czy chcecie posłuchać?
Dzieci z entuzjazmem pokiwały głowami.
— Dobrze. Przeglądając książki, które znajdują się w naszej szkolnej bibliotece, można dojść do wniosku, że czarna magia to ta, która krzywdzi innych. Idąc tym tokiem myślenia to biała magia służy uzdrawianiu. Jednak, jeśli wyjdziemy trochę poza szablonowe myślenie, to może się okazać, że istnieją mroczne zaklęcia uzdrawiające, a magię uzdrawiającą można wykorzystać do szkodzenia innym.
— Nie rozumiem — mała blondynka jęknęła i zaczęła się dąsać.
— Jakby to prościej wytłumaczyć — Harry przekrzywił głowę i podrapał się po nosie. — Jakie pierwsze zaklęcie przychodzi ci namyśl myśląc o jasnej magii? — zwrócił się do Neville'a.
— Patronus? — Gryfon wzruszył ramionami. — Jest czystym światłem, sama inkantacja wskazuje na ochronę i odpędza jedne z najmroczniejszych istot żyjących na ziemi.
Obaj chłopcy widzieli, jak oczy dzieciaków powiększają się do wielkości galeonów. To będzie zabawne.
— Neville, czy mógłbyś?
Longbottom wstał i wyciągnął różdżkę.
— Expecto Patronum!
Z różdżki wystrzelił srebrzysto-biały obłok, który przybrał formę sokoła. Dzieci głośno westchnęły i śledziły piękne stworzenie. Ptak zrobił okrążenie wokół pokoju szukając jakiegoś zagrożenia zanim Neville go odwołał.
— Patronusy są uważane za symbol białej magii, gdyż tylko czarodziej o czystym sercu może je przywołać. Potężny, ale niegodny czarnoksiężnik nie wyczaruje patronusa. Kiedy Raczidian próbował to zrobić z jego różdżki wystrzeliły larwy i oblepiły go całego tak, że nie było go widać i został przez nie pożarty.
— Fuj!
— To okropne!
— To się naprawdę wydarzyło? — zapytała przerażona Rose i ścisnęła dłoń Violette.
— Jest to jedna z legend — Harry przypomniał sobie, że Rose była mugolaczką i nie znała czarodziejskich historii. Piekło, on sam ich by nie znał, gdyby nie wspomnienia Rei. — Według niej Raczidian był czarnoksiężnikiem, który żył w zamku położonym w gęstym lesie. Warownię tę otaczała mała wioska czarodziejów. Przez wiele lat czarnoksiężnik i mieszkańcy wioski żyli w zgodzie, nie wchodząc sobie w drogę. Aż pewnego dnia Raczidian ujrzał zbierającą w lesie jagody Elianę, młodą i piękną mieszkankę wioski. Zapragnął ją poślubić, jednak jej rodzice nie wyrazili na to zgody, co rozwścieczyło czarnoksiężnika. Z tej wściekłości zaatakował wioskę, wysyłając do niej swoje sługi – dementorów. Wieśniacy walczyli dzielnie i odparli atak. Raczidian chciał wydania Eliany i obiecywał więcej nie wysyłać potworów, ale jak się domyślacie, mieszkańcy nie zgadzali się oddać mu dziewczyny. Wtedy czarnoksiężnik wpadł w prawdziwą wściekłość i zaczął atakować wioskę raz za razem. Początkowo mieszkańcom udawało się odeprzeć ataki dementorów, jednakże z czasem ich patronusy były coraz słabsze, a liczba dementorów stale się zwiększała. Gdy już wszyscy stracili nadzieję, pojawił się nieśmiały czarodziej Illyius, którego niepozorny patronus myszy pokonał swoim jasnym światłem dementorów Raczidiana.
Dzieci krzyknęły zachwycone. Harry z Neville'em zaśmiali się wesoło.
— Ale to jeszcze nie koniec. Rozwścieczony czarnoksiężnik postanowił sam stanąć oko w oko z młodym czarodziejem. Raczidian zapomniał jednak, że do rzucenia zaklęcia patronusa potrzebne jest czyste serce, którego on nie posiadał. Dzięki temu, po raz pierwszy można było zobaczyć, co dzieje się z nikczemnym czarodziejem, który rzuci zaklęcie przywołujące patronusa. Z różdżki Raczidiana wystrzeliły larwy, które wkrótce pochłonęły jego ciało. (1)
— Och, wow!
— Tak, wow! Więc co myślicie o patronusach?
— Są świetne! To taki niesamowity rodzaj magii!
— Tak, a jak myślicie, da się nimi zrobić komuś krzywdę — tu uniósł rękę — poza czarnoksiężnikami?
Dzieci zachichotały.
— No nie, bo to biała magia — odparła pewnie Marigold.
— A powiedzmy, że znam jakiegoś mugola, który ma słabe serce i go bardzo nie lubię, więc wyczaruję patronusa żeby go wystraszyć, a on od tego umrze. Co wtedy powiesz?
Harry widział szok na twarzy małej Gryfonki.
— Myślę, że… magia nie jest ani dobra ani zła. Najważniejsza jest intencja. A przynajmniej tak zawsze mówi mama — powiedziała cicho pierwszoroczna Ślizgonka.
— Zgadzamy się w tym z Astrid — Harry uśmiechnął się szczerze do dziewczynki. — Czarna magia może być bardziej dzika, nieokiełznana i ciężko ją ujarzmić. Jest taka jak żywioły. Zaś biała magia jest oswojona, delikatniejsza. Przypomina mi udomowionego wilka, który jest potulny i obronny ze swoimi ludźmi, jednak nadal ma ostre zęby i może ugryźć.
— A czy da się odpędzić tym patmusem armię złych dymtorów?
— Patronusem i dementorów. Krukon zawsze pozostanie Krukonem, co? — Harry pokręcił głową. — Cóż, ja na trzecim roku zdołałem odepchnąć znaczną ich ilość, chociaż wyczerpało mnie to dość mocno magicznie. Ale jestem przekonany, że potężny, dorosły czarodziej byłby wstanie zrobić to, co bohater legendy. I tu znowu dochodzimy do tego, o czym zacząłem wam mówić. Opowieści o dawnych umiejętnościach magicznych zostały utrwalone tylko jako mity i legendy. Jakoś czarodzieje nie wierzą w to, czego nie mogą odtworzyć. W ten sposób magiczny świat stracił pradawną wiedzę i zadał sobie ogromny cios.
— Pamiętam jak profesor Malfoy coś mówił o magii rodzinnej — Neville zmarszczył brwi. — To się z tym łączy, prawda?
— Po części — Harry pokiwał głową — jest to nasze dziedzictwo, powinowactwo do szczególnych gałęzi magii. Widzicie, żeby być mrocznym, trzeba mieć połączenie z czarną magią. Musi ona rezonować w duszy czarodzieja, w duszy ukształtowanej przez rodzinę,naznaczać nasze przeznaczenie i działania. Podobnie jest w przypadku jasności, jednak większość obecnie żyjących czarodziejów i czarownic ślizga się tak naprawdę po strefie szarości. Jest niewielu tak naprawdę mrocznych i jasnych rodzin, które kultywują odpowiednie tradycje. Doprowadziło do tego scentralizowane szkolnictwo. Ci mający władzę odrzucili całe spektrum magii i wybrali tylko to, co jest według nich najbardziej użyteczne i przydatne w codziennym życiu. Kiedyś Hogwart był najlepszą szkołą w Europie właśnie dlatego, że prowadził bardziej indywidualne nauczanie.
— Ale Historia Hogwartu nic o tym nie mówi
— Spędziłem na rozmowach z Bathildą Bagshot wiele godzin i powiedziała, że na początku książka o naszej szkole wyglądała zupełnie inaczej. Redaktor kazał jej usunąć wiele informacji, inaczej Historia nie zostałaby wydana.
— Harry… czytałeś rękopis? — głos Neville'a drżał.
— Tylko nie mów Hermionie, ale tak.
Pisk podekscytowanych dzieci prawie go ogłuszył.
— Spokojnie — uniósł ręce w geście poddania. — Może najpierw zajmiemy się tym, co chcecie jeszcze przećwiczyć i z czym macie problemy, później zajmiemy się historią…
Mistrz eliksirów potarł skronie i spojrzał nienawistnie na wysoki stos dokumentów przed nim. Były to wszystkie dostępne zapisy dotyczące Rei Ovidiusa Prince'a, które Black wydobył z odmętów ministerstwa. Szalony kundel poszedł nawet o krok dalej i przebrnął przez biurokrację goblinów, by tylko wyszarpać od tych paskudnych stworzeń każdą notatkę o byłym członku swojej rodziny. Zajęło to co prawda kilka miesięcy, jednak owoce ciężkiej pracy Blacka leżały przed Severusem Snape'em i drwiły z niego. Black będąc swoim uroczym ja, po tym jak rzucił w niego pergaminami, powiedział na odchodne coś, czego Severus nie mógł wyrzucić ze swego umysłu.
— Większość mrocznych rodzin używa raczej okrutnych metod wychowania swoich dzieci — Black patrzył na drzwi gabinetu trzymając rękę na klamce, jego ton był bezbarwny. — Są umieszczone na nich pewne oczekiwania, które spodziewa się, że spełnią, a rodzice wykorzystują wszelkie dostępne środki, aby upewnić się, że ich dzieci spełniają te oczekiwania, i dlatego papugi wychodzą z tych rodzin. Rodzina jest ważna dla czystej krwi, ale doskonała rodzina jest najważniejsza i zrobią wszystko, co w ich mocy, aby zapewnić osiągnięcie doskonałości.
Severus o tym wiedział, jakby mógł nie, skoro od lat pełnił funkcję głowy Slytherinu. Jednak usłyszenie tego na głos, zwłaszcza od Blacka, wstrząsnęło nim wewnętrznie. Wcześniej był przekonany o słuszności badań przeszłości młodego Rei, teraz bał się tego, co może znaleźć wśród tych zapisów. Ten kundel wiedział z pierwszej ręki jak poskręcana była rodzina Blacków i do czego mogła się posunąć, by tylko osiągnąć wyimaginowaną doskonałość. Czy on chce zanurzyć się w to szaleństwo szukając prawdopodobnie nieistniejącego rozwiązania, które wyrwie chłopca ze szponów Czarnego Pana? Tak. Był to winien Lily.
Snape sięgnął po pierwszą teczkę i wyjął z niej pergamin. Była to metryka urodzenia, która nie powiedziała mu nic nowego. Odłożył ją na bok i wyciągnął kolejny dokument. Był to akt zgonu. Data, okoliczności i, co ciekawe, raport uzdrowiciela badający ciało po zdarzeniu.
Klinika Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga
Starszy Uzdrowiciel Hyperion Smethwyck
Data: 17 sierpnia 1965
Denat: Rea Ovidius Prince
Data urodzin: 31 lipca 1947
Data śmierci: 15 sierpnia 1965
Dodatkowe notatki: ciało pozostawione w zastoju do późniejszego zbadania.
Wnioski wstępne: skan magiczny wykazuje, że chwilę przed zgonem denat został uderzony silnym wybuchem mocy o nieznanej inkantacji. Odczyty nie wskazują, że użyta magia była mrocznej lub złośliwej natury. Denat wykazuje duże zużycie magii oraz nagły drenaż rdzenia przed wygaśnięciem funkcji życiowych. Zgon nastąpił w wyniku niewytrzymania narządów w wyniku ekspozycji na silną magię zewnętrzną. Przede wszystkim zawiodły płuca oraz serce denata…
Severus potarł oczy. Sekcja świadczyła o tym, że rodzina przynajmniej podejrzewała zabójstwo, a nie zwykły wypadek. Z drugiej strony, zginęła narzeczona Czarnego Pana. Mogli się spodziewać każdej możliwej nieczystej gry, zwłaszcza jeśli wiedza o konkurach była powszechna wśród innych mrocznych rodzin. Wstępne wnioski uzdrowiciela Smethwycka również nie były pocieszające. Albo Rea był słabym czarodziejem, albo przed przyjęciem używał bardzo potężnej magii. Zwykłe zaklęcie tarczy nie powinno odessać rdzenia tak bardzo. Niepokojące było ponadto uszkodzenie narządów. Wyglądało na to, że młody Prince był chory, chociaż nic wcześniej na to nie wskazywało. Czy Czarny Pan wiedział? Czy sam Rea wiedział? Z pewnością choroba wyjaśniała taką izolację chłopca od świata zewnętrznego. Severus pokręcił głową, na większość z tych pytań nigdy nie znajdzie odpowiedzi, powinien skupić się na poszukiwaniu czegoś co pomoże Potterowi, a nie gonić mało znaczące ćmy przeszłości.
Badanie toksykologiczne wykazało obecność alkoholu we krwi denata o stężeniu 0,2 promila. Poza tym nie wykryto żadnych innych substancji szkodliwych.
Na przyjęciu z pewnością było podawane wino, a skrzaty nie zwracały uwagi na wiek osób sięgających po kieliszek. A co dopiero inni goście. Severus zaczął myśleć o eliksirach, które w połączeniu z alkoholem obniżały poziom magii, jednak nic mu nie przychodziło do głowy, nie po jednym kieliszku wina.
Treści żołądkowe wskazują, że denat jadł na krótko przed nastąpieniem zgonu. Wstępna analiza nie wykazała obecności trucizn. Próbko zostały przekazany dokładniejszemu zbadaniu...
Mistrz eliksirów przerzucił pergaminy i przeszedł do czytania wniosków końcowych zawartych przez Hyperiona Smethwycka.
Sekcja wykazuje potwierdzenie zeznań świadków odnośnie śmierci denata. Zgon nastąpił w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Osoby trzecie nie były zaangażowane w przyczynę śmierci.
Jakkolwiek lektura była pouczająca, jednak Severus nie znalazł w niej nic pomocnego w sprawie Pottera. Chwycił kolejny pergamin ze stosu. Był to standardowy bilans medyczny, który uzdrowiciele przeprowadzali raz do roku u większości czarodziejów mogących sobie na to pozwolić. Ani Prince'owie, ani Blackowie nie narzekali na kłopoty finansowe, więc nie dziwiło, że nie szczędzili środków na Reę.
Mężczyzna szybko przeskanował raport uzdrowiciela i zmarszczył brwi. Sięgnął po kolejny pergamin, następnie po kolejny i następny. Jego twarz wyraźnie bladła z każdą przeczytaną stroną. Od dzieciństwa chłopca uzdrowiciele powtarzali podobne zapisy: wątłej postury, o niskim pulsie, podatny na zapalenie płuc, anemiczny… A kiedy Rea wszedł w okres dojrzewania pojawiła się kolejna rzecz, nie będzie w stanie nieść więcej niż jedno dziecko. Snape siedział oniemiały. Nie tak zapamiętał Reę i z pewnością nie tak pamiętali go Black z Narcyzą. Jak wiele rodzina ukrywała przed światem zewnętrznym? Severus odłożył dokumenty do teczki i potarł twarz. Nie był już taki pewny, czy chce poznać życie Rei Ovidiusa Prince'a. Małym błogosławieństwem było, że Harry nie cierpiał na żadne schorzenie, które przypisywane były młodemu Prince'owi.
Severus zrezygnowany odłożył dokumenty do teczki, zamknął ją i przesunął po blacie biurka jak najdalej od siebie, jakby go osobiście obrażała. Nic nie mógł zrobić ze zdrowiem martwego człowieka. Z pewną dozą ostrożności, jak podczas dodawania wyjątkowo lotnego składnika do warzącego eliksiru, sięgnął po kolejne akta. Raporty prywatnych nauczycieli nigdy nie były ulubioną lekturą żadnego z hogwardzkich profesorów, ale co roku zdarzali się rodzice, którzy wysyłali je do szkoły wraz ze swoimi jedenastoletnimi pociechami. Zwykle opisywały one postępy ich spadkobierców mniej więcej od szóstego roku życia, w zależności od ilości galeonów na koncie danego opiekuna. Wszystkie były do siebie podobne, podkreślały mniej lub bardziej istniejące umiejętności bachora. Znów mistrz eliksirów trafił na coś, na co nie był przygotowany. Rea rozpoczął swoją edukację w wieku trzech lat. To było ekstremalne nawet jak na starą rodzinę czystej krwi. Draco zaczął być nauczany, kiedy skończył pięć lat, i to z powodu nalegań Lucjusza. Narcyza nie chciała zbyt wcześnie dopuszczać kogoś obcego do swego ukochanego syna.
Według zapisków ówczesnego lorda Blacka, pierwsza guwernantka została zwolniona po próbie porwania. Przepracowała pół roku, podczas których skarżyła się na zbyt wybujałą wyobraźnie dziecka pod jej opieką. Severus parsknął na to stwierdzenie, pracując tyle lat z dziećmi i nastolatkami, czego jak czego, ale wyobraźni nigdy im nie odmówi. Zwłaszcza kiedy próbowali wymigać się od szlabanu. Podczas spotkań profesorów w pokoju nauczycielskim, wszyscy wymieniali się co ciekawszymi wymówkami uczniów. Flitwick w zeszłym tygodniu usłyszał na przykład od dwójki Puchonów, że Trelawney wywróżyła im wielkie nieszczęście, jeśli nie będą przebywać w wieży astronomicznej po 23 w czwartek. Cóż, domorosła wróżbitka sama doniosła na wspomnianą dwójkę patrolującemu profesorowi uroków. To tylko wina uczniów, nie powinni być tak łatwowierni, nawet kiedy pochodzą z Hufflepuffu.
Severus stwierdził, że jego myśli odeszły za daleko od pierwotnego tematu i skupił się ponownie na pergaminie przed sobą. Kolejny korepetytor Rei był mu znajomy. Był to ten sam czarodziej, który nauczał Draco etykiety i zwyczajów. W tamtych czasach musiał być świeżo po Hogwarcie i była to jego pierwsza praca. Człowiek ten, Samuel Kingtowel, miał dobre podejście do dzieci oraz wrodzoną cierpliwość. Stąd Severus był zaskoczony notatkami sugerującymi inne niż idealne zachowanie lub stan wiedzy Rei. Guwernant był zaniepokojony tendencjami do odpływania chłopca w czasie lekcji lub cichymi rozmowami z niewidzialnymi istotami. Szybki rzut oka na pozostałe karty pergaminu potwierdził tylko podobne spostrzeżenia u innych nauczycieli. A im starszy stawał się Rea, tym korepetytorzy byli bardziej zaniepokojeni marzycielskimi tendencjami młodego Prince'a. Zwłaszcza, że wielu zaznaczało niezdrowe zainteresowanie niejasnymi gałęziami magii powiązanej z nekromancją.
Pergamin wysunął się z luźnych palców mistrza eliksirów. Nekromanta, jeszcze tego brakowało, by któryś z Prince'ów odkrył czego młody hemafrodyta uczył się pod czułą opieką Blacków. Severus też nie był już tak do końca pewien, czy sama reinkarnacja nie była zamierzonym celem, po trzykroć przeklętego, Rei Prince'a. Jeśli chłopak wiedział o swoim wątłym zdrowiu i miał podejrzenia co do tożsamości swojego przyszłego małżonka, to byłoby logicznym posunięciem zapewnić sobie jakieś zabezpieczenie. Tylko jak? Severus Snape mógł powiedzieć o sobie, że jest dobrze wykształconym człowiekiem. Zdobył mistrzostwo w eliksirach w młodym wieku, w doskonałym stopniu opanował magię umysłu, nie była mu obca czarna magia, jednak nigdy nawet nie próbował studiować magii dusz. Przeczytał może trzy teksty traktujące ogólnie o nekromancji i zagłębił się w samą reinkarnację odkąd wyszła sprawa z Potterem. Stąd wiedział, że aby doszło do przeniesienia jednej duszy do nowego ciała, potrzeba było spełnić pewien szereg wymagań, które – na Salazara – Potter jakimś cudem spełnił. Ale żeby ktoś to wszystko wcześniej z góry zaplanował, to było niepojęte. Jak wcześnie Rea musiał zacząć pleść swoją sieć połączeń, by udało mu się zrealizować swój plan nieśmiertelności. Severusa zmroził pomysł, że dług życia Regulusa i jego jakoś przyczyniły się w tym zamyśle. Gdzieś w głębi umysłu mistrza eliksirów zrodziło się pytanie, ile z tego wszystkiego wiedział Czarny Pan. Czy został dopuszczony do planu? Czy to właśnie ze wzgląd na Reę zaatakował Lily i jej rodzinę?
Snape zaczął szybko wertować pergaminy, by znaleźć notatki Toma Marvolo Riddle'a, jednak nie było ich w obecnej teczce. Severus zaczął szybko przerzucać pożółkłe karty z pozostałych akt i nie znalazł tych, które najprawdopodobniej zawierały odpowiedzi na wszystkie pytania. Gwałtownym ruchem zrzucił wszystkie dokumenty na ziemię i ledwo powstrzymał krzyk frustracji, który chciał wypuścić.
Gdyby któryś uczniów wymknął się z zamku na małą, niedozwoloną o tej porze przechadzkę, to natknąłby się na naprawdę niecodzienny widok. Severus Snape i dyrektor Dumbledore spacerowali o zmierzchu po opustoszałych błoniach.
— Co naprawdę robiłeś z Potterem podczas tych wszystkich wieczorów, które spędziliście razem? — zapytał gwałtownie Snape.
— To, co widziałeś, Severusie — powiedział Dumbledore. — Nic więcej, nic mniej.
— Nadal nie mogę zrozumieć twojego rozumowania. Czy tym razem mnie oświecisz? — powiedział Snape grubiańsko.
Dumbledore rozejrzał się, żeby mieć pewność, że są sami. Byli blisko Zakazanego Lasu, ale nie było śladu nikogo innego oprócz nich.
— Tak, gdyż muszę przekazać ci pewne informacje, zanim będzie za późno. Chociaż wpierw chciałbym omówić z tobą inne sprawy.
Snape skinął sztywno głową.
— Dobrze. A więc w pierwszej kolejności musisz odkryć co planuje Draco. Przerażony nastoletni chłopiec jest takim samym zagrożeniem dla siebie jak i dla innych. Zaoferuj mu pomoc, radę… powinien ją przyjąć, lubi cię…
— Znacznie mniej odkąd wypadłem z łask — przerwał Albusowi Snape. — Draco szybciej zaufa teraz Potterowi niż mnie, myśli że będę chciał przywłaszczyć sobie pozycję Lucjusza.
— Nie mniej jednak spróbuj. Jestem zaniepokojony nie tyle o siebie, co o przypadkowe ofiary jego knucia. Ostatecznie jest tylko jeden sposób, żeby uratować go przed gniewem Lorda Voldemorta.
Snape uniósł brwi, a jego ton był sardoniczny, kiedy zapytał:
— Zamierzasz pozwolić mu wykonać zadanie? Nawet, jeśli nie wiemy na czym ono polega.
— Och, mam całkiem dobry pomysł, co ma zrobić.
— Czy zechcesz mnie wtajemniczyć?
— Będzie to jasne w czasie — Dumbledore uśmiechnął się. — Dusza tego chłopca nie jest jeszcze tak zepsuta — kontynuował — jest warta ocalenia.
Severus miał rażące wrażenie, że wie o czym stary dyrektor mówił.
— Już ci obiecałem, będę chronić uczniów.
Dumbledore wydawał się usatysfakcjonowany tym zapewnieniem.
— Severusie, mój plan, by skłonić Harry'ego aby zrobił to, co musi zrobić nie udał się nawet w najmniejszym stopniu — Dumbledore wyglądał jakby był już znużony całym światem. — Ciągle jestem w szoku, że dusza Lorda Voldemorta, będąca tak okaleczoną, może znieść bliski kontakt z tak czystą duszą jaką ma Harry. Według całej mojej wiedzy Voldemort powinien odczuwać to jak język zamrożonej stali, jak ciało w ogniu…
— Dusze? Wyraźnie pamiętam, że zanim rozpocząłem z nim lekcje oklumencji mówiłeś o umysłach!
— W przypadku Harry'ego i Voldemorta, mówimy o jednym i tym samym. Niemniej tej rozmowy nie powinniśmy jednak przeprowadzić w miejscu takim jak to. Wracajmy do środka.
oOo
Znowu byli w gabinecie Dumbledore'a, za oknami było ciemno. Zegar na wieży zamkowej właśnie wybił jedenastą. Fawkes siedział cicho, Snape nieruchomo, a Dumbledore chodził dookoła niego, mówiąc.
— Widzisz Severusie, spędzałem czas z Harrym, gdyż musiałem z nim omówić pewne sprawy, przekazać mu pewne informacje zanim będzie za późno.
— Informacje — powtórzył Snape — z którymi ufasz mu… a nie ufasz mnie.
— To nie kwestia zaufania. Mam, jak obaj wiemy, ograniczony czas. To niezbędne informacje, które chłopiec musiał znać, żeby zrobił to, co ma zrobić.
— Ale co musi zrobić?
— To pozostanie pomiędzy mną i Harrym — powiedział spokojnie Dumbledore. — Teraz, chłopiec stracił cel z oczu, ale pod twoim przewodnictwem uda się go jeszcze nakierować na właściwą ścieżkę.
— Dużo rzeczy przyjmujesz jako coś pewnego! Może się rozmyślę!
— Nie sądź, że nie doceniam ciągłego niebezpieczeństwa, w jakim się znajdujesz, Severusie. — Snape wyglądał na wściekłego, zbuntowanego. Dumbledore westchnął. — Powierzam ci pracę, której nie powierzyłbym nikomu innemu.
— W dzisiejszych czasach nie znaczy to wiele.
Dumbledore patrzył smutno na Fawkesa, Severus miał wrażanie, że dostrzegł łzę toczącą się po policzku starca.
— Harry nie może wiedzieć, aż do ostatniej chwili, aż to nie będzie konieczne, bo w innym wypadku jak mógłby znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, żeby zrobić to co musi być zrobione?
— Ciągle mówisz zagadkami. Bez faktów nie będę wstanie nic zrobić.
— Teraz, słuchaj uważnie, Severusie. Przyjdzie czas kiedy Lord Voldemort zacznie się obawiać o życie swojego węża.
— Nagini? — Snape patrzył zdziwiony.
— Właśnie. Kiedy przyjdzie czas, że Lord Voldemort przestanie wysyłać węża, żeby spełniał jego polecenia, a w zamian zacznie go trzymać bezpiecznie koło siebie, magicznie go chroniąc, to wtedy będzie można bezpiecznie powiedzieć Harry'emu.
— Co mu powiedzieć? — zapytał Severus czując jak żołądek mu opada.
Dumbledore wziął głęboki oddech i zamknął oczy.
— Powiedz mu, że tej nocy, kiedy Lord Voldemort próbował go zabić, kiedy Lily poświęciła swoje własne życie chroniąc go, klątwa zabijając odbiła się od Voldemorta i fragment jego duszy oderwał się od całości i zatrzasnął się w jedynej żyjącej duszy w całym zawalającym się budynku. Część Lorda Voldemorta żyje w Harrym i to właśnie sprawia, że rozmawia z wężami i daje mu połączenie z umysłem Lorda Voldemorta, którego nigdy nie rozumiał. I dopóki ten fragment duszy pozostaje w nim i jest przez niego chroniony, tak długo Lord Voldemort nie może umrzeć.
Potrzeba było całej siły mentalnej, by Severus pozostał spokojny, kiedy cały jego świat zakołysał się w posadach.
— Więc chłopak… chłopak musi zginąć, by ostatecznie obalić Czarnego Pana? — zapytał Snape, utrzymując zrównoważony ton głosu.
— I sam Lord Voldemort musi to zrobić, Severusie. To niezbędne.
Znowu zapadła dłuższa cisza. W końcu Snape powiedział:
— I niby z jakiego powodu Czarny Pan miał zabić swoją małżonkę?
— Jestem pewien, że uda ci się tam, gdzie ja zawiodłem. Spraw, by Harry zobaczył światło.
— Myślałem… przez te wszystkie lata… że go dla niej chronimy. Dla Lily.
— Chroniliśmy go, bo niezbędne było go wychować, nauczyć i pozwolić, żeby stał się silny — powiedział Dumbledore, ale oczy dalej miał zamknięte. — Tymczasem, połączenie między nimi stawało się coraz silniejsze, pasożytnicze. Czasami miałem wrażenie, że on sam to podejrzewa. Jak go znam, zorganizuje wszystko tak, że kiedy wyjdzie na spotkanie ze śmiercią, będzie to oznaczać prawdziwy koniec Voldemorta.
Dumbledore otworzył oczy. Snape wyglądał na przerażonego.
— Trzymałeś go przy życiu tylko po to, żeby mógł umrzeć we właściwym momencie?
— Nie bądź zaszokowany, Severusie. Jak wiele kobiet i mężczyzn oglądałeś jak umierali?
— Ostatnio tylko tych, których nie dałem rady uratować — powiedział Snape. Wstał. — Wykorzystałeś mnie.
— To znaczy?
— Szpiegowałem dla ciebie, kłamałem dla ciebie, dla ciebie stawiałem się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wszytko po to, by jak przypuszczałem, zachować syna Lily przy życiu. A teraz mi mówisz, że hodowałeś go jak świnię na rzeź… — warknął Snape i prawdziwa złość pojawiła się na jego szczupłej twarzy.
— To poruszające, Severusie — powiedział Dumbledore poważnie. — W końcu dorosłeś na tyle, żeby się nim przejąć?
— Nim? To już nie potrafisz wypowiedzieć imienia Harry'ego? Tak bardzo go odczłowieczasz, by uciszyć sumienie?
— Dobrze wiesz, Severusie, że niektóre rzeczy muszą być zrobione dla większego dobra.
Wtedy w mistrza eliksirów uderzyło odległe wspomnienie jak tona cegieł. Czytał stary list Lily. Druga strona zawierała jedynie parę słów:
…mógł się kiedykolwiek przyjaźnić z Gellertem Grindelwaldem. Osobiście, myślę, że ma nie po kolei w głowie!
Z wyrazami miłości,
Lily
— Tak — powiedział bardzo powoli. — Większego dobra.
Po czym podniósł się z fotela.
— Severusie…
Snape odwrócił się do drzwi.
— Nie martw się, Dumbledore — powiedział zimno. — Mam plan…
I z mocnym postanowieniem ochrony syna Lily, mistrz eliksirów wyszedł z pokoju.
~ II ~
(1) za Wonderbook: Księga Czarów i Harry Potter Wiki
Nota autora: wiem, że ostatnia aktualizacja była dawno temu. Wiele się wydarzyło, które odciągnęły mnie od pisania czegokolwiek. Nie chcąc przeciągać oczekiwania, oddaję Wam jedną z trzech części kolejnego rozdziału.
Nota autora2: cały rozdział jest już w Waszych rękach.
Yuki221 – częściowo powtórzę to, co wysłałam Ci w prywatnej wiadomości. Dokładną genealogię Harry'ego zna tylko Czarny Pan, Lucjusz wie o rodzinach Cornu oraz Montenegro. Harry w swoim umyśle widzi Lily Potter myśli jako mugolaczkę. Wiadomość o jej magicznym tle jeszcze się w nim nie zatopiła. Tym bardziej, że wtedy musiałby zaakceptować fakt, ze jego ciotka również jest magiczna, chociaż nie ma dostępu do swojej magii.
Kwestia badań Niewymownych, a myśli samych bohaterów to dwie różne sprawy. Twoje przemyślenia są jak najbardziej słuszne, przecież badania nie zostały jeszcze zakończone i prawdopodobne jest, że w związku z nimi coś jeszcze wyskoczy. Już nie mówiąc, że Niewymowni muszą jeszcze przeanalizować "szczątkową" magię charłaków.
Jeśli chodzi o wypracowania, to zauważ, że Snape przywołał dwadzieścia pięć pergaminów, czyli nie wszyscy musieli powtórnie napisać esej. Snape zadał go jeszcze raz, gdyż według jego wysokich standardów zawiedli ze swoją pracą domową. Tym bardziej, że byli wystawieni na ekspozycję dementorów na swoim trzecim roku i powinni móc poradzić sobie trochę lepiej.
Co do Przeklętego dziecka, to z całości też najbardziej podobała mi się właśnie okładka.
Tom dał dość wyraźne wskazówki, że szpiegiem jest ten właśnie konkretny Weasley. Kto wiedział, że facet ma to w sobie.
WomenInBlue - boję się, że dłuższe przerwy są nieuniknione, chociaż mam nadzieję, że więcej aż tak długa mi się nie przydarzy. Przede wszystkim nie chcę znów poważnie chorować, tak by nie móc pisać.
Tak, Tom nie zamierza atakować szkoły. W mojej historii szafka ma posłużyć do wydostania się ze szkoły, a nie do włamania do niej.
Sam wątek ze szpiegiem nie będzie aż tak rozbudowany, chociaż Czarny Pan nie pozwoli mu już o wiele dłużej próbować łowić informacje.
ios - cieszę się, że podoba Ci się fabuła. W końcu to najważniejsza rzecz dla każdej historii. Wszelkie błędy staram się wyłapywać, ale nie jestem nieomylna, nie poddaję się też i za każdym razem, kiedy coś znajdę, to edytuję dany rozdział.
SernaJ - cóż, Tom nie kocha Harry'ego, nigdzie tego w opowiadaniu nie insynuowałam. Opierając się na książce, można wywnioskować, że Voldemort był aseksualny, czy łączyło się to z jego psychopatią, czy z czarnomagicznymi rytuałami, które przeszedł, kto wie?
smile, szecherezada77, Guest - dziękuję za wsparcie.
Lifemania - Draco chociaż nie ma tak brutalnego zadania, jak w książce, nadal ma dość stresujące rzeczy do wykonania. Czarny Pan nie zapomina, więc mimo że Lucjusz wciąż jest wysoko w hierarchii, to Malfoyowie nie mogą sobie pozwolić na porażkę. A Draco miał dość stresujący czas, nie mógł wymyślić jak sprawić, by szafka zniknięć działała i nadal nie znalazł przedmiotu, który mu zlecił Voldemort. I z pewnością Harry nie użyje Sectumsempry na Draco. Nie ma do tego powodu.
Snape jest z natury zgorzkniałym człowiekiem. Na jego humor i temperament dodatkowo wpływa teraz świadomość nieuchronnej śmierci. Ja osobiście również byłabym zgryźliwa w takiej sytuacji.
Wiola - mam nadzieję, że do końca opowiadania Cię nie zawiodę.
Kundzia2 - czasami oczywistości są najtrudniejsze do zobaczenia, temu Draco nie pomyślał o runach.
Co do przestoju to główny wpływ na niego miały problemy zdrowotne, a później nadrobienie zaległości w innych dziedzinach.
anette - dziękuję za miłe słowa i masz rację, bazowanie ściśle na oryginale czasami jest ograniczające, ale też pozwala się z tym oryginałem bawić. Według prawa czarodziejów Harry stety lub niestety jest właśnie małżonką, gdyż taką rolę społeczną narzuca mu kultura czarodziejskiego świata. Od samego początku planowałam wyważenie wszystkich wątków, a przede wszystkich uwzględniałam kanoniczne cechy charakterów postaci i jak one mogą ewentualnie ewoluować pod wpływem różnych czynników zewnętrznych.
W kanonie Hermiona praktycznie nie miała obiekcji do żadnych aspektów kultury czarodziejów prócz traktowania skrzatów domowych, więc nie jest z nią tak źle. Plus inni wzięli ją w obroty, gdy zaczęła marudzić. Aborcja jest chyba największym punktem zapalnym różniącym czarodziejski świat od mugolskiego. W końcu magicznych osób nie było tak dużo i mogło się wydawać, że każde dziecko było na wagę złota. Stąd kanoniczny pomysł zabicia wszystkich mugolaków, pół krwi, zdrajców krwi i tych co mają krew stworzeń jest strasznie naiwny i prowadzący ostatecznie tylko do wyginięcia czarodziejów. Jedynie osoby bez zdrowego rozsądku mogły się z nim zgadzać.
Co do ruchów dziecka i ich odczuwania, to nie doświadczyłam, tylko korzystałam z wiadomości na ten temat na różnych stronach poświęconych ciąży oraz forach dla mam. Im szczuplejsza osoba, tym podobno szybciej te ruchy czuje, a kanoniczny Harry jednak dość wychudzony był. Plus Potter sam nie jest w 100% pewny czy sobie tego nie wyobraża.
Oryginałowi brakuje w wielu aspektach, ale faktycznie tło społeczno-kulturowe jest prawie w ogóle nie zarysowane, a przecież cała idea toczącej się wojny wynika właśnie z tego. Nie wiemy też jak magia wpływa na biologię, więc nie znamy na przykład jaka jest średnia życia czarodziejów, stąd nie możemy powiedzieć, czy Dumbledore był starczy, czy też nie. Wiemy natomiast, że czarodzieje nie mają zdrowego rozsądku i nie kwestionują pomysłu dziecka-bohatera, który pokona Czarnego Pana i jego grupę terrorystyczną.
Niektóre błędy, które wskazałaś są moim niedopatrzeniem, w momencie kiedy korzystam z różnych tłumaczeń jako bazy do tego co piszę. Ale masz rację, muszę urozmaić pisownię tam, gdzie potrzeba i poprawić imiona i nazwiska.
Publikacja co dwa tygodnie odbywała się w momencie, kiedy miałam wcześniej przygotowane rozdziały. Teraz piszę je na bieżąco, a jak wcześniej u innych napomknęłam, sytuacja zdrowotne uniemożliwiła mi pisanie wcześniej.
