Rozdział został zbetowany przez dwie wspaniałe osoby, które zdziałały z nim istne cuda - Felly i angę971. Bardzo wam za to dziękuję!

slimarwen, hulku12, Anuii, MinamiDaisy, Pantero, Marley Potter, Heremito Acris, Shaililo, kolosiu i Ayane L - bardzo dziękuję wam za to, że wsparliście mnie pod ostatnim rozdziałem komentarzem. Wiedzcie proszę, że wasz odzew wiele dla mnie znaczy i jestem wam za niego szczerze wdzięczna.

slimarwen, ach, no cóż, pretensje w tej sprawie proszę kierować do Izara, to on dał w tak interesującej chwili ciała :). W każdym razie opisowe sceny erotyczne jeszcze przed nami, choć nic więcej na ten temat nie mówię. Nagini... Nagini nie jest niestety jakąś szczególnie ważną postacią. Choć z pewnością jeszcze nie raz się pojawi - w taki bądź inny sposób. Na temat Syriusza natomiast milczę. Tak samo jak o prawdziwej lojalności Snape'a. To wszystko zostanie wyjaśnione, a przynajmniej zasugerowane, o to nie musisz się martwić :). Pantero, cieszę się, że rozdział ci się podobał! No i chyba dobrze, że była dość jedna osoba, która spodziewała się ze strony Snape'a takiej zagrywki :).

Miłego czytania!


Ostrzeżenia: Scena o zabarwieniu erotycznym. A także graficzny, choć lekki opis tortur.


Gdy umiera dzisiaj

Część druga

Rozdział dwudziesty czwarty

Co było pierwszą rzeczą, jaką musiał zrobić, aby wymknąć się z dominującego uścisku Voldemorta i spotkać się z Potterami?

Dywersja.

Dywersja, mimo że podstawowa i przewidywalna, była dokładnie tym, czego potrzebował, aby oszukać Voldemorta i przedostać się przez bariery Malfoyów. Musiała być jednak bardzo przekonująca. Taka, by Voldemort uwierzył, że Izar na tym się właśnie koncentruje, nie mając ukrytych w rękawie żadnych podstępnych sztuczek.

- Witaj, skarbie – wyszeptał rano do kobiecego ucha.

Rzęsy Daphne opadły na jej zarumienione policzki, zanim otworzyła szeroko oczy i posłała mu miażdżące spojrzenie.

- Nie potrafię sobie przypomnieć, byś kiedykolwiek się ze mną w odpowiedni sposób przywitał, panie Black. – Pomimo że wyraźnie się przed tym powstrzymywała, jej wymalowane usta wykrzywił uśmiech. – Proszę, usiądź. – Odsunęła stojące obok niej puste krzesło. – To znaczy, oczywiście, jeśli Wewnętrzny Krąg niczego już dziś od ciebie nie chce. – Jej zielone oczy zerknęły ponad jego ramieniem na platformę zarezerwowaną dla najwyższych rangą śmierciożerców.

Gdy tylko Syriusz zniknął mu z oczu, Izar skierował się na tyły dworku Malfoyów. W głowie wręcz wirowało mu od układania manipulacyjnych planów. Celowo powstrzymywał się od spoglądania w kierunku Voldemorta, zbyt na niego zły, aby nawiązać z nim kontakt wzrokowy.

- Widziałeś już węża Czarnego Pana? – kontynuowała blondynka. Choć rozsądek mówił jej pewnie, że nie powinna wpatrywać się w Voldemorta i Nagini, oczy nie chciały jej słuchać. – Jest… nieprawdopodobnie przerażający i wielki. Nie żebym miała coś przeciwko wężom… – Odwróciła się szybko, speszona.

- Nie, nie widziałem go – odparł beztrosko Izar, ściągając na siebie wiele ciekawskich i wścibskich spojrzeń.

- Dobrze widzieć, że zaszczyciłeś nas swoją majestatyczną obecnością, Black – wycedziła Pansy. – Choć dziwi mnie, że zniżyłeś się do tego, aby wkroczyć na wzniesienie dla śmierciożerców trzeciej rangi. – Czarnowłosa czarownica siedziała z wdziękiem po drugiej stronie stołu obok milczącego i sprawiającego wrażenie znudzonego Draco Malfoya.

- Pansy – westchnęła Daphne. – Nie powinnaś być teraz gdzieś indziej?

Pansy wciągnęła głęboko powietrze, krzyżując ręce na swoich obfitych piersiach.

- Nie, to tu jest moje miejsce. W przeciwieństwie do co poniektórych.

Izar wyciągnął rękę i ścisnął ramię Daphne, aby uciszyć ją, gdy wyglądała na gotową do dalszego kłócenia się. Następnie posłał Pansy zawadiacki uśmieszek i pochylił się ku niej ponad stołem.

- Oczywiście jak najbardziej możesz tu zostać, Pansy. Właściwie będę zaszczycony twoją obecnością. Nie widziałem cię od mojego ostatniego dnia w Hogwarcie, kiedy to twój nos nieustannie przyklejony był do sufitu.

Udało mu się osiągnąć zamierzony cel. Pansy zesztywniała na kilka sekund i rzuciła mu wyzywające spojrzenie. Black tylko je odwzajemnił, bardziej rozbawiony niż urażony jej wytrwałością. Ostatecznie dziewczyna odsunęła krzesło i gniewnie podeszła do innego stołu przypisanego młodym śmierciożercom. Izar zauważył, że wśród otaczających go osób nie było zbyt wielu nowych uczniów Hogwartu. Właściwie wyglądało na to, że to on był z nich wszystkich najmłodszy – Czarny Pan nie oznaczał już najwyraźniej nastolatków.

Co miało sens. W Slytherinie nie było już żadnych więcej uczniów, których rodzice byliby lojalnymi śmierciożercami.

- Genialnie rozegrane, Izarze – zaczęła Daphne. – Gdybyś mógł jeszcze pozbyć się tylko Malfoya.

- Nie bądź głupia – wycedził. – To właśnie z jego powodu tutaj siedzę. – Oparł się o swoje krzesło, dotykając czubkami palców okrytego stołu. – Przyszedł do mnie rano. Jestem pewien, że doskonale wiesz, o czym rozmawialiśmy. – Izar dostrzegł w jej oczach błysk zrozumienia.

A zatem wiedziała. Czy to znaczyło, że Draco i Daphne się do siebie zbliżyli? Czyżby jego plan związania ich ze sobą rzeczywiście działał?

Draco pochylił się. Jego oczy w kolorze rtęci przesunęły się po otoczeniu.

- Naprawdę sądzisz, że rozmawianie o tym w tym miejscu jest rozsądne? Nie rozumiesz, Black, że chcę, by to wszystko pozostało między nami? Jeśli ktokolwiek się o tym dowie…

Izar zachichotał beztrosko. Malfoy nie miał bladego pojęcia, że chciał, aby ta rozmowa wzbudziła u Czarnego Pana podejrzliwość. Jakaś mała część Izara czuła się nieco winna z powodu wykorzystywania Draco w taki sposób, aby pokonać Voldemorta, ale z łatwością ją w sobie zdusił.

- W takim razie sugeruję, abyś jeszcze bardziej się pochylił i obniżył głos, Draco. I może uważniej i podejrzliwiej rozglądał się po podwórku – skarcił go sucho Izar. – Twoje zachowanie wręcz krzyczy spiskowaniem. Każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie, gdy tylko na ciebie spojrzy, zorientuje się, że rozmawiamy o czymś ważnym.

Malfoy syknął przez zęby, po czym odchylił się na krześle z udawaną nonszalancją.

- Lepiej – stwierdziła Daphne.

- A odkąd to z ciebie taki znawca, Greengrass?

Izar zignorował ich, kiedy jego uwagę zwróciła znajoma twarz. Lub raczej twarz, która dojrzała znacznie w czasie ubiegłego roku.

Teodora Notta. Ślizgona, któremu pomógł kiedyś zemścić się za uwięzienie ojca. Nott Senior został zesłany do Azkabanu po tym, jak przyłapano go na gromadzeniu kilku mrocznych artefaktów. Izar zgodził się pomóc Nottowi znaleźć Appletona, mężczyznę, przez którego jego ojciec został skazany na dwa lata więzienia. Misja nie zakończyła się jakimś wielkim sukcesem, a została przez niego wyraźnie zapamiętana.

Niestety ojciec Teodora był śmiertelnie chory i wkrótce po uwięzieniu zmarł. Izar widział teraz, że po jego śmierci na twarzy jego syna pojawiła się dojrzałość. W końcu, jako że chłopiec nie miał już ani matki, ani ojca, został głową rodu Nottów. I z tego, co słyszał Izar, rzucił szkołę i zaczął pracować w Ministerstwie.

Poza tymi kilkoma plotkami, Izar nie widział chłopca ani nie słyszał nic o nim od czasu ukończenia Hogwartu. Z pewnym zaskoczeniem zauważył więc, że Teodor Nott zajmował teraz miejsce wśród śmierciożerców drugiej rangi.

Co znaczyło, że musiał awansować…

Mocne, niebieskie oczy odwróciły się i spojrzały intensywnie wprost na niego. Nott zamrugał kilkakrotnie, zanim na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Ale, Merlinie, chłopiec wciąż był tykowaty, a jego rysy dalej przypominały królika… choć, trzeba przyznać, dojrzałego królika.

Izara najbardziej zainteresowała jednak ocena jego wysokiej i szczupłej sylwetki. Teodor podszedł do skraju platformy i zszedł po kilku stopniach na podwyższenie dla popleczników trzeciej rangi. Dziedzic Blacków poczuł jeszcze większy dreszczyk emocji, kiedy spostrzegł, że chłopiec był mniej więcej jego wzrostu, choć nie poruszał się równie wdzięcznie. Niemniej jednak na to miał jeszcze czas.

- Izar Black – przywitał go Nott. – Minęło trochę czasu, co?

Izar wstał z gracją ze swojego krzesła i ścisnął wyciągniętą dłoń Notta. Chłopiec przybliżył się do niego i klepnął go po plecach. Izar siłą zmusił się do dalszego uśmiechania, mimo że czuł wstręt wobec bycia witanym w tak… niedbały sposób.

Czego jeszcze nienawidził?

Pogawędek.

- Ponad rok – zgodził się. W głowie jednak uważnie Notta oceniał. Chłopiec był od niego odrobinę wyższy i nieco szerszy, jednak byli do siebie całkiem podobni. Teraz pozostawało mu już tylko odpowiednio pokierować rozmową. – Kiedy ostatnio się widzieliśmy, byłeś na drugim końcu różdżki Czarnego Pana. A teraz wygląda na to, że zostałeś uznany za wystarczająco lojalnego, aby przeskoczyć do drugiej rangi.

Nott uśmiechnął się z dystansem, choć na jego twarzy doskonale widoczna była duma.

- Mógłbym powiedzieć to samo o tobie, Black. Z tego, co słyszałem, zawsze drażnisz naszego Pana, a jednak wielu z nas zakłada się, że jeszcze przed końcem tego roku zostaniesz wprowadzony do jego Wewnętrznego Kręgu.

Izar pokręcił tylko głową, nim zwinnie zmienił ich pozycje. Dzięki temu Nott stał teraz twarzą do Draco, a plecami do Czarnego Pana. Były Krukon nie wiedział, na ile chłopiec był inteligentny, ale wolał nie ryzykować, że Voldemort domyśli się czegoś po jego wyrazie twarzy, gdy Izar dojdzie w końcu do zamierzonego tematu ich rozmowy.

- Nigdy ci odpowiednio nie podziękowałem – zaczął Nott, czyniąc dokładnie to, czego Izar się spodziewał. – Za to, że w zeszłym roku pomogłeś mi z… z moją sytuacją.

Izar pilnował się, aby jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

- Nie ma sprawy. Zresztą ta wyprawa nie potoczyła się ostatecznie tak, jakbyśmy tego chcieli. – Czy Teodor złapie przynętę? A może zawiedzie Izara i zmieni temat.

- Nie, nie potoczyła – zachichotał Nott. – Ale byłeś najrozsądniejszy z nas wszystkich. Mam u ciebie dług, Black. Uratowałeś nam wtedy tyłki, może mógłbym ci się przynajmniej jakoś odwdzięczyć. Dług życia… cokolwiek.

Trudno mu było stłumić wygłodniały błysk w oczach, jednak był pewny, że udało mu się zapanować nad wyrazem twarzy.

- Nie uznam długu życia za coś, co zdarzyło się w najtrudniejszych dla ciebie czasach. – Izar urwał na chwilę. – Chociaż… skoro już o tym wspomniałeś, bardzo przydałaby mi się twoja pomoc.

Podniesione brwi Notta były jednym z tych powodów, dla których Izar odwrócił wcześniej ich pozycje. Bez znaczenia było to, że Czarny Pan był teraz zaangażowany w rozmowę ze swoim Wewnętrznym Kręgiem. Miał wszędzie szpiegów. A tak Nott stał teraz skierowany ku drzewom, dzięki czemu niewielu ludzi mogłoby ujrzeć jego zaskoczenie. Niemniej jednak chłopiec szybko się pozbierał, gdy tylko spostrzegł jego obojętność.

- Oczywiście – odparł cicho Nott, rozumiejąc, że Izar pragnie, aby nikt się o tym nie dowiedział. – Sądzę, że się ze mną skontaktujesz?

Izar uśmiechnął się w odpowiedzi.

- Miło było się z tobą znowu spotkać, Nott.

Młodzieńcy spojrzeli na siebie, doskonale wiedząc, że Izar Notta wykorzystuje. Właściwie Black byłby rozczarowany, gdyby Teodor nie spostrzegł jego manipulacji. Choć takie wykorzystywanie Notta w żaden sposób mu nie przeszkadzało, jako że ten rzeczywiście miał wobec niego dług. Nott wykorzystał kiedyś jego inteligencję i teraz Izar wykorzysta go, by… no cóż… jego plan ucieczki z dworku Malfoyów pozostał niezauważony.

Teodor zamrugał, po czym skłonił się w pasie i odszedł.

- Co…?

- Na czym skończyliśmy? – mruknął Izar, przerywając Daphne, zanim mogłaby sformułować jakieś pytanie. Ani ona, ani Draco nie mogli usłyszeć jego rozmowy z Nottem, jako że upewnił się, aby obaj mówili wystarczająco cicho. – Ach tak! – Spojrzał na wyraźnie podejrzliwego wobec niego Draco. – Na naszym planie udania się na Nokturn oraz odwiedzenia Borgina i Burkesa.

Daphne pochyliła się nagle do przodu i pociągnęła go za rękaw, przez co musiał się do niej przybliżyć.

- Doskonale wiem, że nie wolno ci pojawiać się w miejscach publicznych, Izarze. W co ty sobie pogrywasz?

Młodzieniec uniósł brew, spoglądając przez stół na łypiącego na niego podejrzliwie Malfoya.

- Tak jak chciałaś, Daphne, pomagam Malfoyowi. – Znów odszukał wzrokiem jej spojrzenie. – Czy to nie ty zasugerowałaś mu, aby zwrócił się do mnie po pomoc?

Prychnęła, a jej policzki jeszcze bardziej poróżowiały.

- Myślałam, że zwrócisz się do Czarnego Pana o zgodę na udanie się z nim na Nokturn. Dzięki temu miałbyś więcej czasu i ochronę.

- Czarny Pan nie może się o tym dowiedzieć, Greengrass – syknął niebezpiecznie blondyn.

Daphne zmierzyła ich wzrokiem, lekko rozdrażniona.

- Mężczyźni – splunęła. – Jesteście niezwykle uparci i zupełnie nielogiczni. – Puściła rękaw Izara i przeczesała dłonią swoje chochlikowate włosy. – Mam tylko nadzieję, że to nie obróci się przeciwko wam, jak to było w zeszłym roku z planem Teodora.

- Chciałaś chyba powiedzieć, że nie chcesz, by to obróciło się przeciwko nam wszystkim – mruknął niewinnie Izar. Uśmiechnął się, gdy na jej twarzy pojawił się zdumiony wyraz i zerknął ponad jej głową na wzniesienie dla Wewnętrznego Kręgu.

Jego uśmiech zniknął, kiedy jego wzrok wylądował na kłaniającym się w pasie przed Czarnym Panem Severusie Snapie, prezentującym chwiejącego się na nogach Rookwooda. Izar poczuł ulgę, gdy zobaczył, że Augustus przeżył rajd Niewymownych i że jego głęboka rana już się uleczyła. Jego ulga szybko zamieniła się jednak we wstręt, gdy skupił się na najprawdopodobniej odpowiedzialnym za jego zdrowie mężczyźnie.

Przełknął ślinę, wbijając wzrok w plecy Snape'a, mimo że swoje słowa skierował do towarzyszących mu przy stole blondynów.

- Udamy się tam w noc po Dzikich Łowach. Koło dziesiątej spotkajcie się ze mną przy ogrodach. Do tego czasu nie będziemy poruszać znowu tego tematu.

Był słabo świadomy, że Daphne pyta, czy dobrze się czuje, ale nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Na podwyższeniu dla śmierciożerców pierwszej rangi Voldemort odprawił Snape'a machnięciem dłoni i ten obrócił się na pięcie, aby zejść z platformy. Wydawało się jednak, że poczuł na sobie gorące spojrzenie Izara, bo zatrzymał się u podstawy schodów i odwrócił głowę, napotykając jego spojrzenie. Kosmyki czarnych włosów opadły mu na oczy, gdy te zwęziły się z zastanowieniem.

Izar wyprostował się ze swojej pochylonej pozycji, próbując ukryć to, jak trzęsą mu się ręce. Zamiast tego skupił w swoim spojrzeniu całą odczuwaną przez siebie odrazę. A przynajmniej dopóki Snape nie zatrzepotał wokół siebie swoim płaszczem i nie zaczął maszerować szybko w stronę wejścia do dworku.

A taka ucieczka sprawiła, że jawił się w oczach Izara jako ofiara. Jak więc mógłby nie skusić się na zapolowanie na nią?

Podążając za Snape'em z równą elegancją i w tym samym tempie, przekroczył próg podwyższenia dla śmierciożerców drugiej rangi i z łatwością zaczął prześlizgiwać się miedzy różnymi ciałami. Wszystko inne przestało mieć znaczenie, liczyły się tylko te powiewające przed nim czarne szaty. Miał zamiar złapać Snape'a i nic nie mogło go przed tym powstrzymać.

Chwilę po tym, jak Snape przekroczył próg między podwórkiem a wnętrzem rezydencji, Izar przyśpieszył, w końcu uwolniony od kierującej się na niego niepożądanej uwagi innych ludzi. Gdy tylko wszedł do przyciemnionego dworku, zaczął stawiać tak duże kroki, jakie tylko był w stanie. Prześlizgując się przez korytarze, mimowolnie porównał je do skomplikowanego labiryntu.

- Dlaczego uciekasz, profesorze? – zaszydził jedwabiście z ciemności. Wkroczył do kolejnego salonu i ujrzał znikającą w przeciwległych drzwiach szatę.

Dziedzic Blacków przeszedł tanecznym krokiem mroczne pomieszczenie i zatrzymał się u progu. Wychylił szyję poza krawędź drzwi, udając zainteresowanego szeregiem znajdujących się tam korytarzy.

- W prawo czy w lewo… - wydumał. Na jego ustach pojawił się wąski uśmiech, gdy wysunął się lekko z ciemnego pokoju, a następnie odwrócił szybko na pięcie i z powrotem do niego wskoczył.

Jego palce odszukały jasny kołnierz, który na pozór mógłby się wydawać ścianą, a następnie pchnął starszego mężczyznę na półkę z książkami.

- Nie oszukasz mnie – syknął Izar, przyciskając przedramię do gardła Snape'a. Jego żołądek rozpaliła wściekłość, a jego oczy gorliwie pochłaniały zwężone spojrzenie jego starego nauczyciela. – Być może udało ci się zwieść Czarnego Pana i mojego ojca, ale mnie nie oszukasz.

Trzeba było przyznać, że Snape nie walczył o oddech ani nie próbował się z nim szarpać. Tylko jego oczy spoglądały na niego lodowato, gdy jego nozdrza drgały dramatyczne, próbując uzyskać wymaganą ilość tlenu.

- Kiedyś cię szanowałem – oznajmił młodzieniec, zmniejszając nacisk na jego gardło. – A nawet uważałem cię za męski autorytet. Kiedy Regulus stwierdził, że cię kocha, początkowo niezbyt mi się to podobało, bo myślałem, że jesteś draniem bez serca, ale ostatecznie zaakceptowałem jego zauroczenie. – Izar nacisnął mocniej na gardło Snape'a, po czym opuścił ramię. Mistrz Eliksirów kaszlał przez chwilę, ale poza tym zachował zimną krew. – Zaakceptowałem tę chorą relację, jaką masz z moim ojcem – kontynuował lodowato. – Nie zaakceptuję jednak korumpowania jego umysłu. Kiedy był w śpiączce, zaufałem ci na tyle, aby pozwolić ci pomóc mu w psychicznym pozbieraniu się po ataku. Nie spodziewałem się, że obudzi się jako ktoś zupełnie inny i zrezygnuje ze swojej lojalności!

Oczy Snape'a zmrużyły się w szparki i zrobił on duży krok do przodu. Długim palcem dotknął klatki piersiowej Izara.

- Jestem pod wrażeniem pańskiego rozumowania, panie Black. Naprawdę wierzysz, że zrobiłem coś umysłowi twojego ojca? Żal mi ciebie. Nie jesteś już głównym priorytetem w jego życiu, jako że w końcu dostrzega, iż może prowadzić własne życie. Nie podejmuje już decyzji w oparciu o twoje szczęście, ale swoje i wasze. I ty sądzisz, że zniszczyłem jego umysł? Naprawiłem go.

Izar zacisnął swoje zimne palce wokół nadgarstka Snape'a, trzymając wprawdzie jego palec w miejscu, ale całkowicie go kontrolując.

- Nie twierdzę, że czuję się urażony jego decyzją, Severusie. Myślisz, że jestem jakimś rozpieszczonym bachorem, który potrzebuje ojca? – Trzymając mocno dłoń Snape'a w miejscu, zrobił krok do przodu, atakując jego przestrzeń osobistą. – Nie potrzebuję Regulusa. Dbam jednak o jego bezpieczeństwo, w tym jego zdrowie psychiczne. Jeśli choć raz ponownie tkniesz jego umysł…

Snape wyrwał swoją rękę z jego luźnego uścisku i pchnął nim dość gwałtownie na framugę drzwi. W jego onyksowych oczach zapłonął gniew, kiedy się nad nim pochylił.

- Wszystko, co robię, robię, by chronić Regulusa… i gówno mnie obchodzi, jakie to będzie miało dla ciebie konsekwencje. – Kosmyki włosów przylgnęły do twarzy mężczyzny, gdy jeszcze bardziej przybliżył on do Izara twarz. – Rozumiesz mnie, chłopcze?

W wypełnionym napięciem powietrzu rozbrzmiał syk i obaj czarodzieje opuścili wzrok, spoglądając na wijącą się między nimi Nagini.

- Jakiś problem, dzieci?

Rozbrzmiały głos wywołałby pewnie u Izara ciarki, gdyby tylko nie czuł on tak wielkiej wściekłości. Dalej mrużył więc oczy na Snape'a, kiedy ten odsunął się i wyprostował swoje szaty.

- Wybacz mi, Panie. Straciłem nad sobą panowanie. – Severus ukłonił się nisko w pasie przed Voldemortem. – Mogę już odejść?

Gdy Snape wypadł z pokoju, Izar oparł się ciężko o framugę drzwi. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, aby ukryć to, jak drżą z niepokoju.

- Nie ufam mu – szepnął głęboko. – Ani trochę mu nie ufam.

- Ani ja, dziecko. A jednak nie napadam na niego w ciemnych pokojach.

Izar zachichotał ironicznie, spoglądając na sufit, aby się opanować.

- Skoro mu nie ufasz, dlaczego wciąż go przy sobie trzymasz? Jest dla nas tylko zagrożeniem.

- Chciałbyś, abym go dla ciebie zabił? – zapytał z ciekawością jedwabistym głosem Voldemort.

Wzrok Izara przesunął się szybko poprzez przyciemnione pomieszczenie na zamaskowaną postać, która stała spokojnie i dumnie z Nagini krążącą u jej stóp. Niesforne włosy Czarnego Pana znów związane były na karku, podkreślając jego porcelanową skórę i ostre kości policzkowe. Szkarłatne oczy obserwowały Izara niemal czule, a jednak kryła się w nich również jakaś ciemna emocja… mieszanina fascynacji, obsesji i rozbawienia. Chwilę później wszystkie te emocje zniknęły i pozostała w nich jedynie szydercza arogancja.

Ujrzenie tych emocji na twarzy Voldemorta przeraziło Izara, zwłaszcza że wiedział on, iż gdyby sam pozwolił swoim ścianom opaść, w jego oczach pojawiłoby się dokładnie to samo. Łatwiej było udawać, że nie czują wobec siebie niczego choć trochę podobnego do miłości i traktować to wszystko z chłodną nonszalancją. Gdyby kiedykolwiek spróbowali zagłębić się w swoje prawdziwe uczucia…

Izar z irytacją odepchnął od siebie te myśli.

- Nie kpij ze mnie – sprowadził go na ziemię Black. Odepchnął się od framugi i ruszył po zewnętrznej krawędzi niewykorzystanego salonu. – Nie zabiłbyś go, bo wciąż jest dla ciebie użyteczny.

- To prawda – zgodził się spokojnie Voldemort. – Jednak jeśli naprawdę tak strasznie tego chcesz, jestem skłonny dać ci taki prezent. Severus jest pod wieloma względami użyteczny, ale nie niezastąpiony. Jeśli tego właśnie sobie zażyczysz, w ciągu minuty padnie trupem.

Nie wiedział, czy powinien sądzić, iż Voldemort go testuje, czy może była to prawdziwa oferta.

- To hojna propozycja, jednak sam poradzę sobie ze swoimi słabościami. – Chciał drążyć temat przydatności Snape'a, ale w chwili obecnej nie mógł zmusić się do tego, aby choć chwilę dłużej myśleć o mężczyźnie, którego jako dziecko podziwiał. Tym samym mężczyźnie, który w jakiś sposób przyłożył rękę do zmiany lojalności Regulusa.

- Jeśli tego właśnie pragniesz… - Voldemort urwał, obserwując go uważnie.

Następnie mężczyzna ukradkiem oddalił się od centrum pokoju i wydawał zapaść w jednym z dużych foteli. W pomieszczeniu nie znajdowało się żadne światło, żaden ogień. Zupełnie jakby Voldemort chciał wytrącić go z równowagi.

- Niemniej jednak musimy porozmawiać o ostatnich wydarzeniach.

Młodszy czarodziej przyłożył dłoń do masywnego drewna półki na książki. Po syczącym śmiechu Nagini bez najmniejszego problemu domyślił się, co spowodowało spadek temperatury w pokoju. Czarny Pan był zły i chciał odpowiedzi dotyczących podjętej przez niego decyzji przelania do horkruksa siły życiowej.

Black prychnął i spróbował uciec od tematu.

- Jesteś pewien, że chcesz rozmawiać o ostatniej nocy? I tym, jak nie udało ci się sprawić jako mężczyzna?

Voldemort wydał z siebie przez zęby niski i długi syk.

- Jesteś głupcem. Naprawdę myślisz, że to dobrze przespana noc dodała ci sił na przeżycie dzisiejszego dnia? Co? Nie sądzę. – Mężczyzna całkowicie go zignorował. – Kiedy śliniłeś się na łóżku, nakarmiłem cię kilkoma kroplami mojej krwi.

Izar zacisnął mocno zęby, zaintrygowany i rozdrażniony.

- Wyjaśnij – kontynuował Voldemort. – Bez swoich bezczelnych uwag, wyjaśnij mi, dlaczego zrobiłeś coś tak głupiego!

- Głupiego? Nie zrobiłem niczego głupiego – warknął gniewnie Izar. – Powiedziałem ci już, dlaczego stworzyłem. – Machnął ręką gdzieś w okolice miejsca, gdzie spoczywała obserwująca ich czujnie Nagini. – Znajdująca się w niej Czarna Magia atakowała samą siebie, gdy była za bardzo ściśnięta. Próbowałem ograniczyć wybór mrocznych klątw do minimum, ale wszystkie one były mi potrzebne, bym mógł stworzyć wiarygodnego horkruksa. – Izar odwrócił się do Voldemorta plecami i zaczął przyglądać się spoczywającym na półkach książkom. – Doszedłem do wniosku, że potrzebuję jakiegoś Jasnego zaklęcia, które zrównoważyłoby Czarną Magię. Musiało być potężne, czymś w stylu miłości, kawałka duszy lub… lub części mojej siły życiowej.

Voldemort zacmokał.

- Więc zrobiłeś to tak zupełnie bez zastanowienia.

- Och, długo i ciężko nad tym myślałem, mój Panie. Być może się mylisz. Stworzyłem coś, co zniszczy wielu kluczowych członków armii Dumbledore'a.

- Ale zrobiłeś to niewłaściwie – zaczął Voldemort, gdy tylko Izar wymówił ostatnie słowo. – Uciekałeś wtedy przed aurorami, dziecko. Co by się stało, gdyby Ministerstwo dopadło cię w twoim osłabionym stanie? Jesteśmy w środku wojny. Nie możesz robić czegoś takiego tak bezmyślnie.

Izar położył dłoń na szafce i pochylił się do przodu, aby się opanować. Czarny Pan miał rację i Izar nienawidził tego przyznawać. Był zbyt zachwycony perspektywą rozwikłania tajemnicy fałszywego horkruksa, aby zdawać sobie sprawę, że nie znajdował się w najlepszej sytuacji do odprawiania takiego rytuału.

- Możesz mieć rację – wypluł gorzko. – Ale będę musiał odprawić ten rytuał jeszcze kilka razy. I potrzebuję więcej pomysłów na horkruksy, mój Panie. Muszą być to przedmioty, z którymi może zostać powiązany Tom Riddle. Takie, o których może wiedzieć Dumbledore. – Odwrócił się akurat na czas, by zobaczyć wykrzywiający twarz Czarnego Pana uszczypliwy uśmieszek. – Na przykład ten pierścień.

Długie palce zacisnęły się zaborczo wokół czarnego pierścienia. Izar ugryzł się w język, wściekły na niechęć mężczyzny, skoro to on był tym, który robił całą czarną robotę.

- No jasne, proszę bardzo – wyszeptał ochryple Izar. – Możemy zrezygnować z tego całego planu i dalej zmagać się z armią Dumbledore'a, bo nie jesteś w stanie poświęcić pieprzonego pierścienia.

Ruszył w stronę wyjścia, ale paznokcie Voldemorta uczepiły się mocno jego nadgarstka, nagle go ciągnąc. Równie ostre paznokcie podrapały również jego szczupłą szyję, kiedy mężczyzna przyciągnął do siebie jego twarz, aby zainicjować mocny pocałunek. Żołądek Izara rozpaliło podniecenie, gdy tylko pochłonął go zapach Voldemorta. Nie trwało to jednak długo, jako że Czarny Pan szybko się od niego odsunął, uśmiechając pod nosem.

Och tak, mężczyzna zgrywał niedostępnego, aby zemścić się za to, jak został wczoraj przez niego odrzucony.

- Przed końcem tego tygodnia przyniosę ci sześć przedmiotów, z których będzie można skonstruować horkruksy. Jeszcze przed Nowym Rokiem chcę zachęcić Dumbledore'a i jego armię do polowania na nie. Czy… to ci odpowiada?

- Jak najbardziej – zgodził się Izar, nagle bardzo podekscytowany perspektywą stoczenia kolejnej bitwy jeszcze przed końcem tego roku. – Stworzymy je tutaj czy w twojej bazie? Będę po ich stworzeniu potrzebował kilku dni odpoczynku…

- Albo znajdziesz kogoś innego, kto zaoferuje swoją siłę życiową, albo nie będziesz uczestniczyć w walce.

Izar odsunął się, wściekły.

- Powodzenia ze zrealizowaniem tego pomysłu, mój Panie. Sam możesz stworzyć sobie te pieprzone horkruksy, bo jeśli nie będę mógł przez to uczestniczyć w bitwie, ja ci w tym na pewno nie pomogę. – Panował uważnie nad wyrazem swojej twarzy, gdy Voldemort skierował na niego lodowate spojrzenie. Być może i brzmiał jak dziecko, ale potrzebował tej bitwy. Potrzebował uwolnienia. – Siła życiowa musi zostać oddana dobrowolnie. A śmierciożercy nie mogą nawet podejrzewać, że twoje horkruksy nie są prawdziwe. Istotne jest więc, abym to właśnie ja to zrobił, jednak z pewnością się na to nie zdecyduję, jeśli nie będę mógł uczestniczyć przez to w rajdzie.

Voldemort uśmiechnął się niespodziewanie.

- No, no, no, dziecko. Czyżbyś czuł jakąś żądzę krwi? – Jego długie palce w końcu przestały pieścić pierścień i zamiast tego zacisnęły się wokół szczupłych nadgarstków Izara. – W nocy będą Dzikie Łowy. Mam z ich okazji dla ciebie niespodziankę.

Izar skrzywił się.

- Mam nadzieję, że nie wiąże się ona z kolejnymi białymi szatami?

Czarny Pan w odpowiedzi szeroko się do niego uśmiechnął.

- Nie wiąże. Spodziewam się, że będziesz gotowy na pościg.

- Pomiędzy tobą a mną, czy potencjalną ofiarą? – Jego słowa były czysto sarkastyczne, ale Voldemort zaskoczył go odpowiedzią:

- Oba – obiecał niebezpiecznie, zanim wstał. Jego palce przesunęły się czule po cienkiej skórze nadgarstków Izara. – Co do horkruksów, wymyślimy jakieś rozwiązanie, abyś mógł uczestniczyć w bitwie. Mam dla ciebie plany.

- Ktoś jest tu dzisiaj strasznie miły – zagruchotał Izar. – Czyżbyś czegoś chciał?

Voldemort uniósł jednym palcem jego brodę, dotykając samym czubkiem paznokcia linii jego szczęki. Następnie pochylił się do przodu, a jego szkarłatne oczy wydawały się złowieszczo błysnąć.

- Ciebie – szepnął głęboko, zanim gwałtownie się odsunął.

Izar stał przez chwilę głupio w bezruchu, zanim jego oczy się zwęziły.

- Nawiasem mówiąc, dziecko – zawołał będący już przy drzwiach Voldemort. Nagini manewrowała swoim dużym ciałem w jego stronę, tworząc nim hipnotyzujące fale. – Bawi mnie to, że formułujesz ze swoimi blondynkami plan ucieczki. Jeśli jednak choćby tylko spróbujesz wcielić go w życie, obawiam się, że twoje nadzieje na uczestniczenie w zbliżającej się bitwie całkowicie się rozwieją.

Dziedzic Blacków słuchał uważnie, jak Czarny Pan odchodzi krętymi korytarzami, po czym uśmiechnął się chytrze. Voldemort twierdził, że zakaże mu wziąć udziału w bitwie, jeśli zdecyduje się uciec z Draco i Daphne poza granice dworku. I Izar był całkowicie pewny, że dotrzyma swojego słowa. Tyle że wcale nie zamierzał udać się z Malfoyem na Nokturn. O nie, jego plany dotyczyły innego miejsca. A co za tym idzie, nie kwalifikowały się pod groźbę Voldemorta.

Słowa mogły być tak łatwo przekręcane i tak różnie rozumiane.

Izar to uwielbiał.


Noc okazała się równie piękna, co w zeszłym roku. Pokrywa śniegu wprawdzie nie była aż tak gruba, ale wystarczająca, by przykryć martwą trawę. I podobnie jak rok temu, magia unosząca się tego dnia w powietrzu była oszałamiająca. Izar spojrzał na małe, złote kulki, które wydobywały się z ziemi i unosiły w powietrze ku świetlistym gwiazdom. Wyciągnął rękę, aby dotknąć jednej z nich i uśmiechnął się, kiedy ta połaskotała jego skórę i przeszła przez jego ciało.

Wisząca w powietrzu magia wywoływała u czarownic i czarodziejów pewną burzliwość. W ciągu tej jednej nocy wszyscy oni uhonorowani byli czuciem jej przytłaczającej obecności – czymś, czego Izar doświadczał na co dzień. A jednak nigdy nie uważał tego za pewnik. Magia była czymś, co zawsze szanował, bez względu na to, jak się ją używało i czy była Biała, czy Czarna.

Opuścił rękę, przenosząc wzrok na ogromne, płonące bierwiono. Jaskrawe, fioletowo-pomarańczowe płomienie sięgały niemal do gałęzi drzew, a mimo to nie groziły spłonięciem lasu. Śmierciożercy rozmawiali między sobą, wybuchając złośliwym śmiechem na widok mniej więcej trzydziestu osób z torbami na głowach. Z tego, co mówiły pogłoski, Voldemort i kilku jego zaufanych popleczników porwało znanych brytyjskich czarodziejów.

Twierdzono, że jest pomiędzy nimi Amelia Bones, kilku dobrych aurorów i, oczywiście, kilku starców z Wizengamotu. A także inne znane osobistości. Nie dziwiło go więc, że śmierciożercy przepychali się miedzy sobą, aby tylko stanąć jak najbardziej z przodu. W końcu tylko najpotężniejszym i najsilniejszym z nich uda się dziś coś upolować.

- Nie mam zamiaru długo was tu trzymać. Noc jest jeszcze młoda, a ofiar jest wystarczająco, aby każdy godny tego śmierciożerca jakąś sobie złapał – ogłosił dostojnie swoją obecność Voldemort. Gdy tylko przybył, śmierciożercy znacznie ucichli, chociaż wciąż między sobą szeptali – zdecydowanie zbyt głośno, aby można ich było nie usłyszeć.

Izar przyjrzał się szybko ciemnoczerwonym szatom Czarnego Pana. Oczywiście żaden inny śmierciożerca nie zwracał zbyt wiele uwagi na jego kreację – ich uwaga skupiła się na jego promieniującej aurze i ofiarach ustawionych bezbronnie na skraju polany. Aury jeńców pulsowały ze strachu i adrenaliny, gotowe do ucieczki.

- W ubiegłym roku – kontynuował cicho Czarny Pan – polowaliśmy w tajemnicy na bezużytecznych mugoli. Dzisiejszej nocy mamy godnych i uprzywilejowanych wrogów, którzy mogą się przed nami bronić. Wokół lasu umieszczone zostały bariery antyaportacyjne, także będziecie mogli bawić się nimi tak długo, jak tylko zechcecie. To jedynie mały prezent, jaki mogę wam wszystkim ofiarować.

Śmierciożercy zaczęli szturchać się z podekscytowaniem. Izar stał daleko z tyłu, obserwując ich z otwartym rozbawieniem. Jeśli Voldemort będzie powstrzymywał ich choćby chwilę dłużej, zaraz zaczną atakować siebie nawzajem.

- Na moje słowo możecie rozpocząć swoje polowanie. – Voldemort roześmiał się, uwalniając więźniów z węzłów i toreb na ich głowach.

Izar spostrzegł wśród nich kilka znajomych twarzy, jednak uciekli, zanim mógłby się im dokładnie przyjrzeć. I tego dokładnie chcieli śmierciożercy. Izar poczuł, że również i jego ciągnie trochę do ruszenia w pogoń. W przeciwieństwie do zeszłorocznych mugoli, ci czarodzieje i czarownice mogli się przed nimi bronić. Pościg za nimi byłby zabawny, jednak Voldemort miał wobec niego tego wieczoru własne plany.

- Ruszajcie.

Voldemort patrzył na rozgrywającą się przed nim scenę ze zdecydowanie zbyt dużym rozbawieniem, gdy śmierciożercy rzucili się w pogoń za swoimi ofiarami. Izar dostrzegł znikające wśród grubych drzew blond włosy i żałował trochę, że nie będzie miał okazji obserwowania, jak arystokratyczny Lucjusz Malfoy torturuje swoje ofiary. Mówiono, że był brutalny i kreatywny; wrogiem, jakiego nikt nigdy nie chciałby mieć.

Izar zacisnął i rozluźnił palce, stojąc teraz naprzeciwko patrzącego na niego z pożądaniem Czarnego Pana. Włosy mężczyzny były dzisiaj rozpuszczone, dzikie i nieokiełznane na łagodnym wietrze. Czarne kosmyki trzepotały, ukrywając większość twarzy Voldemorta, pozostawiając tylko głodne, czerwone oczy i wąskie usta wykrzywione w niebezpiecznym uśmiechu. Powoli zaczęli wokół siebie krążyć.

- Pragnę cię – syknął ochryple Voldemort, podczas gdy jego oczy wywiercały dziury w twarzy Izara. Jego ciało było pochylone, gotowe w każdej chwili rzucić się do przodu, choć mimo to pozostał po swojej stronie okręgu.

Izar posłał mu tylko w odpowiedzi fałszywie skromny uśmieszek, zadowolony z wpływu, jaki miał na Czarnego Pana.

- Nie mogę być jednak taki samolubny. Zamierzam przedstawić ci mój prezent. – Voldemort siłą wycofał się ze swojej drapieżnej postawy, sztywniejąc. Złożył ręce za plecami, ale wciąż przyglądał się Izarowi płonącym spojrzeniem. – Nie czujesz tego, Izarze? Tego strachu? Tej absolutnej podniosłości?

Stojący naprzeciwko Voldemorta dziedzic Blacków z wahaniem wciągnął głęboko powietrze. Teraz, kiedy wszystkie otaczające ich ciała zniknęły, czuł wyraźnie zapach Voldemorta i…

Obrócił się na pięcie, mrużąc oczy w kierunku otaczającego polanę lasu. Niedaleko pnia drzewa stała samotna postać, trzęsąca się ze strachu i zrezygnowania. Jej głowę wciąż przykrywał worek, jednak Izar doskonale wiedział, kto się pod nim kryje.

- To niemożliwe – westchnął, obracając się z powrotem, aby spojrzeć na zadowolonego z siebie Czarnego Pana. – Myślałem, że ukryło go Ministerstwo.

- Ukryłoby, gdybym nie porwał go w noc ataku Niewymownych. – Voldemort w jednej chwili znalazł się obok Connera Orana i ściągnął mu z głowy czarny worek.

Oran otworzył ze zdziwieniem oczy i wydał z siebie zduszony okrzyk, gdy ujrzał pochylającego się ku niemu Voldemorta. Izar powoli do nich podszedł, będąc pod wrażeniem tego, jak Voldemort planował to wszystko z takim wyprzedzeniem, a także zachwycony tym, że ma przed sobą tego chłopca. Nawet jeśli wyglądał żałośnie i nędznie. Nie było w nim choćby odrobiny ducha walki, próbował tylko jak najdalej odsunąć się od Czarnego Pana. Izar wiedział, że torturowanie tego chłopca nie byłoby dla niego zbyt interesujące. Bez względu na to, jak bardzo musiał być popieprzony, skoro wpadł na pomysł stworzenia urządzenia odrywającego komuś magię, był tylko marionetką w rękach Scrimgeoura i Dumbledore'a.

- Ten chłopiec ma naprawdę interesujący umysł – wydumał Voldemort, wyciągając rękę i chwytając Orana za brodę. – Umysł kogoś niezwykle inteligentnego, chociaż nie geniusza. Opisałbym go raczej jako dorastające dziecko; zbyt niedojrzałe, by można je uznać za dorosłe. Ma w swojej głowie dziesiątki pomysłów, ale nie używa ich całego potencjału. Jest dokładnie taki, jak twierdziłeś, Izarze. Potrzebuje kogoś, kto prowadziłby go za rękę. – Voldemort uśmiechnął się lekko do Connera, a następnie do obserwującego ich Izara. – Są w niej również bardzo wyraziste pragnienia. Pragnienia zdecydowanie nieprzystające umysłowi dziecka, a raczej pasujące do pokręconego i chorego mężczyzny.

Na te słowa Oran zaczął walczyć z Voldemortem bardziej zażarcie, próbując wyrwać głowę z uścisku jego długich palców. Oddychał chrapliwie przez nos, a w jego oczach zalśniła nienawiść. Izar domyślał się już, do czego to wszystko zmierza i zdołał się na to przygotować. Voldemort był bardzo zaborczym mężczyzną i jego pragnienie torturowania Orana było teraz prawdopodobnie znacznie silniejsze od pragnienia Izara.

- Och tak. – Voldemort roześmiał się złowieszczo. – O tym, jak cię pożąda, dziecko.

- Jestem tego świadomy – przerwał mu Izar. Uśmiech Voldemorta zmniejszył się odrobinę i mężczyzna posłał Izarowi szydercze spojrzenie, wciąż ściskając palcami brodę Orana. – I wolałbym nie słyszeć szczegółów. – Było zupełnie tak, jakby Izar wyssał z postawy Voldemorta całe rozbawienie, jako że powoli stał się on lodowaty i niestabilny.

- Ach tak? – Voldemort odwrócił się z powrotem do Connera, przyglądając się mu uważnie. – Byłeś więc świadomy, jak dotykał się, wyobrażając sobie, że pod nim leżysz? Robił to dość często, Izarze. W zasadzie marzył o pieprzeniu cię od tyłu w Departamencie Tajemnic. Radowała go myśl, że twoja reputacja szanowanego Blacka zostałaby całkowicie zszargana przez przespanie się ze szlamą.

Izar odetchnął głęboko, zdając sobie sprawę, że Voldemortem całkowicie owładnęło już pragnienie rozlewu krwi. Conner Oran był wprawdzie przedstawiony jako prezent Izara, jednak szybko zmienił się w nagrodę Voldemorta. Co było tak naprawdę całkiem zabawne. Blackowi było natomiast wszystko jedno, co się z nim stanie lub kto go zabije. O ile chłopiec tylko skończy martwy, bez znaczenia było dla niego, kto podniesie na niego różdżkę i zakończy jego życie. Chociaż czuł się nieco urażony tym, jak zaabsorbowany był ich ofiarą Voldemort, przez co wydawał się właściwie całkowicie ignorować młodego Blacka.

- Pobiłeś samego siebie, mój Panie – zauważył Izar ociekającym sarkazmem tonem. – Dlaczego w takim razie sam go, zamiast mnie, nie zabijesz? Zrobisz to zdecydowanie lepiej niż ja.

Voldemort ledwie szczędził mu spojrzenie i już skierował całą swoją uwagę na wyrywającego się mu Orana. Nagle chłopiec zwiotczał, a z jego nosa zaczęła lecieć krew. Izar zrobił krok do tyłu, patrząc z ciekawością na dokonującego zemsty Voldemorta.

Oran zaczął nagle przeraźliwie krzyczeć, otwierając szeroko oczy i skupiając się na niewidzialnych wrogach. Czarny Pan wykorzystywał jakiś rodzaj legilimencji, okrutnie niszcząc jego umysł. Izar zawsze zazdrościł mu oraz Snape'owi umiejętności w dziedzinie magii umysłu. Po ataku Cygnusa dowiedział się, dlaczego nie był w stanie nauczyć się tych sztuk, co zarówno go zdenerwowało, jak i trochę uspokoiło.

Voldemort zachichotał, upuszczając Orana na ziemię. Chłopiec zwinął się w kłębek, płacząc i błagając. Zniesmaczony Izar prychnął szyderczo na ten widok. Jak komuś mogło sprawiać przyjemność torturowanie tak żałosnego stworzenia? On sam poradziłby sobie z takim słabym czarodziejem jak Conner, serwując mu szybką śmierć. Ci natomiast, którzy walczyli do ostatniego tchu, zasługiwali na powolny i bardziej bolesny koniec. Choć być może nie było w tym zbyt wiele logiki. Im jednak jego przeciwnik walczył zacieklej i im bardziej rzucał mu wyzwanie, tym Black stawał się bardziej żądny rozlewu krwi.

Natomiast to?

Spojrzawszy z ukosa na Voldemorta, zdał sobie sprawę, że był on zachwycony. Wyciągnął różdżkę, zdając się rozmyślać nad tym, jaką kolejną metodę tortur wybrać.

Zanim Izar mógłby go powstrzymać, Voldemort uniósł jej koniec, w wyniku czego plecy Orana wydały z siebie ostry trzask. Chłopiec zakrztusił się i zaskomlał, gdy jego żebro zostało złamane. Jednak Czarny Pan zdecydowanie jeszcze nie skończył. Po kolejnym machnięciu różdżki szyja Orana odchyliła się, a jego usta siłą otworzyły. Język chłopca zaczął pod wpływem Voldemorta powoli z nich wychodzić.

Izar przyglądał się temu w zamyśleniu. Czarny Pan wykonywał niewerbalną magię. Właściwie tak naprawdę cała jego aura szumiała od przytłaczającej… duszącej energii. Wyglądało na to, że gdy Voldemort był skoncentrowany i zdeterminowany, jego magia wzrastała do niebotycznych rozmiarów. Tylko że nie panował nad swoim skupieniem. Należało do tych niebezpiecznych, przez które był ślepy na wszystko, co go otaczało. Izar wypomniał mu kiedyś tę wadę i mężczyzna lodowato to zlekceważył.

A teraz dowód znajdował się prosto przed jego oczyma.

Oran wydał z siebie stłumiony okrzyk, kiedy jego język całkowicie się oderwał, a krew zaczęła wyciekać z jego ust. Bezużyteczny już teraz narząd opadł na ziemię i Izar spoglądał na niego przez chwilę, podczas gdy przez głowę przebiegła mu myśl, iż spodziewał się, że będzie dłuższy.

Wtedy Voldemort zrobił na torsie Orana głęboką ranę, ujawniając jego wnętrzności i jelita. I kiedy uderzył w niego ich zapach, Izar stwierdził, że ma dosyć.

- Mój Panie – zawołał. Mężczyzna tylko zachichotał w odpowiedzi. Izar wyciągnął rękę i chwycił jego szczękę. – Zaczyna mnie to męczyć – wyszeptał, pochylając się bliżej potężnego ciała. Voldemort wykonał ruch, aby go odepchnąć, ale młodszy czarodziej tylko wzmocnił swój uścisk. – To mnie pragniesz, czyż nie? – Pogładził szczękę Voldemorta, uśmiechając się radośnie, kiedy szkarłatne oczy powoli oderwały się od krwawiącego Connera i spoczęły na nim. – O tak… - wymruczał, pochylając się jeszcze bliżej jego ucha. Z uwagą pogładził językiem zewnętrzną część jego małżowiny, ale szybko cofnął się, kiedy Voldemort ruszył się, aby go chwycić.

Czarny Pan, wciąż ogarnięty żądzą tortur, warknął ostro.

- Nie pogrywaj sobie ze mną. – Mężczyzna po raz kolejny wyciągnął rękę, aby go pochwycić, jednak on znów zszedł mu z drogi.

- Nie możemy pozwolić, by wszystko przychodziło ci tak łatwo, czyż nie? – zaszydził Izar. – Poza tym sam również muszę się jeszcze dzisiaj trochę zabawić. Możesz mnie znaleźć, kiedy z nim skończysz.

Wiedząc, że to ryzykowne posunięcie, odwrócił się plecami do Czarnego Pana i powoli zaczął odchodzić w głąb lasu. Był doskonale świadomy oczu obserwujących każdy jego ruch i nasłuchiwał uważnie wszelkich oznak możliwego ataku od tyłu.

Kiedy tylko doszedł go dźwięk łamanego karku Orana, rzucił się gwałtownie do biegu. Musiałby bardzo się skupić, aby to usłyszeć, ale był świadomy, że Voldemort szybko za nim podąża. A chociaż zostali stworzeni z tych samych stworzeń, u obu z nich dominowały inne cechy. Voldemort miał w sobie najwięcej z bazyliszka, co czyniło go silniejszym od Izara, jednak młodszy czarodziej posiadał szybkość nimf.

Mijał szybko drzewa, powracając wspomnieniami do zeszłego roku. Znajdowali się teraz w całkiem podobnej sytuacji, tyle że jego relacja z Voldemortem była obecnie na zupełnie innym poziomie. Wtedy Izar był jeszcze człowiekiem i wciąż nie czuł się do końca komfortowo w centrum zainteresowania Czarnego Pana. Teraz jednak się już ze sobą zaznajomili. Znali się lepiej niż ktokolwiek mógłby kiedykolwiek marzyć.

Po piętach deptał mu śmiech Voldemorta, potwierdzając, że ten wciąż był całkowicie pochłonięty żądzą krwi. Co znaczyło, że Izar miał szansę odwrócenia tego pościgu. I z pewnością ją wykorzysta, aby udowodnić Voldemortowi, jak nierozsądny się stawał w czasie torturowania. W końcu ich zadaniem było wieczne wytykanie sobie nawzajem wszystkich słabości, czyż nie?

Wysunął różdżkę i odwrócił się gwałtownie, rzucając na siebie pośpiesznie poprawione zaklęcie lustra. Przycisnąwszy plecy do pnia drzewa, obserwował, jak ciemna postać ubrana w białe szaty biegnie dalej w głąb lasu. Chwilę później jej tropem podążył Voldemort.

- Głupiec – wyszeptał, zanim ruszył pędem za Czarnym Panem. Jego oczy rozszerzyły się z przyjemności, gdy ujrzały gonioną przez niego ofiarę. Ten pościg był najlepszym prezentem, jaki Voldemort mógłby mu kiedykolwiek dać.

Zmusiwszy się do przyśpieszenia, Izar dogonił Czarnego Pana tak, że ten znajdował się w zasięgu jego ręki. I zanim mężczyzna mógłby go usłyszeć, Izar skoczył. Jego usta rozciągnął szeroki uśmiech. Spod jego glamour ujawniły się pazury, wbijając w ramiona Voldemorta.

Uderzyli mocno o ziemię. Izar zachichotał z zachwytu, przykładając usta do ucha mężczyzny.

- I oto drapieżnik staje się ofiarą – zaświegotał, powtarzając zeszłoroczne słowa Czarnego Pana.

Voldemort rzucił się na niego, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przypominając wrogie magiczne stworzenie. Izar stęknął, kiedy główny ciężar ataku skupił się na jego klatce piersiowej. Poleciał kilka jardów w tył. Zamknął oczy, zdając sobie sprawę, że była to właściwie częściowo jego wina, jako że to on podsycił tą pogonią żądzę krwi Voldemorta. I chociaż wiedział, że ich seks nigdy nie będzie delikatny i miękki, nie chciał, aby to ten Voldemort w nim dominował. Byłby brutalny i bez jego zgody.

Zrobił więc jedyną rzecz, jaka przyszła mu do głowy.

Zwiotczał i leżał bezwładnie na plecach, nie chcąc jeszcze bardziej zachęcać Voldemorta do walki. Jego wzrok skupił się na przykucającym kilka stóp dalej Czarnym Panu, wpatrującym się w niego, ale go nie widzącym.

Czerwone oczy powoli zaczęły zmieniać się z brutalnego Czarnego Pana na inteligentnego mężczyznę, którego Izar znał. Pomiędzy nimi nastała cisza. Obaj rozumieli, co zaszło, ale żaden z nich nie wyraził tego na głos. Izar doskonale wiedział, jak to jest odkryć w sobie słabość. Robił to na przestrzeni ostatnich lat niezliczoną ilość razy. To było oszałamiające, przytłaczające i niezręczne. Dla Czarnego Pana pogodzenie się ze swoimi wadami musiało być niezłym ciosem w ego.

Izar podniósł się do pozycji siedzącej, posyłając Voldemortowi szelmowski uśmieszek. Mógłby posypać solą jego rany, ale postanowił obrać zupełnie przeciwną drogę. A ludzie twierdzili, że nie był taktowny…

- Skończyliśmy już na dzisiaj? – Wstał. Wytrzepał zielono-białe szaty, które Voldemort uparł się, aby na siebie nałożył. – Bo mam kilka rzeczy, które chciałbym…

Dłoń zacisnęła się zaborczo wokół jego kostki i pociągnęła go na ziemię. Izar zatoczył w powietrzu łuk, spadając tyłkiem na śnieg. Dłoń natomiast dalej ciągnęła jego kostkę, przysuwając go bliżej ciemnej postaci Voldemorta.

- Jeszcze z tobą nie skończyłem, skarbie.

Voldemort uniósł się nad nim, umieszczając ręce po obu stronach jego twarzy, nim pochylił się, aby go pocałować.

Izar otworzył oczy w trakcie tego pocałunku, niezadowolony z tego, dokąd to zmierzało. Ruchy Czarnego Pana były niemal niezręczne; był zdecydowanie zbyt delikatny, zbyt pobłażliwy i bezpieczny, na próżno próbując wynagrodzić mu tak łagodnym traktowaniem swoją żądzę krwi.

Dziedzic Blacków owinął gwałtownie nogi wokół jego pasa, gwałtownie ich obracając. Roześmiał się Voldemortowi w twarz, siadając na jego kolanach.

- Nie zamierzam leżeć znów na plecach – rzucił zarozumiale. Jego paznokcie wbiły się w krwistoczerwone szaty Voldemorta, rozrywając ich materiał, kiedy przesunął dłonią po jego szczupłym ciele.

Chciał pokazać po prostu Czarnemu Panu, że to on dyktuje warunki. Naruszanie sprawowanej przez Voldemorta kontroli miało sprawić, że ten pęknie i porzuci swoją pieprzoną litość. Gdy tylko Izar miał zamiar zejść palcami jeszcze niżej, Voldemort wyciągnął rękę i chwycił jego nadgarstki.

- Nie tej nocy.

Izar zamrugał, zaskoczony tak gwałtownym przerwaniem jego myśli.

- Słucham?

Voldemort wciąż ściskał mocno jego nadgarstki, a jego oczy nie okazywały absolutnie żadnych emocji.

- Żaden z nas nie ma na to odpowiedniego nastroju. Z pewnością to dostrzegasz. Takich spraw nie można wymuszać.

Black gapił się na niego. Choć rozumiał, dlaczego jego towarzysz tak sądził, mimowolnie czuł się nieco odrzucony. A odrzucenie było czymś, czego Izar nie czuł już od jakiegoś czasu. Obaj byli mężczyznami, czyż nie? A Voldemort zawsze był w nastroju na seks. A jednak teraz nie wykazywał żadnych oznak podniecenia. Choć, szczerze mówiąc, również Izar nie był pobudzony.

- Myślałem, że to na dzisiaj zaplanowałeś – oświadczył lekko, niemal dziecinnie.

Wargi Czarnego Pana drgnęły.

- Takich rzeczy nie można zaplanować, dziecko.

Izar poczuł, że rozpala się w nim upokorzenie, ale doskonale je ukrył.

- Oczywiście, że nie. – Wyrwał swoje nadgarstki z mocnego uścisku i wstał. Zrobił wszystko, co w jego mocy, aby uniknąć skierowanego na jego twarz spojrzenia, gdy odwrócił się i zaczął odchodzić w stronę rezydencji Malfoyów. Zanim mógłby jednak całkowicie uciec, odwrócił się nagle na pięcie, wskazując palcem na podnoszącego się z ziemi Czarnego Pana. – Widziałeś mnie w moich najgorszych chwilach. – Opuścił ramię, prostując ramiona i unosząc brodę niczym dumny, czystokrwisty czarodziej. – Znasz każdą moją słabość. To normalne, że jako pierwszy je zobaczyłeś, jako że jesteś znacznie bardziej doświadczony w ich odnajdywaniu. Musisz jednak zdawać sobie sprawę, że im mocniej się do siebie zbliżamy, tym więcej i ja zobaczę twoich wad.

Voldemort spojrzał na niego z cichą pogardą. I samo to było wystarczającym dowodem tego, iż zdystansował się od niego, bo czuł się skompromitowany… tak jak pewnie nigdy wcześniej w swoim dorosłym życiu.

- Nie myśl, że możesz odepchnąć mnie od siebie tylko dlatego, że z pierwszej ręki ujrzałem dziś twoją słabość. Sądzisz, że to sprawi, iż o tym zapomnę? Nie, to tylko mnie rozzłości. – Izar cofnął się o krok, zirytowany na Czarnego Pana. – Mamy przed sobą wspólną wieczność, Tom. Sam o tym zdecydowałeś. W żadnym wypadku nie jest to ostatni raz, kiedy widzę cię w chwili słabości. I musisz zdecydować, czy tego właśnie chcesz. Bo jeśli nie, muszę o tym wiedzieć, abym przestał marnować na ciebie swój czas i wysiłek. – Izar spojrzał wyzywająco w jego oczy, nie cofając się nawet wtedy, gdy otrzymał w odpowiedzi wrogie spojrzenie. – Nie jesteś bogiem, mój Panie. Przestań wierzyć, że jesteś niezwyciężony. Być może wtedy zaczniesz zdobywać w końcu wszystko, o czym marzysz.

Upewniając się, że Czarny Pan nie zaatakuje go od tyłu, Izar odwrócił się na pięcie i zaczął wracać do rezydencji Malfoyów.