Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek.


Rozdział 54

Cisza przed burzą. Sasha siedziała na łóżku w Gnieździe Huncwotów i czekała, aż medycy dotrą do niej. Wyglądało na to, że potrwa to jeszcze dłuższą chwilę. Inni potrzebowali pomocy bardziej niż ona. Tego wieczoru Śmierciożercy zaatakowali cele w całej Anglii. Departament Przestrzegania Prawa gonił ostatkiem sił, usiłując odeprzeć niebezpieczeństwo. A pokój wypełniały efekty tych wysiłków. Liczba rannych przekroczyła możliwości Św. Munga, a ci, którzy nie pomieścili się w szpitalu, zostali wysłani tutaj. Sasha nie chciała nawet myśleć o tych wszystkich, którzy już stracili tego dnia życie.

Drugie pokolenie Huncwotów odpowiedziało na wezwanie Harry'ego. Starsi ruszyli na pole bitwy i walczyli w obronie Rady Starszych. Młodsi pomagali w opiece nad rannymi. Warzyli i butelkowali eliksiry, na które zapotrzebowanie wciąż rosło. Nakładali leczące balsamy. Niektórzy nawet rzucali zaklęcia uzdrawiające. Jednak wszyscy wypełniali wzorowo postawione przed nimi zadania.

W odległym narożniku Gniazda leżeli polegli. Między nimi Remus i Fleur, służący jako gorzkie przypomnienie, że nawet Huncwoci nie byli nietykalni. Z desperacją nadchodziła nadzieja, a nikt nie wiedział tego lepiej niż Molly Weasley. Siedziała przy łóżku najstarszego syna, przyciskała jego dłoń do wydatnego biustu i dziękowała niebiosom, że oszczędziły jego życie. Spał głęboko i miał się obudzić dopiero za wiele godzin. Dilys się co do tego upewniła.

Była uzdrowicielka bojowa i dyrektorka szkoły rozpoznała wyraz jego oczu, gdy tylko ustawił Fiuu na przyjmowanie rannych wysyłanych ze Św. Munga. Widziała to puste spojrzenie w zbyt wielu oczach, by teraz o nim zapomnieć. Młodzi ludzie ze złamanym sercem, którzy szukają śmierci pod hasłem zemsty za utraconych ukochanych. Dilys nie znała tej dziewczyny, ale nie wątpiła, że gdyby zapytać Fleur, ta chciałaby, żeby jej ukochany żył dalej. W swoim czasie, otoczony miłością przyjaciół i rodziny, Bill to zrozumie. Dilys zawsze uważała, że jej świętym obowiązkiem jest zapewnienie mu tego czasu, nawet jeśli musiała się uciec do lekkiego oszustwa. Nim Bill zorientował się, że przełknął Eliksir Słodkich Snów zamiast spodziewanego eliksiru uzdrawiającego, był zbyt zmęczony, by stawiać opór.

Tonks okazała się większym wyzwaniem. Jej uraz głowy nie zagrażał życiu i prognozy były dobre, ale tak jak Bill podjęła pewne szalone decyzje tego wieczoru. Teraz spała, ale w związku ze wstrząśnieniem mózgu musieli ją co pewien czas wybudzać. Dilys poważnie wątpiła, czy zdołałaby powstrzymać w pełni wyszkoloną auror, gdyby uparła się że chce wyjść, z tego samego powodu co w przypadku Weasleya. Na szczęście Syriusz przywiązał ją do łóżka i oddał jej różdżkę na przechowanie McGonagall, więc nie mogła uciec.

Wicedyrektorka Hogwartu przejęła kontrolę nad Zakonem Feniksa i obecne wydawała rozkazy wszystkim jego członkom. Wszystkim poza Alastorem Moodym i Severusem Snapem. Ten drugi doznał poważnych obrażeń organów wewnętrznych, najprawdopodobniej z powodu długiej ekspozycji na Cruciatus. Przejście przez Fiuu w jego stanie na pewno nie pomogło. Mężczyzna musiał straszliwie cierpieć.

Madam Bones ocuciła i rozwiązała Moody'ego. Niespecjalnie miała na to ochotę, ale desperacko potrzebowała jego doświadczenia i umiejętności w bitwie. Mężczyzna wciąż wierzył, że Dumbledore dawał największą szansę na wygraną w wojnie, nawet po ujawnieniu prawdy o wyczynach dyrektora. Jednak z drugiej strony przez lata stał na straży prawa i porządku. Ludzie umierali, a to zawsze stanowiło jego najważniejszą powinność. W związku z tym Amelia i Alastor zawarli sojusz. Niepewny, ale jednak sojusz, przynajmniej do czasu usunięcia zagrożenia. Potem wszystkie chwyty dozwolone.

- Już czas – oznajmił Syriusz. Ci co mieli ruszyć do walki zaczęli się żegnać z tymi, którzy zostawali pomóc rannym albo ich stan nie pozwalał na udział w bitwie.

- Molly? – odezwał się Artur i to jedno słowo mówiło wystarczająco wiele. Na kilka chwil zesztywniała, ale potem jej ramiona opadły w geście akceptacji. Wiedziała co nadchodzi. Nie mieli wiele czasu i nie należało go trwonić na bezowocne argumenty. W ostatnim miesiącu nauczyła się rozpoznawać swoje własne wady i błędy. Choć bardzo pragnęła być z własną rodziną, wiedziała, że nie jest wojowniczką. Lily Potter udowodniła to ponad wszelką wątpliwość podczas ich starcia na ulicy w Hogsmeade. Jednak wychowanie siedmiorga nadaktywnych dzieci sprawiło, że posiadała większą niż przeciętna znajomość magii medycznej. Tu zdziała najwięcej dobrego, nawet jeśli ciągnęło ją gdzie indziej.

- Arturze, proszę cię, przyprowadź nasze dzieci do domu – błagała Molly, ocierając łzy z twarzy. Potem wstała na drżących nogach i stanęła przed mężem. Artur otarł kilka ostatnich łez z policzków swojej dumnej żony. Robiła co w jej mocy, by być dla niego odważną. Przyciągnął ją do siebie, przekazując jej całą swoją miłość i mocne pragnienie, by uzdrowić ich rodzinę. Molly oparła głowę na jego ramieniu i cieszyła się tą ulotną chwilą spokoju. Rozejrzała się w poszukiwaniu syna, a gdy go dojrzała, z wrażenia aż wstrzymała oddech. Charlie i Cissy stali spleceni w intymnym uścisku z głowami blisko siebie, a sposób w jaki na siebie patrzyli nie pozostawiał cienia wątpliwości co do natury łączących ich uczuć.

- Wiem, że musisz iść, przystojniaku. Nie będę cię tu błagała, żebyś został, nie będę nalegała na żadne obietnice. Oboje wiemy, że możesz ich nie dotrzymać. Chcę po prostu dać ci powód, żebyś walczył jak najlepiej i wrócił do mnie, bo… - Cissy nie zdołał wykrztusić z siebie kolejnego słowa. Zamiast tego pocałowała go, wkładając w to całą swoją miłość i pożądanie. Tym jednym gestem przekazała jemu i każdemu kto mógłby na nich patrzeć, że chciała przyszłości z tym mężczyzną, który ofiarował jej więcej, niż mogła kiedykolwiek pragnąć. – Kocham cię, Charlesie Weasleyu i chociaż wiem, że mogę to zrobić sama – jej głos znów się załamał. Nie potrafiła opanować emocji. – To nie chcę.

Charlie, tak jak przed chwilą jego ojciec, delikatnie otarł łzy z twarzy ukochanej kobiety. Potem wyszeptał jej do ucha coś, co było przeznaczone tylko dla niej. Cissy zaśmiała się przez łzy i pokiwała głową. Potem Charlie zrobił coś, co wstrząsnęło wszystkimi wokół. Opadł na kolano i pocałował jej brzuch, szepcząc coś do niego. Obdarzył Cisssy ostatni, przeciągłym spojrzeniem i dołączył do pozostałych, szykujących się do wymarszu. Ruszyli do bitwy.


Marsz do Skrzydła Szpitalnego przebiegał stosunkowo spokojnie. Madam Pomfrey kroczyła na czele, lewitując ciało nieprzytomnego Dumbledore'a. James i Nevimort szli za nią ramię przy ramieniu, a ich śladem w milczeniu podążała Romilda. James odezwał się dopiero, gdy zobaczyli drzwi do szpitala.

- Poppy, zaraz do ciebie dołączymy. Muszę najpierw rozstawić pewne osłony, a pan Longbottom chciał się tego nauczyć.

Poppy pokiwała głową ze zrozumieniem. Nevimort zerknął na Romildę, a potem znacząco popatrzył na jej brzuch. Natychmiast pojęła jego bezgłośny rozkaz. Miała zejść do Komnaty Tajemnic i przygotować dla niego pokój rytuałów. Wiedziała, że Dumbledore pozostał przy życiu tylko po to, by mogli z niego ściągnąć cała magię. Zrobiło jej się ciepło na sercu. Jak bardzo zależało mu na tym nienarodzonym dziecku. Jak on je nazwał? Najcenniejszym z jej ładunków.

- Neville, to ja pójdę spotkać się z Pansy w naszym miejscu. Mam nadzieję, że nie będą musiała czekać zbyt długo – powiedziała i cmoknęła go w policzek, po czy odbiegła. James uśmiechnął się lekko, patrząc za oddalającą się dziewczyną. Kiedy tylko zniknęła, zaczął splatać uroki mające chronić jedyne wejście do szpitala.

Nevimort rozpoznał tę magię i zdumiał się, że Potter wie o jej istnieniu. Jednak nie było w nich nic, co mogłoby go powstrzymać. A potem James zrobił cos nieoczekiwanego – zaczął rzucać zaklęcia niewerbalnie. Fragmenty ścian z obu stron korytarza zderzyły się z łoskotem. Teraz od Dumbledore'a oddziałało go sześć metrów magicznego hogwardzkiego kamienia.

- A tu masz coś specjalnego. Każdy kto będzie chciał tu wejść, będzie musiał walczyć z samym Hogwartem, Riddle – powiedział James i spojrzał na niego ze złośliwym uśmiechem. Nevimort miał już w rękach różdżkę i obaj stali twarzą w twarz w postawie bojowej.

- Co mnie zdradziło, Potter? – spytał Nevimort, próbując powoli odejść Pottera.

- Mógłbym powiedzieć, że to jak się wgapiasz w mój pierścień na palcu. Wiesz, ten który nosiłeś tej nocy, gdy przyszedłeś zamordować moją rodzinę. Ale prawdę mówiąc twój smród rozpoznałbym wszędzie, nawet jeśli miesza się z Longbottomem – zakpił James, poruszając się razem z przeciwnikiem, krok za krok.

- Już wkrótce zdejmę mój pierścień z twojego trupa, Potter – syknął Nevimort w mowie węży, żeby wyprowadzić wroga z równowagi. Jednak nie udało mu się osiągnąć zamierzonego efektu. James orientował się w jego zamiarach dzięki obserwacji języka ciała i subtelnym zmianom w zapachu.

- Jestem pewny, że spróbujesz, ale kiedy będzie po wszystkim to ja przejmę to Insygnium Śmierci, które trzymasz w ręku – odparł James.

- Wiedziałeś?

- Śmierć zmienia perspektywę, pewnie się z tym zgodzisz. Obaj ją oszukaliśmy, w taki czy inny sposób. Powiedziałbym, że dzięki temu jesteśmy bardziej dostrojeni do magii Insygniów. Czuję je w moim pierścieniu i poczułem w chwili, gdy dotknąłem różdżki.

- W takim razie ciekawe, gdzie jest twoja słynna peleryna-niewidka? – spytał Lonbottom, unosząc brew.

- Ciekawe, prawda? – odparował James z szerokim uśmiechem. Czy ten skurwysyn naprawdę sądził, że uda mu się tak łatwo?

- Więc od początku wiedziałeś kim jestem, a jednak pozwoliłeś, żebym towarzyszył ci aż tutaj, gdzie nie możesz liczyć na żadną pomoc?

- Z dwóch powodów. Po pierwsze chciałem cię odciągnąć tak daleko od mojej żony i przyjaciół, jak to tylko możliwe. Po drugie byłem po prostu ciekawy co zamierzasz zrobić z ciałem Dumbledore'a. Pozwoliłeś mu żyć nie bez przyczyny.

- Zabicie go byłoby kompletnym marnotrawstwem znacznego magicznego rdzenia i to wszystko co mam na ten temat do powiedzenia, Potter – Nevimort gwałtownie się zatrzymał i przyjął postawę bojową.

- Mi pasuje. Czas na słowa się skończył, morderco – zgodził się James, również stając w miejscu. Tak jak tamtej nocy wiele lat wcześniej wrogowie ukłonili się sobie.

Młodszy z mężczyzn, którego ciało zajmowała dusza szaleńca, uderzył pierwszy i zaczął od razu od Klątwy Śmierci. James nie czekał na nią, tylko przetoczył się pod nią i odpowiedział zaklęciem eksplozji, które trafiło przeciwnika w ramię. Nevimort w ostatniej chwili przekręcił ciało, więc doznał jedynie minimalnych obrażeń. Na szczęście nie było to jego ramię mające moc, więc mógł posłać serię zaklęć tnących, spychając Pottera do defensywy. To kupiło mu wystarczająco dużo czasu, żeby uleczyć ramię.

James przejrzał przeciwnika i puścił kościołamacza w nogi Longbottoma. Jego arogancja zaczęła irytować Nevimorta, więc przy użyciu Zaklęcia Rewanżu odbił atak do źródła. James tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu i odpowiedział tym samym, tylko znacznie szybciej. Logbottom znów odbił zaklęcie, dodając mu jeszcze mocy. James jedynie wykonał pół kroku w bok i zaklęcie jedynie wbiło się w ścianę za jego plecami, nie wywołując obrażeń.

Walka w niewielkiej odległości to niebezpieczna zabawa. Za dużo nieprzewidywalnych zmiennych. Cenna przewaga mogła stać się druzgocącą słabością w mgnieniu oka. Nevimort wiedział to aż za dobrze, a Potter sprawiał znacznie więcej kłopotów niż podczas ich poprzedniego pojedynku. Wówczas jego uwagę odciągała bliskość rodziny. Tym razem nie stanowiło to problemu, a James świadomie wybrał korytarz na miejsce starcia.

- Umrzesz tu dziś, Potter. I co mam wtedy zrobić z tą szlamowatą kurwą, którą poślubiłeś? – zadrwił Nevimort, wiedząc że rodzina jest słabym punktem Jamesa. Planował to wykorzystać najbardziej jak to możliwe. Wróg wyprowadzony z równowagi zawsze popełnia błędy. W tej chwili James był zbyt spokojny, zbyt dobrze panował nad emocjami i Nevimort musiał to zmienić, jeśli chciał wygrać to starcie. James skutecznie posługiwał się osłonami i zręcznie unikał zaklęć, więc Longbottom zdecydował się użyć ataku obszarowego i wysadził duży kawałek sufitu nad głową przeciwnika.

- Taki stary pierdziel w ciele smarkacza nawet nie wiedziałby co zrobić z tak wspaniałą kobietą – odgryzł się James. Transmutował spadające z góry kamienie w lwicę, która zaatakowała Nevimorta. Logbottom odskoczył w tył, a w jego oczach pojawił się strach. Zaczął ostrzeliwać szaleńczo zbliżającą się lwicę, ale bestia zręcznie unikała nadlatujących klątw, wciąż zmniejszając odległość dzielącą drapieżnika i ofiarę.

Logbottom poczuł, że jego plecy dotykają ściany. Lwica skoczyła. Kamienne pazury rozdarły jego ramię. Nevimort krzyknął z bólu, ale zdołał się skoncentrować. Lwica znajdowała się tak blisko, że nie mógł chybić. Roztrzaskał ją w pył. Kiedy kurz opadł, Nevimort trzymał się za zranione ramię i parzył na złośliwie uśmiechniętego Pottera. James odkrył sekret Longbottoma. Spod rozdartego rękawa szaty przezierały karwasze, w które wprawiono kryształy skupiające. Niektóre lśniły od magii, inne były wypalone. Teraz wszystko nabrało sensu. Lily powiedziała mu, że Logbottom nie należał do potężnych czarodziejów.

- A więc dlatego nie zabiłeś Dumbleodre'a. Chciałeś ukraść jego magię. O jak nisko upadł wielki Voldemort.

- Nie miałem wielkiego wyboru. Utknąłem w tej żałosnej skorupie. Na szczęście już za kilka miesięcy przybędzie nowa, znacznie lepiej dostrojona do mojej mocy. Do tego czasu ta będzie musiała wystarczyć.

- Nie mogę ci pozwolić, żebyś po prostu ukradł starcowi magię – ostrzegł ponuro James. Nie mógł pozwolić, żeby Longbottom miał dostęp do tak wielkiej mocy. Na pewno nie z różdżką, którą trzymał w dłoni.

- A jaka broń w twoim posiadaniu pozwala ci myśleć, że możesz mnie w ogóle powstrzymać, zdrajco krwi? Z tą różdżką i moimi kryształami nie możesz stawić mi czoła, nawet przy ograniczonej mocy tego ciała – warknął Nevimort z niesmakiem. Wiedział, że to tylko kwestia czasu nim pokona Pottera. James tylko potrząsnął głową i parsknął śmiechem. Oparł dłoń na ścianie, jakby musiał się podeprzeć.

- Nie drwij ze mnie, Potter! – wrzasnął Nevimort, mierząc swoją różdżką w Jamesa. Poczeka, aż tamten zaśmieje się jeszcze raz i rzuci w niego bezgłośne Zaklęcie Śmierci. Potter dysponował imponującym refleksem, ale teraz stali na tyle blisko, by można go było zaskoczyć. Jednak Longbottom powinien zwracać baczniejsza uwagę na otoczenie, zamiast planowania ostatniego ataku. Gdyby to zrobił, dojrzałby kamienne kolce, które zaczęły wyrastać ze ściany za nim, po jego bokach, a wreszcie również z sufitu.

- Ty ciągle tego nie łapiesz. Twoja arogancja i złudzenie, że jesteś największym czarodzieje w historii to twoja największa słabość, którą można rozgrywać z dziecinną łatwością. Nie rozumiesz, że dla mistrza transmutacji… - James zaśmiał się i spojrzał samozwańczemu Czarnemu Panu w oczy. Przepełnione rządzą zemsty spojrzenie przeniknęło go do głębi duszy. Nevimort poczuł ukłucie strachu. Zerknął w bok, ale było za późno. Szpikulce wystrzeliły w jego kierunku ze wszystkich stron. Opadł na kolana. James podszedł do niego powoli. Ciało Nevimorta przebiła setka drobnych ale zabójczych kamiennych kolców. Tylko głowa i dłoń pozostały nietknięte. James wyjął z martwych palców Czarną Różdżkę i dokończył: - Hogwart jest moją bronią.


Greyback rzucił się na Bestię Cienia, ale jego ofiara opadła na kolana i przeciągnęła pazurami po odsłoniętym brzuchu przelatującego nad nim napastnika. Bojowe doświadczenie wilkołaka pozwoliło mu zignorować ból. Od razu po wylądowaniu zasłonił ranę. Dzięki mocy księżyca w pełni lśniącego na nocnym niebie, jego skóra już zaczynała się zrastać. Jednak było za późno. Cień pierwszy utoczył krwi Alfie wilkołaków. To zmieniło zasady gry.

Cień przywołał Greybacka ruchem szponów unurzanych we krwi wroga. To była śmiertelna zniewaga. Wściekły wilkołak ponownie uderzył, ale tym razem trzymał łapy twardo na ziemi. Zaatakował, wykorzystując niezwykła siłę i zabójcze szpony, z intensywnością która pozwoliła mu zdobyć i utrzymać pozycję Alfy w stadzie wilkołaków. Tyle że chłopak nie okazywał strachu i blokował każde jego uderzenie.

Wielu wielkich i potężnych czarodziejów traciło kontrolę nad zwieraczami na widok siły Greybacka. Z reguły sama jego obecność i rozmiar sprawiały, że jego ofiary ogarniała niemoc ze strachu. Nawet wampiry nie chciały wchodzić mu w drogę. Strach sprowadzał wahanie i w końcu śmierć, ale ta pantera niemal kpiła z niego, uparcie trzymając się życia. Zawsze pragnął wroga wystarczająco silnego, by rzucić mu wyzwanie, ale gdy wreszcie go napotkał, odkrył, że go to irytuje.

Cień zdawał sobie sprawę, że utaczając krwi Greybacka zapewnił sobie walkę jeden na jednego. Teraz żaden inny wilkołak się nie wtrąci, nawet na rozkaz Alfy. W tych warunkach nie mógł mieć nadziei na nic lepszego. Musiał przyznać, że odczuwał trudy dotychczasowej bitwy. Dyszał ciężko, a Greyback dopiero zaczął walkę. Nie będzie lekko. Musiał oszczędnie gospodarować energią, a także nauczyć się stylu walki wilkołaka, by wykryć i wykorzystać jakąś słabość.

Musiał też kupić czas, by umożliwić pozostałym wyciągnięcie stąd Sashy. Willow będzie wiedziała co zrobić, by uleczyć matkę, przynajmniej taką miał nadzieję. Cień zerknął w jej stronę. Zraniło go to bardziej niż wszystko, co mógłby zrobić wilkołak. Odjęto jej skrzydła i ogon, a krew wypływająca z jej ran roznieciła płomień sprawiedliwej zemsty w jego sercu. Nim bitwa dobiegnie końca, Greyback poczuje pełnię jego niepohamowanej wściekłości.

Cień zanurkował pod brutalny atak wycelowany w jego gardło i z całej siły wbił twarde kolano w miękki brzuch wilkołaka. Wykręcił się od następnego ciosu i poprawił uderzeniem w nerkę. Stado zawyło z wściekłości, widząc jak chłopak zadaje kolejny coś, który pozostał bez odpowiedzi. Cień nie przestawał i kopnął wroga z półobrotu w głowę. Greyback chwycił go za kostkę i wykorzystał siłę i szybkość pantery, by rzucić go na ziemię, twarzą naprzód.

Wilkołak nie zamierzał tracić przewagi, więc ruszył do ataku. Cień nie dał się zaskoczyć. Przetoczył się na plecy i mocno kopnął. Cała siła ataku zebrała się na korpusie Greybacka, który aż zgiął się w pół. Cień mocno chwycił go za nadgarstki. Nie puszczając, ugiął obie nogi. Drapieżne szmaragdowe oczy wbiły się w lodowato błękitne źrenice. Gdyby Cień mógł się kpiąco uśmiechnąć w tej formie, zrobiłby to w tej chwili. Z całej siły wyprostował obie nogi, wbijając je w twarz wroga. Wilkołak wylądował na plecach kilka metrów dalej. Cień przetoczył się przez ramię i stanął na nogi. Jednak Greyback również zdążył wstać. Zaryczeli i ponownie ruszyli ku sobie.


Furia pognała ku Śmierciożercom zbitym w dużą grupę. Wyrwała gardło pierwszemu z nich i kopniakiem posłała go w dwóch kolejnych. Potem wbiła pazury w pierś kolejnego butoliza i pchnęła. Instynktownie próbował się czegoś złapać. Tym czymś okazali się dwaj koledzy. Furia wyzwoliła impuls elektryczny z pazurów i dostała trzech w cenie jednego w promocji.

W jej plecy pofrunęło zaklęcie śmierci, ale dzięki refleksowi i szybkiemu myśleniu Furii, trafiło jednego z jej wrogów. Ruszyła w tę stronę i znalazła się za napastnikiem nim jeszcze trafiona kobieta upadła na ziemię. Szybkie szarpnięcie za głowę i kolejny butoliz ze skręconym karkiem dołączył do grona poległych.

Furia zdołała dopaść sześciu Śmierciożerców, nim reszta doszła do siebie i zaczęła się deportować z jej zasięgu. Z bezpiecznej odległości otworzyli ogień z zaklęć obszarowych, mając nadzieję na trafienie jej dzięki wielkiej liczbie rzucanych klątw.

- Derik, uwolnij te gargulce! Anderson, te olbrzymy mają walczyć z nimi, nie między sobą! Fig i Baker, znajdźcie resztę członków Rady! Nie chcę, żeby wrócili do swoich stad! – krzyknął jeden ze Śmierciożerców, przejmując dowodzenie.

Ci ludzie mieli doświadczenie bojowe. Udowodnił to ten, który miał uwolnić gargulce. Wypalił kulę ognia w sam środek grupy. Eksplodowała, gdy dotknęła mazi stworzonej przez Upiorosmoka. Gargulce zostały lekko osmolone, ale ciepło wysuszyło maź i potwory zdołały wzbić się w powietrze.

Podczas gdy Anderson powstrzymywał olbrzymy od walczenia między sobą, Fig i Baker wypalali Zaklęcia Krępujące w ciemność, w stronę, w którą zbiegli członkowie Rady, ale nie trafili nikogo. Zorientowali się, że Radni zapewne ruszyli już w stronę swoich stad, więc zdeportowali się, próbując ich przechwycić.

Fred i Goerge odpalili swoje największe fajerwerki. Potężny ognisty smok pognał za gargulcami. Mroczne stwory pokryły niebo. Próbowały chaotycznie uciec w każdym możliwym kierunku. Ron zmienił się w wielkiego, czerwonego byka. Uderzył kopytem w ziemię i parsknął na butolizów, którzy próbowali przekląć jego siostrę. Nim Hermiona zdążyła go powstrzymać, zaszarżował w ich stronę.

Na szczęście jego dziewczyna potrafiła szybko myśleć i zakameleonowała go, nim wypadł zza linii drzew. Odgłosy walki zagłuszały wszystko inne i Ron dopadł wrogów nim ci się zorientowali, skąd nadchodzi zagrożenie. Przy pierwszej szarży stratował trójkę, a jednego nabił na róg i odrzucił na bok. Niestety krew Śmierciożercy trysnęła na Rona i teraz mogli go zobaczyć, choćby częściowo. Gdy odwrócił się do drugiej szarży, został trafiony zaklęciem Confringo.

Na widok jej chłopaka, który runął na ziemię i ponownie zmienił się w człowieka, Hermiona zaatakowała grupę Śmierciożerców zbliżającą się do Rona. Nie wiedziała, czy pokrywająca go krew pochodziła z jego żył, czy też tego, którego przebił rogiem. Z wrzaskiem ciskała klątwą za klątwą na każdego, kto stawał między nią i jej ukochanym. Lavender, Susan i Hanna wzruszyły ramionami i podążyły za nią. Jako czteroosobowa drużyna przebijały się do Rona.

Od strony lasu dobiegł głośny hurgot i przez kilka pełnych nadziei chwil Huncwoci wierzyli, że przybywają posiłki. Potem zza drzew wypadło dwadzieścia trolli, które w biegu uderzały swoimi maczugami we wszystko co się rusza. Tym czymś w pierwszej kolejności okazali się Dean i Seamus. Ziemia zadygotała. To trzy olbrzymy zakończyły kłótnię i znów znalazły się pod kontrolą Śmierciożerców. Daphne spojrzała na Furię, która znajdowała się po drugiej stronie pola bitwy. Porozumiały się bez słów. Daphne ruszyła na olbrzymy, a Furia zaatakowała Trolle.


Bella nie zwracała uwagi na zacięte starcie wilkołaków z sukkubami. Zbliżała się powoli do Pottera bardzo uwodzicielskim krokiem, na jaki nigdy nie poważyłaby się w swoim normalnym ciele. Barbarzyński pokaz siły i brawury w wykonaniu Greybacka i Pottera sprawiał, że czuła narastające podniecenie. To chyba nic złego? Pragnęła dosiąść Bestię Cienia tak samo mocno jak zabić. Czy kiedykolwiek zdoła opanować te prymitywne, erotyczne potrzeby w ciele tej istoty zmysłów? Nie miała odpowiedzi na te pytania.

Bella wbiła pazury w ramiona i mocno przeciągnęła. Na każde ręce pojawiło się pięć krwawych szram na kilkanaście centymetrów. Ciało sukkub zaczęło się już leczyć, ale ból pozostawał. To ułatwiło jej skupienie się na zadaniu wyznaczonym przez jej Czarnego Pana. Dzięki temu wywrze słodką i wspaniałą zemstę na Jamesie i Lily Potterach.

Potter stał tyłem do niej. Lepszej chwili nie znajdzie. Lestrange chciała nacieszyć się tą chwilą i powoli przeciągnęła dłonią po zmysłowym ciele, by wydobyć ukrytą broń. Nigdy w życiu nie czuła się tak zabójcza, a jednocześnie seksowna. Niesamowicie uzależniające uczucie i wiedziała, że powoli zaczyna mu ulegać. Po dłuższej chwili silna i zabójcza, a jednak zaskakująco delikatna dłoń założyła pukiel jedwabistych włosów za szpiczaste ucho. A potem płynnie przesunęła się na szyję i niżej, po schowany sztylet La Fay.

Przywiązała go sprytnie do obroży zaciśniętej na jej szyi. Sztylet spoczywał między łopatkami i pod grzywą długich, wciąż oszołamiających turkusowych włosów. Do niewolniczej obroży przyczepiony był znaczek opisujący nowy status i tytuł Desory. Suka Belli. To oraz elegancka suknia, która zwisała z niej w strzępach, ledwo zasłaniając ciało, obliczone były na rozwścieczenie Pottera i zbicie go z tropu. Bellatrix planowała poczekać, aż Potter, obciążony poczuciem winy za los, ku któremu ją przywiódł, obejmie sukkub. Wówczas ona zada śmiertelny cios. Agresywna natura stworzenia, którego ciało posiadła, znów dała jednak znać. Teraz chciała zobaczyć świadomość zdrady w jego oczach, gdy przebija mu serce. To będzie wręcz orgiastyczna rozkosz!

Jednak zanim zdołała uruchomić swój plan, wokół jej nadgarstka owinął się ogon sukkub i Bella została poderwana z ziemi. Lestrange wrzasnęła, przelatując nad swoim celem. Potter zatrzymał się na ułamek sekundy i skinął głową sukkub, która unosiła Matriarchinię z pola bitwy. Istota była mniejsza od innych i Bella podejrzewała., że to wciąż dziecko. Najwyraźniej nie miało to wpływu na jej siłę, bo leciała zupełnie swobodnie, nawet z dodatkowym ciężarem uczepionym ogona.

Wyglądało na to, że lecą w stronę Hogwartu. Bella byłaby gotowa przysiąc, że mignęła jej przed oczami lwica pędząca przez Błonia. Śierciożerczyni wyciągnęła wolną rękę i próbowała rozluźnić uchwyt ogona. Dziewczynka popatrzyła na nią ze zdumieniem, choć powinna patrzeć gdzie leci. Dotarły niebezpiecznie blisko Wierzby Bijącej. Nienawistne drzewo machnęło jednym z konarów i uderzyło dziewczynkę w bok. Spadły i wylądowały ciężko na ziemi. Grunt okazał się nachylony, co wyszło im na dobre. Sturlały się w dół wzgórza, z dala od drzewa i, co najważniejsze, od jego wymachujących konarów.

- TY MAŁA GŁUPIA SUKO! – rozdarła się Bellatrix. Zerwała się na nogi i kopnęła Emmę w głowę. Dziewczynka poleciała do tyłu i runęła na plecy. – PRAWIE GO MIAŁAM, TY PIZDO!

- Sasha, co z tobą? – jęknęła Emma, usiłując dojrzeć swoją mentorkę przez gwiazdy tańczące jej przed oczami. – Czemu mnie kopnęłaś?

Usiłowała podnieść się z ziemi, lecz została ponownie powalona przez rozwścieczoną starszą sukkub. Emma krzyknęła i uniosła dłoń do lewego policzka. Spomiędzy jej palców pociekła krew.

- Ty głupia, wścibska cipo! Teraz będę musiała przejść tą całą drogę, żeby zabić Pottera!

- Sasha, oszalałaś? Harry przyszedł ci na ratunek. Jak możesz? – spytała Emma. Odsunęła lekko dłoń od twarzy i wymamrotała inkantację, której niegdyś nauczyła ją Sasha. Jej policzek zalśnił na moment na zielono, a kiedy światło przygasło, pokrywała go nieskazitelna skóra. Przez kilka chwil Bella patrzyła wstrząśnięta, a potem dotarło do niej, że to małe sukkubie pisklę jest jej kluczem do pozyskania pełni mocy Desory.

- Powiedz mi jak się nazywasz i jak używać magii tego ciała. Jeśli to zrobisz, może pozwolę ci żyć jako moje zwierzątko. Jeśli nie… - zagroziła głosem ociekającym jadem. Sięgnęła za plecy i wreszcie wydobyła sztylet La Fay – Jeśli nie, możemy to zrobić w brutalniejszy sposób. To co ci zrobię sprawi, że wszystko co wycierpiała z mojej ręki Ginny Weasley wyda ci się niewinnym klapsem w tyłek.

- Sztylet La Fay! Po co ci tak zła rzecz?

- Rozpoznajesz go? To dobrze. A czy wiesz po co go stworzono?

- Wiem. Sasha nigdy nie dotknęłaby tego przeklętego sztyletu, a co dopiero groziła nim innej sukkub. Możesz pachnieć jak ona, ale nie jesteś Sashą. Co z nią zrobiłaś?

- Och, dziecko, to naprawdę jest jej ciała - Bella drwiąco pokazała jej wyjątkowy kolczyk. – Ale jej umysł nie stanowił wyzwania dla córki Rodu Blacków.

- Cholera jasna, jesteś Bellaatrix Lestrange!

- Sprytna dziewczynka. A ty?

- Emma Rose Potter.

- Ach, najnowszy dodatek do Rodu Potterów – zakpiła Bellatrix z drapieżnym uśmiechem i szaleństwem w oczach. – Użyję tego ostrza, żeby wyryć ci na skórze specjalną wiadomość do Lily. Jeszcze nie wiem czy przed czy po twojej śmierci. To zależy jak chętna będziesz do współpracy.

- No to powodzenia – odparła Emma i zerwała się do lotu. Jej mama powiedziała, że jeśli kiedykolwiek spotka Bellatrix Lestrange ma uciekać tak szybko, jak tylko zdoła. Emma wiedziała, że musi znaleźć mamę. Ona będzie wiedziała co robić.

- Myślałam, że jesteś Gryfonką! – wrzasnęła Bellatrix.

- Gryfonką, ale nie idiotką! – odkrzyknęła Emma, starając się jak najbardziej oddalić od szalonej kobiety. Lestrange cisnęła sztyletem w odlatującą sukkub. Ostrze przerwało cienką membranę skrzydła Emmy. Dziewczynka nie mogła opanować lotu i zwaliła się na ziemię. Wrzasnęła, czując jakby jej skrzydło trawił kwas. Dopiero gdy się rozejrzała zorientowała się, że wylądowała u podstawy Wierzby Bijącej.


Cień uznał, że Sasha została zabrana w bezpieczne miejsce, więc obrócił się i skierował całą swoją uwagę na wilkołaka. Wypełniła go lodowata furia. Niepowstrzymana potrzeba, by ten skurwiel odpłacił cierpieniem za każdą sekundę bólu, który sprawił Sashy, była nie tyle usprawiedliwiona, ale wręcz niezbędna dla jego istnienia, niczym oddech. To nie zemsta go napędzała, ale długo odkładane poczucie sprawiedliwości. Dziś w nocy wróg odpowie za wszystkie swoje ofiary.

Skoczyli ku sobie w krwawym szale z wyciągniętymi szponami. Cień zablokował atak Greybacka przedramionami. Uderzył grzbietem łapy w bok szczęki wilkołaka, a siła ataku wybiła kilka kłów. Greyback zatoczył się, ale Cień jeszcze nie skończył, a jego pazury łaknęły krwi.

Cień wybił się w górę i wykonał salto nad wrogiem, by uderzyć w niechronione plecy. Przywódca wilkołaków był jednak na to gotowy. Gdy tylko Cień wylądował, otrzymał potężny cios łokciem w brzuch. Wilkołak złapał wroga za kark i powalił go na plecy. Wbił pazury w jego szyję. Wilkołaka dzieliło od zwycięstwa tylko jedno szarpnięcie, więc zamarł, by napawać się tą wspaniałą chwilą. Pantera nie zawahała się. Harry wbił pazury w wierzch łap wilkołaka i rozszarpał ścięgna odpowiadające za kontrolę nad najgroźniejszą bronią przeciwnika. Potem odtoczył się w tył i potężnie kopnął tylnymi łapami, wysyłając głowę wilkołaka w kilkumetrowy lot niczym rakietę. Niestety reszta Greybacka poleciała razem z głową i całość wylądowała na ziemi w mniej więcej jednym kawałku.

Zaklęcia uzdrawiające nie wymagały konkretnego ruchu różdżką, więc Cień uwolnił magię poprzez szpony, by wyleczyć krwawiące rany na szyi. Był blisko śmierci, za blisko, ale teraz nie miał już wyjścia. Wrogowie popatrzyli po sobie z respektem, rozważając stojące przed nimi zadanie. Mogło się to skończyć tylko w jeden sposób.

- Jak powiedział nieśmiertelny Connor Macleod: „MOŻE BYĆ TYLKO JEDEN"! – warknął Cień, szarżując po raz ostatni na Greybacka. Wilkołak zaryczał i wyszedł mu naprzeciw. Gdyby Harry miał na to czas, zapewne roześmiałby się, słysząc jak bardzo ten odgłos przypomina bitewne zawołanie Kurgana*.

Stanęli twarzą w twarz i uwolnili kły, szpony, wściekłość, nienawiść i wszystko co tylko mogli użyć jeden przeciw drugiemu. Zniknęła szybkość i technika, gdy brutalna siła i pierwotne instynkty walczyły o przetrwanie. Żaden nie chciał się cofnąć, bo duma i honor zniknęły w obliczu dzikości. Pierwotne bestie uwolnione w swojej najbardziej drapieżnej postaci. Nieważne racje, ból, zmęczenie. Pozostał tylko zabójca i ofiara, a zwycięzcy miały przypaść łupy.

Cień okręcił się na pięcie wokół wroga, tak że stanęli plecami do siebie. Wbił łokieć w nerkę Greybacka, który zareagował zgodnie z oczekiwaniami: pochylił się, zgięty bólem, jednocześnie odrzucając głowę do tyłu. Cień wyciągnął ręce za plecy, a jego pazury wbiły się w futro pod szczęką wilkołaka.

Szarpnął mocno. Liczył, że skręci kark i zakończy to raz na zawsze. Jednak doświadczony Greyback zorientował się, co próbuje zrobić młokos. Wybił się lekko w górę i nieznacznie przekręcił. Jednak wystarczyło to, by drastycznie zmienić efekt. Wilkołak przeleciał nad barkiem pantery i wylądował przed Harrym na ugiętych nogach. Chwiał się nieco oszołomiony, ale miał w sobie jeszcze sporo życia.

Cień wybił się w powietrze i wyprowadził potężny cios obiema pięściami w głowę Greybacka. Bestia runęła jak worek kartofli. Cień przygwoździł barki wroga kolanami i chwycił go za ramiona. Z ogłuszającym rykiem wykręcił i szarpnął, aż usłyszał, jak wyskakują ze stawów.

Unieruchomiwszy w ten sposób wroga Cień zszedł z niego i chwycił nogę. Zablokował ją, a następnie nadepnął energicznie, wyginając kolano Greybacka o 90 stopni w złą stronę, wybijając również ten staw. Remus powiedział mu kiedyś, że podczas pełni kości wilkołaka są niezwykle odporne na złamania. Dlatego teraz przyjął taką taktykę. Musiał unieruchomić tego potwora. Cień chciał złapać za ostatnią nogę, ale morderca użył jej, by się przekręcić i wbił stopę w klejnoty Cienia na tyle mocno, by obalić panterę na kolana. Poprawił kopnięciem w głowę i Harry poleciał w tył.

Cień otrząsnął się z oszołomienia i zignorował pulsujący ból między nogami. Przekręcił się i z pewnymi trudnościami zaczął wstawać na nogi. Ujrzał coś, czego się nie spodziewał. Stawy Greybacka nastawiały się jeden po drugim, jakby robiła to jakaś niewidzialna ręka. Zdołali wstać niemal jednocześnie.

- Co? Przecież nie jestem nowicjuszem. Nie uda ci się pozostać Alfą stada, jeśli nie nauczysz się kilku sztuczek, umożliwiających pozostanie przy życiu. Jesteś szybszy, zręczny i bijesz się lepiej niż ja, to ci muszę przyznać, chłopcze. Ale nigdy mnie nie pokonasz – powiedział Greyback i wskazał na niebo. – Jak długo księżyc świeci na nocnym niebie, nie można połamać mi kości i zawsze będę leczył się szybciej niż ty. Mogę tak całą noc, ty nie. Prędzej czy później cię dopadnę – zakpił Greyback. Z satysfakcją usłyszał ryk Pottera, a potem ruszył na Cienia.

Chłopak skoczył nad nim, ale tym razem Greyback był na to gotowy i złapał chłopaka w locie za ogon. Dołożył drugą rękę i zaczął okręcać Pottera wokół siebie. Nabierał pędu, a potem z ogromną siłą uderzył panterą o ziemię. Znów go uniósł, opuścił, a potem powtórzył to jeszcze kilka razy, by wybić chłopakowi walkę z głowy. Kiedy uznał, że osiągnął swój cel, podciągnął oszołomionego Harry'ego na kolana i złapał za głowę, by skręcić mu kark.

- Jeśli cię to pocieszy, dzieciaku, to była cholernie dobra walka. Najlepsza w moim życiu. Będę ją miło wspominał za każdym razem, kiedy będę gwałcił tą sukkub – rzekł triumfalnie do swojej ofiary. W głowie Cienia tłukła się tylko jedna myśl. Zadał pytanie nocy, choć nie oczekiwał odpowiedzi.

- Jak mam go zabić?

- Wyrwij mu serce, Szczeniaczku – wyszeptał wiatr, głosem Remusa. Cień uniósł głowę i mógłby przysiąc, że przez ułamek sekundy dojrzał zmarłego przyjaciela stojącego nieopodal. Nie jako wilkołaka, ale w swojej uśmiechniętej ludzkiej postaci. Niemożliwe w trakcie pełni.

- Co to? – spytał zmieszany Greyback. On też to musiał zobaczyć. Zawahał się, a jeśli Harry miałby wybrać jedną rzecz, którą nauczył go Syriusz, byłoby to „nigdy się nie wahaj". W uszach zabrzmiały mu słowa ojca:

- Póki oddychasz, nie jest za późno.

Zobaczył twarze wszystkich, których kochał. Ostatnia była Ginny. Przypomniał sobie cichą konwersację i przysięgę, którą wymienili. Nieważne, że jego ciało było ociężałe niczym ołów. Skurwiel nie mógł mu tego odebrać.

Cień opuścił ramiona i wykręcił się w kierunku, w którym szarpnął Greyback. Wbił szpony w brzuch wilkołaka z całą siłą, którą posiadał. Przez futro, jelita, wyżej i wyżej, aż poczuł jak makabryczny cel pulsuje mu w pazurzastej łapie. Śmiertelni wrogowie spotkali się wzrokiem. Nie zabrzmiały żadne słowa, a jednak popłynęło zrozumienia, który wstanie, a który upadnie. Jeden pójdzie dalej, by żyć i kochać, a drugi po prostu zgnije. Greyback nigdy nie spodziewał się, że będzie tym drugim. Jedno zwycięskie szarpnięcie i było po wszystkim. Cień uniósł rękę z sercem wysoko nad głowę i wydał z siebie grzmiący, długi ryk, by wszystkie wilkołaki wiedziały, że ich Alfa został pokonany.


Słowniczek:

Connor MacLeod i Kurgan – główny protagonista i antagonista z filmu „Highlander" (w Polsce znany jako „Niśmiertelny") z 1986 r.


Od tłumacza: Dzięki za wszystkie wasze komentarze i lajki. Historia na pewno zostanie skończona, zresztą zostały już tylko dwa rozdziały. Wszystkim niecierpliwym polecam oryginał po angielsku. Z kolei tym, którym wydaje się, że mam wobec nich jakieś zobowiązania i dają o tym znać w niezbyt miłych słowach, polecam wzięcie się za jakąś pracę, bo w wakacje nie ma lekcji w gimnazjum. Może wtedy docenicie cudzą.